• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 16.02.1959 | A devastated heart hurts the most
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
25-01-2026, 13:56

A devastated heart hurts the most
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
25-01-2026, 14:42
Sztywność ramion narzucona do granic śmieszności, teatralna stateczność ministerialnej codzienności, spłynęła wraz z opuszczeniem podziemnej nory ― przesiąkniętej zapachem kurzu, atramentu i cudzych ambicji. Zniknęła razem ze schematyzmem słów przełożonego, z tym nieśmiertelnym panie Borgin, wypowiadanym zawsze w tonie, który sugerował, że świat bez raportów runąłby natychmiast, najlepiej na głowę petenta. Krzykliwe upomnienia o wypełnieniu upierdliwych druków raportu brzmiały jeszcze przez chwilę w czaszce, jak echo źle dobranej inkantacji ― irytujące, jałowe, a jednak uparte. Zlecenie, oczywiście, odbyło się daleko w Szkocji, bo nic tak nie cementowało sensu istnienia ministerialnego trybiku jak delegacja w miejsce zimne, wilgotne i niechętne życiu. Zakończyło się, jak zwykle, reprymendą ― bo bestia, łapana z należytą pieczołowitością, uznała łańcuch za sugestię, nie za rozkaz. Zadraśnięcie na szyi, dość rzucające się w oczy, było pamiątką po tej krótkiej lekcji biologii: materia żywa nie respektuje formularzy. Bębenki słuchowe wciąż zdawały się zamglone po donośniejszym ryku, pierwotnym, który nie potrzebował pieczęci ani zgody przełożonego, by wybrzmieć. Ryk miał sens. Raport ― niekoniecznie.
Basta. Godziny pracy upłynęły, a porządek dnia ustąpił miejsca czemuś, co zapowiadało się na znacznie ciekawsze zwieńczenie. Ulica oddychała wieczorem, ciała ludzkie poruszały się w przewidywalnych trajektoriach, jak stado przekonane o własnej autonomii. I właśnie wtedy, pośród tej pozornej swobody, obruszyła się sylweta znajomej kobiety. Nie gwałtownie, nie teatralnie ― raczej jakby świat sam musiał się o nią potknąć, by przypomnieć sobie o jej istnieniu. Zaczepiła jego uwagę dobitnie, na dłużej niż ostatnim razem, co samo w sobie było aktem niemal bezczelnym. Stała w półcieniu, w miejscu, gdzie światło nie decydowało się jeszcze na pełne zaangażowanie, a jej postawa niosła w sobie coś z drapieżnej cierpliwości. Nie robiła nic szczególnego. To zawsze było najbardziej irytujące. Obecność, ta nieunikniona właściwość bytu, emanowała z niej jak zapach, którego nie sposób było zignorować ani przypisać do konkretnego źródła.
― Moje mieszkanie było bliżej... ― Jakby faktycznie mu to przeszkadzało, gdy gmerał spokojnym krokiem tuż za nią. Ciało odpowiedziało wcześniej niż myśl. Mikroruchy mięśni, ledwie zauważalne przesunięcie ciężaru, biologiczny alfabet zapisany pod skórą. Umysł, oczywiście, próbował to skomentować z przekąsem: proszę bardzo, ministerialny łowca, tresowany do kontroli, reagujący jak każdy inny organizm na bodziec wykraczający poza normę. Prześmiewcze, ale skuteczne. ― Ech, Fran... Kompletnie dzisiaj nie słuchasz ― mruknął pod nosem, niebywale niczym dzieciak pozbawiony radości z uciechy byle słodkością. Faktycznie, takowego nie dostał jak zwyczajowo miało to miejsce, chociaż zdołał zasięgnąć jej dłoni, by przypadkowo... Nie zwiała mu łania sprzed nosa.
Łypał wejrzeniem tu i ówdzie, ruchem na tyle odruchowym, że sam nie byłby w stanie wskazać momentu, w którym stał się nawykiem. Ojciec mawiał kiedyś, że świat nie gryzie znienacka, tylko zawsze chwilę wcześniej pokazuje zęby. Przezorność więc trwała, jak odruch mięśniowy, nawet wtedy, gdy rozum podpowiadał, że nie ma przed czym się bronić. Dla kontroli sytuacji, oczywiście. Dla iluzji panowania nad przestrzenią, która i tak miała w nosie jego starania. Wiedział jednak swoje, ta kobieta mknąca przed nim nie potrzebowała ani tarczy, ani strażnika. Radziła sobie sama, w sposób aż nazbyt czytelny ― tym drażniący bardziej. Jej ruchy były oszczędne, pozbawione zbędnego napięcia, jakby ciało nie musiało negocjować z otoczeniem swojego prawa do istnienia. I to właśnie w tej pewności było coś prowokującego. Wzrok zjechał niżej, pierwotnie, niemal bezwstydnie, jakby wbrew wszelkim deklaracjom cywilizowanego dystansu. Usta wykrzywiły się w lekko perfidnym uśmieszku ― tym rodzaju, który nie zdradzał zamiarów, a jedynie przyznawał się do myśli. Biologia, nie pierwszy raz, wygrała z wychowaniem. Ironia losu polegała na tym, że on nawet nie próbował jej za to zganić.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Francesca Goldsmith
Zwolennicy Dumbledore’a
As I watched them I knew I'd probably never be like that
Wiek
25
Zawód
Auror
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
20
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
11
Brak karty postaci
08-03-2026, 00:09
Czyli w ten sposób to smakowało…
Odurzająco, uzależniająco, dewastująco.  Nie mogła tego powstrzymać, wibrujące poczucie zadowolenia wypełniało jej klatkę piersiową. Zdawało się, że osiągnęli coś niemożliwego, nieosiągalnego dla ludzkich istot. Przełamali bariery, rozbili sufit i odnaleźli prawdę. W ten sposób smakowała sprawiedliwość, to właśnie ona była źródłem tego emocjonalnego zamieszenia. Skończyła kurs kilka miesięcy temu, lecz szybko pojęła, że w tym zawodzie o wiele częściej się przegrywa niż wygrywa. Taka była natura systemu, nieludzkie odbicie w lustrze. Dzisiaj jednak zwyciężyli – dorwali, złapali i pochwycili w swe dłonie oblicza zła. Gdy wprowadzali zbrodniarza za kraty w Tower, gdy przekazywali rodzinie nowe informacje, nawet gdy następnie usiedli wspólnie w zespole i milczeli przez kilkanaście minut – czuła to wszystko, jakby w końcu zrozumiała po co, to wszystko robią. Dla takich właśnie momentów, krótkich triumfów, które tak rzadko przychodzą. Dzisiaj wszyscy wyszli wcześniej z biura, każdy chciał świętować lub odpokutować swe czyny.
Obróciła się przez ramię za siebie, krótkie sprawdzenie terenu. Posłała mu przekorny uśmiech, radość kreśliła rysy jej twarzy. Parła do przodu z pewnością triumfatora, jakby nie mogła jej dzisiaj powstrzymać. Krok zdawał się lekki, zima niegroźna, a on nawet piękniejszy w odzieniu nocy. Ile o tym szeptano na korytarzach Ministerstwa, ile laurek pochwalnych dostarczanych miał każdego dnia ze strony żeńskiej części biurokratycznego świata.
– Nie posiada jednak potrzebnego asortymentu – deklaruje, nie zatrzymując się nawet na krótką chwilę. On jednak nadal za nią podążał, z pewną wyuczoną ciszą, która otaczała jego ruch. Bez szelestu i dominacją bezgłosu. Z odrobiną gracji, którą tylko leśne ścieżki wprowadzają w obieg człowieka.  Może powinna kwestionować czemu był pierwszą osobą, o której pomyślała tego wieczoru, czemu to z nim chciała spijać szampana. Biologiczne uwarunkowania? Pewna łatwość jego osoby? Przyjemność układu, który między nimi zaistniał? Ta ludzka słabość, którą posiadała do jego osoby? Pozwala chwycić się za dłoń, przecież nie chciała, żeby się zagubił po drodze. Byli w mugolskiej części Londynu, tam gdzie domostwa mają ci, którym w życiu się powiodło. Ich wędrówka nie była długa, szereg podobnych domów usłanych wzdłuż ulicy.
Znajdują się w wąskiej przestrzeni korytarza, gdy zasoby jej cierpliwości zdają się na wyczerpaniu. Po odłożeniu płaszcza odwraca się do niego, sięgając po jego dłonie. Splecione w uścisku układa za siebie, na wysokości bioder, powodując, że dwa ciała stykają się całkowicie ze sobą.
– Dokonałam dzisiaj czegoś wielkiego – szepczę prosto do jego ust, kusi, obiecuje. Pozwala oczom nacieszyć się widokiem, śledząc każdy z elementów jego twarzy jak artysta podziwiający swe dzieło. Ponownie się uśmiecha, upojenie zwycięstwem zawładnęło jej całym rozsądkiem. Krótko się śmieje, by zaraz uwolnić ich ze wspólnego objęcia. Kieruje się w głąb domu, zapraszając go do świata Francesci Goldsmith z całym wspomnieniem istnienia Ingrid Ginsberg – jej babci, lekarki, żydówki, mugolki, które można było tu odnaleźć. Nawet po swej śmierci wyczuwalna była w tych kątach, lecz nie wspomnienia o niej władają jej ruchami. Jeden pstryk, instynktowne zachowanie – zapalenie światła, które zaprezentowało mu oblicze salonu. Właśnie odpaliła dynamit, nieświadomie podpalając całość ich układu. Ucieszona odnajduje butelkę szampana, tego prawdziwego z Szampanii, który kosztuje zapewne połowę jej pensji. Rozlewa trunek do dwóch kieliszków, szykując się do zdania całej relacji wielkiego zwycięstwa. Chcę się z nim podzielić, opowiedzieć o całym brudzie i pięknie, które otaczały aurorską rzemiosło.

