• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Zamek (Dover)
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
23-01-2026, 23:07

Zamek (Dover)
To imponująca średniowieczna twierdza położona na klifach nad kanałem La Manche, uznawana za jedną z najpotężniejszych warowni w Anglii. Zbudowany w XII wieku przez króla Henryka II, przez stulecia pełnił strategiczną rolę w obronie kraju – od średniowiecza po dzień dzisiejszy. W jego murach znajdują się świetnie zachowane wieże, bramy i kaplica św. Marii, a z zamkowego wzgórza rozciąga się panoramiczny widok na morze i białe klify Dover. W podziemiach twierdzy można zwiedzać tunele wojenne, które służyły jako centrum dowodzenia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
22-03-2026, 11:17
Wylosowany sen

12 maj 1962r.
Sen nie przyszedł nagle. Narastał. Najpierw był tylko ciężar - znajome napięcie pod skórą. Spała płytko, niespokojnie, a noc nie przynosiła ukojenia, lecz gęstniała wokół niej, jakby każda minuta dokładała kolejną warstwę do czegoś, co miało się wydarzyć.
A potem przyszło światło. Nie z zewnątrz. Z niej.
Najpierw ledwie widoczne - cienkie, niemal przezroczyste rozbłyski pod skórą, jakby coś przebiegało wzdłuż żył szybciej niż krew. Delikatne, niemal piękne. Przez chwilę mogłaby uwierzyć, że to tylko złudzenie. Że to sen bez znaczenia.
Ale światło nie zgasło. Zaczęło rosnąć. Każdy ruch powodował iskrzenie - drobne, ostre, jakby ciało nie było już w stanie utrzymać tego, co się w nim gromadziło. Pod palcami, pod skórą, w klatce piersiowej - wszędzie narastało niemogące znaleźć ujścia. Każdy oddech był cięższy od poprzedniego, głębszy, jakby powietrze nie wystarczało.
I wtedy usłyszała grzmot. Nie gdzieś daleko. W sobie.
Rozszedł się po niej falą, która nie była dźwiękiem, lecz odczuciem - drżeniem rozchodzącym się wzdłuż kręgosłupa, zatrzymującym się w gardle, w dłoniach, w spojrzeniu. Ciało przestało być spokojne. Przestało być posłuszne. Stało się burzą.
Energia była zbyt wielka, zbyt gwałtowna, zbyt niecierpliwa. Chciała się rozładować - w ruchu, w słowie, w krzyku, w czymkolwiek, co pozwoliłoby ją wypuścić. Ale nie było dokąd. Nie było jak. Została zamknięta w niej. Narastała.
Napięcie stawało się niemal bolesne - nie jako fizyczny ból, lecz jako przymus. Jak potrzeba, która nie znajduje spełnienia. Jak coś, co musi się wydarzyć, choć jeszcze nie wiadomo jak.
Przez moment miała wrażenie, że zaraz pęknie. Że coś się w niej rozpadnie - nie na zewnątrz, nie widocznie, lecz głęboko, w miejscu, którego nie da się potem złożyć w całość.
I wtedy - cisza. Nagła. Nieprzyjemna. Jak po burzy, która nie przyszła.
Obudziła się gwałtownie. Oddech miała nierówny, zbyt szybki, jakby ciało wciąż próbowało nadążyć za czymś, co już minęło. Pokój był ciemny, spokojny, niezmieniony - wszystko na swoim miejscu. Zasłony nieruchome. Światła zgaszone. Cisza, która powinna była przynieść ulgę. Nie przyniosła.
Leżała przez chwilę bez ruchu, wsłuchując się w własne ciało. Serce biło szybciej, niż powinno. Dłonie miała napięte, jakby jeszcze przed chwilą coś w nich kurczowo trzymała. Sen nie zniknął. Nie rozpłynął się, jak większość.
Został. Nie w obrazach - te już zaczynały się rozmywać - lecz w odczuciu. W tym ciężarze pod skórą. W tej gotowości do wybuchu, która nie znalazła ujścia.
Iris zamknęła oczy na moment, próbując odzyskać kontrolę nad oddechem. Bezskutecznie.
To nie był zwykły sen. To było ostrzeżenie. Albo zapowiedź.
Światło dnia było zbyt jasne, zbyt spokojne, jakby zupełnie nie pasowało do tego, co w niej pozostało. Wszystko wokół funkcjonowało tak, jak powinno - służba poruszała się cicho, dom trwał w swojej niezmiennej strukturze, czas płynął według ustalonego porządku.
Tylko ona nie. Każdy ruch był odrobinę zbyt szybki albo zbyt kontrolowany. Każde słowo, które wypowiadała do służby, wymagało większego wysiłku, niż powinno. Jakby musiała pilnować nie tylko tonu, ale samej siebie - tego, by nie powiedzieć za dużo, nie zrobić czegoś zbyt gwałtownie, nie pozwolić, by to napięcie znalazło ujście w niewłaściwym momencie.
Dziś miała spotkać się z Leopoldem Flintem.
Pierwszy raz.
Myśl o tym była dziwnie obojętna - i właśnie to ją niepokoiło najbardziej. Nie czuła lęku. Nie czuła sprzeciwu, który mogłaby wykorzystać jako tarczę. Było w niej tylko to napięcie. Ta energia, która nie należała ani do niego, ani do tej sytuacji. Była jej. I nie wiedziała, co z nią zrobić.
Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Wyglądała dokładnie tak, jak powinna. Spokojnie. Nienagannie. Kontrolowanie.
Nikt nie dostrzegłby burzy. Ale ona czuła ją wyraźnie. Pod skórą. W oddechu. W spojrzeniu, które na moment stało się zbyt intensywne, zanim zdążyła je złagodzić.
Zamek Dover czekał. A ona nie była pewna, czy to spotkanie będzie rozmową… czy momentem, w którym coś w niej w końcu znajdzie ujście.
Droga prowadząca ku zamkowi Dover była szeroka, a jednak coś w niej sprawiało, że z każdym krokiem zdawała się kurczyć. Białe klify odcinały się wyraźnie od nieba, a sam zamek wznosił się ponad nimi.
Nie od razu podniosła wzrok. Najpierw pozwoliła sobie poczuć grunt pod stopami - stabilny, chłodny, rzeczywisty. Jakby potrzebowała tego krótkiego momentu, by upewnić się, że wciąż jest tu, w swoim ciele, a nie gdzieś pomiędzy snem a jego echem, które nie opuściło jej od rana.
Dopiero wtedy spojrzała. Stał nieco dalej, na tle kamienia, który zdawał się podkreślać jego sylwetkę zamiast ją przytłaczać.
Leopold Flint.
Było w nim coś z tej samej struktury co w murach zamku - spokój nie wynikający z łagodności, lecz z pewności. Stał prosto, ale nie sztywno. Ręce miał ułożone swobodnie, choć nie niedbale. Jak ktoś, kto nauczył się zajmować przestrzeń bez potrzeby zaznaczania jej siłą.
Zatrzymała się na ułamek sekundy. To nie było zawahanie - raczej odruch oceny, który przychodził jej naturalnie.
Pierwsze wrażenie było… niebezpiecznie neutralne. Nie było w nim nic, co ją odrzucało. I nic, co natychmiast przyciągało.
A jednak coś w nim zatrzymało jej uwagę dłużej, niż powinna była pozwolić. Może sposób, w jaki patrzył - nie nachalnie, nie z ciekawością podszytą oceną, lecz uważnie. Jakby widział więcej, niż pokazywała. Jakby nie spieszył się z wnioskami.
To ją… zaniepokoiło. Bo łatwiej byłoby, gdyby był prostszy. Gdyby można było przypisać mu jedną cechę i na niej oprzeć całą resztę.
A on nie wydawał się prosty.
Zrobiła krok w jego stronę. Potem kolejny. Każdy z nich był spokojny, wyważony - dokładnie taki, jakiego oczekiwano od niej w takich sytuacjach. Materiał spodni poruszał się miękko przy każdym ruchu, a ona sama była obrazem opanowania.
Tylko że pod skórą wciąż czuła tamto napięcie. Tamto drżenie. Burza nie zniknęła. Zderzyła się tylko z czymś, co nie dawało jej natychmiastowego ujścia.
