• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, al. Śmiertelnego Nokturnu 88/8 > Jadalnia
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
27-01-2026, 16:14

Jadalnia
Jadalnia tonie w ciepłym, przytłumionym świetle wpadającym przez wysokie okna przesłonięte delikatnymi, koronkowymi firanami. Ściany pokrywa wzorzysta tapeta w przygaszonych brązach i złamanych beżach, na której tle zawieszono liczne, stare fotografie w ciężkich ramach. W centrum stoi solidny, drewniany stół o gładkim, lekko połyskującym blacie, otoczony krzesłami z ciemnego drewna i tapicerowanymi siedziskami. Nad stołem zwisa klasyczny żyrandol, którego świece rzucają miękkie cienie na sufit i ściany. Przy jednej ze ścian ustawiono wąski stolik z drobnymi dekoracjami, a lustro w prostej ramie odbija fragment wnętrza, potęgując wrażenie zamkniętej, intymnej przestrzeni. W powietrzu unosi się zapach starego drewna.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
27-01-2026, 21:25

Good evening, can we talk about God?
3 maja 1962

Noc najwidoczniej miała w zwyczaju zastawać człowieka zbyt szybko ― albo to nuda, wyspecjalizowana choroba urzędników, nadawała wszystkiemu podton suchy i jałowy. Zamiast sensownej ucieczki z miasta, zamiast czegokolwiek, co dałoby się obronić przed własnym sumieniem, przyszło mu gnić w podlazłej melinie z jeszcze głupszymi ludźmi z ministerstwa. Tacy to niby zwyczajni ludzie spędzali wolny czas: byle nie słuchać marudzeń baby tamtego, byle nie wykonywać powierzonych obowiązków, byle odsunąć od siebie myśl, że jutro znów trzeba będzie być kimś odpowiedzialnym. Dał się namówić niedbale, bez przekonania, raczej z braku oporu niż entuzjazmu. Ironią losu było to, że znacznie ciekawszą opcją jawiło się nawiedzenie pewnej istotki daleko od Londynu ― ale rozsądek, tani substytut odwagi, zwyciężył. Poszedł więc. Niech będzie. Borgin nie był wszak dupą bladą, by na wszystko i wszystkich spoglądać sceptycznie, z wysoko uniesioną głową rozdając schedę byle robactwa zamiast mądrym ludziom. Przynajmniej tak lubił o sobie myśleć.
Los jednak, jak zwykle, miał własne zdanie. W kartach tamci okazali się tego wieczoru lepsi ― co samo w sobie było zniewagą. Sługus zła miał niemiło upodlony dzień, a złe dni u takich kończyły się przewidywalnie. Jeden oberwał w nos, drugi w bebechy, ot, demokratyczna dystrybucja przemocy. On natomiast, dla dopełnienia obrazu, zebrał w ryjec ― solidnie i bez pośpiechu. Zdecydowanie nie był to rodzaj obrażeń, który podobałby się dziewczynom, ani komukolwiek o elementarnym poczuciu estetyki. Siedząc potem z pulsującą szczęką i godnością w stanie rozkładu, musiał przyznać jedno: kurewskie życie, doprawdy. Nawet kiedy człowiek próbuje być umiarkowany, świat i tak znajduje sposób, by przypomnieć mu, że umiarkowanie to luksus, na który rzadko kto naprawdę zasługuje.
Zwyczajowo, mijając podejrzanych typów u zbiegu Nokturnu i Pokątnej, zarzucił głowę przewidywalnie wyżej, sprawdzając, że wszystko jest pod kontrolą. Zerknął na kamienicę, tę samą, która z zewnątrz wyglądała gorzej niż w środku na klatce schodowej, co samo w sobie było osiągnięciem architektonicznej degrengolady. Z zadowoleniem wypływającym na kanty twarzy ― ledwie widocznym, odnalazł w tym logiczną gestię udanego wieczoru. Skoro wnętrze było mniej odrażające niż fasada, dzień można było uznać za względnie domknięty. Ot, drobne zwycięstwa. Wyprowadził jeszcze psisko na spacer, co w jego mniemaniu już kwalifikowało go do miana człowieka odpowiedzialnego. Siniec, pięknie wybarwiony w odcieniach fioletu, nie dał się doszorować, choć próbował ― jakby woda miała moc cofania czasu i decyzji. Nie miała. Tak więc, z twarzą noszącą ślady wieczornej filozofii rozgrywek karcianych, wypełzł pod drzwi kuzynki mieszkającej piętro wyżej. Zachowywał się jak upodlony amant, bez przesadnych manier, bez wdzięku ― waląc do drzwi bardziej z irytacji niż potrzeby ogłoszenia swego przybycia. Bądź jawnego sygnalizowania, by nie wpadł na porywy życia prywatnego panny Borgin. Stał. Czekał. I czekał dalej. Nienawidził czekać, bo czekanie wymagało myślenia, a myślenie miało tę przykrą właściwość, że przywoływało konsekwencje. Klatka schodowa odpowiadała mu ciszą, wilgoć ścian zdawała się drwić z jego niecierpliwości, a on sam dochodził do wniosku, że jeśli wieczór miał jeszcze jakiś plan, to z pewnością nie zamierzał konsultować go z Borginem.
