• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Irlandia > Dublin > Dom Mody Éire
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
21-06-2025, 18:40

Dom Mody Éire
Na rogu jednej z bocznych uliczek przy Grafton Street mieści się dom mody Éire – elegancki, ale nie krzykliwy. Witryna z manekinami w płaszczach z tweedu i sukienkach z niską talią, w środku lustra w złotych ramach, zapach perfum i krochmalonego płótna.  Pracownice noszą ołówkowe spódnice i mierzą klientki taśmą z takim skupieniem, jakby układały partyturę. W pracowni na piętrze słychać maszyny do szycia, śmiech i plotki o tym, kto z kim i za ile. Klientki przychodzą zamówić coś eleganckiego na bankiet, wesele, wielką galę. Nie ma tu rzeczy tanich, ale każda rzecz ma metkę z datą, nazwiskiem i adresem. Na zapleczu leżą belki materiałów z Londynu i Paryża.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
20-03-2026, 21:23
17.05

Przyleciał do Dublina dzień po swoich urodzinach, ale szczerze mówiąc zdążył zapomnieć, że minęły—przywykł do tego, że obchodzili je tylko z mamą i Titusem. Dzieci pamiętały, gdy przypominała im babcia (bo przecież nie Allie), a ich kontakt z Dolores Day nie był przecież regularny. Zresztą, z jego inicjatywy. Ich pełnoletniość zbiegła się w czasie z odkryciem, że matka otruła swojego męża i Ambrose sam nie był jeszcze pewien, co o tym myśleć. Nie lubił niepewności, ale gdy dzieci nie stykały się z babcią nie musiał o tym myśleć.
Dziś jego głowę zaprzątały zresztą trzy palące myśli, a trzy to już więcej niż jedna albo błogie (i bardzo rzadkie, rozgrywki Ligi Quidditcha domagały się wytężonej analizy, a przez hałaśliwego sąsiada Titusowi ostatnio mało co się śniło i Ambrose wreszcie miał w przewidywaniu wygranego równe szanse) nic.
Po pierwsze, obejrzał występ Maelle i wielu kwestii nie zrozumiał.
Po drugie, przejrzał "50 Czarów Greya" i jeszcze bardziej wielu rzeczy nie zrozumiał. Oszukiwał, bo powinien przeczytać to równolegle z Titusem, ale nadal nie mógł mu wybaczyć niezrozumiałego żartu z kostnicy sprzed dwóch lat i ambicja kazała mu się doedukować. (Właściwie, może w tej myśli była też druga i trzecia i czwarta i piąta i część z nich wiązała się z widokiem potomków wili płci męskiej w okolicach burdelu; ale na razie najbezpieczniej te myśli odsunąć. Choć kiedyś będzie musiał Maelle spytać, dlaczego właściwie jej syna nie przeznaczono do takiego losu i właściwie jaki to los).
Po trzecie, zapamiętał, że Mae wspominała kiedyś o domu mody, w którym nie ma rzeczy tanich i o tym, że cierpliwość ekspedientek ma swoje granice. Day wiedział jak to jest, chcieć wypróbować najnowszy model miotły (jakieś pięć razy) i porównać go ze wszystkimi innymi i wkurwiać ekspedienta samą swoją obecnością, ale słysząc komentarz Maelle (jakieś dwa miesiące temu) zachował tą myśl dla siebie. Podobno kobiety lubią coś takiego, jak niespodzianki, a on dostał najnowszy model miotły i nawet jeśli Mae nie mogła wykupić całego domu mody—to wiedział, jakie to uczucie chociażby sobie to wyobrazić.
Przenocował w garderobie tancerek, korzystając z tego, że Maelle mu pozwoliła i że jakoś nie przeszkadzał tancerkom. Śniadanie zjedli w budżetowej kawiarni na mieście, w której kelner zmierzył ich podejrzliwym spojrzeniem, a Ambrose z entuzjazmem podzielił się z Maelle informacją, że jego znajomy ma dziewczynę w jej wieku i obraził się, że myślał, że to jego córka i jeszcze, że jajka sadzone są zrobione źle.