Im bliżej podchodziła, tym wyraźniej widziała detale - linię jego szczęki, sposób, w jaki światło zatrzymywało się na jego włosach, cień skupienia w spojrzeniu. Nie był ostentacyjnie przystojny. Nie w sposób, który przyciągałby natychmiastowe spojrzenia na salonach. Był… wyważony. I to właśnie czyniło go trudniejszym do zignorowania.
Zatrzymała się przed nim na odległość, która była właściwa. Ani zbyt blisko, ani zbyt daleko.
Ich spojrzenia spotkały się. Iris uniosła lekko podbródek i poczuła mocniejsze uderzenie serca. Im dłużej mu się przypatrywała tym więcej walorów znajdowała w jego wyglądzie. Zwłaszcza w oczach. To je wzięła sobie za stały punkt. Odnajdywała w nich spokój.
Szczery uśmiech pojawił się na jej twarzy. Choć bardzo chciałaby, żeby było inaczej, wątpliwości które nią targały na rodzinnej kolacji i podczas odczytania listu od Wuja, ustąpiły czystej ciekawości.
— Leopoldzie — Przywitała go spokojnie, przenosząc swoje stalowe tęczówki na budowlę za jego plecami. — To… naprawdę piękne miejsce na pierwsze spotkanie.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Leopold Flint
Śmierciożercy
To diabeł nas pociąga, dzierżąc nici końce, że w rzeczach wstrętnych dziwne widzimy uroki
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
23-03-2026, 21:58
Powidoki snu, który zawitały pod jego powieki siódmego dnia maja, nadal tańczy na krawędzi świadomości, tam gdzie niewyraźny miraż majakowych podsuwa mu wizje, jakie chciałby jak najszybciej przepędzić się, rozbić, jak taflę lustra, gdy zerkał w swoje własne odbicie i odkrywał w nim wizerunek człowieka, którym skrycie gardzi; tą żałosną wersję samego siebie pożądającą tego, czego nie może mieć.
Teraz tez wydaje mu się, że melancholia próbuje go uwieść; porwać w swoje ciasne objęcia; uczynić go swoimi niewolnikiem; stać się jego słabostką.
Pierwszy jej podmuch przynosi złość, która jest w nim zawsze - najpierw się zakrada, a potem wyrusza na polowanie, gotowa wgryźć się w aortę jego jestestwa. Palce zaciśnięte w pięść to pierwszy zwiastun jej bytności.
Nienawidzi tego. Nienawidzi tej bezsilności, jaka ogarniała go tuż nad ranem, przed nadejściem brzasku. Nienawidzi tego uczucia. Uczucia, że coś go pokonało, zanim nadszedł nowy dzień. Ten nierzeczywisty stan, w którym błądzi po bezdrożach wspomnień, zbyt pięknych, aby mogły być prawdziwym obrazem minionych lat i zbyt odległym, aby mogły mieć wpływ na rzeczywistość, a jednak miały, sprawiały że czuł się jakby oderwany od tego, co działo się dookoła.
Weź się w garść, Leopoldzie, dzisiaj nie możesz błądzić głową w chmurach, słyszy, jak głos pełen pogardy niesie się echem po korytarzu umysłu. Nie przynosi spokoju, a upokorzenie, przez które - znowu - puszczają mu nerwy.
Nie jest świadomy, że uderzył dłonią w bezgłowie łózka, póki łokieć i pięść nie odezwały się bólem. Zdaje się, że najbardziej poszkodowana jest kość śródręczna, bo pulsuje ostrym, tępym bólem, który przekonuje go, jak bliski był trwalszego urazu.
Rozgląda się po pomieszczeniu, czuje otępienie i przez chwile nie wie, gdzie jest i jak się tu znalazł. Zrozumienie przychodzi kilka chwil później, gdy otrząsa się ze wspomnień, jakie nieskutecznie próbują wycisnąć mu łzy spod powiek.
Dzisiaj wszystko jest takie, jakie być nie powinno. Myśl ta nawiedza go, gdy rozprostowuje rękę, aby odzyskać czucie w palcach, po tym, jak impulsywność zwiodła go na manowce. Uśmiecha się krzywko; knykcie zapiekły obietnicą siników, które niebawem powstaną na skórze.
Niechętnie wyswobodzą się z ciepłej pościeli, równie niechętnie znika za drzwiami łazienki. Do świtu zostaje kilka minut. Nie może zaniedbać swoich obowiązków.
Stojąc przed lustrem, zaciska szczęki i przymyka powieki, aby oswoić się z nowym dniem. Mimowolnie zaciska palce na kontuzjowanej ręce, aby poczuć ból. Ból go zawsze otrzeźwia; jest jak zimna kąpiel w upalny dzień.
Kilka minut później, czując po językiem ostry, miętowy posmak pasty do zębów, wykrzywia usta w grymasie podobnym do niczego, tak różnym od uśmiechu, na jakie sobie pozwalał w towarzystwie, gdzie przywdziewał na twarz maskę uszytą nicią pozorów.
Dzisiaj miał skonfrontować się jednym z nich i jednocześnie być może największym wyzwaniem, jakiemu musiał dotychczas sprostać. Miano, jakie nosiło, brzmiało Iris Nott.
Jedynie obowiązek?, pytanie, które sobie zadaje odkąd wymienił pierwszy list z panną Nott. I skrycie życzy sobie,aby zmienił się w przyjemność
Poranek upływa znajomym, monotonnym schematem, a on dba o to, aby znowu nie popaść w melancholię, która czai się za jego plecami, jak cień. Pobyt w stajni uspokaja go na tyle, że złość wycofuje się rakiem, poza zasięg tego, co obecnie czuje. Rozczesując końską grzywę, zjawia się zbawienne ukojenie, jakie jedynie umacnia swoja pozycje, gdy swoim zwyczajem decyduje się na przejażdżki po ziemiach przylegających do rezydencji.
Popołudnie, które przyłapuje go w siodle, nie prowokuje go do nerwowości. Wręcz przeciwnie - jest wyjątkowo spokojny. Jak morza kilka chwil przed sztormem, jak niebo zanim zaczynają wzbierać się na nim zwiastujące deszcz chmury.
Oddaje konia w ręce stajennego i wraca do posiadłości. Szybka kąpiel i równie sprawna zmiana garderoby, a potem w głowie tylko jedno.
Iris Nott.
Nie każ czekać damie, Leopoldzie.
Nie ma takiego zamiaru.
Teleportuje się do Dover przed czasem. Przez chwile myśl, że może powinien zjawiać się na miejsce z bukietem kwiatów, ale nie decyduje się na ten szarmancki gest. Zwiędną, zanim zwiedzania dobiegnie końca.
Iris Nott pojawia się w zasięgu jego spojrzenia kwadrans później; otacza ją blask wspinającego się na wyższe szczeble widnokręgu słońca.
Nie od razu unosi wzrok. Nie czuje na sobie jego spojrzenia? Drażni się z nim? Jakiego rodzaju wyzwaniem się okaże?
Na pierwszy rzut oka może powiedzieć, że jest ładna - to nie te klasyczne piękno, które zwala z nóg i doprowadza go bezdechu. Jej uroda nie podąża za kaonem piękna, który odbiera mowę, a jednak jest w niej coś, co przyciąga spojrzenie i co sprawia, że chce się na nią patrzyć.
Spójrz mi w oczy, bo chce ujrzeć skrawek nieba.
Iris zdaje się z początku zupełnie głucha na jego bezdźwięczne nawoływanie, ale do czasu. W końcu ich oczu odnajdują do siebie drogę. Stal, jaka wydziera z jej spojrzenia, przywołuje skojarzenie z chłodem skandynawskiej nocy.
Jej słowa tną przestrzeń. Leopold uśmiecha się serdecznie - tak szczerze, jak potrafi.
