• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Pomnik Karola I
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
08-06-2025, 15:23

Pomnik Karola I
Figura została odsłonięta w 1675 roku. Stoi na skrzyżowaniu wielkich arterii miasta, tuż przy Trafalgar Square, choć formalnie ulokowana jest na placu Charing Cross. Ta barokowa sylwetka przedstawia króla na koniu, odzianego w zbroję, z wyciągniętą ręką – symbol władzy i majestatu, który od wieków obserwuje ruch uliczny i codzienny gwar Londynu. Zatrzymany w czasie i zaklęty w kamieniu monarcha wciąż budzi respekt i przypomina o burzliwych dziejach angielskiej korony. Podstawa zdobiona jest misternymi płaskorzeźbami, które opowiadają o dramatycznych wydarzeniach tamtej epoki. Upamiętniony władca był postacią tragiczną – jego konflikt z parlamentem doprowadził do angielskiej wojny domowej i ostatecznie do jego egzekucji w 1649 roku, co na zawsze odmieniło losy królewskiej rodziny. Pomnik powstał jako wyraz lojalności i pamięci o królu, który wierzył w boskie prawo monarchów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
19-03-2026, 14:41
Poranek tego dnia był pełen namacalnego napięcia. Nie był to lęk - Iris znała lęk aż nazbyt dobrze i potrafiła rozpoznać jego chłodny dotyk pod żebrami. Nie była to też zwykła niecierpliwość, lekka i niemal dziewczęca, jaką niektóre panny pozwalały sobie odczuwać przed spotkaniem z mężczyzną, który zdążył już zająć ich myśli. To, co czuła, było bardziej złożone. Cichsze. Gęstsze. Jakby przez ostatnie pięć dni jej serce próbowało równocześnie uporządkować dwa porządki, które z natury rzeczy nie chciały się ze sobą pogodzić.
Spotkanie z Leopoldem miała już za sobą. Wciąż pamiętała zamek Cahir, chłód starych murów i sposób, w jaki historia potrafiła uczynić nawet najbardziej osobistą rozmowę czymś niemal ceremonialnym. Leopold okazał się dokładnie bardziej skomplikowany, niż byłoby dla niej wygodne. Uprzejmy, uważny, inteligentny - i, co gorsza, naprawdę starający się nie uczynić z ich sytuacji więzienia, zanim jeszcze na dobre zamkną się za nimi drzwi. Nie był brutalny. Nie był też człowiekiem, którego łatwo można by odrzucić z czystym sumieniem. To właśnie w nim najbardziej ją niepokoiło. Gdyby był odpychający, mogłaby wzniecić w sobie gniew i oprzeć się na nim jak na filarze. Tymczasem pozostał po nim jedynie ciężar łagodniejszy, a przez to bardziej podstępny: świadomość, że dałoby się z nim rozmawiać. Że mógłby okazać się człowiekiem znośnym, może nawet dobrym. A przecież nie o to chodziło. Znośność nie była tym, za czym tęskniło jej serce.
Bo jej serce, wbrew wszelkiej rozsądnej konstrukcji, od dawna zwracało się gdzie indziej.
Do George’a.
Ta myśl przyszła do niej jeszcze zanim usiadła przed toaletką. Jakby nie trzeba jej było przywoływać, bo i tak trwała w niej od chwili przebudzenia - spokojna, nieustępliwa, aż nazbyt żywa. Minął rok od ich pierwszego spotkania w bocznej czytelni uczelni. Rok rozmów, spojrzeń, listów, wspólnych spacerów i wizyt w miejscach, które z czasem zaczęły kojarzyć jej się mniej z Londynem, a bardziej właśnie z nim. Przez cały ten czas żadne z nich nie wypowiedziało słów, które mogłyby wszystko uprościć lub zrujnować. A jednak uczucie trwało między nimi z uporem. Słowo można odwołać, przemilczeć, uznać za pomyłkę. Ale rok obecności nie był pomyłką. Rok delikatności, uważności i tej szczególnej nici porozumienia, którą czuło się nawet wtedy, gdy rozmowa dotyczyła zaledwie przypisów, malarstwa albo książek, których George z heroicznym brakiem dyscypliny nie kończył w terminie.
Wstała i podeszła do garderoby wolniej niż zwykle, jakby sam wybór sukni miał znaczyć więcej, niż chciała przed sobą przyznać. Dziś nie ubierała się na spotkanie oficjalne. Nie szykowała się do zamku, do rozmowy o rodach, do człowieka, którego nazwisko już wpisano obok jej własnego w planach innych ludzi. Szykowała się do n i e g o. Do George’a. Ta świadomość sprawiała, że każdy wybór nagle stawał się podejrzanie istotny. Zbyt staranny mógłby zdradzić to, czego nie wolno było zdradzić nawet samej sobie. Zbyt obojętny - byłby nieuczciwy.
Jej palce przesuwały się po materiałach zawieszonych równo w szafie. Odrzuciła cięższe, bardziej reprezentacyjne suknie, w których wyglądałaby jak córka rodu gotowa na rodzinne negocjacje. Odrzuciła też zbyt miękkie i jasne, które mogłyby nadać jej wygląd niebezpiecznie bliski dziewczęcej łagodności. W końcu wybrała suknię prostą, elegancką, w odcieniu zgaszonego błękitu wpadającego niemal w szarość. Kolor rozsądny. Powściągliwy. A jednak wydobywający chłodną jasność jej oczu. Gdy tylko to zauważyła, poczuła lekkie ukłucie irytacji pod własnym adresem. George prawdopodobnie i tak by to zauważył. George zauważał rzeczy, których inni mężczyźni nie mieli cierpliwości dostrzegać.
Usiadła przed lustrem, rozplatając włosy z nocnego upięcia. Spływały po ramionach miękko, zbyt miękko, jakby nie chciały współpracować z dyscypliną, którą zwykle narzucała całej swojej postawie. W lustrze widziała twarz spokojną, niemal opanowaną, tak daleko od tego, co czuło jej serce i trawiło umysł.
Pięć dni temu spotkała się z Leopoldem i wróciła z tego spotkania z jeszcze bardziej nieprzyjemną świadomością, że przyszłość potrafi przybierać uprzejmą twarz. Dziś zaś miała zobaczyć człowieka, którego obecność była dla niej wszystkim tym, czego przyszłość zabraniała: wyborem, lekkością, czułością bez obietnic i bliskością, której nie zatwierdził żaden nestor.
Czy to było okrutne? - przemknęło jej przez myśl.
Spotykać się z George’em pięć dni po rozmowie z narzeczonym wyznaczonym przez rodzinę.
Pozwalać, by jego listy wciąż poruszały w niej coś ciepłego i miękkiego. Iść do galerii ze świadomością, że będzie patrzył na nią w ten swój uważny sposób, od którego od roku robiło jej się ciaśniej pod żebrami.
A jednak nie umiała odmówić sobie tego spotkania. Był w niej jakiś cichy, uparty głód jego obecności, który nie słabł mimo upływu miesięcy, lecz przeciwnie - dojrzewał, przybierając formę znacznie trudniejszą do zlekceważenia niż pierwsze zauroczenie. To nie było już tylko poruszenie wywołane tym, że ktoś mówił do niej inaczej niż wszyscy. To była znajomość. Przywiązanie. Tęsknota, która objawiała się w drobiazgach: w zdaniu, które chciała mu opowiedzieć, gdy natrafiała na coś interesującego; w odruchu, by wyobrażać sobie jego odpowiedź; w tym szczególnym rodzaju pustki, który zostawał po dłuższej ciszy z jego strony.
