• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Zamek (Dover)
Zamek (Dover)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
23-01-2026, 23:07

Zamek (Dover)
To imponująca średniowieczna twierdza położona na klifach nad kanałem La Manche, uznawana za jedną z najpotężniejszych warowni w Anglii. Zbudowany w XII wieku przez króla Henryka II, przez stulecia pełnił strategiczną rolę w obronie kraju – od średniowiecza po dzień dzisiejszy. W jego murach znajdują się świetnie zachowane wieże, bramy i kaplica św. Marii, a z zamkowego wzgórza rozciąga się panoramiczny widok na morze i białe klify Dover. W podziemiach twierdzy można zwiedzać tunele wojenne, które służyły jako centrum dowodzenia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Leopold Flint
Śmierciożercy
To diabeł nas pociąga, dzierżąc nici końce, że w rzeczach wstrętnych dziwne widzimy uroki
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
03-04-2026, 15:17
Kobieca dłoń pod palcami nie ciąży jak jeden z tych przykrych obowiązków, którym musiał sprostać, by udowodnić nie tylko rodzinie, ale przede wszystkim samemu sobie, że jest warte tyle, co nazwisko, jakie nosi. Jest nieco chłodniejsza od temperatury jego odpowiedniczki i miękka, jak alabaster, lub marmur, którego biel razi go w oczy, gdy wpatruje się przez chwile w kamienną wnękę oświetloną przez ostre promienie popołudniowego słońca.
Pomimo iż czuje na sobie ciężar jej spojrzenia, mruży oczy, uparcie wpatrując się plamy światła, jakby w obawie przed tą konfrontacją, lecz źródło leku, jaki zakradł się pod skórę i zatopił w trzewiach, tkwi w nim, nie w niej - jest piętnem wstydliwego sekretu i słabości, jak blizna po oparzeniu, która przecina skórę jego ramienia, bezlitośnie przypominająca mu o porażce, którą doświadczył w chłodzie norweskiej nocy.
- Wydaje ci się, że doskonałość znajduje się w zasięgu ludzkich rąk? - uśmiech, który dotychczas figurował na jego wargach, nieco przygasa, jakby wokół nich zaczęły zbierać się czarne chmury smutku, a mimo to lekkie napięcie, wciąż wyczuwalne powietrzu, nie gęstnieje; jest takie jak wcześniej - czuwa nad przebiegiem ich rozmowy, jak surowe przypomnienie o obowiązku, który na nich ciąży; jak granica, której nie warto przekroczyć. - Nie zawsze to, co chcemy ocalić, jest warte ocalenia - zauważa na ułamki sekund zamkniętych w dwóch uderzeniach serca, przypominając sobie rozpacz, jaka zerknęła do spojrzenia ojca, gdy stracił coś, co wydawało mu się nietykalną świętością - Czasem, ulegając temu błędnemu przekonaniu, tracimy z oczu to, co było naprawdę ważne, a co wcześniej sprawiało wrażenie, przynajmniej w naszym mniemaniu, czegoś równie trwałego, jak mury tego zamku.
Iris ma coś, co chce chronić za wszelką cenę? Coś, bez czego nie wyobraża sobie dalszej egzystencji? Coś, co jest jej równie niezbędne do życia, co organ w ciele? Dla Leopolda kimś takim jest jego siostra. To, co do niej czuje, te chore przywiązanie, wrażenie, że ich dusze scaliły się w jedno jeszcze w ciele matki. a teraz szukają się rozpaczliwie, jakby nie mogły żyć bez siebie, spragnione swojego istnienia. Dla nie był gotowy na każdy rodzaj okrucieństwa. I przez myśl o tym, że niedługo jej bezpieczeństwo przekaże w ręce kogoś, komu złoży małżeńskie śluby, czasem znajdował się na pograniczu histerii. Iris będzie tą, która uratuje go przed zanurzeniem się w jej odmętach? Będzie tą, która złapie go za rękę i nie puści nawet, jeśli będzie warczeć i wbijać płytki paznokci w jej miękką, stworzona do kartkowania wiekowych ksiąg skórę?
Wydawało mu się, przed tym spotkaniem, że wszystko od jej dotyku po spojrzenie będzie mu wstrętne, lecz nie jest takie, co sprawia, że czuje się tym wszystkim bardziej przytłoczony.