- Owszem, urokliwe miejsce - mówi swobodnie, bez żadnego zbędnego napięcia w głosie - podkreśla wyjątkowość tego spotkania, ale twojej urodzie nie dorównuje, panno Nott…. - Nie patrzy na otaczający ich krajobraz, patrzy na nią, tylko na nią, bo ona jest obecnie definicją jego rzeczywistości, teraźniejszym i przyszłością, jaka zaczyna ich łączyć. – Iris - poprawie się, a gdy wypowiada jej imię,smakuje je pod językiem, bo to pierwszy raz, gdy wymawia je na głos i mimowolnie, przez moment, próbuje przypomnieć sobie, jak pachniały irysy w ogrodzie Ollivanderów, aby odkryć, ile mają wspólnego z stojącą tuż obok niego kobietą, którą mógłby dotknąć, gdyby tylko chciał naruszyć jej przestrzeń osobistą.
Na takie przyjemności jest jeszcze za wcześnie.
- Co historia mówi o fasadzie zamku? - pyta takim tonem, jakby rzucał jej wyzwanie.
Udowodnij mi, że historia też powinna mieć prawo głosu.
Odrywa od niej spojrzenie i skupia je na murach zamku.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
23-03-2026, 22:36
Delikatna, pionowa zmarszczka pojawiła się między jej brwiami, pełne wargi w odcieniu herbacianej róży, lekko uchyliły się - choć zdusiła chęć rzucenia prędkiej odpowiedzi i przez chwilę przyglądała mu się nieco bardziej ostentacyjnie niż wcześniej. Komplement - bo tym z pewnością było wtrącenie o jej urodzie - sprawił, że przez chwilę zastanawiała się ile innych panien (lub nie) usłyszało podobny z jego strony. Dziwnym było rozważać o tym w kontekście mężczyzny, który jeszcze poprzedniego dnia wzbudzał tak skrajnie negatywne emocje. Za to skarciła się w myślach, przeklinając swój stan, który czynił z niej osobę o tak nierozsądnych myślach. Jak na zawołanie, piekące drżenie przeszyło ją wzdłuż kręgosłupa - jak błyskawica przedzierająca się przez gęste chmury w burze popołudnie.
Pozwoliła, by jego słowa zawisły między nimi na moment dłużej, niż wymagała tego uprzejmość. Nie chodziło już nawet o ich znaczenie - temu poświęciła już nadto czasu - lecz o sposób, w jaki je wypowiedział. Była w tym pewna miękkość, podszyta jednak czymś bardziej świadomym. Jakby każde zdanie było nie tylko propozycją rozmowy, ale i sprawdzeniem granic. Iris rozpoznała to niemal natychmiast. I, ku własnemu zaskoczeniu, nie poczuła potrzeby, by się wycofać. Przeciwnie - coś w niej, to samo napięcie, narastające od świtu, poruszyło się wyraźniej, jakby wreszcie znalazło coś, na czym mogło się oprzeć.
Uniosła lekko brew, a jej spojrzenie przesunęło się ku zamkowi dopiero wtedy, gdy on odwrócił wzrok. — Fasada? — Powtórzyła spokojnie, lecz jej głos nie był już tak neutralny jak wcześniej. Pojawiła się w nim nuta czegoś bardziej żywego, subtelnego, ale wyczuwalnego - jakby rozmowa zaczynała wymykać się ramom uprzejmej wymiany zdań. — To zależy, Leopoldzie, czy interesuje cię to, co widać… czy to, co miało zostać ukryte.
Zrobiła kilka kroków w stronę murów, pozwalając, by ich rozmowa naturalnie wtopiła się w ruch. Kamienne ściany Dover wznosiły się nad nimi ciężkie i nieporuszone, odbijając światło w sposób surowy, chłodny. Iris przesunęła po nich oczami powoli, jakby czytała zapis stworzony bez słów.
— Henryk II nie budował tego miejsca tylko jako symbolu — Podjęła po chwili, a jej głos nabrał spokojnej pewności. — Po buncie swoich synów i napięciach, które rozrywały jego własny ród, potrzebował czegoś więcej niż tylko deklaracji. Potrzebował… p r z y p o m n i e n i a. Dla wszystkich. Że władza nie jest czymś, co można podważyć bez konsekwencji.
Zatrzymała się przy jednej z wież, unosząc lekko podbródek, jakby próbowała uchwycić proporcje całej konstrukcji. — Dlatego fasada jest taka… jednoznaczna — Dodała ciszej. — Nie próbuje uwodzić ozdobnikami, przesadną fantazją architektury. Nie próbuje przekonywać. Ona po prostu istnieje. I to wystarcza. — Kącik jej ust drgnął w niemal niedostrzegalnym uśmiechu.
Na moment jej spojrzenie pozostało na murach, ale potem wróciło do niego - wolniej, bardziej świadomie. — Ale to nie jest najciekawsze — Zrobiła jeszcze jeden krok, nieznacznie zmniejszając dystans między nimi. Nie było w tym nic ostentacyjnego - a jednak trudno było uznać ten ruch za przypadkowy. Jej spojrzenie stało się bardziej skupione, jakby rozmowa przestała być jedynie uprzejmą wymianą myśli, a zaczynała przybierać formę czegoś bardziej osobistego. — Najciekawsze jest to... — Kontynuowała, a jej głos obniżył się odrobinę — ...że większość tego, co naprawdę decydowało o sile Dover… nie było widoczne — Zawahała się na moment, dobierając słowa z większą starannością, jakby każde z nich miało znaczyć więcej, niż wynikało z samej historii. — Systemy obronne, przejścia, ukryte drogi. Później tunele. Wszystko to, co działało wtedy, gdy fasada już przestawała mieć znaczenie.
Jej palce przesunęły się lekko po chłodnym kamieniu balustrady, jakby potrzebowała fizycznego punktu odniesienia dla tej myśli. — To, co ukryte, zawsze było ważniejsze niż to, co pokazano — Dodała ciszej, niemal jakby mówiła bardziej do siebie niż do niego, choć zdawała sobie sprawę, że ze względu dzielącej ich niewielkiej odległości, on perfekcyjnie dosłyszy jej słowa. — Historia bardzo lubi sprawiać wrażenie, że wszystko jest oczywiste — Uniosła na niego spojrzenie stalowych - na pozór - zimnych oczu. Za odcieniem krył się błysk - żywy, sprawiający, że jej twarz nabierała kolorów i wyrazistości. Widok wręcz hipnotyzujący. — Że wystarczy patrzeć, by rozumieć — Jej głos był spokojny, lecz pod nim wyraźnie pobrzmiewało coś bardziej osobistego. — Ale najczęściej to tylko dobrze utrzymana iluzja.
Zatrzymała się, przyglądając mu się uważnie, jakby naprawdę chciała zobaczyć, co zrobi z tym, co właśnie mu podała. Czy potraktuje to jako zwykłą odpowiedź… czy jako coś więcej. I czy dostrzeże, w którym momencie rozmowa ta przestała dotyczyć samego zamku, który zdecydowali się dziś odwiedzić.
W jej spojrzeniu pojawił się cień wyzwania. — Więc — Uniosła lekko podbródek, nie odrywając od niego wzroku. — Którą wersję wolisz, Leopoldzie? Tę, którą wszyscy widzą… czy tę, która wymaga odrobiny wysiłku, by ją odkryć?
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Leopold Flint
Śmierciożercy
To diabeł nas pociąga, dzierżąc nici końce, że w rzeczach wstrętnych dziwne widzimy uroki
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
28-03-2026, 14:51
Zgadza się, fasada, droga Iris, mówi jego spojrzenie, lecz usta milczą. Inicjatywa obecnie leży po jej stronie, on przetestował karty i oddał je w jej ręce.
Jakie będzie kolejne rozdanie?
Czuje mimowolnie, jak po linii kręgosłupa spływa dreszcz ekscytacji, który rozpala na krawędzi jego źrenic ogniki prowokacji. Budynek, jaki wznosi się przed nim i zdaje się chce dosięgnąć nieba, nie znajduje się w kręgu jego zainteresowań; jest tylko pretekstem. Podobnie, jak pytanie, któremu nie można odebrać wydźwięku niewinności, a za którym kryje się wręcz chorobliwa potrzeba zbadania jej relacji.
Co kryje się z fasadą spokoju, jaką się otaczasz? Co kryje się za błękitem twojego spojrzenia i tym uśmiechem, w którym wygięłaś swoje wargi, kochana?