― Dobry wieczór... Ma Pani chęć porozmawiać o nowym ministrze, hm? ― manifestacją bzdurnej powagi wywołał przywitanie, każde bardziej cudaczne od kolejnego, gdy się widzieli. Zaraz zakpił z siebie, wyciągając w ramach wkupu w łaski Pani mieszkania dobre wino ponoć, zakupione dość dawno. Odnalezione przypadkowo, gdy pies niuchający po szafkach, niemal jej nie potłukł. Takie marnotrawco. ― Chyba, że... przeszkadzam?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Antonia Borgin
Śmierciożercy
I can resist everything except temptation
Wiek
28
Zawód
zaklinacz, pracuje w Ministerstwie Magii
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
14
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
11
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
03-02-2026, 20:37
Noc rządziła się swoimi, niepisanymi prawami. Kto by pomyślał, że coś tak codziennego i pozornie zwyczajnego mogło wpływać na ludzi w tak nieoczywisty sposób. Przyzwyczajeni do przykładania głowy do ciepłej poduszki, kończący pełen obowiązków dzień z wizją cichego utulenia, przeniesienia się do miejsc przyjemniejszych, marzeń i pragnień, których doścignięcie stawało się realne czasem tylko i wyłącznie w snach. Znudzeni życiem w błędnym kole, w powtarzalnym cyklu sukcesów i porażek, wręcz wyczekiwali chwili, gdy domokrążca przez wielu nazywany Morfeuszem w końcu zapuka do ich drzwi. Gdy jednak zdarzała się noc, w której przyszło im poznać jej prawdziwe uroki, nagle - jak za dotykiem różdżki, rzuconym na ślepo zaklęciem - zmieniali się diametralnie.
Ci sami ludzie, którzy za dnia mierzyli każdy gest i każde słowo, nocą pozwalali sobie na więcej - na odwagę, której nie mieli w świetle dnia, na decyzje podejmowane szybciej, ostrzej, czasem wbrew rozsądkowi. Znikała ostrożność, a w jej miejsce pojawiała się ciekawość; znikała potrzeba kontroli, a rodziła się chęć sprawdzenia, jak daleko można się posunąć, jak daleko zawędrować. Noc rozluźniała zasady, rozmywała granice i szeptała, że konsekwencje można odłożyć na później - na poranek, który i tak kiedyś nadejdzie. Dawała przyzwolenie na bycie kimś innym, a czasem po prostu na bycie sobą w wersji, której nie wypadało pokazywać światu.
Udzielało się to właściwie każdemu, nawet jej samej, choć przecież często jedyną rzeczą, która pozwalała jej odróżnić noc od dnia był widok za oknem. Przyzwyczajona do bezsenności, do tkwienia w zawieszeniu między jednym a drugim, dzieliła ten czas na ten pełen urzędniczego bełkotu, idealnie wyprasowanej garsonki i poważnej twarzy, która nie zdradzała nic poza stoickim spokojem oraz profesjonalizmem wypracowanym przez lata.
Noc nie była tylko metamorfozą, raczej powrotem do formy. W jej mroku nie zdejmowała masek - bo za dnia nosiła ich zbyt mało, by miały z niej spadać wraz z zachodem słońca - ale pozwalała sobie przestać udawać wersję łagodniejszą, bardziej przystępną, taką, którą światu łatwiej było zaakceptować. W nocy ściągała z siebie to, co konieczne, wypuszczając na wierzch demony wyćwiczone w cierpliwości, uśpione jedynie oczekiwaniem na swoją kolej. Przestawała spoglądać na zegarek, odliczać czas do wschodu słońca, przestawała udawać, że jego upływ cokolwiek dla niej znaczy. Emocje nie brały góry - po prostu przestawały być tłumione - a rozum nie musiał już ich pilnować. Obie te części istniały w niej obok siebie w kruchej, napiętej równowadze, na jej warunkach. I może właśnie dlatego noc była jedyną porą, w której naprawdę oddychała. Bo może nawet polubiła własną bezsenność.