- Chodźmy do tego domu mody, o którym mówiłaś. - zapowiedział niespodziewanie (pomiędzy pytaniem, czy zauroczyłaby kelnera by odliczył od rachunku te jajka oraz , dopijając czarną kawę. - Wezmę na siebie ekspedientki, a ty będziesz sobie mogła mierzyć ile czasu chcesz i co chcesz. - obwieścił, pełen wiary w swoją dzisiejszą formę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
29-03-2026, 11:07
Nie spodziewa się zaproszenia, które następuje po nocy spędzonej przez Day'a w towarzystwie kostiumów, kolorowych flakonów z perfumami, wachlarzy zbudowanych z długich piór i kilkudziesięciu puzderek z kosmetykami wszelkiego rodzaju. Jest w trakcie pochłaniania tosta obficie posmarowanego dżemem malinowym, kiedy zaraz po historii o znajomym i jego dziewczynie Ambrose zagaja na temat sklepu, który często przykuwa sroczy wzrok Maelle. W La Perle Noire zarabia na tyle dobrze, że od czasu do czasu może sobie pozwolić na większe zakupy, nie jest to jednak częsta okazja - ale nie dlatego jej ekspresja nagle zamiera, a oczy spoglądają na niego ze zdziwieniem przemieszanym z czymś jeszcze. Czymś niedopowiedzianym, gęstszym, poruszonym. Ćwierćwila widzi w tym człowieku kogoś więcej: nie od razu stał się jej tak bliski, ale z biegiem czasu i postępem opieki, jaką wobec niej roztacza, wkradł się w jej serce jak infekcja, której nie umie się pozbyć. Gorączkowo szuka jego poklasku, jego uśmiechu, jego uwagi, jego dumy, a każde wspomnienie o jego biologicznych dzieciach odczytuje jak zadrę nierównej konkurencji. Nie łączy ich krew, jedynie ta sama magiczna genetyka. Ale czy to ważne? Pomnik Ambrose'a w jej życiu został zbudowany z niby-ojcowskiego kamienia, zastąpił Seymoura, który ochoczo poświęcił swoje dziecko w imię wolności od zadłużeń. Maelle jest przekonana, że Day by jej tego nie zrobił. Nie, on w chwili, kiedy oznajmiła, że pójdzie z wierzycielami po dobroci, żeby spłacić długi, zapewne wyciągnąłby różdżkę i rozłożył ich wszystkich na łopatki, a potem wybiłby jej z głowy takie poświęcenia. Jest w nim coś, co budzi jej dziecięcą potrzebę posiadania w swoim życiu bohatera - a skoro Thomas Seymour zawiódł na tym polu tak spektakularnie, jak tylko było to możliwe, wakat wypełnił ktoś inny. On. Rozwodnik, magipolicjant, niechętny ojciec własnych dzieci. Zbyt dosłowny i zbyt wysoki. Jej własny.
- Nie znudzisz się? - pyta z rozbawieniem, odzyskawszy rezon. Za maską swobody ukrywa się dziewczynka, którą ktoś właśnie rozpieszcza i której wdzięczność zalewa całe trzewia. Wystarczy sama propozycja, nawet niespełniona, żeby Maelle poczuła w sobie ciepło. - Doświadczenie mi podpowiada, że kiedy mężczyźni widzą na horyzoncie sklep z ciuchami, natychmiast szukają ławki, na której mogą spędzić najbliższe minuty. Macie to wpisane w naturę całej płci - parska, bez zażenowania oblizując palec z kilku kropel dżemu. Wie, że przykuwa tym uwagę kelnera, który rzuca im długie spojrzenie zza lady, czerwieniejąc na policzkach. To dobrze, prawdopodobieństwo na zniżkę za niezbyt udane śniadanie właśnie wzrasta. Biedny Ambrose, pewnie niebawem będą musieli poszukać przekąski, skoro przyrządzone nieodpowiednio jajka sadzone okazały się udręką. - Ale skoro zarzuciłeś przynętę, teraz nie dam ci się wycofać - stwierdza z pysznym uśmiechem, zerkając spod rzęs na kelnera, który zbliża się do nich z zamówionym kilka chwil temu rachunkiem.