Oto była ich scena, on i ona w ich własnym dramacie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
09-03-2026, 23:44
Czasem miało to smak czegoś zakazanego ― drobnego odstępstwa od rygoru, który przez lata budował wokół siebie jak mur. Myślenie wyłączało się wtedy nie całkiem, raczej uchylało drzwi i pozwalało, by coś bardziej pierwotnego weszło do środka. W tych chwilach bywał niemal frasobliwy, jak szczeniak zbyt duży na własną ciekawość świata. Kontury jego samego rozmywały się, struktury dyscypliny traciły ostrość. I w tym właśnie tkwiła najbardziej niepokojąca część całego zjawiska ― nie był pewien, czy naprawdę chce je przywrócić.
Ile kobiet mogło pozwolić sobie na taką sztukę? Ile potrafiło uderzyć go w myśl tak pewnie, że aż dźwięk odbijał się echem w jego własnej głowie? Niewiele. Właściwie niemal żadna. Może z wyjątkiem jego siostry, której upór i ostrość znał aż za dobrze.
Może właśnie dlatego przepadł.
― Dotychczas nie kręciłaś nosem ― Baby, zawsze szukały wymówki idealnej. Potrafiły ubzdurać sobie cuda niewidy, byle postawić na swoim. Nie przejmowali się udogodnieniami. Nigdy szczególnie nie przywiązywali wagi do społecznej wygody, kontraktów, zawieranych między jednym oddechem a drugim, by nadać swoim czynom pozór uporządkowania. Niekiedy wpadali do mieszkania z łoskotem ― drzwi uderzały o framugę jak zirytowany komentarz rzeczywistości ― a słowa, jeśli w ogóle próbowały się pojawić, ginęły gdzieś po drodze. Woleli milczeć. Milczenie było prostsze, uczciwsze wobec tego, co rosło pod skórą. Narastająca frustracja bywała zadziwiająca, niemal komiczna w swej cielesności.
Teraz jednak szedł spokojniej. ― Bywasz zagadkowa w ostatnim czasie...
Sunął wzrokiem po monotonii budynków, ustawionych w rządach tak identycznych, że zdawały się kopiami jednego, pierwotnego błędu architektonicznego. Ta część Londynu była mu obca. Miała w sobie coś pokracznego, jakby stolica próbowała tu udawać coś, czym nigdy nie była. Ulice wydawały się niechętne ― chłodne wobec ich obecności, wobec ich świata. Magia, choć niewidzialna, zawsze zostawiała w powietrzu pewien ślad, a to miejsce zdawało się go odrzucać. 
― Hm... Pani auror była gwiazdą? ―  zgadywał, trzaskając drzwiami. Kurtkę zsunął z ramion; porzucił ją gdzieś obok ― dopiero potem dłonie znalazły drogę do jej ciała, z tą samą pewnością, z jaką mięśnie odnajdują ruch wyćwiczony przez lata. Było w tym coś powolnego. Nos przesunął się niemal leniwie wzdłuż konturu jej szczęki, jakby badał linię, chociaż zwiedzał tamtejsze rewiry już niejednokrotnie. Skóra była ciepła. Zbyt blisko, by udawać obojętność. ― Mów więcej… ―  mruknął cicho, głosem, który zdawał się bardziej wibracją niż słowem. Usta wykrzywiły się w ledwie uchwytnym uśmiechu, wodząc zaczepnie dłonią przez plecy niżej, czule obejmując ku sobie.
Rozbrykana łania skoczyła w bok, niknąć w pomieszczeniu.
Westchnął zniecierpliwiony;  szorstkie wypuszczenie powietrza, które zwykle poprzedzało jakąś drobną potyczkę z rzeczywistością. Wtedy właśnie nastąpiło pstryk ― zwyczajowe dla niej, naturalne. Światło rozlało się po pomieszczeniu bez miękkiej, nieco teatralnej zwłoki, jaką zwykle miała magia. Po prostu było. Zbyt szybko, zbyt zwyczajnie. Przez ułamek sekundy stał w miejscu, jakby mózg potrzebował chwili, by pogodzić dziwne fakty. ― Co do... ― Nigdy wcześniej tu nie był. Nigdy nie przekroczył tej części jej prywatności, tej cichej granicy mieszkalnej, którą ludzie wyznaczają nieświadomie między sobą a światem. Zawsze kończyło się w jego lokum ― praktyczniej, bliżej, bez potrzeby eksplorowania cudzych ścian.
Uniósł brew niemal odruchowo.
Jak właściwie zapaliła to światło?
Wzrok, jeszcze zanim myśl zdążyła sformułować sensowne pytanie, powędrował po pomieszczeniu. Fran w tym czasie siłowała się z butelką szampana, której korek najwyraźniej postanowił odegrać rolę ostatniego bastionu oporu. Pozwolił zieleni tęczówki przemielić salon powoli, z tą samą cierpliwością, z jaką operował na tropieniu zwierzyny w lesie.
Obrazy na ścianach się nie ruszały.
To była pierwsza rzecz, która zgrzytnęła w jego głowie. Nie drgnęły nawet o milimetr, nie mrugnęły olejną powieką, nie próbowały poprawić kompozycji własnego istnienia. Stały tam nieruchome, przybite do płótna jak wspomnienia, które ktoś zamknął w formalinie.
Atmosfera też była inna.
Nie chodziło nawet o zapach ― choć i ten wydawał się jakiś płaski, pozbawiony tej drobnej, metalicznej nuty, którą magia zostawia w powietrzu. Chodziło o dynamikę przestrzeni. Subtelne drżenie świata, które znał od dziecka i które zwykle było tak oczywiste, że nikt nie zadawał sobie trudu, by je nazwać.
Tutaj go nie było.
Ściany milczały w sposób absolutny.
Lampy nie miały w sobie nic z zaklętej kapryśności.
Nawet cisza była jakaś… obca.
― To żart, Goldsmith? ― Nie, nie ― to chyba żart, prawda? Przecież musiała się z nim droczyć, igrać z jego przyzwyczajeniami, może nawet odegrać za coś drobnego, co wcześniej uznała za warte odwetu. Nic wielkiego. Zwykła, ludzka złośliwość ubrana w ciszę. Przeciął salon kilkoma nerwowymi krokami, raz w jedną, raz w drugą stronę, jak zwierzę zamknięte w zbyt małej przestrzeni. Wzrok zahaczał o martwe obrazy, o lampę, o ściany, aż nie ujął w dłoń literatury zastałej na regale. ― Co to jest? Czym... Ty jesteś?!
Kącik ust drgnął, gdy w końcu pozwolił myśli wybrzmieć w głowie z należytą szczerością.
Какого хрена?!
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Francesca Goldsmith
Zwolennicy Dumbledore’a
As I watched them I knew I'd probably never be like that
Wiek
25
Zawód
Auror
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
20
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
11
Brak karty postaci
12-03-2026, 21:49
Ich los można podzielić na dwa okresy, które rozdzielał moment zaistnienia prawdy.