Upięła włosy staranniej niż zazwyczaj, ale nie z przesadą. Kilka pasm pozostawiła luźniej przy skroniach. Do uszu dobrała niewielkie kolczyki z perłami, skromne.
Przed wyjściem zatrzymała się na moment przy biurku. Leżał na nim jeden z jego wcześniejszych listów, odłożony niby mimochodem, choć zbyt blisko, by można było uznać to za przypadek. Nie dotknęła go. Sam widok znajomego pisma wystarczył, by na chwilę straciła równowagę myśli. „Nie wiem, czy jestem gotowy cię stracić”. To zdanie wciąż trwało w niej jak coś wypalonego cienkim żarem. Nie było wyznaniem. Nie było nawet przekroczeniem granicy, której oboje tak ostrożnie pilnowali. A jednak miało w sobie więcej prawdy niż większość słów, jakie kierowano do niej w ostatnich tygodniach.
Droga do galerii minęła szybciej, niż się spodziewała. Londyn miał tego dnia barwę przygaszoną, miękką. Ulice mijały za szybą w jednostajnym rytmie, a Iris przez większość drogi siedziała prosto, ze splecionymi dłońmi, próbując nadać własnym myślom podobną dyscyplinę. Bezskutecznie. Raz wracała do rozmowy z Leopoldem - do jego opanowania, do jego słów, do rozsądku, który uosabiał. Chwilę później przypominała sobie George’a i zupełnie niepotrzebnie zaczynała zastanawiać się, czy będzie już czekał, gdy przyjedzie. Czy uśmiechnie się od razu. Czy powie jej imię tak, jak mówił je tylko on - bez tytułu, bez gry, jak coś bliskiego.
Kiedy weszła do National Gallery, przyjęło ją znajome powietrze dużych sal: chłodne, ciche, przesycone farbą olejną, drewnem ram i skupieniem ludzi. To miejsce zawsze działało na nią kojąco, ale dziś spokój galerii nie ugasił napięcia. Raczej uczynił je wyraźniejszym. Każdy krok odbijał się w niej delikatnym oczekiwaniem.
Nie chciała stać przy wejściu rozpaczliwie go wypatrując; przez chwilę to robiła i nie była w stanie powstrzymać nerwowego przebierania nogami. Ruszyła więc w głąb sali i zatrzymała się przed jednym z obrazów - nie tym najsłynniejszym, nie tym, przed którym zwykle gromadził się tłum, lecz takim, który zawsze wydawał jej się bardziej intymny. Miał w sobie dziwną równowagę między światłem a cieniem, a postać na płótnie patrzyła gdzieś obok widza, jakby to, co najważniejsze, znajdowało się poza kadrem. Iris uniosła wzrok i przez chwilę skupiła się na nim. Na złamane tony barw, na spokojną linię ramienia, na dłoń ułożoną z pozorną miękkością, za którą kryło się napięcie. Pomyślała, że malarze i historycy mają ze sobą więcej wspólnego, niż ludzie chcieliby przyznać: jedni i drudzy próbują zatrzymać chwilę.
A potem, jakby coś w powietrzu zmieniło ciężar, poczuła czyjąś obecność jeszcze zanim się odwróciła.
Spojrzała w bok. I zobaczyła George’a, idącego w jej stronę przez salę galerii.
Wodzona potrzebą jego bliskości wyszła mu naprzeciw, śmiało wyciągając w jego stronę dłoń. W drugiej trzymała niewielką torebkę, w której miała schowaną różdżkę, pomadkę do ust i małe lusterko.
Pragnęła, by chwycił jej rękę, by musnął skrawek jej ciała. Pragnęła, by to popołudnie nigdy się nie kończyło.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
George Lupin
Zwolennicy Dumbledore’a
if I had a flower for everytime I thought of you, i'd walk through a garden forever
Wiek
36
Zawód
auror
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
10
Brak karty postaci
20-03-2026, 19:54
Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany dzień. Od kilku dni czułem pewną ekscytację, za każdym razem kiedy myślałem o weekendowym spotkaniu na moje oblicze wspinał się lekki uśmiech. Nawet codzienne obowiązki wykonywałem z większą lekkością, jakby wcale nie przeszkadzało mi sporządzanie najdłuższego na świecie raportu. Nawet takie zadania jak patrolowanie ulic w przedmieść, które to pewnie powinny zostać oddelegowane policji, ale z jakiegoś powodu przypadło mi nie sprawiało mi większego problemu. Odliczając do naszego spotkania, robiłem najróżniejsze rzeczy, począwszy od tych najprostrzych, przez ćwiczenia fizyczne i działania w terenie. Asystowałem przy zdejmowaniu klątwy - oczywiście w postaci osoby, która zidentyfikowała to zaklęcie, nie w roli łamacza, tu zdawaliśmy się na profesjonalistów. Ponadto prowadziłem wciąż dochodzenie w sprawie nawiedzonej kanalizacji torturującej mieszkańców Manchesteru,  co oznaczało, że byłem obecnie duzo częściej właśnie na zachodnim wybrzeżu, niż w Londynie.
Nie spodziewałem się ciszy, którą mnie potraktowała Iris. Marzec i kwiecień były jedymi z trudniejszych miesiąców w pracy, głównie za sprawą zmian politycznych i dotknęło mnie to, jak bardzo długo nie dostawałem wieści od Iris. Na początku chciałem dać jej czas, ale miałem złe przeczucie. Coś podpowiadało mi, że powinienem zjawić się pod oknem zamku jej rodziców i stać tam aż nie pojawi się w oknie. Na szczęście tego nie uczyniłem. Byłem za to w bibliotece uniwersyteckiej, gdzie jej nie znalazłem. Byłem w każdej z jej ulubionych kawiarni, albo przynajmniej tych k tórych mówiła. Chciałem najpierw spotkać ją przypadkiem, nim wyślę kolejny i kolejny list.
Aby oderwać się od ciemnych myśli z przyjemnością wybrałem się z Barbarą i Peterem do National Gallery. Przez całe spotkanie miałem jednak wrażenie, że kogoś brakuje i widziałem to na każdym obrazie mijanym w galerii. Twarz Iris widziałem w twarzach średniowiecznych Madonn, renesansowych dam, w portretach Rebrandta, Vermeera, Velazqueza. Widziałem jej twarz nawet w odbiciu pointilistycznych obrazów pokazujących stawy. Poruszały moją wyobraźnię wszystkie dostrzeżone Wenus, bo chociaż spoglądały na mnie bezwstydnie z obrazów, obawiałem się że są równie nieosiągalne co właśnie jedna z dam, które zaprzątają moje serce i myśli od przeszło roku. W jednej chwili tęskniłem za Iris Nott, oraz uświadamiałem sobie, że ona nigdy nie będzie moja. To gorzko słodkie przeczucie podsycał fakt, że od kilku tygodni nie utrzymałem od niej żadnego listu. Podjąłem więc ostateczną decyzję, że tym razem to ja przerwę nasze milczenie. Starałem się zapamiętać z tej wyprawy cokolwiek, czym mogłem podzielić się z Iris - bo już znałem ją na tyle, by wiedzieć, że zawsze doceni dobrą ciekawostkę, szczególnie tę historyczną. Padło na barwnik purpury, ciekawostkę nieco obrzydliwą, ale uznałem, że jako naukowiec na pewno będzie nią zaintrygowana. Na całe szczęście na odpowiedź nie musiałem czekać długo i dość szybko zgodziła się na spotkanie. Jej odpowiedzi zresztą miały w sobie ziarno, które kazało mi sądzić, że coś musiało się wydarzyć, ale jednocześnie to sprawiło, że podpisywała sie już nie tylko inicjałem, ale dodawała dające nadzieję "Twoja".  Kiedy pierwszy raz to zobaczyłem nie mogłem uwierzyć, ale ciepło rozlało się po moim sercu i rozpaliło ponownie jakąś nadzieję.