Ich oczy spotykają się dopiero wówczas, gdy mówi o sobie, o swoim życiu, wsłuchuje się w jej głos, chociaż pierwsze kilka słów wydobywa się z oddali, jakby spod powierzchni wody. Czując jak jej palce owijają się mocniej wokół jego dłoni - jakby szukała w nim oparcia. Odwzajemnia ten gest, chociaż przez długość jednego spojrzenia walczy sam ze sobą, aby nie ścisnąć ją nieco mocniej i przetestować granicy jej bólu.
- Nie sądzisz, że uczucia, zwłaszcza te wielkie, które wymagają poświęcenia, stają się słabością?
Leopold dorastał w przeświadczeniu, że miłość - i jakiekolwiek jej przejawy - są niczym więcej jak oznaką słabości, podobnie jak uzależniające przywiązanie, które czuł względem własnej siostry. Iris stanie się lekarstwem na tę dolegliwości, czy przekleństwem - a może jednym i drugim?
Jeżeli czegoś się uczyl, bywając na salonach, do tego, że małżonkowie powinni być swoimi sprzymierzeńcami, nie wrogami, dlatego też nie chce rozpatrywać jej egzystencji w kategorii przeszkody, która wyrosła na jego drodze, jak twierdza nie do zdobycia.
- Flintowie rodzą się po to, aby odnieść zwycięstwo. Każda porażka, jakiej doświadczają po drodze do tego celu, stanowi przypomnienie, że wielkość nie jest tylko przywilejem, ale czymś, na co trzeba sobie zasłużyć - mówi, a swój wzrok zatrzymuje na ćmie zaplątanej w pajęczej sieci. Obserwuje jak te małe, kruche żyjątko kona powoli, desperacko poruszając swoim skrzydłami - najpierw gwałtownie, a potem, z sekundy na sekundę- z coraz mniejszym zapałem, każdym drżeniem przybliżając się do własnego końca. - Przeze mnie przemawiają te same ambicje - dobywa głosu w chwili, kiedy ćma zamiera bezruchu; widzi w tym pewnym alegorię ich losów splątanych ze sobą nieoczekiwanie w supeł zależności. - Chcę na to zasłużyć. Chcę przynieść chlubę swojemu nazwisku i chcę, zupełnie jak ty, wznieść na fundamencie lojalności i zaufania więź, jaką zbuduje wspólnie z kobietą, która wkrótce stanie się moją żoną.
Z tobą, Iris, dopowiada jego spojrzenie, gdy sięga nim najpierw jej ust w kolorze herbacianego różu, potem jej oczu, które kolorem przywodzą na myśl morze tuż przed sztormem - w momencie, w którym błękit przechodzi w szarość.
Trzymajac pewnie jej dłoń w swoich stwardniałych palcach, unosi ją na wysokość ust i dotyka delikatnie ich brzegiem wierzchu jej dłoni, spoglądając jej w oczy.
Dystans, który ich dzieli, przestaje być nagle przepaścią, staje się odległością mierzoną w kilkunastu krokach.
- Wygląda na to, że pozostawiliśmy pierwszy krok na drodze do wzajemnego zrozumienia, panno Nott.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
03-04-2026, 19:02
Kamień pod ich stopami był chłodny, nasiąknięty wilgocią dnia, który nie potrafił zdecydować się między światłem a cieniem. Wysokie mury zamku wznosiły się wokół nich ciężko i spokojnie. Światło wpadające przez wąskie prześwity przecinało przestrzeń ostrymi smugami, rozbijając półmrok na fragmenty - złoto i cień, ciepło i chłód.
Iris pozwoliła, by cisza po jego słowach wybrzmiała do końca. Nie cofnęła dłoni. Ich palce wciąż były splecione - jego pewne, jej chłodniejsze, ale nie wycofane. Przez moment patrzyła na miejsce, w którym ich dłonie się stykały; na miejsce, w którym jego usta musnęły jej skórę. Miała wrażenie, że jej twarz wyraża więcej niż by sobie życzyła. Że po raz pierwszy nie trzyma w sobie emocji, tylko pozwala im w pełni wybrzmieć.
Dopiero potem ruszyła. Powoli. Nie oglądając się, nie pytając - jakby oczywiste było, że pójdzie za nią.
Kamienne ściany prowadziły ich wzdłuż wąskiego krużganka, gdzie echo kroków odbijało się cicho i miękko, tłumione przez wiekową strukturę murów. Z zewnątrz dochodził odległy szum wiatru, który ocierał się o blanki, jakby próbował wedrzeć się do środka i zostać tu na dłużej. — Zwycięstwo… — Powtórzyła może nieco rozmarzonym tonem. Nie zatrzymała się, a słowo zawisło między nimi, jakby wypowiedziane przez nią nabrało innego znaczenia.