Tak jak dziś wymknęła się z wypełnionej ciszą kamienicy, by obejrzeć miernej jakości spektakl w jakimś podziemnym pubie - z równie mierną obsadą aktorską, cierpkim piwem i mdląco słodkim winem stojącym na lepkim stoliku. By zaczerpnąć języka z kilkoma lekko doprawionymi czarodziejami, rozmawiając o życiu, o śmierci i kiepskim poczuciu humoru. By dodać sobie energii śnieżnobiałym proszkiem, którego błysk niejeden rozpoznałby bez potrzeby wypowiadania jego nazwy na głos. By tańczyć, zdzierając fleki ulubionych szpilek - tych pasujących do atłasowej, czerwonej spódnicy, której nie nosiła od wieków, bo jakoś wszystko przychodziło jej z łatwością nawet bez swojej największej broni na tyłku. A gdy w końcu, znudzona tym, co w oczach wielu mogło uchodzić za szaleństwo, wróciła do domu - do tej samej, wypełnionej ciszą kamienicy - głaskała dłonią Gustava, ucząc go nowych przekleństw po norwesku, wierząc uparcie, że w końcu któreś wypowie bezbłędnie.
Donośne pukanie do drzwi przerwało jej kolejne sylabizowanie słowa, więc zanim podniosła się z fotela, z premedytacją je dokończyła. Widok znajomej twarzy wymusił na jej ustach uśmiech - może faktycznie wynikający z zadowolenia, że jednak przyjdzie jej ten wieczór kontynuować, a może dlatego, że dawka błyskotu wciąż krążyła po jej organizmie, wprawiając ją w bardziej przychylny nastrój.
- Naprawdę? - zapytała, unosząc brew w pytającym geście. - Może jednak o czymś ciekawszym? Może opowiesz mi, jak nabawiłeś się tak pięknie fioletowej pamiątki? - dodała, wskazując na rozlany pod okiem siniak.
Sięgnęła po butelkę wina i otworzyła drzwi szerzej, wpuszczając go do środka. Ruchem różdżki pozbyła się korka i ruszyła w stronę salonu, by po chwili napełnić oba kryształowe kieliszki. Gestem dłoni przegoniła Gustava z fotela i sama na nim usiadła, wyciągając kieliszek w stronę mężczyzny. - Więc nie tylko ja dziś miałam… wychodne? - brew znów poszybowała w górę w pytającym geście, gdy usta dotknęły rubinowego płynu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
15-02-2026, 21:20
Co prawda mógł pełznąć gdzieś dalej, bardziej na północ, jak robak zbyt dumny, by przyznać, że świat kończy się na granicy własnej kieszeni. Cardiff mogło przecież sowicie wynagrodzić  obecność ― towarzystwem rozchełstanych marynarek, śmiechem tłustym od dymu i hazardem, który z czułością odbierał ostatnie knuty, by potem, z łaski kaprysu, oddać dwa. Tam przynajmniej porażka miała smak rumu, a nie zamarzniętej śliny. Coś wybiórczo ciążyło mu na barkach; nie melancholia ― był na nią zbyt praktyczny ― lecz odmienność, która obrosła go jak drugi kręgosłup po miesiącach spędzonych na rosyjskim padole. Syberyjskie pustkowie nie tyle hartuje, co wypłukuje. Wyciska z człowieka zależności, wiarę w relacje, w ciepło dłoni, w sens czegokolwiek poza własnym oddechem widocznym w powietrzu. Gdy sterczy się godzinami na wychłodzeniu i dogląda cudzej wisielczej śmierci, człowiek przestaje wierzyć w dramat ― zostaje tylko technika.
Węzeł ma trzymać.
Gałąź ma wytrzymać.
Reszta jest retoryką.