Teraz kiedy ten dzień nadszedł, nie byłem gotowy. Nie spałem całą noc, ale dlatego, że musiałem zostać w pracy. Nieprzytomny zdołałem położyć się rano i obudzić na dwie godziny przed umówionym spotkaniem. Kiedy więc ona zdołała zaplanować każdy element swojego ubioru, ja przyszedłem na spotkanie wyglądając jakbym wcale go nie przemyślał. Może więc dobrze, że nie ubrała się zbyt strojnie, bo przy mnie, który miał brązową kurtkę skórzaną, brązowe spodnie i sweter narzucony na koszulę, mogłaby wyglądać jakby miała zostać ekskortowana samolotem przez jakiegoś pilota. Dla mnie jednak wyglądała przepięknie, i zauważyłem ją odrazu. Szeroki uśmiech rozświetlił moją twarz, kiedy szedłem przyśpieszonym krokiem w jej kierunku. Chwytam jej dłoń i nagle się zatrzymujemy. Może gdybyśmy mogli... może wtedy nie zawahałbym się tak jak teraz, kiedy zamiast przytlulić ją na samym środku Galerii, stoję odrobinę dalej i trzymam ją za dłoń. Przez chwilę możemy tylko na siebie patrzeć aż w końcu przysuwam jej dłoń wyżej i lekko muskam ustami.
- Myślałem, że zapamiętałem Cię - ale dziś wyglądasz jeszcze piękniej - odsuwam dłoń od ust i mówię cicho, bo nie chcemy przecież robić tu sceny -Mam nadzieję, że nie postanowisz w takim razie karać mnie dłużej i nie widzieć się znów tak długo - przez chwilę mam wrażenie, że to co powiedziałem może ją zdumieć, bo chociaż od pierwszego spotkania nie mogę oderwać od niej spojrzenia, to teraz na wiosnę, moje działania są duzo bardziej pewne niż jeszcze kilka tygodni temu, odsuwam się i chociaż wcale nie chcę puszczam też dłoń, a swoje zakładam za plecy.  - Jesteś gotowa na dziesiejszą wycieczkę ze swoim prywatnym przewodnikiem Georgem Lupinem? - uśmiecham się szeroko i skłaniam, bo przecież to dla niej cała ta galeryjna przechadzka. Ruszamy więc i na początku oglądamy portrety Jana van Eycka, przechodzimy obok Holbeinów i innych niderlandzkich artystów. W kolejnej sali są już francuskie i angielskie dzieła.
Zatrzymaliśmy się pod płótnem Delaroche, które przyciągnęło mnie po raz kolejny. Za każdym razem, kiedy przed nim stawałem szukałem w jej twarzy piegów, które pojawły się w opisie historycznym aparycji dziewięciodniowej Królowej, ale nie znajdywałem ich nigdy. Nie znalazłem więce również teraz, na szczęście kiedy przesunałem spojrzeniem na towarzyszącą mi Iris, znalazłem tam wszystkie niezbędne mi w życiu piegi.
- Podobno Lady Jane Gray była najlepiej wykształconą Królową jaką mieliśmy  - mówię zadowolony z tego, że to ja dziś pierwszy rzucam ciekawostką, zakołysałem się wciąż jeszcze trzymając ręce za plecami, chociaż wciąż czułem przyjemny dreszcz, który przeszedł mnie przy powitaniu. - Może tylko tak mówią, bo nie zdołała zbyt długo rządzić, więc nikt nie poznał jej prawdziwego oblicza - zastanowiłem się, patrząc na tę sprawę nieco bardziej z dystansu, chociaż już sam fakt, że lubiłem ten obraz musiał mówić, że miałem w sobie pokłady empatii. Spoglądałem na ręce królowej - dziecka - która z zasłoniętymi rękami szukała pieńka na który miała ułożyć głowę. Czy i mnie czeka taki los, kiedy podejmę ryzyko?
Mam wrażenie, że obecnie nie straszna mi żadna przyszłość. Wciąż przecież Iris, która stoi obok mnie pisała mi w listach wyznanie, że jest moja.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
21-03-2026, 18:04
To nie było spotkanie, które można było przyjąć z obojętnością - nawet jeśli Iris przez całą drogę próbowała przekonać samą siebie, że potrafi. Już od chwili, gdy przekroczyła próg galerii, wiedziała, że to, co czeka ją za kilka minut, nie będzie należało do tej samej kategorii doświadczeń co rozmowy przy rodzinnych stołach czy uprzejme spotkania, których sens wyznaczano z góry. To było coś innego. Coś, co wymykało się strukturze, do której była przyzwyczajona. I może właśnie dlatego tak uparcie próbowała nadać temu formę - nazwać to zwykłym popołudniem, zwykłym spotkaniem, jedną z wielu rozmów o sztuce. A jednak im bliżej była tej chwili, tym wyraźniej czuła, że to kłamstwo.
Dostrzegła go wcześniej; nie w chwili, gdy ich spojrzenia się spotkały - lecz już w tym subtelnym poruszeniu przestrzeni, w sposobie, w jaki jej uwaga nagle przestała należeć do obrazu.
Reszta galerii, dzieła, udzie, nawet własne myśli - wszystko cofnęło się o krok, jakby instynktownie ustępując miejsca temu jednemu punktowi skupienia. Iris przez ułamek sekundy pozwoliła sobie nie myśleć o niczym więcej. Nie o nazwiskach. Nie o przyszłości. Nie o tym, co powinna, a czego nie. Tylko patrzeć. Tylko być.
Szedł w jej stronę z tą znajomą, nieco zbyt bezpośrednią pewnością, która nigdy nie była nachalna - raczej naturalna, jakby nie znał świata, w którym należałoby się zawahać. Nie było w nim kalkulacji, nie było tej ostrożnej gry, którą znała z salonów. Każdy jego krok był prosty, zdecydowany, jakby wybór był oczywisty. I właśnie to było w nim najbardziej niebezpieczne. Bo ona znała ten świat aż nazbyt dobrze. Świat, w którym każdy gest był rozważany, każde słowo ważone, a każda decyzja osadzona w konsekwencjach. Przy nim wszystko to nagle wydawało się… zbędne.
Gdy ujął jej dłoń, nie cofnęła jej.