Scena I

Posyła mu zadziorny uśmiech na jego komentarz o jej tajemniczym zaufaniu. Mężczyźni i ich poświadczenie, że wiedzą i rozumieją jakby dawno temu przejrzał jej całą osobę. Zaprezentowaną pomiędzy łapczywymi pocałunkami i sunącymi dłońmi, nakreśloną w korytarzu jego mieszkania i ustanowioną właśnie w tej czasoprzestrzeni.
Nie mogła przestać na nieco patrzeć, łuskać kolejne niewinne dotknięcia, które czasem zdawały się posiadać skrajnie bardziej znaczące konsekwencje niż chwile namiętności. Nie leżała za nimi potrzeba zaspokojenia biologicznych popędów, oderwania myśli o nieszczęść dnia powszedniego. Czasem potrafili bezsłownie się przywitać i pożegnać, rozumiejąc całą istotę sprawy, która ich łączyła.
Tym razem w jej dotyku nie można było zastać niewinności, jej intencje były całkowicie jasne – nawet jeśli odroczone w czasie. Zdawali się rozmawiać ruchem, czytać pomiędzy jednym muśnięciem, a szorstkim uściskiem. Nieme słowa, która rozchodziły się pomiędzy ich palcami.
Była to obietnica i początek opowieści; przechodząc próg jej domu, przekroczyli barierę. Złamanie ich schematów, naruszenie ich granicy, chwila jej nieuwagi, a może badanie terytorium?
– Zabawne, ale nie było to jakże niesamowicie efektowne na samym końcu – nie był to finał godny powieści detektywistycznych, pozbawiony fantazji i wybuchów, scen wielkiego poświęcenia. To też nie było do końca prawdą, było w tej opowieści pewne poświęcenie. Gdyż osobą, która doprowadziła ich do samego zabójcy była jego siostra, która nie mogła poradzić sobie z poczuciem winy, które namaściło jej osobę. – Gdy był już w areszcie, siedziałam przez piętnaście minut w milczeniu w gabinecie. Pomyślałam, że czasem wielkie rzeczy dla jednych ludzi, dzieją się bardzo cicho dla innych.
To pewna melancholia okryła jej uśmiech, zawładnęła jego konturami. Potrząsnęła głową, jakby własna radość nadal stanowiła dla niej trudność. Żegnając się z jego dłońmi, ciałem i ciepłem, by zaprezentować mu jej własne przestrzenie. W tym momencie nie myślała o światle, lampach i elektryczności, o cudzie Thomasa Edisona i związaniu energii w trwałe opakowanie. Spędziła w magicznym świecie ostatnie dziesięć lat, lecz mugolskie wychowanie nakreśla jej zachowanie.
Powinna być bardziej uważna, to był jej podstawowy błąd.
Gdy ona starała się otworzyć butelkę szampana, która miała być ostentacyjnym wzniesieniem toastu za zwycięstwo, jej własna porażka zaczynała ją dosięgać. Rozlała trunek do dwóch kieliszków, jeszcze nieświadoma i uśmiechem na ustach. To był ten moment –  podniosła wzrok. 

Scena II

Wyprostowała się, ciało nieświadomie naprężyło wszystkie mięśnie. Obserwowała jego ruchy, jakby w jego ciało przeistoczyło się w uwięzione zwierzę. Pełne nerwowości i paniki, zdawał się promieniować pewnym wzburzeniem. Milczała, gdy on zdawał się pochłaniać całą przestrzeń, zabierać całe powietrze. Zdawało się, że żadne słowa nie będą odpowiednie. Podświadomie wiedziała, że wydarzy się coś niedobrego, ręka automatycznie dotknęła różdżki, jakby chcąc uspokoić się, że znajduje się ona tak blisko. Rozejrzała się dookoła, oto było mieszkanie jej babci, które odziedziczyła. Była wspaniałą kobietą, lekarką i promotorką zdrowia. Wszystko tutaj w pomieszczeniu poświadczało o jej nietuzinkowej osobie, ale to nie jej życie czy charakter był tutaj najważniejszy. Była mugolką, nie dało się temu zaprzeczyć. Najgorsze implementacje jego zachowania zaczynały kiełkować w jej umyśle.
Co miało być żartem? Zdawał się być w innej części powieści.
Sytuacja? Dom? Ona?
Czego miał dotyczyć ten żart? Dostrzegła reakcje na jego twarzy, gdy przeglądał półkę z książkami. Ona za to stała trwale w jednym miejscu, maska neutralności niepostrzeżenie wkroczyła na jej twarz. Nawet nie wiedziała kiedy zaczynała budować mury, przygotowywać na to, co nastanie.