Moskwa dopełniła edukacji. Ambiwalentne nauczki, wystrofowane przez codzienność, przez kuzynostwo o oczach wiecznie czujnych i dłoniach gotowych zarówno do toastu, jak i do policzka. Kobiety ― perfidne w sposób niemal artystyczny ― których charakter uwielbiał z taką samą powagą, z jaką nienawidzi się własnych słabości. Tamtejsze prawo było jak tamtejszy alkohol: gorzkie, palące i podawane bez pytania o zgodę. Człowiek pił, bo nie wypadało odmówić, a potem dziwił się, że budzi się z cudzymi długami i cudzymi pretensjami.
― Nie, lecz wzbudza to wielkie emocje pośród płytkich panienek ― Zakpił więc, choć poważnie, bez roztargnienia uśmieszku na ustach. Ostudził zapał, by zgrywać ważniaka, chociaż panna Borginówka potrafiła przestrzec jego zamiary już na wstępie. Cwaniara. Niebezpieczna niekiedy. Łypnął zza winkla futryny, badając ciemność pomieszczeń za kuzynką. Ciemno i srogo; powietrze miało konsystencję mokrego aksamitu, a cisza była nade przyjemna. Idealny klimat dla takich ponuraków jak oni. ― Podłoga mnie skosiła, była waleczna i zaborcza o poświęcenie jej należytej uwagi... By należycie ją wymyć ― westchnął, pełzając z dość czystymi jak na siebie buciorami do gościnnego lokum. Przebywał tutaj tak często, że niekiedy po kilku głębszych nie potrzebował światła; czasem co prawda przysolił o coś leżącego na drodze, lecz... Odpowiednia ilość kroków i salon zapraszał; kurtka zamogła na oparciu leciwego krzesła. Ukojny zapach drewna, coś wspaniałego. Każdy zna swoje miejsce. Jedni pełzną ku światłu miast portowych, inni stoją w przeciągu historii, udając, że to wybór. On ― zawieszony między Londynem a Syberią, lasem i miastem, między hazardem a szubienicą ― wiedział tylko tyle, że cokolwiek wybierze, będzie to jedynie inna odmiana chłodu. A chłód, jak wiadomo, ma doskonałą pamięć. ― Idioci z ministerstwa...
Sprostował sprawę dla klarowności przekazu ― charakterystycznym napięciem w szczęce, które pojawia się, gdy człowiek udaje, że jeszcze wierzy w sens klarowności. Wszakże oboje grzali te same, nisko opłacalne stołki, skrzypiące pod ciężarem cudzych decyzji, słuchając przestarzałych systemowców w zarządzie sprawczości odgórnej. Tych, którzy mówili o „strukturach”, „mechanizmach” i „długofalowej wizji”, a w praktyce zarządzali kurzem osiadającym na segregatorach. Nie mieli nic do gadania ― poza sobą nawzajem, co jak wiadomo, bywa najdroższą formą rozrywki.
Bądź dobrym kolegą i nie zabijaj wzrokiem ― słyszał czasem od poliglotów z sekcji departamentalnej, zajmujących się, rzecz jasna, magicznymi zwierzętami. Bo skoro nie można było naprawić systemu, należało przynajmniej nazwać go po łacinie. Tamci odmieniali przez przypadki łacińskie nazwy stworzeń, jakby od tego miały stać się mniej gryzące. A on odmieniał przez przypadki własną frustrację, coraz sprawniej. No i dał. Wystarczyło jedno słowo za dużo, jedno spojrzenie o pół tonu chłodniejsze, by cała ta krucha architektura profesjonalizmu pękła jak źle zakonserwowana kość. Każdy się zagotował; w ruch poszły argumenty najpierw werbalne, potem mniej wysublimowane. Dali sobie po mordzie ― kolokwialnie, z godnością i kwitkiem męskiej łaciny osobliwości.