Przez ułamek sekundy pozwoliła sobie na tę prostotę - na ciepło jego skóry, na bliskość, która nie wymagała uzasadnienia ani zgody czyjegokolwiek poza nimi. Serce zareagowało szybciej niż myśl. Zbyt szybko. Zbyt szczerze. Poczuła, jak coś w niej mięknie, jak napięcie ostatnich dni na moment ustępuje, jakby jego obecność była w stanie je rozproszyć bez wysiłku. I właśnie dlatego powinna była cofnąć rękę natychmiast. A jednak tego nie zrobiła.
Jego usta na jej dłoni były gestem niemal staroświeckim - a jednak w jego wykonaniu nie miały w sobie ani śladu konwenansu. To nie był wyuczony ukłon, nie uprzejmość, którą można było powtórzyć przy każdej damie. Było w tym coś zbyt osobistego - cichego, prawdziwego. Coś, co nie należało do świata, w którym się wychowała. I to właśnie sprawiło, że przez jedną, krótką chwilę zapomniała, że powinna się pilnować.
— George… — Wypowiedziała cicho jego imię, jakby sprawdzała jego brzmienie po tej zbyt długiej ciszy między nimi. Jakby upewniała się, że nadal może je wypowiedzieć w ten sposób - bez dystansu, bez tytułu, bez żadnej ochronnej warstwy, którą zwykle nakładała na słowa. W jej głosie było coś miękkiego, nieostrożnego. Coś, co nie zdążyło zostać skorygowane przez rozsądek.
Na jego słowa uniosła spojrzenie, a w jej oczach pojawiło się coś, co trudno było jednoznacznie nazwać. Przez moment patrzyła na niego tak, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół - linię jego twarzy, sposób, w jaki się uśmiechał, to niewymuszone ciepło, które zawsze przy nim odczuwała. A potem przypomniała sobie, że nie powinna.
— Dziękuję — Odpowiedziała spokojnie, choć głos miał w sobie łagodność, której nie zdołała całkowicie ukryć. Zerknęła na swój ubiór i zacisnęła usta w cienką linię, lekko wyginając je w uśmiechu. — Nad karaniem postaram się jeszcze zastanowić.
Słowa były lekkie, niemal żartobliwe, ale pod nimi kryło się coś więcej - echo tych dni ciszy, niepokoju. Nie było w tym wyrzutu. Raczej próba odzyskania równowagi. Ustawienia ich relacji w bezpieczniejszej przestrzeni, zanim zrobi się zbyt prawdziwa.
To była gra. Delikatna. Prawie lekka.
Ale tylko na powierzchni.
Bo każde ich zdanie, każde spojrzenie, każde milczenie miało w sobie ciężar, którego oboje zdawali się unikać, a jednocześnie nie potrafili od niego uciec.
Jej spojrzenie przesunęło się po nim uważniej, niż pozwalała sobie zazwyczaj. Dostrzegała szczegóły - niedbałość stroju, ślady zmęczenia, a jednocześnie coś, co sprawiało, że wyglądał… dobrze. Zbyt dobrze.
Pozwoliła, by ruszyli dalej, obok kolejnych obrazów, w tej pozornej swobodzie, która zawsze pojawiała się między nimi, gdy znajdowali się w przestrzeni wspólnej dla myśli, a nie dla obowiązków. Jej spojrzenie zatrzymywało się na płótnach, lecz wracało do niego częściej, niż chciała to kontrolować. Potrzebowała upewniać się, że naprawdę tam jest. Że to spotkanie nie jest jedynie przedłużeniem myśli, które towarzyszyły jej przez ostatnie dni.
Kiedy stanęli przed obrazem Lady Jane Grey, wsłuchała się w jego głos z tą szczególną uwagą, którą zarezerwowała tylko dla niego - nie dla treści, lecz dla sposobu, w jaki ją przekazywał. Lubiła to. Lubiła, jak mówił, jak myślał na głos, jak pozwalał sobie na wątpliwości tam, gdzie inni wygłaszali pewniki.
— Albo dlatego, że historia lubi idealizować tych, którym nie dano czasu, by popełniali błędy — Odpowiedziała cicho, przesuwając wzrok po twarzy dziewczyny na obrazie. — To wygodne. Uczynić z kogoś symbol, zanim zdąży stać się człowiekiem.
Jej ton był spokojny, niemal analityczny, ale pod nim kryła się nuta czegoś bardziej osobistego. Jakby mówiła nie tylko o historii. Jakby to zdanie miało znaczenie wykraczające poza płótno.
Na chwilę zapadła cisza. Iris nie patrzyła już na obraz. Jej spojrzenie zawisło gdzieś pomiędzy nimi, jakby rozważała coś, czego nie była pewna, czy powinna wypowiedzieć.
— Myślisz, że to łaska? — Dodała po chwili, spokojniej. — Nie zdążyć stać się kimś, kogo świat mógłby ocenić naprawdę?
Pytanie było ciche, ale ciężkie. Zbyt ciężkie jak na zwykłą rozmowę o sztuce. I przez tę jedną chwilę nie próbowała tego ukrywać.
Powoli przeniosła spojrzenie na niego. W tej jednej chwili nie było w niej ironii ani lekkości - tylko coś znacznie bardziej odsłoniętego, niż powinna była mu pokazać. Niepewność. Ciekawość. I coś jeszcze - coś, co przypominało prośbę o odpowiedź, której nie była pewna, czy chce usłyszeć.
Ale trwało to tylko sekundę.
Potem uśmiechnęła się lekko, jakby sama cofnęła się o krok, przywracając między nimi znaną równowagę.
— Obawiam się jednak, że twoja przewaga w ciekawostkach nie potrwa długo — Oznajmiła z cieniem figlarności, odzyskując znany sobie ton. — I mam nadzieję, że jesteś na to przygotowany, skoro sam mianowałeś się moim przewodnikiem.
Jej głos znów był lżejszy, bardziej znajomy. Bezpieczniejszy. Jakby nic przed chwilą się nie wydarzyło.
Ruszyła dalej, wolniej niż wcześniej.
Tym razem jednak świadomie. Każdy krok był wyborem, nie odruchem. Każde spojrzenie - decyzją, nie przypadkiem.
Bo każdy krok obok niego był jednocześnie czymś, czego pragnęła… i czymś, czego powinna była unikać.
Ophelia.
Obraz przedstawiający młodą kobietę zanurzoną w wodzie.
Na jej widok ciemnowłosa przekrzywiła lekko głowę, a między jej brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka. Jej spojrzenie przesunęło się po tafli wody, po splątanych roślinach, po drobnych kwiatach, które zdawały się niemal zbyt piękne jak na scenę, którą przedstawiają.
— Spójrz, jak spokojnie to wygląda — Wskazała lekko ruchem dłoni powierzchnię rzeki. — Jakby nic się nie działo. Jakby to był tylko fragment natury, uchwycony w idealnym momencie. A przecież to chwila tuż przed… końcem.
Zatrzymała wzrok na twarzy Ofelii.
— Ona nie wygląda, jakby walczyła — Zauważyła ciszej. — Nie ma w niej paniki. Nie ma strachu. Jest… poddanie. Albo coś, co malarz chciał, żebyśmy uznali za poddanie.