jak wygląda rachunek?
k1: płacimy pełną sumę
k2: tylko pozycje zamówione przez maelle są objęte zniżką
k3: zniżka dotyczy całego zamówienia
1x k3 (rachunek):
1
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
02-04-2026, 18:48
Nie zobaczył zaskoczenia—poruszenia—w oczach Maelle, bo w tym samym czasie był zajęty szukaniem wzrokiem kelnera, chcąc przyśpieszyć wyjście do domu towarowego. Nie mieli przecież całego dnia, choć znajomość kobiet (a zwłaszcza byłej żony) udowadniała mu, że potrafiłyby spędzić w sklepach cały dzień i całą noc. Ale dom towarowy kiedyś się zamknie, a on będzie musiał wracać do Londynu, a już była dziesiąta rano, bardzo późna pora.
Zresztą, nawet gdyby patrzył wprost na Mae, wyraz jej spojrzenia mógłby mu umknąć. Takie rzeczy mu czasem... umykały. Zwłaszcza gdy rozmawiał z przedstawicielkami płci pięknej, bo ich twarze były zwykle pełne zachwytu i pozbawione niuansów. Próbował nauczyć się ekspresji własnej matki, ale dawała mu zbyt chaotyczne sygnały, zbyt często zmieniając i zbyt często maskując własne emocje. Mae też maskowała je całkiem dobrze, ale z nią szło mu nieco lepiej. Próbował się jej nauczyć, ale w dzisiejszym przypadku wcale nie musiał. Ani patrzeć ani wychwytywać niaunsów. Może i nie zawsze wszystkie dostrzegał, ale nie to nie równało się niewiedzy. Trzy dni temu samemu dostał od kogoś (zbyt) drogi prezent i wiedział, jakie to uczucie. Chciał, żeby Mae też mogła się tak poczuć... przynajmniej w przymierzalni jeśli ceny w domu towarowym (nie widział ich, widział jedynie fasadę) były za drogie. Logika podpowiadała mu, że chyba nieczęsto się tak czuła. Cóż, może zapominał o tym, że mogła dosłownie rzucić urok na kogoś, kto kupiłby jej sukienkę... ale z drugiej strony, czy urok działałby przez kilka godzin przymierzania? Może lepiej wybrać kreację dzisiaj, a potem będzie mogła rozporządzać wilą magią do woli.
- Jestem przyzwyczajony do nudnych miejsc. A niedługo będę musiał iść na ryby, bo przegrałem zakład. - wyjaśnił zbyt dosłownie. Co prawda, gdy Allie chciała mierzyć kreacje, jakoś znajdował wymówki. Ale przez pewien czas nie znajdował, bo to właśnie na zakupach zgubiła dziecko, więc wolał ich pilnować. - Poza tym przecież będziemy rozmawiać, chyba że kreacje odbiorą ci mowę albo ja rzucę urok na zby gadatliwą ekspedientkę. Ostrzeż mnie, które wyglądają na gadatliwe. - uściślił, w pragmatyzm wplatając prawdę, że przecież nie znudzi się nią.
- Właściwie to czemu kobiety zachowują się w takich sklepach tak, jakby towary miały zniknąć? - dopytał. - Ale masz rację. Prawda jest taka, że większość par jest niedobrana i nie lubi spędzać ze sobą czasu. - wyjaśnił, mimo, że Maelle nie pytała. Ale przecież gdyby było inaczej, to jej poprzednie i obecne miejsce pracy by nie istniało, a za nim nie oglądałyby się mężatki. A za Maelle kelner, którego jak na złość nie przyzwał władczy wzrok Ambrose'a (nie zaszkodziło próbować się rozglądać, mógł wszak być kelnerką), ale jej smukłe dłonie już tak.
Zerknął dyskretnie na rachunek gdy tylko ten pojawił się na stole, korzystając z tego, że kelner i tak patrzył na Maelle. Podniósł głowę i spojrzał na towarzyszkę znacząco, bo przecież każdy zaoszczędzony sykiel mogą wydać w domu towarowym albo na ciastko popołudniu.