― Nakazali "dać się ponieść" i wylądowałem w burdelu, grając w karty. Cóż, dałem się ponieść ― Zjechał niżej na krześle, zgrabnie opierając kark na oparciu, kończąc osobliwość wyjątkowo udanej prezentacji. Wino było cierpkie, z gatunku tych, które udają szlachetność. Raczył się nim powoli, czekając na docinki. ― Uhuu... Wydajesz się niezbyt zadowolona z wyprawy rozpoznawczej ― odbił piłeczkę; doskonale zdawała sobie sprawę. Acz wścibski uśmiech ułożył się tak jakoś na wrednym ryjcu. ― Tośka, chyba wyszłaś z wprawy ― Jaki łowca, taki zwierz, nie?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Antonia Borgin
Śmierciożercy
I can resist everything except temptation
Wiek
28
Zawód
zaklinacz, pracuje w Ministerstwie Magii
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
14
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
11
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
10-03-2026, 20:23
W ich krwi płynęła potrzeba, by ciepłu nadawać chłodniejszy odcień. Chłód przenikał ich spojrzenia, ich skóra bladła nawet wtedy, gdy smagało ją słońce. Wnikał do ich domów, rozlewając się po ścianach i podłogach, a ciężkie, ciemne kotary oddzielały ich od świata. W ich krwi płynęła potrzeba, by słowom nadawać cierpki wyraz - mocniej akcentować sprawy trudne, a te łatwiejsze ubierać w konspiracje i docinki. W ich krwi płynęła też tęsknota - za ziemią bardziej twardą, za surowszym krajobrazem, za tym, by pasować, bo tutaj pasowali tylko wtedy, gdy sami się o to postarali. Bo choć jej pierwszy oddech przyszedł tutaj, na angielskich ziemiach, to jednak w całym domostwie, w każdym jednym Borginie, nieprzerwanie płynął nordycki etos siły i dyscypliny. Może dlatego bliżej im było do kamienicy na Nokturnie niż do rodzinnych posiadłości - zbyt bogatych jak na ich pochodzenie i zbyt głośnych jak na ich ciche usposobienie. Może dlatego tak dobrze czuli się we własnym towarzystwie, wiedząc, że język układa w słowa te same myśli, wartości i przekonania. A może w ramach buntu trwali w tych ministerialnych funkcjach tylko po to, by bojkotować i pluć na wszystko - bo przecież gdyby tylko mieli władzę, zrobiliby to zupełnie inaczej. W myśl własnych zasad, w myśl przekonań przekazywanych z pokolenia na pokolenie, razem z krwią płynącą gorąco i rzewnie w żyłach. I może właśnie dlatego noc była dla nich łaskawsza, przyjemniejsza. Bo wtedy, choć na chwilę, mogli w dłoniach trzymać to, co powinni dostawać za dnia. Ale żyli w kraju, w którym ludziom bliżej było do salonowych piesków, bliżej do bełkotu o codziennych sprawach, bliżej do idei pokoju, miłości i mierności. Bo coś, co nadaje się do wszystkiego, szczerze nie nadaje się do niczego.
Brew poszybowała ku górze, gdy w jego słowach wybrzmiał nieprzychylny dla panien epitet. Nie poddawała tych słów w wątpliwość - znała ich wystarczająco wiele, by w wyobraźni namalować ich obraz i zachwyt, by te wielkie emocje, o których wspomniał, ubrać w konkretną mimikę. Nie skomentowała tego jednak, bo w swych sztuczkach mógł uchodzić za uroczego, a w prowadzonych grach za idealnie wyćwiczonego, ale znała go zbyt dobrze, by wiedzieć, że te nie są jej pisane.
Może w ich krwi płynęła również potrzeba sprawdzania granic - własnych i cudzych. By czasem wrócić do korzeni i faktycznie coś poczuć. Bo Merlin jej świadkiem, że jak świat światem czasem trudno było jej poczuć cokolwiek. Pragnęła zachłysnąć się życiem od czasu do czasu, dlatego bez żalu i wyrzutów sumienia sięgała po narkotyki mogące przynieść właśnie te emocje - rozebrać z pustki i wypełnić beztroską. W tym mężczyznom było łatwiej. Pięść uderzająca o twarz czasem dawała wystarczający upust, krew spływająca po policzku pozwalała poczuć, że życie to coś więcej niż oddychanie. Nawet spotkanie z podłogą i uleganie jej potyczkom zdawało się być dla nich prostsze. Dla niej właściwie… niedostępne. Więc kto mógł się dziwić, że swoje potrzeby realizować musiała inaczej? - Czy nie taka właśnie kobieta by ci się przydała, kuzynie? - rzuciła, a kącik ust uniósł się w kąśliwym uśmiechu. - Waleczna, zaborcza, dbająca o to, byś jej potrzeby zaspokajał? A jednak przydałoby się uodpornić na siniaki, bo to lekka niedogodność tracić wzrok przy każdym jej niezadowoleniu. - dodała ze wzruszeniem ramion. On doskonale wiedział, że w jej słowach był konkretny cel, że tym sprawdzać chciała granice. Sprawdzić na co dziś jej pozwoli, bowiem w tych przekomarzaniach mogła rozgościć się na wiele sposobów.