Jej spojrzenie przesunęło się po murach - po pęknięciach, po miejscach, gdzie kamień był gładszy, jakby przez lata dotykano go częściej niż innych fragmentów. — Jest to równie godne podziwu co przekonanie mojej rodziny, że przechowywane przez nas księgi są niezwykłe i unikatowe. Choć, trzeba im przyznać, faktycznie są — Szerszy uśmiech rozświetlił jej twarz, błysk w oku mignął w jego kierunku. — Nie będzie to dla ciebie zaskoczeniem, gdy powiem, że byłam ciekawa Twojej rodziny. Ograniczyłam jednak poszukiwania do tego, co mogłam znaleźć w przeszłości — Ciągnęła dalej i niemal nieświadomie przeciągnęła kciukiem po jego dłoni, całkowicie pogrążona we wnioskach, którymi chciałaby się z nim podzielić. Ruch, który wydawał się być naturalny. — Ilość osiągnięć w dziedzinach sportowych jest zapierająca wdech, a determinacja i upór w osiągnięciu postawionych sobie celów nie równa się z żadną inną rodziną, której historię przyszło mi studiować — Zatrzymali się w komnacie, która najpewniej niegdyś służyła za jadalnię. — Nie wiem czy miałeś kiedyś możliwość zapoznania się z małżeństwem naszych przodków, Eleanory Nott i Magnusa Flint. Ich małżeństwo było definicją siły, determinacji i wzajemnej pomocy. Prawdopodobnie właśnie dzięki nim przetrwały archiwa mojej rodziny. Coś, co dla Eleanory miało największe znaczenie.
Poprowadziła go dalej, ukradkiem spoglądając w jego stronę i badając reakcję - czy oczekiwała dostrzec w nim zadowolenie na zadany sobie trud zrozumienia z jakie rodziny pochodził? Być może. Jednak o wiele bardziej interesowało ją czy ta krótka wzmianka o małżeństwie zawartym w siedemnastym wieku, obudzi w nim refleksję, która ją uderzyła. Ich przodkowie zawarli sojusz, który później przekuli w zgodne i dobre małżeństwo. Czy dzielili uczucie? Tego nie wiedziała.
Ich kroki zwolniły, gdy przestrzeń nieco się otworzyła. Przed nimi rozciągał się fragment dziedzińca - pusty o tej porze, z nieruchomą powierzchnią kamiennych płyt i cieniem rzucanym przez wysoką wieżę. Światło było tu inne - rozproszone, bardziej miękkie. Iris zatrzymała się dopiero wtedy. Odwróciła się ku niemu. Powoli. Jej spojrzenie było spokojne, ale nie obojętne. Nie unikała jego oczu - przeciwnie, zatrzymała się w nich na moment dłużej, jakby świadomie pozwalała tej chwili trwać.
— Uczucia nie osłabiają — Oznajmiła tonem twardo stojącym na swoim. Jeśli w to nie wierzył, to być może ona miała być tą, która to zmieni. — Zmieniają, ale na pewno nie osłabiają. Co więcej, uważam, że można przekuć je w siłę.
Jej palce poruszyły się nieznacznie w jego dłoni - ledwie dostrzegalnie, jakby ten gest był dopowiedzeniem, którego nie ubrała w słowa. Wiatr przesunął się gdzieś wyżej, między kamieniami, niosąc ze sobą chłód, który na moment dotknął jej twarzy. Nie drgnęła, tylko lekko uniosła podbródek. Przez chwilę nic nie mówiła. Miała wrażenie, że ich oddechy wyrównały się niemal niezauważalnie.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Leopold Flint
Śmierciożercy
To diabeł nas pociąga, dzierżąc nici końce, że w rzeczach wstrętnych dziwne widzimy uroki
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
06-04-2026, 00:56
Nie skupia się już na zamku, na otaczających ich walorach estetycznych, na wiekach historii zaklętych w chłodny, niezdobycznych murach, w których się znaleźli. Nie potrafi podążać za echem przeszłość, bo Iris Nott pochłonie całą jego uwagę. Studiuje jej mimikę, mowę ciała, każdy uśmiech, jaki zamiera na jej wargach. Jakby chciał nauczyć się jej na pamięć, chociaż wie, ze to nie kwestia kilku godzin, a miesięcy, może nawet lat. Niewykluczone, że nigdy nie odkryje jej wszystkich sekretów. Możliwe, bardzo prawdopodobne, że uczyni ją nieszczęśliwą, że pod dotykiem jego dłoni zwiędnie, że na światło dzienne wywlecze mrok, jaki być może w niej tkwi; że sprawi, że w jej spojrzeniu zapłonie odraza - do Leopolda i nazwiska, jakie otrzyma wraz z małżeńską przysięgą, którą sobie złożą, a na przestrzeni lat zmieni się w nienawiść. Nie myśli o tym obecnie. Teraz wszystko wydaje się mało ważne w obliczu tego, co mówi i jak mówi. Uśmiecha się lekko, gdy z rozmarzeniem, jakby na moment zapomniała gdzie jest i z kim jest, wypowiada słowo zwycięstwo.