Czym... Ty jesteś?!

Grymas mimowolnie objawił się na jej twarzy, nie mogła go powstrzymać. Zabolało, musiała przyznać.
– To wydanie Matematycznej Zasady Filozofii Naturalnej, brytyjskiego naukowca Isaaca Newtona, całkiem mądrego mugola – geniusza nawet, ale nie sądziła, że by to go interesowało. Zbliżyła się na kilka kroków, lecz zachowała dystans. Treningu aurorskiego nie można było się wyzbyć, a nawet nie wiedziała, gdy z kochanka stał się możliwym zagrożeniem.
–  Arthyen, gdzie leży problem?
Chyba potrzebowała, by powiedzieć to na głos. Wyrzucił wszystko z siebie, może nawet krzyknął i zakończył tą nerwową niepewność. Niech prawda ich wyzwoli, w końcu siebie zobaczą. Śmiała się z jego własnych wyobrażeń na temat jej osoby, a właśnie sama była obdzierana ze złudzeń. W końcu naprawdę pozna kim jest Arthyen Borgin.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
15-03-2026, 19:02
Cytat:Artykuł 27 – Procedura Natychmiastowej Neutralizacji Zagrożenia

W przypadku stwierdzenia bezpośredniego zagrożenia dla życia lub zdrowia czarodziejów, czarownic bądź ludności niemagicznej, funkcjonariusz Departamentu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, a w szczególności członek Komisji Likwidacji Niebezpiecznych Stworzeń, jest uprawniony do podjęcia natychmiastowych działań w celu neutralizacji zagrożenia.
Czuł się jak zwierz w potrzasku ― prymitywnie utkanym z własnej decyzji, które już zapadły, i z emocji, których nigdy nie powinien był dopuścić pod własną skórę. Rany od więzów piekły, choć nikt go fizycznie nie krępował; były to pęknięcia głębsze, szarpiące w środku jak źle zrośnięte ścięgna. Oddychał ciężko,  powietrze zgęstniało nagle do konsystencji błota. Płuca przyjmowały tlen łapczywie, lecz myśl nie nadążała za oddechem. Sekundy rozciągały się niemiłosiernie. Czas nie płynął ― pełzał. Każda chwila wbijała się w świadomość jak kolejne memento, przypominając z brutalną dokładnością o sytuacji, w której się znalazł. Co robić. Co powiedzieć. Jak się ruszyć, by nie zdradzić zbyt wiele.
Nic.
Gardło stwardniało, zgłoski zastygły w nim jak kawałki lodu. Mimika również zdrętwiała; jeszcze przed chwilą na jego twarzy tkwiło coś na kształt kontrolowanego spokoju, dostojeństwa drobnych pozytywów codzienności. Teraz pozostała maska.
Największa słabość, synu ― czuć cokolwiek.
― Mugola... ― Mówiła to tak naturalnie... Wściekłość zaczęła w nim rosnąć, cicha, uporczywie trzaskająca w splot jestestwa, szargająca myśli. W życiu gnębił stworzenia bez mrugnięcia okiem; tropił, łapał, kończył ich bieg bez zbędnej refleksji. A teraz sam stał się podobny do jednego z nich ― szarpiącego się w pułapce, próbującego wyrwać z niej choćby resztki kontroli. ― Kreatury mniej znaczące, niż gumochłony.
W głowie pojawiła się brutalna prostota rozwiązania. Zniszczyć.
Ją.
Siebie.
Cały świat.
Wszystko, co znalazło się w zasięgu tej chwili.
― Dobrze się bawiłaś w uwikłaniu tego spisku, Goldsmith? ― niemalże przemielił, odrzucając brutalnie książkę spod pióra mugola, unikając zderzenia spojrzeń z nią. Demolować rzeczywistość aż do kości, aż zostanie tylko surowa struktura świata, w której emocje nie mają prawa bytu. Prawie widział to przed oczami ― chaos rozbijający się o ściany, jej twarz wykrzywioną w zdumieniu, w bólu, w czymkolwiek, co przywróciłoby równowagę tej scenie. Bo patrzył na nią teraz inaczej. Na kobietę, która jeszcze przed momentem jawiła się jak ideał wyciosany z najczystszej formy ― proporcje myśli i ciała zbiegały się w niej zbyt doskonale, by mogło to być przypadkiem. Na kobietę, która w tak krótkim czasie zdołała znaczyć więcej, niż powinno być komukolwiek dozwolone. ― Nie wiesz? Problem leży w was... ― Prawdziwa twarz człowieka, tak długo skrywana za maską uprzejmości i statecznej wybiórczości, w końcu zaczynała pękać na krawędziach. Maskę nosił od ukończenia szkoły ― pancerz, który miał sprawić, że będzie wyglądał lepiej w oczach ludzi. W jej oczach. W oczach kogokolwiek, kto uznawał się za sędziego cudzej wartości. Teraz ta konstrukcja wydawała mu się groteskowa. Zdradził własną krew. Rodzinne doktryny, którymi karmiono go od dzieciństwa, zimne jak stal i równie nieustępliwe. Porządek świata, w którym wszystko miało swoje miejsce: siła nad słabością, czystość nad plugastwem. Postanowił to wszystko podważyć dla mugolaczki. Szlamy. Jednego z tych pasożytów, które pełzają po obrzeżach potęgi i próbują udawać, że są jej częścią. ― Dało Ci to satysfakcję? Zadowolenie? Utwierdziło w przekonaniu, jak łatwo manipulować?!
Gdzie tu właściwie był problem?
Uśmiechnął się krzywo, z nutą drwiny Obserwował ją uważnie. Nie tylko twarz ― ciało mówiło więcej niż słowa. Reagowało mimowolnie, zdradzając lata aurorskiego treningu. Delikatne napięcia mięśni, drobna korekta postawy, ten ledwie uchwytny momenty zmiennych, może niepokoju.
― Jesteście brudem na siłę wpuszczonym do naszego świata ― twarzą w twarz, niemalże szept wyzbył się gęstniejącej ciszy. Prawdziwa twarz Borgina, rzucająca oburzenie i nastręczenie obrzydzenie względem podziwianej szczerze kobiety, jego Franki Firanki. Różdżka była na wyciągnięcie dłoni. Wystarczyłoby jedno zaklęcie. Jedno słowo. Nie sięgnął po nią. Magia była zbyt elegancka na tę chwilę, zbyt czysta, zbyt odległa od tego, co rosło w nim teraz. Siła była prostsza. Bardziej szczera. W brutalności istniała pewna finezja, której nie dawało żadne zaklęcie. Chciał zniszczyć. ― Już nie jesteś taka zadowolona, aniołku...
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Francesca Goldsmith
Zwolennicy Dumbledore’a
As I watched them I knew I'd probably never be like that
Wiek
25
Zawód
Auror
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
20
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
11
Brak karty postaci
19-03-2026, 21:36
Miała dziesięć lat i siedziała w szkolnej ławce, gdy pierwszy raz przedstawiono jej wizje newtonowskiego świata. Założony ma szkolny mundurek, jak na przykładną uczennicą North London Collegiate School przystało. Jej rodzice płacili fortunę, by mogła uczęszczać do placówki. Jej inność sprawia jednak, że nigdy nie mogła poczuć się jakby była w odpowiednim miejscu, zawsze niedopasowana. Nauczycielka fizyki rozpoczyna ich przygodę z fizyką klasyczną, która miała przedstawić im stworzoną dla dzieci prostość reguł świata.