Cierpkość na języku idealnie skomponowała się z jego słowami. O niezadowoleniu. O wyjściu z wprawy. Odbierała lekkość jego własnemu poniesieniu. Uczepiła się więc tego drugiego, a w salonie rozbrzmiał śmiech - lekki, niemal niedbały. - Ciekawe miejsce do gry w karty. Co w takim razie wygrałeś? - dać się ponieść brzmiało górnolotnie, a granie w karty w burdelu jeszcze bardziej. Nie było to jednak dla niej niczym dziwnym i zapewne sama byłaby skora rozegrać taką partię właśnie w takim miejscu.
Prychnęła w odpowiedzi na zaczepkę, ponownie mocząc usta w szkarłatnym trunku. - Skąd taki wniosek? - kącik ust uniósł się w leniwym uśmiechu. - Za trzeźwa? Zbyt spokojna? Samotna?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
24-03-2026, 18:33
Chciał choć raz być świadkiem czegoś prostego ― nie farsy, nie kolejnego wieczoru, który kończył się kacem i niesmakiem, ale zwyczajności tak cichej, że aż podejrzanej. Wyobrażał to sobie z uporem godnym lepszej sprawy: jak zasypia obok niego, jak wtula się bezwiednie w jego bok, jak mamrocze coś pod nosem, słowa bez znaczenia, ale jednak należące tylko do niej. Chciał, żeby wiedziała ― choćby przez sen ― że w jego ramionach nic jej nie grozi. Że choć świat na zewnątrz miał zwyczaj gryźć, drapać i przypominać o sobie w najmniej odpowiednich momentach, on byłby w stanie stanąć między nią a tym całym syfem. Nawet jeśli tym syfem były jej własne koszmary, wracające jak nieproszony gość, którego nikt nie miał odwagi wyrzucić za drzwi.
Chciał.
Co się odwala?! No właśnie.
Potem się przebudził po zaćpaniu dziwnych ziółek z Norwegii i walnął sobie w twarz.
Nigdy więcej ćpania z przyjacielem kumplem.
― Macie babską zmowę uszczypliwości matrymonialnej? No, połączenie waszych jaźni w tematyce dręczenia mnie… ― Skończyło się jak zwykle ― gafą, niezręcznością, czymś, co jeszcze długo będzie wracało w najmniej stosownych chwilach, przypominając mu, że dobre intencje to najtańsza waluta, jaką człowiek może operować. Prychnął pod nosem, z irytacją, która była bardziej skierowana do siebie niż do kogokolwiek innego. Jeśli jeszcze jedna kobieta, która z jakiegoś powodu znalazła się zbyt blisko jego życia, zacznie snuć te swoje żałosne requiem o końcu wolności, kajdanach, które rzekomo same sobie zakładają ― przysięgał, że wyjdzie z siebie i stanie obok, byle tylko nie słuchać tego po raz kolejny. ― Stałość jest nudna, upośledza co najlepsze w życiu wolnego ducha. Tonia, wam potrzeba faceta idealnego ― Tobie i wilczkowi, acz tego nie wolał roztrząsać otwarcie. Nie miało to sensu, Borginówny potrafiły zadziwiać na każdej płaszczyźnie, ale ile można być starą panną?  ― Uszczerbek na zdrowiu potrafi budzić w was korzystne emocje, głaskanie po głowie i troskę, słodziutkie. 
Zacisnął szczękę, powstrzymując się jeszcze przez moment, jakby liczył, że rozsądek ― ten sam, który tyle razy zawodził ― tym razem jednak zrobi swoje. Ale rozsądek miał tę wadę, że przychodził zawsze spóźniony, a kiedy już się pojawiał, rzadko miał coś sensownego do zaoferowania. Pociągnął połowę napitku udręczonego w szklanicy, kojąc sobie stan unerwienia, chociaż posiadając ambitne pomysły. Skoro już byli na fasadzie takich pogadanek, warto by uskutecznić pewne kwestie. Wszakże był poważnym facetem dbającym o kobiety w rodzinie.