Do czego nas to doprowadzi, Iris? Do zwycięstwa? Czy przegranej? Kto będzie się radować z naszego szczęścia, a kto będzie się napawał naszym nieszczęściem?
Jej dłoń w jego dłoni jest jednym, co trzyma go na powierzchni rzeczywistości. Po chwili dochodzi do tego też jej głos. Szczere wyznanie, że nazwisko Flint stało się obiektem jej zainteresowania. Nie mogło być inaczej. Każde z nich zasięgało informacji u źródeł, które były im dobrze znane.
- Jeśli dane mi będzie kąpać się w promieniach glorii, chce mieć u swego boku kogoś, z kim będą mógł dzielić tę radość - oszczędność w słowach to wszystko, co może jej podarować w zamian, lecz uśmiech, jak zarysowuje się na jego ustach jest oznaką zadowolenia, jednak szybko zmienia się w inne grymas. Zadumy. Refleksji.
Losy Eleanory Nott i Magnusa Flinta, do tej pory mu nieznane, dają do myślenia, a treść ich wcześniejszej rozmowie - tej o cenie, jaką należy zapłacić, by chronić coś, co jest naprawdę cenne - nabiera głębszego znaczenia.
- Ich relacja, zbudowana na zgodzie i wzajemnym wsparciu, jest godna podziwu.
Czy będzie potrafił być dla niej takim samym wsparciem, jaki był Magnus dla Eleanory? To jedno z tych pytań, na które nie ma gotowej odpowiedzi. Zna ją zbyt krótko. Ponadto docenia hardość, jaka towarzyszyła jej słowom, lecz nie ufał tej nieustępliwości, którą się wykazała. Na czym opierała swoje przekonania? Ślepiej wierze, że miłość uzdrawia dusza i skłonna jest do każdego poświęcenia? Na życiowym doświadczeniu? Czy kiedyś,w przeszłości ,przykuła swoje uczucia w siłę?
- Chciałbym w to wierzyć, chciałbym ufać twoim słowom, a nawet nosić je pod sercem jak talizman, ale na własne oczy widziałem, jak wielkie uczucia zmieniają się w pył i zabijają od środka.
Rozpacz ojca. Jego ucieczka od życia, jakie wiódł ze swoją żoną, która odeszła nagle, zanim nauczyła swoje dzieci czym jest mateczna miłość. Separacja najpierw od córki, która przypomniała ją w gestach, uśmiechu i rysach twarzy, a potem także od dwójki swoich dzieci. Pozostawienie ich w trzewiach rodowej posiadłości - obcej, ogromnej, pustej i powierzenie ich wychowanie w despotyczne ręce własnego ojca. Siedemnaście długich lat żałoby, która, miał wrażenie, nigdy się nie skończy.
Czuje, jak jej palce poruszają się w jego dłoni. Zamyka je nieco mocniej w klatce swoich własnych. Jakby rzucał jej wyzwanie. Pokaż mi, Iris, pokaż mi, jak sprawić, by to, co dotychczas nazywałem swoją słabość, stało się moją siłą.
Znowu, w dwóch krokach, zmniejsza dystans, jaki ich od siebie oddziela. Spogląda jej prosto w oczy - te, w którym mógłby zatonąć, gdyby nie umiał pływać, gdyby był ckliwym głupcem ulegającym magii chwili; gdyby tkwił w nim pierwiastek romantyka.
- Zagrajmy w otwarte karty, Iris - proponuje, dotykając palcami drugiej dłoni jej policzka; muska samymi opuszkami jej piegów - ostrożnie, delikatnie, jakby w rękach miał coś drogocennego i kruchego, coś, co mogłoby się rozpaść pod silniejszym naciskiem. – Czego oczekujesz od swojego przyszłego małżonka?