III zasada dynamiki (zasada akcji i reakcji)
Oddziaływania ciał są zawsze wzajemne. W inercjalnym układzie odniesienia siły wzajemnego oddziaływania dwóch ciał mają takie same wartości, taki sam kierunek, przeciwne zwroty i różne punkty przyłożenia (każda działa na inne ciało).

Oto stali naprzeciwko siebie, dwa ciała, które na siebie oddziaływały. Obydwoje pewni swoich stanowisk, wręcz trwali na swych stanowiskach. Jej mięśnie naprężone, gotowe zarówno do ataku i obrony (akcji i reakcji, powtarza cicho w myślach). Czuje nerwowość własnego organizmu, w pewnym momencie zaczęła go traktować jako zagrożenie i było to najbardziej instynktowne z jej decyzji.
Naprawdę Isaack Newton był geniuszem, który zrewolucjonizował naukę i zawładną postrzeganiem świata. Dokonał rzeczy wielkich, pojął nieujęte wcześniej. On oczywiście nie mógł tego wiedzieć, nie chciał również sobie wyobrazić. Jego osiągnięcia warte były więcej niż cokolwiek Borgin i ona będą mogli stworzyć. Dla niego był jednak przecież wart mniej niż gumochłon, co jednak o wiele więcej mówiło o autorze tego poglądu. Mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem, pozbawione było to jednak rozbawienia. To było krótkie podsumowanie arogancji, która płynęła z jego osoby.
– O czym ty w ogóle mówisz? Jakiego spisku? – nie rozumiała gdzie błądziły jego myśli, gdzie kolejne wyrzuty emocji zaprowadzały go. Czyżby wierzył, że uwiodło go (niewinnego i bezbronnego) w celu sprawienia mu krzywdy? Pobrudzenia go kontaktami z mugolaczką? Jak śmiała zbliżać się do jego nieskalanej osoby? Oddychać tym samym powietrzem? Nie tylko ona widziała go jako wroga, on również zaczął przyjmować tą pozycję. Ciało oddziałujące na ciało. – Gdybym wiedziała jak bardzo zaboli Cię kontakt z mugolakiem, to nigdy bym Ci tego nie zrobiła. Oszczędziłabym sobie tej przyjemności.
Tym razem używa ironii, broni ze słów, która rzadko była jej ulubionym orężem. W pracy było to nieprofesjonalne, lecz w tej sytuacji nie potrafiła się powstrzymać. Emocje targały jej ciałem, poczucie urazy i niesprawiedliwości, że we własnym domu odważył się ją tak potraktować i że według niego w ten sposób można traktować drugiego człowieka. Najmocniej czuła jednak wstyd, że kolejny raz dała się wciągnąć w sytuację, gdzie jej krew była wszystkim.
Jestem taka głupia, powtarza w myślach, gdyż winna była zauważyć wcześniej, nie ufać mu.
– Nie sądzę, że osoby, które nie mogą nawet zdecydować o swoim pochodzeniu są winne wszystkich problemów tego świata – tym razem sięga po logikę, przecież musiał dostrzec, jak absurdalnie brzmiał. Wiedziała, że była to przegrana bitwa, nie miała jednak zamiaru mu  pozwolić na jego nienawistne tyranie, których ona będzie słuchać jak na grzeczną i usłużną szlamę przystało. Milczeć i przyjmować kolejne ciosy, upadać pod naporem ich siły i furii. Próbować rozsądku, nie oddawać i kontynuować swoje życie, a potem przyjdą i wszystkich zamkną w obozie. A potem będą myśleć, że są tacy innowacyjni i mugole nie mogliby tego wymyślić, tacy dumni z własnych rozwiązań. – Satysfakcję? Prawdę mówiąc żałuję każdego momentu, który doprowadził nas do tej sytuacji.
Każdego swojego głupiego wyboru, skradzionego pocałunku i chwili namiętności. Dopiero teraz go naprawdę widziała, to jakim człowiekiem był. Jak mogło to sobie zrobić? Nie zauważyć, co przecież było przed jej oczyma. Nie rozmawiali za dużo, nie dzielili się politycznymi uwagami. To był błąd, moment jej słabości. On nadal ciągnął swoją tyranię, nie mógł się uspokoić. Zastanawiała się czy sięgnie po różdżkę, czy zaatakuje. Nie przestawała go śledzić wzrokiem, jak dzikiego psa, który pierwszy raz spotkał człowieka.

Jesteście brudem na siłę wpuszczonym do naszego świata

Był dramatyczny, nieprawdaż?