- Dziękujemy za smaczny posiłek. - powiedział bardziej do Maelle niż do kelnera, licząc, że ten jest rozproszony (ale nie na tyle, by od razu obniżyć rachunek?). Kłamał rzecz jasna, jajka wcale nie były smaczne—ale po pierwsze nie powie tego żeby Mae nie było przykro, a po drugie jego posiłek nie będzie teraz dla kelnera żadnym argumentem. - Choć moja córka - rzucił by wyeliminować bycie jego romantycznym rywalem (po przesadnej reakcji Titusa oraz zostaniu oświeconym przez Daniela, że związki z różnicą wieku istnieją Ambrose bardziej zwracał uwagę na to, czy nikt nie bierze jego i Maelle za parę—czasem wychwytywał, że tak i nie robił z tym nic; ale w trakcie walki o zniżkę samcza rywalizacja nie zadziała na niczyją korzyść), ale słowa i tak przyszły mu naturalnie, bez namysłu - narzekała, że tost jest trochę zbyt suchy. - oparł się wygodniej, oddając Maelle pola. Bez dalszego marudzenia zapłacił każdą wynegocjowaną kwotę.
- Chodźmy, trzeba wykorzystać dzień. - zarządził, gdy kwestia rachunku była załatwiona. Kontrolnie zerknął na to, czy obydwoje mają czyste buty (tak), bo to ważne w drogich domach towarowych, a potem poprowadził Mae ulicami Dublina.
- Byłaś tu już kiedyś? Wymyśl mi wymówkę, którą przedstawię ekspedientkom. Szukamy kreacji na Sylwestra? Nie, to za daleko. Na twój bal zaręczynowy? Na bal, na którym ja będę szukał wybranki serca? - układał plan z figlarnym uśmiechem, bo tak naprawdę nie liczyło się to, co powiedzą ekspedientkom: tylko jak to zrobią.
1x k100 (kłamię sobie do kelnera +10):
27
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
06-04-2026, 12:07
Brew zakrzywia się ku górze przy wspomnieniu ryb. Wędkarstwo kojarzy się jej ze starymi ludźmi, zmęczonymi życiem i spragnionymi spokoju, dlatego ćwierćwila nie widzi w tym nic atrakcyjnego. Siedzenie na brzegu jeziora albo na chybotliwej łódce i wpatrywanie się godzinami w taflę wody, czekając, aż niezbyt uroczo pachnąca zwierzyna w końcu raczy wykazać się głupotą i nadziać na haczyk, ukryty przez wijącego się robaczka? To dobre dla mężów, którzy uciekają przed niekończącym się gderaniem żon i medytują, ucieszeni ciszą.
- Wyrazy współczucia - rzuca lekko, swobodna, choć w jej głosie na próżno szukać empatii. Skoro przegrał zakład, ma za swoje. - Jestem nawet ciekawa, czy uda ci się coś złowić - uśmiecha się znad ociekającego dżemem tosta, gotowa postawić kilka galeonów na to, że Ambrose koncertowo polegnie. Pociągnie za wędkę nazbyt gwałtownie, zacznie się niecierpliwić i wiercić, ewentualnie sam wpadnie do wody w próbie wyciągnięcia zdobyczy na brzeg, a każda z tych wizji dodaje ognia do chichotu budzącego się w jej gardle. - Wiesz, że nie musisz rzucać żadnego uroku? - pyta po chwili i opiera brodę na dłoni, wpatrując się w niego przenikliwie, jakby próbowała przeczytać treść zapisaną niewidzialnym atramentem na jego skórze. Coś się w nim zmieniło, obserwuje to od jakiegoś czasu. Dawniej otoczony sztywnym murem Day wydaje się wreszcie wystawiać swoją twarz do słońca. - Częściej po to sięgasz - definiuje swoje wnioski, przekrzywiwszy lekko głowę. - Bawisz się tym - uśmiecha się ciut ostro, kapryśnie. Do niedawna Ambrose patrzył na samego siebie jak na abominację, coś sztucznego, wynaturzenie przechadzające się między ludźmi. - Gdzie twoje poczucie nieprawdziwości i braku honoru? - pyta bez nagany, wręcz przeciwnie. Podoba się jej, że Day śmielej naciąga na palce aksamit wilich genów i pozwala sobie okręcać ją wokół kobiecych serc.
- Bo znikają, kiedy ktoś szybciej je kupi - wyjaśnia mu cierpliwie, wzruszając ramionami, zaś wyraźnego nawiązania do jego małżeństwa nie komentuje inaczej, niż przytaknięciem. Mimo upływu lat w jego sercu nadal skrywa się dużo goryczy i Maelle wątpi, że poczucie zmarnowanego życia kiedyś go opuści.