Panna Nott podejmuje jego grę; słyszy to w sposobie, w jakim wypowiada to jedno słowo - f a s a d a.
Uśmiech, jaki zawitał na ustach Leopolda, jedynie się pogłębia, gdy jego intencje zostają rozpoznane.
- Wciąż istnieje ryzyko, że prawda, która skrywa się za fasadą, może stać się niewygodna, a widoki nieprzeznaczone dla wrażliwych oczu.
Co wtedy, Iris? Nagniesz zasady swojej moralności, aby podnieść ciężką od oczekiwań kurtynę?
Ciekawość pali go w skórę, jak promienie słońca, które zerka na z nich z najwyższego punkty na horyzoncie; wiosna w pełnym rozkwicie, a na niebie żadnej zdradzieckiej chmury, która mogłaby zwiastować ulewę.
Postępuję krok za nią, a ich ramiona niemal się stykają, gdy przy niej przystaje, ze spojrzeniem wbitym w nagryzione zębem czasu mury zamku. Zachwycającego, jak potęga Henryka II, która w końcu zgasła.
- Po wzniesieniu tego zamku poddani uwierzyli w jego potęgę?
Nie ma pojęcia, jakim władzą był Henry II. Nie ma pojęcia też, co spotkało jego synów i dlaczego wkroczyli na ścieżkę buntu. Co ich do tego skłoniło? Ojcowska tyrania, czy własne, egoistyczne pobudki? Myśl, że za ich panowania, królestwo spotka o wiele większy dobrobyt?
Wodzi jakby od niechcenia spojrzeniem po okiennicach; ma wrażenie, ze uważanie się im przyglądają, oceniając ich intencje względem wzniesionej kilka wieków temu budowli.
Czując na sobie jej wzrok, jeszcze przez chwile śledził upływ czasu, jaki odcisnął się piętnem starzenia na fasadzie zamku, zanim pozwolił, aby linia ich wzroku przecięła się w jednym punkcie. Ona wówczas, może zachęcona, a może złapana w sidła prowokacji, zmniejsza dystans, jaki ich dzieli o jeden, wydawać by się mogło, zupełnie pozbawiony znacznie krok, lecz ten krok znaczy więcej niż nie jedna myśl, jaka kłębi się obecnie pod kopułą czaszki Leopolda. Nie może potraktować go inaczej niż w kategorii zaproszenia.
Krzywi usta w troskliwym uśmiech, sięgając prawą dłonią do jej ramienia, po którym spacerował czerwony, zakropiony dwiema czerwonymi plamkami owad. Zwyczajnie by ją stracił niedbałym ruchem ręki, lecz, w przypływie impulsu, pozwala biedronce wspiąć się na swoje palce.
- A zatem można złożyć, że to w prostocie tkwi potęga tego zamku? - pyta ostrożnie, jakby niepewny swojej myśli. Sprawia wrażenie rozkojarzonego i, chociaż na nią nie patrzy, spija każde słowo, jakie rodzi się z jej gardła, nie chcąc uronić nawet jednego, pojedynczego słowa.
Ton jej głosu odrobinę się zmienia, wydaje się bardziej wyzywający, jakby zachęcający do porzucenia granic. Podnosi na nią spojrzenie z biedronką spacerującą po wewnętrznej stronie jego dłoni. Właśnie wspinała się na jego kciuk, gdy Iris po raz kolejny zmniejsza dzielącą ich odległość. I snuje dalej swoją opowieść.
- I wszystko, co kryje się za upozorowaną prostotą - dodaje, a uśmiech, nadal widoczny na jego wargach, nieco zmienia swój charakter, wydaje się nieco bardziej drapieżny, zupełnie, jak iskry, które zerkają do jego oczu. – Chciałabyś spędzić noc w tym zamku, na odkrywaniu tych wszystkich ukrytych przejść i zapomnianych przez czasy współczesne zaułków?
W jej oczach pobłyskuje zimna stal, gdy znowu dochodzi do kontaktu wzrokowego. Bez słowa, delikatnie obejmuje jej nadgarstek swoimi palcami, zbliża jej dłoń ku swojej dłoni - tej, którą nadal bada owad. I czeka cierpliwie, aż biedronka zmieni szorstką fakturę jego skóry na delikatniejszą, należącą do Iris.
Ostatnimi słowami, jakie echem odbijają się od ścian jego czaszki, zdobywa jego całą uwagę. Odrywa palce od jej nadgarstek, bo kontakt, na jaki sobie frywolnie pozwala, trwa nieprzyzwoicie za długo, a przecież jej palec nie zdobi nawet pierścionek zaręczynowy. Jeszcze nie.
- Uważasz, że co prowadzi do rozumienia? Chęć poznania? – zerka jej prosto w oczy. - Zgaduję, że, aby ci zaimponować, powinienem wyrzec, że druga opcja pociąga mnie dużo bardziej od pierwszej, ale – podchodzi bliżej, na styk ich oddechów, głos zniżając o oktawę niżej, pozwala balansować mu na granicy szeptu – chociaż czasem pokusa, aby zajrzeć, co kryje się za fasadą, wydaje się silniejsza od każdej innej, przezwyciężam ją, gdy pojawia się ryzyko, że może nie być warta swojej ceny.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
28-03-2026, 15:32
Delikatne napięcie, które wcześniej pulsowało pod jej skórą jak echo snu, nie rozproszyło się - przeciwnie, zdawało się odnajdywać w tej chwili coś, co nadawało mu kierunek. Już nie chaotyczne, nie bezkształtne, zaczynało układać się w coś bardziej świadomego, bardziej skupionego. Nie cofnęła dłoni, gdy jego palce objęły jej nadgarstek; nie zrobiła też nic, by ten gest odwzajemnić. Pozwoliła mu wydarzyć się dokładnie tak, jak został zaprojektowany - i równie świadomie pozwoliła mu wybrzmieć do końca, nie odbierając mu znaczenia, ale też nie nadając mu go więcej, niż sama była gotowa przyjąć. W tym bezruchu była decyzja. I coś jeszcze - cicha, niemal niewidoczna zgoda na to, by sprawdzić, dokąd ta gra może ich zaprowadzić.
Jej spojrzenie spoczęło na jego dłoni tylko na moment - wystarczająco długo, by dostrzec drobny ruch, niemal niedostrzegalne przesunięcie delikatnych odnóży po jego skórze. Biedronka była zbyt lekka, by można było przypisać jej jakiekolwiek znaczenie, a jednak wpisywała się w tę chwilę z niepokojącą precyzją, jakby przypadek został tu zaproszony świadomie. Kiedy owad przeszedł na jej skórę, Iris uniosła dłoń nieznacznie, badając ciężar czegoś, co nie powinno nic ważyć - a jednak było wyczuwalne. Jak wiele innych rzeczy, które w ostatnich dniach zaczęły wymykać się logice.
— Ciekawe — Odezwała się cicho, niemal bezgłośnie, nie odrywając wzroku od własnej dłoni, jakby mówiła bardziej do siebie niż do niego. — Jak łatwo coś tak małego może zdecydować, po czyjej stronie chce się znaleźć — Jej głos był spokojny, ale pod tą spokojną powierzchnią pobrzmiewała myśl, której nie wypowiedziała wprost. Bo przecież nie chodziło o owada. Nigdy nie chodziło o rzeczy oczywiste. Dopiero wtedy spojrzała na niego. Powoli. Uważnie. Tym razem bez cienia wcześniejszej uprzejmości, która nadawała ich rozmowie bezpieczne ramy. W jej spojrzeniu nie było już dystansu, który można było odczytać jako konwenans - był wybór. Świadomy. Mierzący. Jakby chciała zobaczyć, czy on również dostrzeże moment, w którym ich rozmowa przestała być niewinna. — I jak bardzo jesteśmy skłonni uznać to za przypadek — Dodała ciszej, niemal miękko, lecz z wyraźnym podtekstem, który nie potrzebował dopowiedzenia. W jej słowach było pytanie, którego nie zadała wprost: ile z tego, co się między nimi dzieje, naprawdę jest przypadkiem?