– Naszego świata, współdzielimy go ze sobą – nie mogła się powstrzymać, jakby chciała usłyszeć więcej. Była stanowcza, nie spuszczała gardy. On mówił jej swoje prawdy, ona dawała mu swoje. Ten świat był równie mocno jej światem co jego, nawet jeśli tego nie chciał. Chciałby pozbawić ją wszystkiego, każdego elementu przynależności.
– Sądzę, że czas Twojej wizyty minął – z tego mieszkania, jej życia i myśli. Przez długi czas z nią zostanie jako przypomnienie złych wyborów, których dokonała. Jego słowa, które teraz przyjmowała, a w nocy będą boleć o wiele mocniej. Brzęczeć w jej głowie, niepokoić świadomość. Naprawdę taką ją widzieli – brud tego świata. Nigdy tego nie zmieni, zawsze przegra.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
26-03-2026, 13:52
Co jest silniejsze niż serce człowieka, które właśnie pęka, a mimo to uparcie bije dalej, jakby nie przyjmowało do wiadomości własnego końca? Destrukcja. Cicha, metodyczna, pozbawiona sentymentów ― taka, która nie pyta o pozwolenie i nie potrzebuje widowni. Przychodzi niepostrzeżenie, rozsadza od środka, rozkłada na czynniki pierwsze to, co jeszcze chwilę temu udawało spójną całość. Borgin czuł to aż nazbyt wyraźnie, jakby ktoś w nim odkręcił zawór, którego nie dało się już zakręcić bez strat.
Załamywały się schematy, które dotąd trzymały jego fasadę w ryzach. Cała ta wyuczona poza ― chłodna, cyniczna, wygodna ― zaczynała pękać jak źle wypalona ceramika, odsłaniając coś mniej eleganckiego, bardziej surowego. Doktryna indywidualizmu, którą pielęgnował niemal z namaszczeniem, była ostatnim bastionem, czymś, co odróżniało go od reszty tego zepsutego świata, choćby tylko w jego własnym mniemaniu. Widział w niej światła możliwości ― dziwaczne, krzywe, ale jednak kuszące ― obietnicę drogi, na której nie trzeba się potykać o cudze oczekiwania.
― Gdzie śmierć zabierała życie niewinnych czarodziejów, tam byliście WY; spłakane pasożyty bojące się wielkości! Spiskujecie, dewastujecie ten padołek od czasów zaistnienia największych przełomów w historii rozwoju ― Być może uwierzył za bardzo. W nią. W to, że mogło się udać. W to, że istnieje wersja rzeczywistości, w której nie trzeba brać jeńców ani oglądać się za siebie, gdzie pochodzenie nie ciągnie się za człowiekiem jak smród, którego nie sposób się pozbyć. A przecież powinien był wiedzieć lepiej. Powinien był dostrzec, że coś takiego nie znika tylko dlatego, że się tego nie nazywa. Że jeśli ona mogła coś zataić, to równie dobrze mogła domyślać się, co kryje się pod jego skórą ― jak patrzy na innych, jak łatwo przychodzi mu szykanowanie, jak naturalnie przywdziewa rolę, której nikt rozsądny nie chciałby oglądać z bliska. ― Z wierzby spadałaś, czy jak? ― Z biegiem jej słów, sączących się z tych przeklęcie znajomych, kuszących warg, robiło się tylko gorzej. Każde zdanie było jak dolewanie oliwy do ognia, który i tak trawił go od środka. Rozsądek cofał się krok po kroku, wypychany przez coś znacznie bardziej pierwotnego. Gorzejące w nim ognisko rozpychało żebra, napierało na skronie, budując ciśnienie, które nie szukało ujścia ― ono go wymuszało. ― Głupi przeważnie mają tendencję do szczęścia, wyrównanie możliwości przeżycia pośród nas… Równowaga ekosystemów, w jaju zamiast smoka, dostaliście coś, co nigdy wam się nie należało.
Podła kreatura.
Obrzydlistwo tego świata. Kolejny zbędny element, który nigdy nie powinien był zaistnieć w jego rzeczywistości. Blyad. Syknęło gdzieś pod językiem, samo chciało wyrwać się na zewnątrz i nadać temu wszystkiemu bardziej namacalny kształt. ― Żałujesz? ― powtórzył jak głupiec, jak upośledzony umysłowo na wszelkich granicach swych możliwości. Żałowała. Jakby nic. Jakby to było słowo, które można rzucić między jednym oddechem a drugim i zostawić bez konsekwencji. A ono uderzyło. Prosto, bez ostrzeżenia, bez litości. Coś w nim się urwało ― nie pękło, nie rozpadło się z hukiem. Po prostu zgasło. Jakby ktoś jednym ruchem zgarnął resztki tego, co jeszcze próbowało być przy niej człowiekiem. ― Fran, tak źle Ci było ze mną, hm? ― Zrobił krok. Potem drugi. Już nie słuchał, już nie analizował. Zbliżył się gwałtownie, zbyt szybko, by mogła to uznać za przypadek, i chwycił ją za poły ubrania. Mocno. Za mocno. Palce zacisnęły się instynktownie, jakby potrzebował czegoś namacalnego, żeby nie rozsypać się do końca. Oddychał ciężko. Za blisko. Czuł jej obecność nie jako coś znajomego, tylko jako bodziec, który jeszcze bardziej podsycał ten przeklęty ogień.
Nie bił kobiet.
― To nie TY uwaliłaś sobie dłonie szlamem! Nie TY porzuciłaś wykute wartości, na rzecz chęci bycia kimś innym, lepszym dla tego zasranego świata i Ciebie! ZNISZCZYŁAŚ MNIE! ― Ta myśl przyszła spóźniona, jak zawsze. Ale przyszła. Była jedną z niewielu rzeczy, które trzymały go jeszcze w ryzach ― resztką zasad, które nie zdążyły się całkiem rozpuścić w tym całym syfie. Kobiety szanował. Nawet wtedy, gdy wszystko inne poszło w diabły. Nawet wtedy, gdy ręce aż świerzbiły, by rozwiązać problem najprostszym możliwym sposobem. ― To nie jest Twój świat, WASZ ŚWIAT i nigdy nim nie będzie! Gwarantuję… A Twoja obecność w moim życiu ― jest po prostu… zbędna.
Иди к чёрту!
Bo to była Franka.
Nie jakaś tam ona. Nie obca twarz, którą można było zepchnąć do kategorii „nieważne”. Franka. Z całym bagażem, z całą historią, z tym cholernym znaczeniem, którego nie dało się już ignorować, choć próbował.
I to bolało bardziej niż cokolwiek, co mogła powiedzieć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Francesca Goldsmith
Zwolennicy Dumbledore’a
As I watched them I knew I'd probably never be like that
Wiek
25
Zawód
Auror
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
20
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
11
Brak karty postaci
29-03-2026, 18:26
Była zmęczona.
Ramiona lekko opadły, biodro oparło się o krawędź blatu, ręce spoczywały na talii. Blisko różdżki, przygotowane w gotowości na każdą ewentualność. Oczy były szeroko otwarte, obserwowała jego każdy krok, nie odważyła się pożegnać z jego obrazem. Oto miała przed sobą jednostkę zwaną Arthyen Borgin, przedstawiał się jej na nowo. Trwała dekonstrukcja wyobrażenia, zmiana szyfru, który tworzył człowieka i tego jaką reprezentacje będzie miał w jej pamięci.
Ten Arthyen był porywczy, nienawistny i pełen uprzedzeń, gotowy zadać ból i zniszczyć człowieka. Chciał ją upokorzyć, zabrać wszelką godność winną innemu. Chciał, aby się wstydziła tego kim była, aby czuła się z tym źle. Przecież powinna; nie widziała, że była brudną kreaturą? Może nawet nie pędziło w nim to przemyślenie swoich działań, czyny jednak wplecione w jego zachowanie były wystarczające.
Prawdą, że niezależnie jak bardzo on czy nawet ona chcieliby to zmienić, ona zawsze zostanie mugolaczką ze szlamem w swej krwi. Nic nigdy nie będzie mogła z tym zrobić, zawsze taka pozostanie – brudna do samej krwi, splamiona swoim pochodzeniem. Oznaczało to również, że nigdy przez takich jak on nie będzie zaakceptowana, upodlona ze wyzwiskiem na ustach. On okazywał to otwarcie, nie skrywał swego obrzydzenia. Jasno wyrażał swoje poglądu, nawet jeśli dostrzegała w nich serie słów, które zakorzenione zostały w nim od dzieciństwa. W takim domu musiał wychować, takie wzorce wynieść.
Nie usprawiedliwiało go to jednak, miał ponad dwadzieścia lat i brał odpowiedzialność za swoje czyny. Może nawet był z nich dumny? Nie, nie sądziła, nie znajdywała w nim pychy w tym momencie. Raczej żal, doprawdy czuł się skrzywdzony kontaktami z nią. Jakby była robactwem, które stanęło na jego drodze.
– Przedstawiasz mi teraz serie teorii spiskowych, które nie mają żadnego pokrycia w prawdzie – rzekła cicho, kręcąc głową, jakby nie mogąc pogodzić się z formą jaką przyjęło to spotkanie. Pasma zdań, które pozbawione były sensu. Nawet nie mogła zrozumieć, co chciał jej przekazać. Czy on sam w ogóle wiedział, co mówi? Czy było to istotne? Zdawał się w to wierzyć, niezależnie, jak absurdalnie to dla niej brzmiało. Przed tym spotkaniem zdawał się stąpać twardo po ziemi, teraz odpływał w ideologiczne przygody, które pozbawione były wszelkiego sensu. Kolejne złudzenie, które musiało zostać naprawione w jej głowie. Kolejny przejaw jej głupiutkich skłonności i wiary we własną analizę człowieka. – Moja magia była ze mną od zawsze, jest jakiś powód czemu mnie wybrała.
Nie wiedziała czemu jeszcze próbuje, nie miało to sensu. Przecież zdawała sobie sprawę, nie było tutaj nic do zrobienia. Wzięła głębszy oddech, zaczęło ją to wszystko przytłaczać. Kolejny raz przegrała, dłonie niepostrzeżenie zaczęły jej delikatnie drżeć. Niezależnie jak mocno się starała, chciała lub próbowała, nigdy tego nie zmieni. Mogłaby ocalić setki czarodziei, a w ich oczach nadal byłaby paskudną szlamą. Miała swoją przydzieloną rolę, miejsce, którego nie powinna opuszczać. Przecież powinna to już rozumieć po Hogwarcie, głupia ona jednak próbowała, dawała się zranić. Potem musiał przyjść taki Arthyen Borgin i przypomnieć jej, jak bardzo była brudna. Teraz żałośnie słuchała jego tyranii w swoim salonie, pozwalała się tak traktować. Mówić te okrutne i kłamliwe rzeczy, prosto w jej twarz, bo przecież w jego głowie zasłużyła na to.
Naprawdę była taka głupia.
Zauważyła jego kroki, zbliżenie w kierunku jej osoby. Wyprostowała się, w dłoni automatycznie odnalazła różdżkę. Gdy trzymała w niej oręż, palce przestały jej drżeć. Jakby znalazły ukojenie w dotyku, dawnej przyjaciółki, która była z nią od kiedy miała jedenaście lat. Chwycił połacie jej koszuli, lecz ona nie mogła odwrócić wzroku od jego oczu. Tak pięknych, potrafiła się w nich z taką łatwością gubić. Teraz były wściekłe, pełne emocji. Co zadziwiające nie przypominał drapieżnika na łowach, lecz sarniaka w potrzasku.
– Nie było źle. Myślałam po prostu, że jesteś innym człowiekiem – była z nim całkowicie szczera, nawet uśmiechnęła się delikatnie, choć czuła, że niedługo łzy odnajdą jej oczy. Nie udawała, nie kłamała, przyznawała się do własnej pomyłki. Nie, żeby widziała w nim człowieka pełnego dobra i szacunku, przecież nawet ta arogancja czy ostrość charakteru jej się podobała. Ten błysk w oku, talent w dłoniach, pragmatyczne podejście do życia. Powinność wykonania zadania stanowiąca cal nadrzędny nad moralną oceną. W tym wszystkim zapewne oczekiwała od niego więcej, innego podejścia. Okazał się znacznie mniejszym człowiekiem, małostkowym i uprzedzonym.
On ciągle krzyczał, prosto przed nią aż zabierał jej czasem oddech. Nie zasłużyła, ta myśl uderzyła zdecydowanie mocniej niż jego słowa. Była szlamą i tego nie zmieni, nie miał prawa tak ją traktować, nikt winien czuć się tak jak ona w tym momencie.