Kącik jej ust drgnął niemal niedostrzegalnie. — Zawsze mnie zastanawiało, czy to prawda - czy ktoś naprawdę tak wygląda w chwili, gdy traci wszystko. Czy to tylko sposób, w jaki świat lubi opowiadać takie historie. Ładniej. Ciszej. Bez brzydoty —Przeniosła spojrzenie na kwiaty unoszące się wokół postaci. — Każdy z nich coś znaczy — Kontynuowała, już bardziej rzeczowo, jakby wracała na bezpieczniejszy grunt. — Pansy to myśli. Mak - śmierć. Stokrotki - niewinność. To wszystko jest bardzo… uporządkowane. Symboliczne. Jakby nawet jej koniec musiał mieć sens.
Odwróciła głowę w jego stronę, ale nie od razu na niego spojrzała. — Historia bardzo lubi takie obrazy. Kobiety, które nie protestują. Które… pozwalają się ponieść.
Dopiero wtedy uniosła na niego wzrok.
— Zastanawiam się tylko - czy to rzeczywiście piękne… czy po prostu wygodne.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
George Lupin
Zwolennicy Dumbledore’a
if I had a flower for everytime I thought of you, i'd walk through a garden forever
Wiek
36
Zawód
auror
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
10
Brak karty postaci
31-03-2026, 22:37
Zastanawiam się nad jej pytaniem krótko, to moja super moc. Wiem dokładnie co chcę powiedzieć, a może po prostu przez wielość doświadczeń wiem, że nie mamy czasu na to, by roztrząsać problemy, które potrzebują jedynie prostej odpowiedzi.
- Nie, ale mnie nie interesuje opinia świata. Najważniejsze jest, żebym sam się czuł fair z tym co robię i to samo przekładam na innych. Świat i tak będzie miał milion powodów do tego, by ocenić mnie gorzej niż wygląda prawda. Nie mam na to wpływu. A może Lady Jane była najmądrzejszą królową, kto wie jak wyglądałaby współczesność, gdyby nie wykonano wyroku
Może ta prostota a może już tylko prostactwo, ale nie mogę powstrzymać myśli, które każą mi odpowiadać Iris bez ogródek na jej pytania. Zadaje ich dużo, zawsze są mądrze sformuowane i czuję się przy niej tak, że powinienem przyłożyć się bardziej do opowiedzi. Tyle, że nawet kiedy to robię, zawsze będzie moment w którym spowodują one u niej na twarzy uśmiech. I czasami mówię specjalnie rzeczy które mają go wywołać.
- o, na to jestem gotowy - odpowiadam w równie figlarnym tonie, ruszając w dalszą podróż.
Czy jest coś bardziej romantycznego niż spacerowanie wśród tych wszystkich romantycznych historii uwiecznionych na półtnach? Czy kiedy mijamy mały portret Arnofinich, nasze myśli nie płyną odrazu do swoich twarzy, w których chcielibyśmy znaleźć obietnicę podobnej przyszłości? W naszych myślach ich historia miłosna jest wciaż kolorowa tak jak na desce, bo żadne z nas nie wie o tym, że portret ten najprawdopodobniej przedstawia już zmarłą kobietę. Na te historie zawsze nakłada się swoją własne doświadczenie. Mijamy portrety poważnych niderlandzkich bankierów, naukowców i polityków i widzę w ich spojrzeniu wzrok który zbyt przypomina mi o ciężkości aktualnych czasów. Kiedy obraz Paolo Uccello łapie moje spojrzenie, doceniam waleczność chłopaków z przeszłości i momentalnie prostuję się czując jak ciało odpowiada bezwarunkowo na obraz zamieszania podczas bitwy. Mi ich połamane włócznie przypominają do złudzenia różdżki, a ich świetlistość zaklęcia, które mogłyby z nich wychodzić.
Ale nasze nogi prowadzą nas do obrazu Millaisa, który zaskakuje nietypowym kształtem. Ja sam nie podszedłbym do niego, ale widzę, że Iris wyraźnie jest do niego przyciągnięta. Staram się więc dotrzymać jej kroku, chociaż w tym jednym momencie nie ukrywam, że moje myśli kręciły się wokół jej dłoni, którą obserwuję z daleka, zachodząc w głowę, czy wypada mi ją ująć. Romantyczna aura obrazu przed którym staniemy podpowie mi, by nie wstrzymywać się dłużej, ale kiedy robię ruch ręki, Iris nagle zatrzymuje się a ja z jakiegoś powodu zakładam obie rece krzyżując je na piersi. Ciekaw co powie, jaka mądrość spłynie z jej ust przez chwilę obserwuję jak rude loki rozproszone pod wodą zimnej rzeki utrzymują się na powierzchni, podobnie do dłoni modelki. Ręce Ofelii, tak samotne jak dłoń Iris, zdają się mieć swój własny głos którym przemawiają do mnie - złap mnie, wyciągnij mnie, pociągnij do siebie, bo inaczej nurt zabierze mnie ze sobą tam gdzie czeka mnie już tylko życie pod wodą.
Nie wiem jeszcze jak trafne są moje przemyślenia, chociaż gdybym posłuchał mądrości, którymi raczy mnie od czasu do czasu moja przyjaciółka, mógłbym domyślić się. A jednak zostawiam te przemyślenia w podświadomości, nie nazywając ich jeszcze po imieniu.
Walczyła. Czy Ofelia walczyła? Unoszę brew i spoglądam uważniej na Iris, która zdaje się odczytywać obraz w zupełnie inny sposób niż ja. Dlaczego? Staram się iść tropem jej spojrzenia, znów zwracam się ku twarzy Ofelii, której koniec jest bliski. Przeszukuję zieleń w poszukiwaniu kwiatów o których wspomina panna Nott. Wzbiera we mnie sprzeciw, ale nie przerywam jej słów, czując, że jest to moment dla niej ważny. Więc tak widzi Ofelię? Jako ofiarę, jako tą, która poddaje się nurtowi rzeki?
- Nie wydaje mi się, żeby Ofelii było wygodnie - zaczynam, gotów na pojedynek naszych myśli, który w naszym przypadku jest jedynym powodorem niezgody, jakby rozmowa o dziełach kultury i nauki, których wciąż mam wrażenie jestem przy niej w tyle, była jednym polem na którym się nie zgadzamy. -Ja widzę tu odważną osobę, która podjęła decyzję w świecie, który nie pozwalał jej mieć głosu. Z tego co pamiętam sama chciała skończyć swoje życie po tym, kiedy złamano jej serce - przez chwilę zastanawiam się, i podejmuję decyzję. - Moim zdaniem była to decyzja głupia i krótkowzroczna, bo była wciąż młoda i chociaż młodość cechuje się wielkim uczuciem, czekało na nią jeszcze niejedno bicie serca... tyle, że gdyby była rozrtopna.. cóż, wtedy nigdy byśmy o niej sie nie dowiedzieli. No i koniec końców postawiła na swoim
Och kochać bez pamięci, kochać tak do końca. Kochać i zostać odrzuconym. Nie mieściło mi się w głowie, by ktokolwiek potrafił tak kochać, chociaż ja sam przecież odczuwałem bezprecedensowe emocje, kiedy kradliśmy z Iris momenty z naszego życia i splataliśmy je w jedną drogę. Opuściłem dłoń i uśmiecham się do niej lekko z boku, by przeprosić za słowa, które mogły zabrzmieć jakbym przyszedł się tu z nią kłócić.