Jej dłoń opadła równie spokojnie, a wraz z nią zniknął ostatni ślad fizycznego kontaktu między nimi - jakby nigdy nie istniał. A jednak jego brak był bardziej wyczuwalny niż sama obecność, jak echo, które zostaje w powietrzu długo po tym, jak dźwięk przestaje być słyszalny. Iris nie odsunęła się gwałtownie. Nie zrobiła tego gestu, który mógłby zostać odczytany jako odrzucenie. Po prostu… przywróciła równowagę. Na własnych zasadach.
Zrobiła krok w bok, nie oddalając się od niego, lecz zmieniając kąt - tak, by nie stali już naprzeciwko siebie, lecz obok. Ten drobny ruch był niemal niezauważalny, a jednak zmieniał wszystko. Jak przesunięcie osi, które odbiera komuś możliwość prowadzenia rozmowy w jednym kierunku. Teraz nie była już w jego polu gry. Stała obok. Na równych zasadach. — W prostocie rzadko kiedy tkwi potęga — Podjęła, wracając do jego wcześniejszych słów, lecz jej ton nie był już tylko odpowiedzią. Był interpretacją. I subtelnym sprzeciwem wobec zbyt łatwych wniosków. — Prostota jest… wygodna. Daje się łatwo odczytać, łatwo zaakceptować, łatwo podać dalej jako prawdę — Jej spojrzenie przesunęło się po murach zamku, lecz nie było w tym ucieczki. Raczej świadome rozłożenie uwagi, by nie pozwolić mu przejąć całej przestrzeni rozmowy. — Prawdziwa siła zwykle wymaga więcej wysiłku. Więcej uwagi. I… większej gotowości na to, że to, co odkryjemy, nie będzie zgodne z tym, czego się spodziewaliśmy.
Na jego pytanie o noc w zamku nie odpowiedziała od razu. Pozwoliła mu wybrzmieć, pozwoliła mu opaść między nimi jak coś, co wymaga namysłu - albo decyzji. Jej palce przesunęły się lekko po chłodnym kamieniu, jakby ten kontakt z czymś stałym i niezmiennym pomagał jej utrzymać równowagę w tej rozmowie, która coraz wyraźniej zaczynała dotyczyć czegoś więcej niż historii. — To zależy. Czy podjąłbyś się tego razem ze mną — Posłała mu uśmiech - uroczy, choć podszyty dojrzałością, rozmywającą dziewczęcy urok. — I czy miałabym tam szukać historii… czy odpowiedzi. Bo to nie zawsze oznacza to samo.
Z lekko zmarszczonym nosem, przez co wyraźne piegi zmieniły swój tor i uśmiechem na ustach, odwróciła głowę i spojrzała na niego ponownie - tym razem bliżej, nie fizycznie, lecz w sposób, który nie pozostawiał już miejsca na niedopowiedzenia. W jej oczach nie było wycofania. Było coś znacznie bardziej niebezpiecznego: świadomość tego, co robi. I tego, co może się wydarzyć, jeśli pozwoli temu pójść dalej. Kiedy zbliżył się, skracając dystans niemal do granicy oddechu, nie cofnęła się. Nie spuściła wzroku. Pozwoliła tej bliskości istnieć - nie jako coś, co ją zaskoczyło, lecz jako coś, co zdecydowała się przyjąć na własnych warunkach. W międzyczasie poddawała analizie jego słowa; zdecydowania słusznym było ich logiczne rozważenie - nie mogła ich odrzucić, ale też nie mogła przyjąć bezrefleksyjnie. Jej usta rozchyliły się nieznacznie, jakby odpowiedź przyszła szybciej, niż zdążyła ją zatrzymać. Jakby była bliżej prawdy, niż powinna. — A jeśli jest warta? — Zapytała cicho. Nie było w tym wyzwania wprost. Raczej coś bardziej subtelnego - jakby przesuwała granicę o krok dalej, nie zmuszając go do podążenia, lecz sprawdzając, czy zrobi to z własnej woli. Jej głos był miękki, ale nie niepewny. Przez ułamek sekundy przyglądała mu się tak, jak wcześniej przyglądała się zamkowi - nie jego fasadzie, lecz temu, co mogło się pod nią kryć. Uważnie. Bez pośpiechu. Z ciekawością, która nie była już niewinna.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Leopold Flint
Śmierciożercy
To diabeł nas pociąga, dzierżąc nici końce, że w rzeczach wstrętnych dziwne widzimy uroki
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
29-03-2026, 14:58
Napięcie, jakie towarzyszyło mu przez ostatnie kilka minut, te nieznośne, sprawiające, że powietrze w płucach gęstniało, rozprasza się w blasku uśmiechu, który nieoczekiwanie spoczął na jej ustach i w dźwięku słów, odbijających się echem od sklepienia jego czaszki. Niektóre z nich odnajdują drogą do korytarza umysłu i spacerują po nich, szukając schronienie w jego zaułkach.
Gdy powierza los małej istoty w jej ręce przygląda się jej przez chwile, z takim zainteresowaniem, jakby miał do czynienia z czymś egzotycznym, czymś co wychodzi poza granice jego pojmowania. Tkwi w niej jakiś pierwiastek okrucieństwa, czy delikatność, jaka od niej emanuje, jest wszystkim, co może zaoferować światu? Czy w takim razie, gdy sięgnie w głąb jego natury, nie przestraszy się tego, co ukrywa w klatce żeber? Tkwiące w nim stworzenie obecnie trwało w uśpienie, lecz wie, że to tylko kwestia czasu, kiedy wyda z siebie cichy pomruk niezadowolenia i otworzy oba, błyszczące czerwienią gniewu ślepia. Pozna go, to tylko kwestia czasu. Każdy, kto podszedł do niego bliżej, niż odległość kilka kroków, prędzej czy później konfrontuje się z tym, co w nim drzewie, a ona miała być jego żoną, kobietą jego życia, matką jego dzieci, współwinną każdej zbrodni, jakiej się dopuści.
Na razie wydaje się taka krucha, jakby mógł pod silnym uściskiem swojego dotyku skruszyć wszystkie, ukryte pod pergaminem skóry kości.
- Ciekawe - powtarza za nią, stąpając po grzęskim gruncie zamyślenia, jakim chwilowo uległ, chociaż rzadko popada w taki stan przy świadkach, którzy mogliby dostrzec iskrę mieszkającego w nim szaleństwa - stan, kiedy grunt osuwa mu się spod nóg. – Myślisz, ze coś tak kruchego, coś co można rozdeptać przez nieuwagę, a nawet zmiażdżyć pod palcami, ma prawo do własnej decyzyjności?
Ma odrębną opinie na ten temat; źródło decyzyjności leży w sile, nie zaś w pojedynczej jednostce, która czasem miota się, jak mucha zapląta w pajęczą sieć, czy jak sarna, na progu życia, konająca powoli, w boleściach, bo bełt, który przeszył jej ciało, nie zatopił się w najważniejszych organach.
Zmieniając pozycje swojego ciała, zachowuje się zachowawczo i Leopold musi docenić jej instynkt samozachowawczy, a może, gdy stoi tuż obok niego, ramię przy ramieniu, chce podkreślić, że są sobie równi.
Są? W jej słowach, które płyną wartkim strumieniem rozsądku, nie odnajduje odpowiedzi na te pytanie.
- Przez twoje słowa przemawiają własne doświadczenia? - dopytuje, bo to nie koncepcje historyczne chce zgłębiać, a nią - to ona jest tą fascynującą opowieścią, w którą chce się wczytać. – Czy kiedyś spotkało cię rozczarowanie tego rodzaju? Jak sobie z nim poradziłaś?
Krzykiem? Gniewem? Płaczem? Frustracją? Chce wiedzieć. Ta wiedza wydaje się niezbędna do budowania wspólnej przyszłości. Życzy sobie, aby została wzniesiona nie na niechęci ,lecz wzajemnym zrozumieniu i zaufaniu. Nie zniesie w swoim najbliższym otoczeniu kogoś, kto będzie knuł za jego plecami, lub jego widok będzie mu wstrętny.
Kolejny uśmiech, na jaki się zdobywa, ociepla nieco jego myśli; wkrada w nich nadzieje - podstępną, tak jadowitą jak żmija, która chce kąsać, która chce wtoczyć w jego krwiobieg truciznę.