― Wyobraź sobie jakie piękności mogą zaoferować z ministerialnej wypłaty… ― marne, podstarzałe wywłoki. ― Marne pocieszenie po robocie. Przynajmniej wyniosłem dobrą butelczynę i jakieś kwity z marynarki drugiego. Byle odpis z archiwum, można sprzedać za kilka drobniaków dalej ― Czemu nie zarobić na głupocie konowałów, którzy z długości własnego stażu uczynili sobie tarczę nie do przebicia i dowód rzekomej nieomylności? Świat od zawsze stał na podobnych iluzjach ― jedni wierzyli, że wiedzą więcej, drudzy cierpliwie liczyli monety, które z tej wiary wypadały. Borgin nie należał do tych, co odwracali wzrok. Głupi byłby ten, kto minąłby taką okazję z godnością, która nic nie kosztowała, a jeszcze mniej dawała. Jeśli trzeba było poświęcić oczodół ― metaforycznie czy nie ― dla chwili zabawy i kilku dodatkowych galeonów, rachunek wydawał się prosty. ― Czarna jest moja koszula, czarne są moje włosy, czarny jest smutek, który nosi moje serce ― zaintonował po norwesku, naiwnie spamiętany fragment donioślejszej pieśni z sagi. Wyrywkowo lubił się rozdrabniać nad takimi tekstami, a raczej robił to niegdyś po upadku jaki zaliczył. Lekcja życia, jak skomentował jeden typ beztrosko przy kielichu, gdy każdy z dwójki opijał swój problem i zaliczenie dołka mentalnego. ― Solveigs sang z suity Griega. Nasi przodkowie potrafili pokracznie opiewać tęsknotę za miłością… Odbierasz spojrzeniem dech, piękna i zabójcza, polot inteligencji oprawiony w brąz spojrzenia. ― Czego chcieć więcej?
Lepszej partii nie sposób było sobie wyobrazić, a jednak świat, jak zwykle, nie działał według zdrowego rozsądku. Faceci ― parsknął pod nosem, krzywiąc się lekko ― bywali puści na sposoby, które trudno było usprawiedliwić nawet alkoholem. Patrzyli, ale nie widzieli. Chcieli, ale nie potrafili sięgnąć. Albo, co gorsza, bali się, że to, co dostaną, okaże się większe, niż są w stanie unieść.
― Dywaguje nad kobiecą niedolą ― wzruszył ramionami, zasięgając po butelczynę wina, dolewając odrobinę. Niekiedy uchodziło udawać iście grzecznego, mniej grzesznego i opryskliwego; mugol pogrzebany w kwestii, że Tośka znała go na wylot. Kiedyś go przerażała operatywność pannicy, dziś szczególnie mocno podziwiał. ― Brakuje Ci kogoś w życiu, słodka? ― Przesunął językiem po zębach, jakby smakował tę myśl, i odsunął ją na bok z tą samą niedbałością, z jaką odsuwał większość rzeczy, które zaczynały zahaczać o coś poważniejszego. Musiał ją kiedyś zabrać ― dla zabawy, nie dla budowania czegokolwiek trwałego, bo na to ani on, ani świat nie mieli cierpliwości. Raczej dla samego faktu zobaczenia, co bywało dyrektywą zabawy w jej wykonaniu. Doświadczenie. ― Więcej sobą prezentujesz niż te wszelkie szczebiotki z skorowidza. Wam nie można podsunąć byle kogo, nie możecie zostać spętane przez błazenadę męskich rozterek. Wam trzeba wyzwań, mylę się?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Antonia Borgin
Śmierciożercy
I can resist everything except temptation
Wiek
28
Zawód
zaklinacz, pracuje w Ministerstwie Magii
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
14
OPCM
Transmutacja
6
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
11
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
8
Brak karty postaci
27-03-2026, 15:00
- Dręczenia? - powtórzyła za nim, a brew powędrowała ku górze w pytającym geście. - Nie wiedziałam, że ten temat urasta dla ciebie do miana tortury. - dodała, choć w jej głosie nie było wycofania. Każdemu bowiem w życiu przychodziło mierzyć się z dyskomfortem - i to na różnych płaszczyznach. Ją samą ten temat mierzwił równie mocno. Z jednej strony nie chciała dać się zakuć w kajdany małżeństwa, wiedząc, jak wiele wyrzeczeń się z tym wiąże. Jak wiele pragnień duszy będzie musiała stłumić tylko po to, by wpisać się w ramy poddaństwa, w które każda kobieta - nawet ta niezależna - ostatecznie się wpisuje. Z drugiej strony czuła, jak to kroczy tuż za nią, niemal depcząc jej po piętach. Nie mogła uciekać przed tym obowiązkiem w nieskończoność. A jednak w ich krwi nie było potrzeby szybkiego wiązania się. Wszyscy, niczym jeden miot, czerpali przyjemność z tego, co chwilowe. Co ulotne. Najbliżej tej wizji zdawała się być Varya - może dlatego, że jeszcze nie poznała, jak dobre, jak uwalniające i łatwe potrafi być bycie „na chwilę”. Nie na zawsze. Nie w obowiązku żony, nie z wizją macierzyństwa czy prowadzenia domu, a w roli tej, której się pragnie. Nie powiedziała tego jednak na głos. Ten temat i tak zbyt mocno napsuł jej krwi w ostatnim czasie.