Pojawienie się kelnera zbiega się w czasie z ostatnią wędrówką języka wokół opuszki kciuka usmarowanego dżemem. Maelle jest świadoma spojrzenia, które posyła jej Ambrose, ale z jej swobodnej i nonszalanckiej postawy trudno wyczytać, czy zamierza go posłuchać. Często lubi zachowywać się na przekór, podkreślać swoją wolność, swoją autonomię, podążając za kapryśnością wpisaną w jej naturę razem ze srebrnymi włosami i czarem, którego nie sposób jej odmówić. 
Chyba planuje być niepokorną również tym razem, dopóki Ambrose nie nazwie jej swoją córką. Wtedy wszystko, co jest dla niej pewne i znajome, zaczyna rozpadać się na popiół. Niezależny fundament, który w sobie zbudowała w Dotyku Wili, chybocze się w posadach. Jej własny ojciec poświęcił ją dla swojej wygody, a teraz ten, w którym zaczęła dostrzegać ojca zastępczego, którego wybrała, niemal to formalizuje, choćby tylko w opowiastce zbijającej wysokość rachunku. Maelle czuje ucisk za swoim mostkiem, a fasada pewnej siebie ćwierćwili lekko się rozmywa, podobnie do farby akwarelowej, do której ktoś dodaje zbyt dużo wody. Może łez. Te tłumi jednak głęboko w środku, bo są dowodem słabości. Potrzeby, która daje Ambrose'owi władzę nad nią w sposób, który od kilku lat uważała za niemożliwy.
Oplata dla niego - dla taty, dla taty, dla taty - wilim urokiem biedaka, który finalnie daje im dwadzieścia pięć procent zniżki, choć wie, że jej magia nie jest tak silna, jak powinna być, Maelle nie może się na niej skupić, zdekoncentrowana echem słów jasnowłosego czarodzieja. Zakorzeniają się w niej i rozprzestrzeniają, wzbudzając wzruszenie, którego bardzo próbuje po sobie nie pokazać. Jeszcze zanim wyjdą sięga do torebki i wyjmuje z niej małe zawiniątko, kładąc je na blacie i licząc, że zmiana tematu pozwoli jej się otrząsnąć.
- Odrobinę spóźniony prezent - mówi, kiedy podnoszą się ze swoich miejsc, i kładzie na stole elegancko opakowane zawiniątko. Potem wspina się na palce i opiera dłoń na policzku Ambrose'a, na drugim złożywszy miękki pocałunek. - Wszystkiego najlepszego - mówi aksamitnie. W puzderku czeka na niego srebrna papierośnica-złodziejka, ozdobiona grawerunkiem jego imienia i nazwiska. Symboliczny prezent, z pewnością nie tak imponujący, jak podarek od Titusa, przede wszystkim dowodzi jednak pamięci, co w jej przypadku nie jest częste. - Nie interesują mnie suknie wieczorowe, takich mam nadmiar. Ale jeśli chcesz wymówki, szukamy tego, co wpadnie nam w oko, bo postanowiłeś w ten sposób odwdzięczyć się za moje rady co do twojego życia łóżkowego - proponuje zaczepnie, mając w pamięci rozmowę o "50 Czarach Greya". Dla niej zabawa ekspedientkami w zasadzie się nie liczy, to Ambrose ma na to chrapkę; wychodzą razem z kawiarni i ćwierćwila prowadzi ich dublińskimi ulicami, dopóki nie wyrośnie przed nimi sklepowa witryna. - Gotowy? - pyta, zerkając na niego spod wachlarza rzęs.

przekazuję srebrną papierośnicę
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
Wczoraj, 23:31
- Myślisz, że może się udać za pierwszym razem? - nie wyczuł żartu, a samemu szczerze wątpił w swoje rybackie umiejętności. Wierzył, że każdą umiejętność należy wyćwiczyć, jak grę w Quidditcha. Z drugiej strony, dzieci udało mu się spłodzić za pierwszym razem... może coś w tym jest?