- Tak, chciałbym ci towarzyszyć w tej ekspedycji - przytakuje, chociaż czy naprawdę tego pragnie - jego obecności, jego oddechu na swoim karku, jego spojrzenia śledzącego każdy jej ruch? Nie jest jak ptak zamknięty w złotej klatce, łaknący wolności i swobody? – Podejrzewam, że historia w takim miejscu będzie obecna w każdym naszym kroku, zaś odpowiedzi... - waha się, z udawaną rozwagą – czasem ich poznanie wymaga dużo więcej czasu.
Zmniejszając dystans, jaki ich dzielił, odkrywa, ze znajduje się niebezpiecznie blisko niej; może policzyć konstelacje piegów na jej nosie i policzkach, musi też przyznać, że dodają jej uroku. Nie odpowiada też od razu, pozwala, aby otoczył ich szczelny kokon milczenia, który zasługiwał na kontemplacje i nastrojowe napięcie, znowu zakradając się między ich gesty. Dopiero, kiedy myśli, że chciałby złapać ją za podbródek i przyciągnął do siebie jeszcze bliżej, uznaje, że to dobry moment, aby przemówić.
- Wtedy, meine Liebe - celowo sięga po niemiecki, aby jego słowa, wygładzone na krawędziach, przybrały bardziej szorstką, pasującą do chropowatej barwy jego głosu fakturę – postępuję w zgodzie ze swoją naturą.
Jak zwierzę, która kieruje się instynktem przetrwania. Jak ćma, którą przyciąga blask światła. Jak ktoś, komu musi wystarczyć jeden haust powietrza na minutę.
Rośnie w nim pokusa, aby unicestwić dzielące ich skrawki przestrzeni, które teraz wydają się zupełnie zbędną przeszkoda. Ręce chowa za własnymi palcami i zaciska mocno paznokcie na skórze, aby pozbyć się tych wstrętnych myśli.
- Choćbym miał zjeść na tym zęby - może poczuć oddech na skrawku swojej skórzy, bo znowu zbliża ku niej swoją twarz, tym razem pozostawiając po sobie przestrzeń nie wiele większą, jak dwa centymetry – czy postradać zmysły.
Chwile później, znowu bez ostrzeżenia, przykrywa swoją dłonią jej dłon, delikatnie, z wyczuciem, jakby obchodził się z czymś wyjątkowo delikatnym, czymś, co mogłoby się rozpaść pod samym dotykiem jego palców.
- Skoro fasada budynku przestała być godną naszej uwagi zagwozdką, proponuje wsłuchać się w to, co powiedzą nam ukryte w środku komnaty- proponuje, odsuwając się od niej na bezpieczną odległość kilku kroków, lecz z palcami nadal splecionymi w lekkim uścisku, z którego w każdej chwili może się wyswobodzić.
Nie może jej przecież tknąć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
29-03-2026, 17:00
Jego słowa nie zatrzymały jej - nie w ten sposób, w jaki być może się tego spodziewał. Nie wycofała się. Nie odsunęła. Ale coś w niej… przesunęło się subtelnie, niemal niezauważalnie, jak napięcie, które zmienia kierunek, nie tracąc swojej siły. Stała obok niego, czując ciężar jego obecności nie tyle fizycznie, co w sposobie, w jaki każde jego zdanie próbowało znaleźć w niej punkt zaczepienia - coś, co można by nazwać słabością. A jednak nie znajdował jej tak łatwo, jak mógłby tego chcieć. Jej spojrzenie nie drgnęło, gdy powtórzył jej słowo. „Ciekawe.” W jego ustach brzmiało inaczej - ciężej, bardziej… osądzająco. Jakby nie pytał, lecz sprawdzał, czy jest gotowa przyjąć konsekwencje własnych myśli. Gdy mówił o kruchości, o tym, co można zgnieść bez wysiłku, coś w niej zareagowało natychmiast - nie gwałtownie, nie impulsywnie. Uniósł w niej znajome uczucie. Nie lęk. Nie sprzeciw. Rozpoznanie. — To zależy — Odpowiedziała w końcu spokojnie, miękko, ale bez cienia uległości. Jej głos nie był już tylko odpowiedzią na jego pytanie - był kontrapunktem. — Czy mówimy o kruchości… czy o tym, co tylko wygląda na kruche.
Przeniosła spojrzenie na swoją dłoń, tę samą, na której przed chwilą spoczywała biedronka, jakby naprawdę rozważała jego słowa - jakby dawała im należną przestrzeń. A jednak w tym geście było coś więcej: świadome spowolnienie rozmowy, odebranie jej impetu, który próbował narzucić. — Rzeczy, które najłatwiej zniszczyć... — Kontynuowała po chwili, unosząc znów wzrok — ...rzadko kiedy są tymi, które faktycznie mają znaczenie — Jej oczy zatrzymały się na nim uważnie. — A te, które znaczenie mają… zwykle uczą się przetrwać i nie zdradzają jak.
Nie zaprzeczyła mu wprost. Nie musiała.
Gdy zapytał o doświadczenie, przez moment nic nie odpowiedziała. Nie dlatego, że nie miała odpowiedzi. Raczej dlatego, że wybierała, ile z niej jest gotowa odsłonić - i na czyich warunkach. Jej spojrzenie przesunęło się na mury zamku, jakby historia była bezpieczniejszym punktem odniesienia niż to, co właśnie próbował z niej wydobyć. — Rozczarowanie? — Powtórzyła spokojnie, ale tym razem słowo nie wybrzmiało jak przyjęcie jego narracji, lecz jak jej zakwestionowanie. Delikatnie uniosła brew, a w jej spojrzeniu pojawiło się coś bardziej przenikliwego - jakby nie tyle odpowiadała, co rozbierała jego pytanie na części. — To interesujące, że zakładasz, iż sprowadza się to właśnie do tego.
Nie odwróciła wzroku. Przeciwnie - zatrzymała go na nim, pozwalając, by cisza między nimi na moment zgęstniała. — Emocje... podszyte złością, krzykiem czy płaczem — Wyraz jej twarzy nieco się zmienił, mógł to dostrzec; smakowała każde z tych słów, ale bez emocji, których mogłyby się domagać. Z lekkim sykiem wciągnęła nieco więcej powietrza do płuc, a jej spojrzenie zdawało się przeszywać go na wskroś. — To, o co pytasz, nie polega na tym, jak się reaguje — Dodała ciszej, ale wyraźniej. — Tylko na tym, czy w ogóle pozwala się sobie reagować w sposób, który ktoś inny byłby w stanie rozpoznać. A to... nie zawsze jest konieczne. I jeśli coś mnie czegokolwiek nauczyło to raczej tego, że najbardziej oczywiste reakcje są najmniej użyteczne.
Czy w tej uroczej twarzy, skropionej mnogo piegami, czaił się uśpiony pierwiastek zła? Jak w każdym. Iris nie była pod tym względem wyjątkowa. Lecz bestia, czająca się za stalowymi tęczówkami, tkwiła w letargu. Czekała na swój moment.
Choć jeszcze kilka dni temu, niesprawiedliwość wynikająca z obowiązku i krążącej w jej żyłach krwi spędzała jej sen z powiek, obecnie układała się w zupełnie inny obraz. Nie mogła i nie chciała wyciągać pochopnych wniosków; nie mogła oceniać Leopolda po kilkunastu minutach spędzonych w jego towarzystwie, a jednak... jednak nie potrafiła powstrzymać się. Gubiła logikę i analizę, którymi kierowała się całe życie. Zatracała w sobie nauki czerpane z historii i ksiąg, których rzędy piętrzyły się w Archiwum Nottów - z pism, które znała na pamięć. Wszystko, co mogłoby sprawić, że odzyskałaby grunt pod nogami i uporządkowała nieczyste myśli, wydawało się obecnie nie istnieć. Przy George'u logika i analiza była prosta, wynikała z bodźców, które dzięki niemu otrzymywała - adrenalina, wynikająca z uczucia, które nie miało prawa istnieć, przyciągała ją jak magnes. Poruszane tematy, choć zgodne, były przewidywalne. Przy okazji odwiedzin w muzeum, rozmowy toczyły się o dziełach, które wspólnie podziwiali.
