• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Pokątna > Ślepy zaułek
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
11-07-2025, 11:24

Ślepy zaułek
Jeden z licznych zaułków, odchodzący od głównej części ulicy Pokątnej to wąska, brukowana odnoga, zakończona wysokim budynkiem o zamkniętych na cztery spusty drzwiach. Zaułek ma długość około 15 metrów i mieści zaledwie kilka małych, przeważnie nieczynnych lokali – dawniej używanych jako magazyny, pracownie lub sklepy. Obecnie większość drzwi jest zamknięta, a okna zasłonięte lub zabito je deskami. Zaułek ten jest cichy, słabo oświetlony, często pomijany przez przechodniów
Nie ma tam lokali otwartych dla klientów, ale czasami pojawiają się ogłoszenia lub zaczarowane ogniki, wskazujące, że niektóre drzwi reagują na hasła lub odpowiednie czary.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Manon Baudelaire
Śmierciożercy
normal is an illusion. what is normal for the spider is chaos for the fly.
Wiek
25
Zawód
alchemiczka w szpitalu św. munga
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
10
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
23
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
7
Brak karty postaci
1 godzinę temu
3 maja 1962
Carkitt Market, Sklep Różdżkarski Gregorovitcha


Ciężko było opisać to, co działo się w sercu Manon Baudelaire od dwunastego marca. Z początku sądziła, że zaprzysiężenie na najwyższy urząd w państwie mugolaka było tylko przypieczętowaniem tego, co czekało tak Nobby'ego Leacha, jak i jego popleczników. Opisywała to nawet wczoraj w liście kierowanym do Flinta - była bowiem szczerze przekonana, że należało dać myszom się wyszaleć, nim wpuści się do nich kota. Należało uśpić czujność szlam i szlamolubców, a później uderzyć w nich całą siłą, zadusić, zmiażdżyć, zlikwidować. Takie wrażenie utrzymywało się w niej przez całe półtorej miesiąca, aż do nadejścia pierwszego dnia maja.
Dnia, który zmienił wszystko.
Wejście w życie ustawy o rejestracji pobytu przyjęła początkowo bez emocji. Dopiero dalsze rozmowy, noszące się przez korytarze Świętego Munga sprawiły, że zaczęła zwracać na nie uwagę. Definicje prawne, do których wcześniej nie przywiązywała większej wagi, bowiem bardziej zajęta była w życiu innymi rzeczami, uderzyły w nią poprzez jedną z koleżanek, która odwiedzała akurat laboratorium alchemiczne by odebrać zamówione lekarstwa. "Co zamierzasz zrobić, Manon? Urodziłaś się w Paryżu, dobrze pamiętam?" Zielone spojrzenie alchemiczki spoczęło na twarzy dobrze jej, chyba, życzącej koleżanki, a na ustach, jak na komendę, wystąpił radosny, bezchmurny uśmiech.
— Zarejestruję się, oczywiście — kłamstwo przyszło prosto, stanowiło przecież jej drugą naturę. Nikt nie musiał wiedzieć, że podjęła, już wcześniej, przeciwną decyzję. Szlamoluby mogły próbować odebrać jej status obywatela, choć dwadzieścia trzy z dwudziestu pięciu lat życia spędziła w Wielkiej Brytanii, jej ojciec był z urodzenia Brytyjczykiem, choć o francusko brzmiącym nazwisku. Nigdy jednak nie będzie jej zgody na ograniczanie jej wolności. Jej, czarownicy czystej krwi, która w odróżnieniu od tego, który swą obecnością kalał powagę zajmowanego przez siebie urzędu, miała prawa do funkcjonowania w czarodziejskiej rzeczywistości dnia codziennego.
Jak postanowiła, tak też zrobiła. Zignorowała wezwanie do rejestracji. Ale okazywało się, że psy Leacha pracowały podwójnie ciężko. Nie wiedziała, jak ją wywąchali, ale ostatecznie odebrali jej nie tylko różdżkę, ale także trzydzieści galeonów grzywny. Z wewnętrznym obrzydzeniem zagrała rolę pustogłowej panny, która po prostu zapomniała, że nałożono na nią nowy obowiązek i pozornie potulnie oddała swą różdżkę. Najchętniej zwyzywałaby ich od szlamich podnóżków, rzuciła się na nich z pazurami, z zębami, czymkolwiek, co tylko mogło w jakiś sposób ich skrzywdzić. Ale Czarny Pan nakazywał mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Nie mogli zwracać na siebie uwagi, przynajmniej jeszcze nie. Przyjęła więc palący policzek od wymiaru nie-sprawiedliwości. Nie oznaczało to jednak, że zamierzała udać się razem z nimi do Ministerstwa i stanąć w długiej, zapewne, kolejce petentów. Jej działalność dla Lorda Voldemorta musiała pozostać sekretem znanym tylko wąskiemu gronu noszących ten sam tatuaż przedstawiający czaszkę i węża.