- Wiem, ale bez uroku mogą na ciebie krzywo patrzeć jeśli uznają, że jesteś w przymierzalni zbyt długo i wyczują, że - nic - za mało kupisz. - wyjaśnił od razu; nie wyczuła jego intencji? Może i nie lubił chodzić po sklepach (jaki mężczyzna lubił?), ale miał rozpieszczoną przez teściów żonę i roszczeniową matkę, spędził w domach towarowych więcej czasu niż by sobie życzył. Pamiętał nawet rozkład ubrań w tym, który zawalił się w Londynie dwa lata temu. Wynudził się tam tak bardzo, że prawie sprawdził dokumentację magicznych schodów ruchomych w budynku, ale mama kazała mu pomóc z wyborem prezentów dla sąsiadki, więc ostatecznie tego nie zrobił. A potem budynek się zawalił i nie musiał już tam chodzić oraz dostał miłą łapówkę od prefekt, która kiedyś odjęła mu punkty.
Ale może w Eire powinien sprawdzić dokumentację jeśli nabierze podejrzeń, że budynek jest stary (na szczęście okaże się stosunkowo nowy), tak na wszelki wypadek.
Czując na sobie spojrzenie Maelle zrozumiał jednak, że źle zrozumiał pytanie.
- Wiem, że nie muszę. - powtórzył, cieplejszym tonem. Martwiła się o jego komfort? Mało kto to robił, zresztą... przecież samemu zaoferował. Czy może raczej zapamiętała jego marudzenie i jego przestrogi? Każda z opcji sprawiała, że zrobiło mu się trochę cieplej na sercu. Chciał, żeby uważała i nie chciał... zdradzać, że chociaż narzekał na urok w rozmowach z ćwierćwilą to (nad)używał go często w sklepach, w kolejkach, w restauracjach i sytuacjach wymagających pośpiechu i wygody. Nie bez konsekwencji, raz na jakiś czas trafiała się w końcu taka sytuacja jak z wystawieniem mandatu Mandy (chyba tak miała na imię...?) . - Ale chcę. - uśmiechnął się psotnie. - Zresztą wierz lub nie, ale w młodości się tym bawiłem, bo nie myślałem o konsekwencjach. - wyznał i zamyślił się na sekundę. Może ostatnio faktycznie częściej po to sięgał...? - Chyba masz rację. - odpowiedział na pytanie, którego nie zadała. - Titus się domyślił, więc może trochę przestałem się kryć. - zorientował się. Nie, żeby przyjaźń z Harrisonem powstrzymywała go od czegoś, co robił przez całe życie, ale dopiero teraz zrozumiał, że wraz z prawdą odpadła konieczność udawania przy nim, że to tak samo się dzieje. Doszła za to konieczność znoszenia wymownych i chyba krytycznych spojrzeń. - I przekonałem się jak to jest, gdy ktoś zrzędzi na sam widok, więc pobawmy się i samemu... powściągnę gadki o honorze. - skapitulował. - Zresztą, nie chodziło o domyb towarowe i granie na nosie napuszonym ekspedientkom. Tylko...  no, wiesz, o prawdziwe uczucia. - mruknął (tak jakby nie było to dla niej ewidentne), na moment wbijając wzrok w filiżankę.
- Nie znikają, o ile nie odwiedza się krawca, bo produkowane masowo. - uściślił, ale powstrzymał dalszy wykład o domach towarowych, bo przy stoliku pojawił się kelner. A gdy Ambrose znów zwrócił wzrok na Maelle, wydawała się... nieswoja. Przyjrzał się jej uważniej, usiłując odgadnąć co kryje się za fasadą jej uśmiechu; w nieco zbyt częstych uderzeniach rzęs i nieco zbyt napiętych mięśniach twarzy. Gdyby jej nie znał, pomyślałby, że po prostu uśmiecha się ślicznie, ale ją znał i coś się zmieniło... ale co?
Na nic nie umiał odgadnąć, poza narastającym przekonaniem, że coś było nie tak.  Zapłacił, co jakiś czas zerkając na nieprzeniknioną minę Maelle i zauważając jej lekko szkliste oczy.
Doszedł do jedynego logicznego wniosku, że... chyba musiał zrobić jej przykrość? Zamyślił się, analizując gorączkowo czym, ale zanim zdążył spytać—wyjęła coś z torebki i znienacka pocałowała go w policzek. Nie cofnął się od jej dotyku, nie robił tego odkąd wypalili razem pierwszego papierosa; odkąd samemu złapał ją za rękę by odciągnąć ją od awanturującej się żony klienta burdelu zanim ta uwolni się spod jego uroku. Z perspektywy czasu rozumiał, dlaczego dla osób postronnych mogło to wyglądać dezorientująco, jak dla Titusa w mieszkaniu. Już nigdy nie chciał postawić Maelle w takiej sytuacji jak w mieszkaniu, dlatego powiedział do kelnera to o córce... Między innymi dlatego...