W towarzystwie Leopolda, prawdopodobnie nie chciałaby poświęcać obrazom aż tyle uwagi.
Iris potrafiła kochać na zabój, choć poza Amodeusem, nie miała okazji nikogo obdarzyć tym uczuciem. Wydawało jej się, że to, co czuła do George'a, mogło kiedyś stać się miłością, jednak odkąd stanęła przed Leopoldem, jej myśli ani razu nie przywołały Lupina. I ta krótka refleksja uderzyła ją niczym piorun w zderzeniu z pniem. Aż musiała parokrotnie zamrugać powiekami. Co się z nią działo...?
Gdy zgodził się jej towarzyszyć, uśmiechnęła się lekko. — W takim razie pozostaje nam sprawdzić, czy historia rzeczywiście potrafi mówić… czy tylko my próbujemy nadać jej głos — Bliskość, którą znów między nimi zbudował, nie była dla niej zaskoczeniem. Tym razem jednak nie była też czymś, co należało przyjąć bezrefleksyjnie. Kiedy jego głos obniżył się, gdy obce słowa wybrzmiały tuż przy jej oddechu, przez moment pozwoliła tej chwili trwać - ale tylko przez moment. Jej oczy uniosły się na niego powoli, bez pośpiechu. — To bardzo wygodne — Wyszeptała, a jej głos przybrał barwę głębokiego, kobiecego; zasnutego emocjami, które zaczęły się w niej kotłować. — Móc tłumaczyć swoje decyzje naturą.
Przy kolejnym uderzeniu jej serca, przykrył jej dłoń swoją. Zawiesiła na tym geście wzrok - badała strukturę jego skóry oczami i dotykiem, gdy opuszki jej palców lekko pogładziły jego skórę. Wyczuła zgrubienia w miejscach, w których musiały najczęściej spoczywać lejce. Rzecz, która na ułamki dłużących się sekund, była jego całym światem - rzecz, dzięki której zapewne czuł, że ma k o n t r o l ę. To właśnie im przyglądała się najdłużej, chłonąc ich fakturę - zupełnie tak, jak robiła to w przypadku pergaminu, gdy starała się ocenić jak dawno spisano księgę, którą musiała przestudiować.
Puściła mimo uszu propozycję dalszego zwiedzania - wydało jej się to oczywistym, skoro już się tutaj spotkali. Wiedziona napięciem przeszywającym jej ciało od rana, przeniosła rozżarzone tęczówki na jego twarz. — Chcę kiedyś przyjść na twój wyścig. Chcę poznać twój świat.
A potem pociągnęła go za sobą, nie wypuszczając jego dłoni z uścisku.
— Ty dziś poznasz skrawek mojego — Rzuciła, przez ramię, emanując niewypowiedzianą radością. To był jej świat - historia, zamek. Budowla wzniesiona na wiele lat przed tym, jak oni zaczęli pisać swoje własne. A teraz, choć pchnięci rodowym obowiązkiem, mieli dzielić jeden pergamin i wspólnie go zapisywać.
Kamienne płyty pod stopami były chłodne, lekko wilgotne od powietrza znad morza, a echo ich kroków odbijało się cicho od murów, jakby zamek sam wsłuchiwał się w ich obecność. Dopiero gdy znaleźli się bliżej wejścia do jednej z wewnętrznych części twierdzy, zwolniła nieznacznie, pozwalając mu zrównać się z nią. Wnętrze przyjęło ich półmrokiem i chłodem, który różnił się od tego na zewnątrz - bardziej zamkniętym, cięższym, jakby powietrze było tu starsze, nasycone czymś, czego nie sposób było nazwać wprost. Iris zatrzymała się na moment, pozwalając oczom przyzwyczaić się do zmiany światła. Zrobiła jeszcze kilka kroków w głąb korytarza, gdzie światło wpadające przez wąskie okna układało się w długie, nierówne pasy na posadzce. Zatrzymała się przy jednym z nich i spojrzała na granicę między światłem a cieniem - wyraźną, niemal ostrą. Lekki wiatr rozdmuchał pasma jej ciemnobrązowych włosów, na co zmrużyła powieki. — Każdy konflikt z Francją oznaczał zagrożenie ze strony morza. Ludwik ósmy próbował przejąć Angielski tron, a jego wojska przez długi czas oblegały ten zamek. Nie zdobyli go, a Dover utrzymało się jako bastion korony. Jesteśmy, Leopoldzie, w jednym z ważniejszych miejsc średniowiecznej Anglii... nikt nie był w stanie go pokonać — Jej dłoń wciąż pozostawała w jego uścisku, a twarz, jeszcze przed chwilą zwrócona w kierunku wody, powoli odwróciła się w jego stronę. Czy z nimi kiedyś będzie podobnie? Czy któregoś dnia, ich również nikt nie zdoła pokonać?
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Leopold Flint
Śmierciożercy
To diabeł nas pociąga, dzierżąc nici końce, że w rzeczach wstrętnych dziwne widzimy uroki
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
30-03-2026, 20:32
Sekwencje słów, chociaż swobodnie układają się na jego języku i przychodzą naturalnie, jak wiosna zastępująca zimę, nie są dziełem przypadku; czuje wagę i posmak każdego z nich, ale o dziwo w żadnym nie rozpoznaje goryczy, jakiej się spodziewał.
Wydawało mu się, że to spotkanie będzie źródłem jego rozżalenia, powodem do lamentu nad swoim losem, jednym z wielu pretekstów, aby dosiąść konia i zniknąć z oczu domowników, tułać się wiele godzinnych po terenach przylegających do posiadłości, lecz jest zupełnie odwrotnie. Ciekawe, jakie opuszcza jego wargi, nie odnosi się tylko do jej słów; odnosi się do niej samej. Wzbudza w nim ciekawość -nie tylko aparycją, od której emanuje niezaprzeczalny urok, lecz ze względu na dojrzałość, jakby miał styczność z kobietą dojrzałą, doświadczoną przez życie, a nie tylko piękną bywalczynie salonów, skupianą na sprawach przyziemnych takich, jak plotki i romanse.
Nie nagniesz ją do swojej woli, Leopoldzie. W tembrze jej głosu nie ma miejsca na uległość i potulność. Wniosek, który rodzi płytko pod skórą przyjemny dreszcz. Chociaż zdarzało się, że jakaś kobieta budziła w nim fascynacje - zazwyczaj zawieszał spojrzenia na nieco starszych od siebie, takich, które nie oczekiwały od niego wielkich deklaracji, nie wierzyły w żadne długo i szczęśliwie, i chciały tego samego co on, czerpać przyjemność z kontaktu fizycznego, bez żadnych zobowiązań - nigdy jego zainteresowanie nie trwało długo.
Iris Nott nie spełnia tych założeń. Iris Nott wychodzi poza ten schemat, bo ma być czymś więcej niż chwilą ulotności zamkniętą w namiętnym uniesieniu. Ta świadomość, do tej pory trochę odległa, jak jego pragnienie, by wrócić na biegun północy, coraz wyraźniej wyostrza się na krawędziach jego rzeczywistości.
Iris Nott jest krucha, czy tylko wygląda na kruchą? W jej słowach pobrzmiewa siła żywiołu, jakby stanowiło jego personifikacje.
-To co łatwo zniszczyć, nie jest warte ocalenia? - podchwyca jej myśli, nie przerywając kontaktu wzrokowego, który jest tym, co zakotwicza go w obecnej chwili. Rozkojarzenie, jaka towarzyszyło mu od kilku dni - te, które przyszło do niego razem ze snem i wspomnieniami o tym, co odeszło - nadal zwodzi jego koncentracje na manowce.
Nie musi odpowiadać. Te pytanie nie wymaga odpowiedzi, ma charakter retoryczny, lecz nie może powiedzieć tego samego o jej próbie zakwestionowania prawdy, jaką wcześniej sama wyrzekła.
Wspominała o rozczarowaniu, więc założył, widocznie całkowicie błędnie, że nie jest jej obce. Czy w takim razie nie kieruje się emocjami, potrafi się od nich całkowicie odciąć? Zupełnie na nie zobojętniała? A może tylko udaje, ze nie istnieją, chociaż tkwiący w niej ludzki pierwiastek wciąż przypomina jej, że są tam, gdzie je zostawiła - na swoim miejscu, w klatce żeber, może w organie, który tłucze się w jej piersi jak ptak, który zamknięty w klatce pragnie wolności?