To nie jest Twój świat, WASZ ŚWIAT i nigdy nim nie będzie!

Wiem, powinna było mu odpowiedzieć. Wiem to aż za dobrze.
– Silencio – różdżka wykonała ruch, czarodziejskie rozwiązanie na jakże ludzkie zachowanie. Pozostawiła różdżkę uniesioną, nie ufała mu w najmniejszym stopniu. Wypuściła głośno powietrze, zapanowała cisza. Była tak błoga, nie chciała się z nią pożegnać. Patrzyła na niego, w te jego niebieskie oczy. Ona z różdżką, on z dłońmi – ironia nie uszła jej uwadze.
– Niezależnie jak bardzo czujesz się skrzywdzony, „zniszczony” jak to ująłeś, nie masz prawa tak traktować drugiego człowieka. Krzyczeć, oskarżać i szkalować, nie zasłużyłam sobie na to – mówiła spokojnie, cicho, prawie mogłaby szeptać. Była jednak pewna, musiała powiedzieć to nawet dla samej siebie. Nie zmieni go, zapewne ją wyśmieje, ale chciała, by było to powiedziane. – A teraz naprawdę powinieneś już pójść. Nie musisz się martwić, nie grozi Ci więcej moja obecność w Twoim życiu.
Powinien już pójść, chciałaby położyć się do łóżka. Może pozwolić sobie na chwile słabości, moment bezsensownego płaczu. Potem wróci do pracy, miała duże zaległości w papirologii, które zaniedbała przez te wielkie, ważne śledztwo. Następnie wyjdzie z psem na wieczorny spacer, może nawet godzinny, aby tylko więcej już nie myśleć. Jutro wstanie, uda się do biura i wszystko pozostanie po staremu.
Zawsze będzie przegrywać, wiedziała o tym. Czasem po prostu bolało trochę mocniej niż zazwyczaj.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
30-03-2026, 11:00
Jam Cię kochał, ale nie tak,
jak kochać trzeba,
i szliśmy razem, ale nie w takt ―
przebacz.