Już chciał spróbować jej to wyjaśnić, gdy usłyszał życzenia.
- Z okazji urodzin? - wyrwało mu się ze zdziwieniem. Były, minęły, prawie zdążył już zapomnieć, bo zwykle pamiętali o nich tylko mama i Titus. A dzieci tylko wtedy, gdy Dolores im przypomniała—czyli nie w tym roku. - Dziękuję. - powiedział jeszcze zanim otworzył pakunek, zbity z tropu. A gdy otworzył (bo wypadało to zrobić od razu), zamarł, zdziwiony równie mocno jak wtedy, gdy zobaczył pod łóżkiem najdroższą miotłę. Papierośnice nie kosztowały tyle, ile miotły, ale nawet na pierwszy rzut oka widział, że ta była droga. I personalizowana. Teraz to jego coś ścisnęło za gardło—nie przykrość, tylko to, czego nie umiał przed chwilą zinterpretować w minie Maelle. - Dziękuję. Nie musiałaś... pamiętałaś... - zakłopotał się wyraźniej, opuszkami palców przesuwając po grawerunku. - Jeśli ktoś ją ukradnie, będę wiedział i wyląduje w areszcie. - zażartował. - Zapalimy na ulicy? - otworzył papierośnicę, by przełożyć do niej własne papierosy—kupił na dzisiejsze spotkanie te, które zawsze palili razem, w ktorych dymie wyglądali jeszcze piękniej. Zanim zdążył to zrobić, z cichym "puf" pojawił się w niej jednak inny papieros, kogoś z sąsiedniego stolika. A potem drugi. Roześmiał się, wbrew sobie (bo wciąż zżerało go to, że może zrobił jej przykrość). - Mam Auraglow, ale możemy na początek spróbować tych. - ciekawe, co upolowała złodziejka.
- Wymówka jak wymówka. - zgodził się. Jeśli chciała go speszyć, to się nie udało. Błysnął zębami w uśmiechu, ktory zbladł dopiero, gdy Day spoważniał. - A miałabyś dla mnie rady? Teoretyczne? Gdybym... kiedyś spytał? - zapytał poważniej, nie siląc się nawet na udawaną nonszalancję. - Gotowy. - podał Maelle wiosenny płaszcz i ramię, bo choć chciał ją o coś spytać, to prywatniej będzie zrobić to na ulicy. Zwłaszcza, że kelner nadal gapił się na nią jak ciele w malowane wrota.
- Mae... - zaczął, gdy znaleźli się na chodniku. - Nie zrobiłem ci przykrości, tam w kawiarni? Rachunek... nigdy nie musisz tego robić, jeśli ci niekomfortowo. - o to chodziło, o urok? Czy raczej o to, że... - Nazwałem cię... tak, żeby nikt nie pomyślał o tobie nic... że my... Kiedyś mnie to bawiło, ale nie chcę żeby ludzie tak o nas—o tobie—myśleli gdy jesteśmy gdzieś razem. - zaczął się tłumaczyć, bo roztrząsał to od dziesięciu minut i może faktycznie przesadził z tą córką. Po pierwsze, miała ojca. Po drugie, miała chujowego ojca. Nic dziwnego, że zrobił jej przykrość. Już chciał ją przeprosić i się wycofać, ale.... nie był człowiekiem, który się wycofuje. - Poza tym, nie znam innego słowa, które mogłoby opisać... - spróbował zebrać słowa. Zawsze było to trudne, gdy w grę wchodziły w emocje i podwójnie trudne, gdy rozmawiał z kimś w cztery oczy, bez kopiącego go w kostkę Titusa (ale Mae niespecjalnie go lubiła, więc przynajmniej o to nie musiał się martwić). -... to, jak o tobie myślę. Więc nie chciałbym zrobić ci przykrości, ale chciałbym móc tak mówić, jeśli ci to nie przeszkadza. - za moment, w domu towarowym, do którego właśnie dochodzili, ale ewidentnie nie miał na myśli tylko kolejnej wymówki.

jestem przekonany, że twoje wzruszenie to przykrość ogromna
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 08-04-2026, 15:16 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.