Beztrosko, jakbym chciał tym jednym ruchem odpędzić wszystkie złe myśli które spowodował widok topielicy, wsuwam dłoń w jej dłoń i lekkim uściskiem przekazuję jej radość, którą czuję kiedy jest obok mnie.
- Chodź, pokażę Ci obraz który mnie zachwycił- pociągam ją za sobą i idziemy w kierunku kolejnej sali. Wzbiera we mnie naiwnie rosnąca radość, kiedy robimy kolejne kroki trzymając się za rękę i chociaż wydaje się to zupełnie niepoprawne przyśpieszam kroku, więc zdaje się że biegniemy przez sale nie oglądając się na nikogo. W tym szaleńczym biegu śmiech musiał wydobyć się z ust, kiedy zatrzymujemy się przed panną Vermeera. Przez chwilę patrze to na Iris to znów na obraz i mówię uroczyście:
- Wiesz, że masz spojrzenie równie odważne co ona? Kiedy cię pierwszy raz zobaczyłem w czytelni tak właśnie cie zapamiętałem. Pewną siebie, ciekawą świata i magnetyzującą. Pomyślałem wtedy, że jesteś na prawdę zjawiskowa Iris
I ja czuję się teraz pewny siebie, bo trzymam za rękę najpiękniejszą dziewczynę, spoglądamy sobie w oczy i chyba cała ta atmosfera otaczających nas romantycznych obrazów podpowiada mi, że to co chcę zrobić jest absolutnie usprawiedliwione. Przychylam się i zerkam jeszcze ukradkiem upewniając się że nie ma oprócz nas nikogo w tym małym pomieszczeniu, a skoro nie ma, to przychylam się pewniej zmniejszając odległość pomiędzy naszymi twarzami i nie czekając na słowne pozwolenie, ale kierując się tym wyczytanym w rumieńcu i błyszczących oczach składam na jej ustach pierwszy pocałunek na który czekałem dobre kilka miesiecy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
01-04-2026, 09:05
Przez ułamek sekundy nie zrobiła nic. Nie cofnęła się. Nie zaprotestowała. Nie otworzyła oczu. Pozwoliła temu się wydarzyć - świadomie, niemal uparcie, jakby przez tę jedną chwilę chciała udowodnić samej sobie, że potrafi jeszcze istnieć poza tym wszystkim, co zostało już dla niej zaplanowane. Jego usta były ciepłe - bardziej niż się spodziewała. Miękkie, pewne, pozbawione zawahania, którego ona sama nie potrafiła się pozbyć. W tym geście nie było pytania. Nie było ostrożności. Była decyzja. Prosta. Bezpośrednia. I właśnie dlatego tak niebezpieczna. Jego dłoń, którą wciąż trzymał na jej, zacisnęła się odrobinę mocniej, jakby chciał ją w tej chwili zatrzymać, zakotwiczyć przy sobie, zanim zdąży pomyśleć o czymkolwiek więcej. Iris poczuła to wyraźnie - to ciepło, tę stabilność, tę obietnicę czegoś prostszego, niż świat, w którym funkcjonowała. Jej serce odpowiedziało natychmiast, szybciej niż rozsądek, szybciej niż jakakolwiek myśl. I przez ten jeden moment naprawdę uwierzyła, że to wystarczy. Że może po prostu… być.
Prawie jej się udało. Prawie. Bo jej umysł nie pozostał pusty.
Obraz pojawił się nagle - bez ostrzeżenia, bez zgody, bez żadnej logiki, której mogłaby się uchwycić. Nie był wspomnieniem. Był czymś znacznie bardziej bezczelnym - czymś, co wdarło się w tę chwilę i zaczęło ją przejmować, kawałek po kawałku. Nie widziała już twarzy należącej do autora. Nie czuła dotyku tego, co przed chwilą. Nie odczuwała obecności George’a. Oddech przy jej ustach nagle stał się cięższy. Wolniejszy. Bardziej wyczuwalny - jakby każdy jego ruch był kontrolowany, a jednocześnie niósł w sobie coś, co wymykało się tej kontroli. Dłoń, którą czuła na swojej, w tej jednej, zdradliwej wizji przesunęła się wyżej - niepewnie, a jednak z wyraźną świadomością. Jakby badała granicę, której nie powinna przekraczać.
Leopold.
Widziała jego zielonego tęczówki przysłonięte wachlarzem gęstych rzęs. Słyszała jego głos - niższy, bliższy, niemal przy samym oddechu. Czuła go - czuła każdą komórką swojego ciała, wyobrażając sobie, że ten pocałunek należał do niego. W tej krótkiej chwili jej ciało i umysł nie odróżniały rzeczywistości od… pragnienia. Poczuła to wyraźnie - ten inny ciężar, tę inną jakość bliskości, tę niepokojącą intensywność. Wtedy coś w niej pękło. Nie dramatycznie, ale nieodwracalnie.
Otworzyła oczy gwałtowniej, niż powinna - jak ktoś, kto nagle zdał sobie sprawę, że stoi w miejscu, w którym nie miał prawa się znaleźć.
Oderwała się.
Nie szarpnięciem, nie z widocznym sprzeciwem - ale wystarczająco wyraźnie, by ten moment nie mógł zostać uznany za coś, co trwa dalej. Jej oddech przyspieszył, nierówny, jakby ciało próbowało nadrobić coś, co wydarzyło się zbyt szybko, zbyt intensywnie.
A jednak nie cofnęła się od razu. Bo przez tę krótką, bolesną chwilę nadal stała zbyt blisko. Wciąż czuła jego ciepło. Wciąż widziała go przed sobą - prawdziwego, rzeczywistego, stojącego dokładnie tam, gdzie powinien.
George’a.
A jednak to nie jego obecność czuła przed chwilą.
Jej palce drgnęły lekko w jego uścisku - prawie niezauważalnie, jakby ciało próbowało odzyskać kontrolę.
I wtedy wróciły do niej słowa brata, Amodeusa. Nie pojawiły się nagle - raczej powoli, wdarły się w nią, niczym bluszcz objęły jej myśli, serce.
„To, co z zewnątrz wygląda jak wolność… bardzo często jest tylko jej złudzeniem.”

„Ktoś płaci za to wysoką cenę.”
Uderzyły w nią z pełną siłą. Bez emocji. Bez podniesionego głosu. Tak, jak je wypowiedział - spokojnie, niemal obojętnie, jak coś, co nie wymaga dyskusji. Jakby to nie była przestroga. Tylko fakt.
Jej spojrzenie przesunęło się po twarzy George’a - wolniej niż wcześniej, uważniej, jakby próbowała poznać go na nowo. Nie jako część tej chwili. Nie jako odpowiedź. Ale jako coś, co musi teraz ocenić w zupełnie innym świetle.
Powinna była tego chcieć.
Przez miesiące wyobrażała sobie to wszystko w najprostszej formie - jego bliskość, jego dłoń, ten moment, który nie potrzebował uzasadnienia ani zgody świata. Moment, który należał tylko do nich.
A jednak - coś się nie zgadzało. To nie smakowało tak, jak powinno. Nie było w tym tej lekkości, tej pewności, tej cichej radości, którą nosiła w sobie przez tyle czasu. Zamiast tego było coś cięższego. Coś obcego. Jakby ta chwila została naznaczona czymś, co nie należało do niej - jakby ktoś inny stał pomiędzy nimi, nawet jeśli fizycznie go tam nie było. Jakby to już nigdy nie mogło być tylko ich.