Przez całą noc zastanawiała się, co powinna zrobić, jak najmądrzej wyjść z sytuacji, w której została postawiona. Nie mogła spać nie tylko przez konieczność planowania, ale również dlatego, że wciąż z obrzydzeniem powracała do chwili, w której pozbawiono jej możliwości czarowania, do tego pokracznego rytuału wstydu, który musiała znieść z uśmiechem na twarzy, choć w środku gotowało się w niej od niezbyt pięknych emocji. Ostatecznie ranek zastał ją bez snu, przygotowała się do wyjścia, aby zdążyć pieszo na Carkitt Market, nim zaroi się tam od ludzi, których nie chciała napotkać na swojej drodze.
Przez moment zastanawiała się nawet, czy nie powinna skierować się na Pokątną, do sklepu Ollivanderów. Jej wcześniejsza różdżka, przebywająca obecnie w urzędniczej niewoli, została zakupiona właśnie tam, w trakcie kompletowania wyprawki szkolnej przed pierwszą podróżą Manon do Hogwartu. Nie wiedziała, czy Ollivanderowie nie prowadzą jakiegoś spisu, czy nie byli w zmowie z Leachem i Ministerstwem jako takim. Bała się, że gdy przyjdzie po kolejną różdżkę, wzbudzi podejrzliwość sprzedawcy, który pewnie chętniej, niż jej się wydawało, powiadomiłby o nich organy ścigania. Jedno było pewne — musiała odzyskać możliwość rzucania zaklęć. A rozwiązanie tego problemu kryło się pod szyldem "Sklep Różdżkarski Gregorovitcha".
Popchnęła ramieniem ciężkie drzwi sklepu, a równocześnie z ich otwarciem, jej przybycie zaanonsował dzwonek. Jego dźwięk wywabił z głębi sklepu starszego, przygarbionego czarodzieja o przenikliwie jasnych oczach.
— Potrzebuję nowej różdżki, panie Gregorovitch — prosty komunikat, nieodstający w zupełności od tego, co zapewne słyszał owy rzemieślnik codziennie. Mężczyzna wydawał się być zresztą przyszykowany na przyjęcie klientów nawet niedługo po otworzeniu sklepu. Skinął głową w kierunku Manon, aby następnie zniknąć na kilka chwil na zapleczu sklepu. Po powrocie przedstawił jej czarne, smukłe pudełko, które po otworzeniu ukazało czekającą tam, smukłą różdżkę.
— Jedenaście cali, włókno z serca smoka w sośnie, giętka — zaprezentował czarownicy różdżkę, a następnie już w milczeniu poprosił gestem o wypróbowanie. Manon sięgnęła po różdżkę i zamachnęła się nią zdecydowanie. Płomienie stojących niedaleko świec zabłysnęły mocniej, aby w następnej chwili doprowadzić do niewielkiego wybuchu. Niegroźne iskry rozsypały się po całym sklepie, resztki sczerniałego knota wylądowały też na kontuarze. Manon uśmiechnęła się przepraszająco i złożyła różdżkę na powrót w pudełku. — Niech się pani nie martwi. Znajdziemy coś, co bardziej odpowiada pani upodobaniom — podsumował czarodziej, w teorii uspokajająco, choć serce Manon zabiło prędzej; wydawało jej się, że uśmiech starego mężczyzny wcale nie był czysto kurtuazyjny, że czaiło się w nim coś więcej, jakby przez tę jedną demonstrację wiedział o niej więcej, niż chciała mu przekazać. Pozostała sam na sam ze swoimi myślami jeszcze kilka razy — bo i kilka prób (a także zerwanie kotar zasłaniających okna, dwa trzaśnięcia drzwiami i jedno porwanie pana Gregorovitcha do lewitacji podobnej do Levicorpussa) potrzebnych było, aby mężczyzna postawił przed nią kolejne pudełko. — Trzynaście cali, włos z grzywy chimery w jodle, jak sama pani zobaczy, bardzo sztywna. Nie pokazuję jej zazwyczaj od razu, bo wymaga pewnego... — mężczyzna zakręcił nadgarstkami, nie mogąc odnaleźć odpowiednich słów. Manon natomiast poczęła obracać różdżkę w palcach, od pierwszego dotyku czując ciepło magii emanującej z drewna. Kącik ust wygiął się w wyczekującym uśmiechu. — Doświadczenia w obcowaniu z podobnymi różdżkami. Jak sama pani widzi, rączka jest elegancka, utrudnia ześlizgnięcie się drewna spomiędzy palców, moim zdaniem powinna wpaść w oko komuś równie eleganckiemu, co pani — mówiąc to, mężczyzna uśmiechnął się do niej jeszcze szerzej, niż na początku wizyty Manon. Kobieta ledwo ukryła dreszcz (obrzydzenia? ekscytacji?), który wstrząsnął jej ciałem na chwilę przed zamachnięciem się różdżką.
— Lumos — proste zaklęcie przyniosło prosty efekt w postaci pojawienia się na końcu różdżki niewielkiej kuli światła. Manon niemalże od razu uśmiechnęła się szeroko i obróciła głowę w kierunku sprzedawcy. To była dokładnie ta różdżka, której szukała. — Myślę, że mamy zwycięzcę — oznajmiła radosnym tonem, starszy czarodziej przytaknął jej i od razu przystąpił do wystawiania rachunku. Manon zapłaciła umówioną cenę, a następnie ostrożnie wsunęła różdżkę do głębokiej kieszeni swojej wierzchniej szaty. Nawet przez materiał czuła ciepło różdżki. Drewno nasiąkało jej magią powoli, ale posłusznie. Kto wie, może będzie miała jeszcze więcej uciechy ze swego nowego nabytku, niż ze starej przyjaciółki?

| z/t
by the pricking of my thumbs, something wicked this way comes
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 23:38 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.