Zieleń jego oczu spotyka się ze stalą jej spojrzenia, a kontakt wzrokowy dopowiada to, czego usta nie zdołały.
To moment negocjacji. Moment, gdy może przedstawić mu swoje warunki układu, jaki ma ich połączyć nierozerwalnym węzłem małżeńskim.
Słucham, Iris, czego ode mnie oczekujesz?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
06-04-2026, 11:03
Nie cofnęła się, gdy jego dłoń uniosła się ku jej twarzy. Przez ułamek sekundy - krótszy niż oddech, a jednak wyraźnie odczuwalny - coś w niej drgnęło. Nie był to lęk, raczej echo dawno wyuczonych odruchów, które przez lata kazały jej zachowywać dystans, kontrolować każdy gest, nie pozwalać sobie na nieostrożność. W innym czasie, w innej sytuacji, zrobiłaby krok w tył. Przywróciła granicę, którą tak konsekwentnie budowała między sobą a światem.
Tym razem jednak została. Nieruchoma, skupiona, świadoma ciężaru tej chwili. Pozwoliła, by jego palce musnęły jej skórę - policzki skropione piegami, które kuszone coraz cieplejszą pogodą i częstszym słońcem, jeszcze bardziej uwidaczniały się. Przez jasną karnację przebijał się blady rumieniec, naturalna reakcja jej ciała na bliskość, której nie spodziewała się.
Nie spuściła wzroku. Jej spojrzenie trwało przy jego oczach z tą samą uważnością, z jaką wcześniej badała mury zamku - jakby i on był strukturą, którą należało odczytać, zrozumieć, rozpoznać w jej pęknięciach i wzmocnieniach. Nie było w tym spojrzeniu ani uległości, ani wyzwania. Była obecność. Cicha, nieustępliwa zgoda na to, by ta chwila wydarzyła się w pełni.
Cisza, która ich otoczyła, nie była pustką. Była gęsta i ciężka od znaczeń, jak powietrze przed burzą - nabrzmiałe tym, co jeszcze niewypowiedziane. Wiatr przesuwał się gdzieś wysoko ponad nimi, przeciskając się między kamieniami, niosąc ze sobą chłód, który osiadał na murach, na ich skórze, na materiale jej płaszcza. A jednak między nimi pozostawało coś cieplejszego. Jakby w tej przestrzeni, zamkniętej między spojrzeniami i oddechami, stworzyli własny porządek - oderwany na moment od świata, który ich ukształtował.
Dopiero wtedy wzięła głębszy oddech. Nie gwałtownie, nie jak ktoś wyrwany z zamyślenia, lecz świadomie - jakby tym jednym ruchem porządkowała myśli, które zdążyły już przybrać kształt. W jej postawie nie było już wcześniejszego zawahania. Była decyzja.
— To zależy — Odezwała się cicho. Jej głos nie drżał. Był spokojny, wyważony. Nie odsunęła jego dłoni, nie próbowała przejąć kontroli nad sytuacją. Pozwoliła tej chwili trwać - dokładnie takiej, jaka była: napiętej, bliskiej, niejednoznacznej. — Od tego, czy chcesz przy mnie stać… — Urwała na moment, zatrzymując na nim spojrzenie. — czy tylko mnie mieć.
Jej palce poruszyły się lekko w jego uścisku - tym razem świadomie, z wyraźną intencją. Ten gest nie był przypadkowy. Był obecnością, którą zaznaczała równie wyraźnie jak słowa.
Spojrzała na rozpościerające się morze u ich stóp; czuła sól uderzającą ją w nozdrza, która nieco studziła szalejące w niej emocje. Na wzburzone fale targane wiatrem. Ten poruszył materiał jej płaszcza i kilka pasm włosów przy skroni. — Lojalność — Ciągnęła, zatrzymując powietrze w piersiach o parę sekund za długo. — Nie tylko wobec nazwiska. Ale wobec mnie.
Wróciła do niego spojrzeniem i zatrzymała je, jakby to jedno słowo miało wagę większą niż wszystko, co padło wcześniej. — Szacunek… nie tylko ten, który okazuje się przy świadkach — Krótka pauza. Jej stalowe tęczówki zaczęły powoli zachodzić łzami, a ciało doznało lekkiego drżenia. Obawiała się, że nie jest gotowa na małżeństwo. Że nie będzie potrafiła sprostać obowiązkom małżonki. Że jej myśli będą uciekać do zakazanego owocu i: a co jeśli. Tylko że tu nie było miejsca na gdybanie. Nie było miejsca na wątpliwości. Musiała brać życie takim, jakim zapisał jej los. — Tylko ten, który zostaje, kiedy nikt nie patrzy.