Czasem uwielbiał licho ciszy ― zdradliwą miękkość, w której można było ukryć wszystko, co nazbyt ludzkie, nazbyt słabe, by przetrwało spojrzenie drugiego człowieka. W niej właśnie tonęła ordynarność jego własnej maskarady, rozciągniętej między ucieczką a nieustannym lękiem przed cudzym wzrokiem, w którym czaiło się coś gorszego niż pogarda ― politowanie. Pieprzona litość, lepka i uparta, potrafiąca oblepić człowieka od środka, wywołując spazmatyczne odruchy obronne, które i tak niczego nie ratowały. Dlatego uciekał; w wyobraźni, w pamięci, w tych dalekich, zimnych przestrzeniach, gdzie niebo styka się z krzywizną gór, a człowiek był tylko przechodniem, nie historią. Tego właśnie potrzebował teraz ― powrotu między zwały nagiego kamienia, rozdzierać struktury dłoni o ostrość kantów; przepłacać krwią za swe grzechy i występki. Tam mógł umrzeć na kilka godzin, odciąć się od wszystkiego, co tutaj wdzierało się pod skórę z nieproszoną intensywnością. Umrzeć ― i wrócić, jak zawsze, z lichą namiastką spokoju, którą uparcie nazywał miłością do życia.
Bo tylko głupiec zaprzeczyłby temu bólowi. Temu odkryciu, że zakotwiczenie serca ― jedno jedyne, niepodzielne ― w drugiej osobie potrafiło rozedrzeć go na części bardziej skutecznie niż jakakolwiek przemoc. Że prawda, ta licha, obnażająca pochodzenie, zamiary, złudzenia, przychodziła nie jak wyrok, acz powolne ścieranie wszystkiego, co dotąd wydawało się pewne. I że ona ― właśnie ona ― była osią tej destrukcji niezrozumiałej miłości.
― Zabijaliście nas przez własne czyny, doktryny podboju w imię wielkości jednostki nad słabszymi… ― Zacisnął pięść na materiale jej odzienia z uporem niemal desperackim, jakby chciał zatrzymać nie tyle ją, co moment, który już wymykał się spomiędzy palców. ― Niegdyś magia zawiedzie was, szlamy w karb muru, który będzie pomnikiem waszej zagłady ― Zbiorowej mogły was wszystkich. Zieleń jej spojrzenia była zbyt bliska, zbyt wyraźna, by można było ją zignorować; gubił się w niej bezbronnie, bez tej swojej zwyczajowej przewagi, odrzucając kłamliwe wcielenie siebie.
Tak po ludzku.
Ostatni raz.
Uśmiechnął się jedynie pod nosem ― krótkim, prawie niewidocznym skurczem mięśni, który nie miał w sobie ani ciepła, ani kpiny, raczej zmęczenie dobrze wyuczonym gestem ― gdy uciszyła go tym swoim wezbranym silencio, jakby każde jego słowo było nie tyle zagrożeniem, co ostrzem zdolnym rozciąć jej własny obraz, pieczołowicie zszywany z półprawd. Nie chciała słuchać afektu; nie chciała słyszeć niczego, co mogłoby rozedrzeć ją od środka. Rozumiał to aż nazbyt dobrze ― i może właśnie dlatego nie protestował.
Wybacz, Fran.
― Nauczyłaś mnie być człowiekiem… ― Nigdy by tego nie powiedział. Niemo poruszał jedynie wargami w zgłoskach spowiedzi. Gardziel, wierna własnej przewrotności, zawsze wybierała wygodny fałsz ― miękki, bezpieczny, mieszczący się w ramach tego, co wypadało ― zamiast prawdy, która była naga, nieporęczna i nieznośnie szczera. Łatwiej było przywdziać oprawę prostackiego animuszu, odegrać jeszcze raz tę znaną rolę syna, krewnego, człowieka z fasady, który mówi to, co powinno paść, niż przyznać, że bywały chwile ― niekiedy zbyt częste ― gdy była dla niego wszystkim, jedynym punktem odniesienia w tej rozciągniętej, jałowej przestrzeni. Ostatkiem chęci, jakby wygrzebanej spod warstwy znużenia i niechęci do samego siebie; przyciągnął ją bliżej. Ostrożnie dla samego siebie, podszyty świadomością, że w tej ich osobliwej konfiguracji równie dobrze mogłaby wcisnąć mu różdżkę pod żebra. ― Przepraszam ― Pochylił się i musnął jej skroń ― czulej, niż zamierzał, bardziej prawdziwy, niż by sobie życzył ― jakby na moment zapomniał, kim powinien być.
Winszował jej zwycięstwa, gratulował faktyczność wprowadzenia jej życiowych celów, którą przemierzała z uporem godnym lepszej sprawy, gdy on sam odgrywał jedynie rolę; zdradzieckiego Brutusa, który potrafi klaskać, jednocześnie odwracając wzrok od własnych intencji. Nie był rozumnym kochankiem, nie był przyjacielem ― był konstruktem, który lepiej radził sobie z pozorem niż z prawdą.
A mimo to, przez ułamek chwili, trzymał ją tak, jakby nic innego nie istniało.
Najwierniejsza z wiernych mu towarzyszy przemknęła do dłoni niemal bezszelestnie, czuwając nad kwestią przypomnienia, kim jest ― albo raczej kim powinien być. Odsunął się o pół kroku, wystarczająco, by przerwać kruchą iluzję bliskości, i w tej samej chwili przywdział na powrót maskę: chłodną, szczelną, nieprzepuszczającą niczego poza cynizmem i tą wyuczoną, niemal rodową zdolnością do zdrady. Twarz zastygła, spojrzenie stężało, dławiąc ludzkie ucieleśnienie ostatecznie.
Żegnaj, Fran.
Nie wypowiedział tego; nie musiał. Zamiast słów przyszło ciche, niewerbalne finite po trzykroć rzucone, skierowane nie ku niej, lecz ku sobie samemu ― odcinając natrętne echo tego, co nie pasowało do wyciosanej przez lata formy. I rzeczywiście ― wrócił. W tej jednej, nagłej chwili odzyskał pogłos własnego istnienia, pokraczną, znajomą stabilność, którą dawało mu nazwisko noszone jak ciężar i tarcza zarazem. Borgin ― z dziada pradziada, z północnych rubieży, z ojcowskiego przymusu, z nauki przetrwania, tworząca stygmę syna idealnego. Borgin ― do bólu konsekwentny w unicestwianiu wszystkiego, co mogło uczynić go czymś więcej niż tylko narzędziem. Cofnął się w stronę wyjścia, i tylko na moment zatrzymał spojrzenie na półkach ― uporządkowanych przesadnie ludzkich zbiorach. Mugolskie treści, skrzętnie ułożone, jakby wiedza mogła stanowić schronienie. Zbędne.
Nie powiedział nic więcej.
Różdżka uniosła się nieco wyżej, szczędząc gadaninę, wieńczącą spektakl ― i nagle przestrzeń przecięło obwieszczenie wyroku: ― Bombarda maxima! ― Wybuch rozdarł ciszę na strzępy, rozrzucając wokół odłamki tego, co jeszcze przed chwilą miało dla niej znaczenie; książki, drobiazgi, może wspomnienia ― wszystko posypało się w pył, unosząc się przez moment w powietrzu jak groteskowe confetti. Spełnił powinność, osłaniając ją końcowo własnym ciałem, by drzazgi nie kaleczyły jej delikatności. Ostatni raz.
A potem już go nie było.
Zniknął, zostawiając za sobą jedynie echo ― i to jedno, niewypowiedziane, ostateczne:
Żegnaj.


| zt dla Arcziego  T . T
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 13:54 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.