Jej usta rozchyliły się lekko; odpowiedź przyszła szybciej, niż była na nią gotowa. Ale słowa nie przyszły od razu. Nie te, które chciała kiedyś wypowiedzieć.
Wysunęła dłoń z jego uścisku. — George… — Zaczęła cicho. Tym razem jego imię nie było miękkie. Nie było też chłodne. Było ostrożne.
Na moment spuściła wzrok - nie z braku odwagi, lecz z potrzeby znalezienia w sobie siły. Bo nie mogła już pozwolić sobie na półśrodki. Nie w tej chwili. — Ja… — Urwała na sekundę. Potem uniosła spojrzenie. I już się nie wycofała. — Zostałam zaręczona.
Wyznała to z zaskakującym spokojem. Bez dramatyzmu. Bez próby złagodzenia znaczenia tych słów. Bez wyjaśnień, które mogłyby sprawić, że zabrzmią mniej ostatecznie. Przez długi czas sądziła, chciała czuć się źle. Czuć wstręt i obrzydzenie do swojego nazwiska. Do obowiązku narzuconego przez historię budowaną rękami jej przodków. Ale nie potrafiła. I w głębi serca tak naprawdę… nie chciała. Tylko jeszcze nie potrafiła tego w pełni dostrzec.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
George Lupin
Zwolennicy Dumbledore’a
if I had a flower for everytime I thought of you, i'd walk through a garden forever
Wiek
36
Zawód
auror
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
10
Brak karty postaci
02-04-2026, 01:41
Moment szczęścia trwał tylko chwilę. Ciepło i słodkość ust Iris będę wspominać jeszcze długo, ale jeszcze dłużej będę rozpamiętywać słowa, które za nimi szły. Czy tak właśnie czuła się Ophelia? Kiedy złamano jej serce, jej serce gorące bijące, czy właśnie tak czuła się gdy zdeptano jej osobę? Z błotem zmieszana, zapomniana, zignorowana. Tak jak moje wyznanie przed najpiękniejszym obrazem w galerii. Czy laserunki nakładane żmudnie przez artyste, niczym spotkania naszych dusz i serc które przez minione miesiace poznawały swój kształt, udźwigną ciężar impastu wyznania? Czy gdyby Vermeerowi omsknęła się ręka, równie mocno przeżywałby moment w którym wiedział, że to był b ł ą d?
Zatrzymałem się w momencie kiedy odsuwam się w szczęściu. Mam w głowie wizję szczęśliwej przyszłości. Tej bliskiej, bo jak na aurora przystało, nie sięgam spojrzeniem dalej niż do najbliższej bitwy. W tym momencie jestem spełniony i widzę to, co mogłoby się wydarzyć, gdybyśmy tylko nie byli sobą. Gdybym nie popadł w absurd romansu z wysoko urodzoną damą, gdybym nie odrzucił anonsów panien z moich stron. Może gdybym mógł zawiesić na dłużej oko na artystce, albo zatrzymałbym się na ulicy i nie mógł oderwać spojrzenia od sklepikarki - może wtedy ta wizja mogłaby się spełnić. Miałbym plan osadzony w zieleni wzgórz angielskich, przyszłość słodką niczym miód. I może mógłbym uspokoić rozedgrane myśli przy jej istocie.
Ale nie. Wybrałem wyzwanie, którego ostrze właśnie się zaostrzyło i kiedy zamknąłem oczy niesodziewanie wbija się w moją pierś.
Z A R Ę C Z O N A.
Otwieram oczy, czar pryska. Drętwa dłoń, niczym martwej Ofelii odsuwa się, moje ciało reaguje prędzej niż świadomość. Jestem już pięć kroków stąd.
- Jesteś?  - dopytuję niepewny, czy mały głos w moim głosie jest autorem słów, które dotarły do moich uszu. Ale brzmi on inaczej, mniej słodko niż barwa głosu kwiatka z van Goghowego obrazu. Moje spojrzenie czujnie analizuje jej twarz, przymknięte we wstydzie oczy i rumieniec, którym nie wiem czy obdarzył ją wstyd czy mój błąd debiutanta. Wyraźna w całym jej ciele domowa każe mi rozejrzeć się po pomieszczeniu - nie ma w nim wciaż innych, a jednak z trudem łapie kolejny oddech.
- Ale przecież... - jak nigdy zabrakło mi słów. W jednej chwili zrozumiałem, że to co dla mnie oznaczało przyzwolenie, dla niej było jednie wykalkulowaną grą, w której służyłem jej za nieroztropną zabawkę. Ta świadomość niczym wielki młot chce rozbić bańkę w której budowałem sobie marzenie o skradzonych chwilach w jej towarzystwie.  - Przepraszam, źle odczytałem Twoje intencje - śpieszę z wyjaśnieniem, nagle sam czując wstyd, który powinien mnie objąć już w pierwszym momencie spotkania, a dotarł z opóźnieniem po roku. Nagle słowa w których wyznawałem jej uczucie docierają do mnie i pojmuję, że nie powinny nigdy wyjść za granicę fantazji czy snów. Przecież od samego początku wiedziałem z kim mam do czynienia, a samo ciągnięcie przypadkowego spotkania z osobą z rodziny dla której najważniejsza jest pozycja i układy było błędem, którego nie popełniłbym nigdy, gdybym tylko nie został zaczarowany jej spojrzeniem. Gdybym nie słuchał jej słów i nie szukał w nich drugiego dna. Gdybym nie naciskał na spędzenie ze mną popołudnia przy herbacie. Gdybym nie przeczytał tryliona książek, które następnie omawialiśmy z wielkim zapałem wymieniając się myślami. Gdybysmy nie dzielili trudów opowieści swoich dni, gdybyśmy nie zamawiali tych samych potraw podczas wieczornych przedłużonych spacerów. Gdybym nie opowiedział jej o magii kina i nie zabrał na film, gdybym nie chciał poznać jej myśli, gdybym nie chciał podzielić się moimi. Gdybym nie przedstawił jej swoim przyjaciołom i nie zabierał na wspólne spotkania.  I znów zrozumiałem, że byłem głupcem  licząc że przemieni się ona  w długotrwałą przyjaźń. To było skazane na porażkę, bo chyba to właśnie ją odczuwałem w tym momencie. Wymamrotałem:  - To głupie, zapomnijmy o tym  - chcę się odwrócić i odejść ale nie mogę oderwać się od tej jednej myśli, która kotłuje mi się w głowie odkąd pierwszy raz przeczytałem na pergaminie jej "Twoja". I chociaż najchętniej przebiegłbym właśnie przez Trafalgar Square i skoczył prosto do Tamizy łapię się za nasadę nosa, myślę intensywnie, puszczam ją i mówię: - Dlaczego w takim razie tu przyszłaś Iris? Mogłaś napisać mi po prostu list
Czy gdybym jednak dostał list z taką treścią to nie ominęłaby mnie wizyta w muzeum przed wylądowaniem w rzece?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
02-04-2026, 08:05
Łzy pojawiły się w jej oczach - ciężkie, gęste, rozmazujące obraz, sprawiające, że jego sylwetka na moment straciła ostrość. Mrugnęła raz, potem drugi, jakby mogła je w ten sposób zatrzymać, cofnąć, przywrócić sobie kontrolę, którą jeszcze chwilę temu miała. Bez skutku. Jedna z łez oderwała się w końcu i spłynęła po jej policzku powoli, niemal ostentacyjnie, jakby nie chciała jej oszczędzić tej chwili. Nie otarła jej. Nie sięgnęła dłonią, nie odwróciła twarzy. Pozwoliła jej opaść, jak pozwoliła opaść wszystkiemu innemu, czego już nie była w stanie utrzymać w ryzach. Jej oddech urwał się gdzieś w połowie - nierówny, zdradzający więcej, niż jakiekolwiek słowa, które mogłaby wypowiedzieć.