Flint milczy, jakby mógł w ciszy odnaleźć równowagę i odzyskać kontrolę nad tym, co rozpycha się między szczeblami żeber. To coś jest jak żywa istota żyjąca w jego wnętrzu. Złośliwe stworzenie, które właśnie teraz budzi się z letargu. Zniecierpliwienie rodzące się z potrzeby.
- Może próba nadania czemuś znaczenia, jest błędem, jaki popełniamy - to wszystko, co mówi, jakby nie dbał o cały wysiłek, jaki włożyła w swoje słowa. Jakby to, co powiedziała wcześniej, nie ma żadnego znaczenia, chociaż prawda jest inna - prawda jest niewygodna uwiera, jak kamień, który wpadł do buda i naciska na duży palce u stopy.
Jakim sposobem sprawować władzę nad własnymi emocjami?
Czując jej dłoń w swojej dłoni, te pytanie niesie się po korytarzach jego umysłu. Czuję ciepło jej skóry przy swojej skóry, wie, że jest bliski utraty kontroli. Skoro zbudował okazje, aby przełamać fizyczny opór, może powinien pójść krok dalej?
Nie, to zbyt proste, za łatwe, to nie przystoi. Iris jest damą. Wymaga czasu, uwagi. Zupełnie jak kwiat ulegający kaprysom natury.
Nurt jego myśli zostaje przerwany przez jej głos. Pewny, odrobinę władczy. Nie daje mu przestrzeni na odpowiedź, ciągnie go ku bramie, a on ulega, postępując krok za nią.
- Tego właśnie chciałem. Biletu do twojego świata- uśmiech, jaki rozgaszcza się na jego ustach, wydaje się być zupełnie beztroski, jakby uległ chwili, jakby się jej całkowicie podał, chociaż po prawdzie kontroluje swoją mimikę - od początku do końca. I wtem w jego głowie materializuje się niewypowiedziane pragnie, aby ich światy, choć tak różne, spotkały się w jednym punkcie i zaczęły stanowić jedność. – Bilet do mojego wręczę ci niebawem.
Lecz nie będzie nim zaproszenie na wyścigi, lecz coś zupełnie innego, ale jednocześnie powiązanego z jego pasją - konna przejażdżka po ziemi należącej do jego rodziny, która niebawem stanie się miejscem, którego nazwie swoim nowym domem.
W murach Dover jest chłodniej niż na zewnątrz, czuje różnice temperatur, lecz nie robi na nim większego wrażenia; przez siedem lat jego domem była warownia schowana u podnóża norweskiego fiordu. Przystaje jednak, bo wygląda na to, że Iris potrzebuje kilka chwil, aby przywyknąć do nowej scenerii. On w tym czasie, nadal z palcami splecionymi z jej palcami, rozgląda się po wnętrzu budowli, chociaż zachwyt nie odnajduje drogi do rysów jego twarzy. Czuje się trochę jak Hogwarcie. Odrobinę zagubiony.
- Możemy zatem uznać, że Henryk II dopiął swego. Postawił pomnik własnej potęgi, który nie rozpadł się pod chciwością wrogów angielskiej korony. To pochlebne.
Szkoda tylko, że Henryk II był mugolem i wcale nie zasłużył na ich szacunek; Iris podziela te poglądy? Lub byłaby wstanie je zaakceptować, gdyby została z nimi skonfrontowana? Jakim rodzajem żony by była? Tym,w którym mąż odnajduje oparcie, a może tym, który odnajduje przyjemność w dręczeniu go swoim milczeniem?
- Powiedz, chciałabyś pozostawić po sobie coś równie trwałego?
Chciałabyś budować to ze mną?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
30-03-2026, 21:37
„Coś trwałego.” W jej świecie trwałość nigdy nie była wyborem ani nagrodą - była czymś odziedziczonym, wpisanym w nią jeszcze zanim zdążyła zadać jakiekolwiek pytanie. A jednak teraz, stojąc obok niego, po raz pierwszy pomyślała, że może istnieć też inny rodzaj trwałości - mniej narzucony, bardziej… wspólny.
Kamienna wnęka, przy której stali, zapraszała do siebie ostrzejsze światło, które przecinało półmrok wyraźną linią. Przez chwilę patrzyła na tę granicę - jakby próbowała uchwycić moment przejścia, coś pomiędzy jednym a drugim. Ich dłonie wciąż pozostawały splecione i tym razem nie było w tym ani zawahania, ani przypadku. Nie cofnęła się. Nie dlatego, że zapomniała. Dlatego, że wszystko w niej krzyczało, że tego nie chciała. Unosząc lekko głowę, spojrzała na niego z boku - łagodniej niż wcześniej, choć wciąż uważnie. Nie odcinała go już tak wyraźnie od siebie, ale też nie oddawała wszystkiego bezwarunkowo. To spojrzenie nie było już tylko oceną. Było… próbą zrozumienia.
— Większość rzeczy, które przetrwały… nie zrobiły tego dlatego, że były doskonałe — Odezwała się spokojnie, ale jej głos nie był chłodny. Był bardziej miękki, jakby pozwoliła mu opaść o ton niżej. — Tylko dlatego, że ktoś bardzo nie chciał ich stracić — Dodała po chwili, ciszej, jakby to jedno zdanie miało w sobie więcej znaczenia, niż chciała wypowiedzieć wprost. Jej spojrzenie przesunęło się po murach zamku, ale nie było w tym ucieczki. Raczej refleksja. Jakby naprawdę widziała w nich coś więcej niż kamień. Dopiero wtedy spojrzała na niego wprost. Tym razem bez tej wcześniejszej ostrożnej gry. — Całe moje życie było podporządkowane temu jak trwałe ślady pozostawiła po sobie historia. Całe... moje dzieciństwo i teraz dorosłe życie jest związane z trwałością — Przy okazji krótkiej pauzy lawirowała spojrzeniem pomiędzy jego zielonymi oczami, nie mogąc zdecydować w które chciałaby dłużej przyglądać się. Jej dolna warga zadrżała, nie tyle z emocji, co z odczuwanego chłodu, który wdzierał się pod materiał płaszcza. Postanowiła to jednak zignorować, choć mimowolnie zacisnęła mocniej swoje palce na jego dłoni. — Chciałabym... — Wzięła głębszy oddech, a pomiędzy jej brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka. Nie sądziła, że to ich pierwsze spotkanie będzie opiewać w tak intymne emocje i kryjące się za nimi wyznania. Wszystko, co działo się od pierwszych chwil ich spotkania wyglądało jak sen - zbyt piękny, by mógł być prawdziwy. A przecież miał być piekłem na ziemi, ucieleśnieniem wszystkiego, co skrzętnie od kilku lat odpychała od siebie. Tymczasem wszystko to traciło sens, odkąd pierwszy raz spojrzała w jego oczy i czuła narastającą więź - zupełnie jakby przez całe swoje życie zwijała roztoczoną włóczkę, a on okazywał się być pełnym, zwiniętym kłębkiem. — Trwałość zbudowana ze zrozumienia i uczuć. Postawiona na fundamentach lojalności i szacunku. Otoczona murem; niezniszczalna i niezłomna. Dla kogokolwiek, kto ośmieliłby się to podważyć.
Przemawiała przez nią determinacja i dojrzałość. Przemawiała przez nią duma i charakterystyczna dla Nottów zaborczość. Jednak pod skorupą siły, która wyraźnie wybrzmiewała, było coś jeszcze - czułość i wrażliwość. Malowały się niczym idealna równowaga, którą Leopold, jeśli tylko przykładał uwagę do jej słów, do wyrazu twarzy i postawy - wyraźnie skierowanej ku niemu - mógł dostrzec. Równowaga, pokazująca mu jej oblicze - siłę podszytą wdziękiem.
— A czy Ty, chciałbyś zbudować coś równie trwałego?
Czy chciałbyś to budować ze mną, Leopoldzie?
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 17:21 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.