Kącik ust drgnął jej w uśmiechu. - Widzisz. Tym bardziej nie śpieszę się do stałości, skoro tacy nie istnieją. A kto cieszyłby się z miernoty, gdy oczekuje głównej nagrody? - tak mogła mieć ją każdego dnia i każdej nocy. Nie różnili się pod tym względem, choć nie mogła obiecać, że w przypływie kąśliwości nie rzuci tej karty na stół. - Och, więc robisz to celowo? Nie sądziłam, że aż tak łakniesz uwagi i zaopiekowania.
Wbrew wszystkiemu, co życie miało im do zaoferowania, sądziła, że to wciąż za mało. Że kryją się w tym niespełnione marzenia i kryteria, których od dawna nie dostrzegała już w niczym i w nikim. Bo ludzie byli jacyś za mało. Przedmioty - nawet te, które potrafiły obciążyć sakiewkę - wydawały się miałkie. Miejsca przestały cieszyć oko. Więc szukała. A może szukali oboje. Czegoś więcej. Otwierali się na kolejne bodźce w nadziei, że w końcu któreś okażą się… wystarczające. - Wielkie masz oczekiwania - zaczęła, przekrzywiając lekko głowę. - W tym kraju nic nie jest wystarczające. Więc i pocieszenie po robocie będzie marne. Marne butelczyny alkoholu, marna zapłata i marna nagroda. I tylko tęsknota za czymś, co w końcu byłoby jakieś. - westchnęła cicho, bo sama czuła to pod skórą. Może czasem spychała to gdzieś dalej. Może rozkładała ręce, jakby nie mogła już nic zmienić, nic naprawić. Pozostawało się pogodzić. I nie narzekać na własny los - bo to nie przynosiło nic. Nic poza tym, co i tak znała aż za dobrze.
Uśmiech wkradł się na jej usta, gdy fraza wypłynęła z jego ust w języku, który rozumiała lepiej niż ten, którym posługiwała się od dziecka. Nie skomentowała tego jednak, ważąc w myślach, na ile było w tym sensu, a na ile lekkości podszytej alkoholem. Bo mówił, co ślina na język przyniosła. To, co akurat pojawiło mu się w głowie. Rozbawiona skinęła tylko głową. Może rozumiała to aż nazbyt dobrze - w końcu sama znajdowała się w podobnym stanie. Nie odezwała się od razu. Patrzyła na niego, badając zmieniającą się wraz ze słowami twarz, błysk pojawiający się w oku. - Jest ci ona znana? - ta niedola? A może sam był jej powodem? Powodem niedoli wielu kobiet zapatrzonych w tę anielską twarz, z nadzieją, że kryje się za nią równie anielski temperament. Ale przecież nie krył. Czyż nie?
- Dziś? Wcale - a w jej słowach kryło się drugie dno. Przecież był tu z nią. Czy miałaby teraz gnać myślami do innych? Marzyć o konkretnym głosie i konkretnych ramionach? Nie musiała. - Czy to właśnie nie jest najprzyjemniejsza część? Móc wybierać? - ale ten wybór nie miał trwać w nieskończoność. Wiedziała, że prędzej czy później jej dobra passa się skończy. Bo choć było w niej wiele dzikiej pewności siebie, to pragmatyczny umysł nie pozwalał jej oszukiwać się zbyt długo.
- A co, jeśli najwięcej adrenaliny dają mi owoce zakazane? - bo dziwnym trafem niemal wszystkie jej relacje opierały się na zakazach, które tak chętnie omijała. Choć wiedziała, że niektórych przekroczyć nie będzie w stanie. - Dość już. O kobiecej niedoli i moich potrzebach, kuzynie. - westchnęła, choć na jej ustach wciąż błądził uśmiech. Dopiła kieliszek i uzupełniła brak. - Niektóre sprawy muszą rozwiązać się same… chyba że za twoim gdybaniem stoi jakaś konkretna propozycja?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 16:53 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.