— Myślisz, że ja to zaplanowałam? Że to była gra? — Jej głos zadrżał, ale nie był podniesiony. Nie było w nim gniewu ani obrony. Pokręciła głową powoli, niemal bezwiednie, jakby próbowała odrzucić tę myśl nie tylko od niego, ale przede wszystkim od siebie. Jej spojrzenie na moment uciekło gdzieś w bok, w pustą przestrzeń między obrazami, jakby szukała tam czegoś, co pozwoliłoby jej się zatrzymać, zebrać, odzyskać grunt pod nogami. — Ja… — Urwała, zaciskając palce na materiale sukni, tak mocno, że aż pobielały knykcie. Ten drobny gest był jedyną rzeczą, która jeszcze trzymała ją w miejscu, czymś fizycznym, co pozwalało jej nie rozpaść się całkowicie. — Ja przez cały ten czas miałam nadzieję. Że to się… jakoś nie wydarzy — Kolejne słowa przychodziły trudniej, wolniej, jakby każde z nich musiało przedrzeć się przez coś ciężkiego, lepkiego, co zatrzymywało je tuż pod powierzchnią. — Że to mnie ominie. Że jeśli będę… wystarczająco długo żyła tak, jak chcę… — Głos na moment zadrżał mocniej — …to może… może to wystarczy.
Jej usta drgnęły, jakby chciała się uśmiechnąć - jakby próbowała nadać temu lekkość, której już tam nie było. Ale ten uśmiech nigdy nie powstał. Zgasł, zanim zdążył się pojawić. — To głupie, prawda? — Dodała ciszej, niemal z niedowierzaniem wobec samej siebie. — Wierzyć, że można… po prostu wyjść poza coś, co zostało ustalone na długo przed tobą — Odetchnęła głębiej, ale to nie przyniosło ulgi. — Nie bawiłam się tobą. Nawet przez chwilę — Tym razem powiedziała to wyraźniej, z większym naciskiem, choć głos wciąż był miękki, przełamany emocją. Odsunęła się, zaczerpując więcej powietrza. Widziała wyrzuty malujące się na jego twarzy i przez tę krótką chwilę odtworzyła w głowie każde ich spotkanie. Od tego pierwszego w bibliotece, po którym pozostawił rysę na jej umyśle - nieprzyjemnie dającą o sobie znać później. Każde kolejne spotkania były obfite w intelektualne porozumienie; budowały znajomość opartą na koleżeństwie, później może na przyjaźni. Aż do momentu, w którym pozwoliła sobie spojrzeć na niego inaczej. Do tej pory pamiętała smak swoich myśli po wybudzeniu ze snu, gdzie nawiedził ją po raz pierwszy. Była głupia myśląc, że mogłaby przekuć to w miłość. Była głupia myśląc, że mogłaby porzucić swoje dziedzictwo - wszystko to, co od lat studiowała i wszystko to, co tak naprawdę kochała. Była głupia, gdy któregoś dnia pomyślała, że może kiedyś się uda - pogodzić te dwa światy. Działała nierozsądnie, porzucając rodzicielską miłość - choć nieprzybierającą postaci, o której marzy każde dziecko; porzucając to, do czego była stworzona.
Pragnienie poznania świata poza znanymi ramami wyprowadziło ją na manowce. Ją i jej głupie serce. Żałosna naiwność, całkowicie niegodna kogoś tak błyskotliwego i inteligentnego jak Iris Nott.
Zduszony jęk opuścił jej pierś, którą przeszył ból. Tysiące szpilek wbijało się w jej serce. Jej głupie serce. — Jeśli już… to bawiłam się sobą. Naiwna ja — Zdanie pozbawiona ironii i dystansu. Przyznanie się do czegoś, co bolało bardziej, niż jakiekolwiek oskarżenie z zewnątrz. Pod kaskadą spadających łez, uderzających głucho o ziemię. Pod ciężkim i szybkim oddechem, rozrywającym jej spięte usta. Pod zachrypniętym i ściśniętym gardłem. Spojrzała na niego, wyginając wargi. Czuła jak coś w niej umiera - rozpada się na kawałki. Płaci cenę, o której mówił Amodeus. — Nie przyszłam tu, żeby cię zranić — Powiedziała w końcu, cicho, niemal szeptem, ale każde słowo było wyraźne. — Przyszłam, bo… nie potrafiłam tego zakończyć listem. Bo przez ten rok... byłeś najlepszym przyjacielem jakiego w życiu miałam. Byłeś moją ostoją. Byłeś moim dowodem, że jestem kimś więcej niż tylko nazwiskiem. I przez... — Odsuwając się jeszcze dalej, przeciągnęła dłonią po twarzy, a potem wykonała nią niedbały, niby nonszalancki gest. — I przez ten rok starałam się być tym samym dla ciebie. A pozostaję jako rozczarowanie, gorycz i zło.
To ostatnie słowo zabrzmiało jak ledwie wypuszczone powietrze. Wraz z nim opadła z sił, zwieszając ręce wzdłuż ciała. Jej twarz płonęła, oczy szkliły się. A ona znów czuła się jak mała wersja siebie - ta sama, która zawodziła swoich rodziców.
Zapach bryzy niesionej spod klifów zamku Dover. Spotkanie z Leopoldem odbijające się w niej echem; jej serce przyspieszyło, rozbijało się o żebra jak niespokojny ptak o ściany klatki. Przymknęła na chwilę powieki, starając się uspokoić lecz na próżno.
Pragnienie ustąpiło silniejszemu - dom.
Pragnęła uciec do swojego brata, do Amodeusa; do jego ramion, do zagłębienia jego obojczyka, w którym utopi każdą łzę. Do silnych rąk obejmujących jej plecy, do niskiego i spokojnego głosu. Do jego oddechu, który uspokoiłby jej własny.
Pragnęła móc znowu zobaczyć Cassiusa - pierworodnego syna Augustusa i Euphemii, jej najstarszego brata, który odszedł o wiele za wcześnie. Pragnęła usłyszeć jego śmiech, dostrzec jego łobuzerski uśmieszek. Poczuć jak ciągnie ją za rękę do swojego pokoju, sadza obok siebie i wygrywa jej ulubioną melodię na fortepianie. Pozwoliłby jej płakać. Pozwoliłby jej krzyczeć - i krzyczałby wraz z nią. Zganiłby za marzenia, równocześnie dzieląc się z nią swoimi własnymi.
Chciała wrócić do domu. Potrzebowała swoich braci.
Naiwna Iris Nott.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 16:53 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.