Jej palce zacisnęły się odrobinę mocniej na jego dłoni - nie jak prośba, nie jak zawahanie. Jak coś, co nie podlega negocjacji. — Prawda. Nawet wtedy, gdy jest niewygodna.
Nawet wtedy, gdy będę musiała wyznać ci, że jakaś część mnie poznała smak innego świata - świata, który… polubiłam. Świata, który był tak kuszący. Tak inny od tego, który znałam dotychczas. Tak dobry i w wielu aspektach słuszny. Och, George.
Postąpiła krok naprzód i wtedy niemal namacalnie poczuła jak jej ciało przeszywa błyskawica - ciskający piorun prosto z nieba. Czuła w sobie śmiałość nieporównywalną do wcześniejszych doświadczeń. Czuła odwagę, a jej myśli wypełniło przekonanie, że dzieje się z nią coś… dziwnego. Czy to pokłosie snu? Czy ktoś rzucił na nią jakiś urok? Nigdy wcześniej nie czuła się tak, jak dziś. Tak, jak przy nim.
— I akceptacja — Mocniej zacisnęła palce na jego dłoni, intensywnie mrugając powiekami. Nie mogła pozwolić sobie na słabość, na łzę, która samotnie spłynęłaby po jej policzku i jego dłoni, którą wciąż ujmował ją za twarz. — Każdej wersji mnie. Prawdziwej mnie.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Leopold Flint
Śmierciożercy
To diabeł nas pociąga, dzierżąc nici końce, że w rzeczach wstrętnych dziwne widzimy uroki
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
Wczoraj, 21:06
Nie jest płochliwym stworzeniem, lękającym się burzy przed jej nadejściem. Nie cofa się, gdy sięga dłońmi po skrawek jej policzka. Nie odwraca też wzroku. Wydaje się całkowicie skupiona na tym, co teraz, jakby nic poza tym krużgankiem i dwójką, zaplątaną w sieć rodzinnych układów zupełnie sobie obcych ludzi, nie miało większego znaczenia. Jakby zaakceptowała już wersję rzeczywistości, która na dobre scali losy z nim, Leopoldem Flintem.
Krzywi usta w subtelnym grymasie uśmiechu, dostrzegając na jej bladym policzku róż rumieńcu. Wie, jak go pogłębić, sprawić, aby jej twarz zapłonęła ogniem zawstydzenia. Na moment, trwający nieprzyzwoicie dłuższą chwile, jego wzrok ociera się o jej wargi - jaki mają smak, jaką fakturę? W dwóch gwałtownych uderzeniach sercach czuje naglą, rwącą potrzebą, by je posmakować, wraz z tym kiełkuje w nim coś nowego, to coś płonie pod skórę i nie może być niczym innym jak pożądaniem. Zaciska zęby na dolnej wardze. Trzy kroki dzielą go od tego, aby sięgnąć po to, co niedługo będzie jego, ale ta pokusa wycofuje się w głąb trzewi, jakby tlące się w nim iskry, pod naporem brzmieniem dziewczęcego głosu, wygasły.
Jej słowa padają jedno po drugim. Są jak ciosy wymierzone wprost w rdzeń jego egzystencji. Celne, budzące refleksje. Sprawiająca, że to, co wcześniej wydawało mu się oczywiste, w jednej chwili przestało takie być. Stało się bardziej znamienne. Niczym prawda, której nie można dłużej uważać za przejaw ironii losu.
Chce ją u swego boku, czy chce ją tylko mieć, jako kolejne zdobyczne trofeum, jako piękny dodatek do nazwiska, jako ozdobę salonu?
Czuje lekki ruch jej palców w swojej dłoni, jakby swoim zniecierpliwieniem chciała dać mu zrozumienia, że czeka pilnie na jego odpowiedź, która albo rozwieje jej wątpliwości, albo pogłębią strach przed tym, co nadejdzie, gdy złączyły ich małżeńska przysięga. On też czuje lęk, lecz jest to lęk zupełnie innego rodzaju. Obawa przed tym, że nie zapanuje nad emocjami, że to, co czuje do własnej siostry wygra ze zdrowym rozsądkiem, rozerwie go na strzępy, uczyni jeszcze słabszym niż był obecnie. I zrobi coś, czego będzie potem żałować; krzywdę tej, która ma niebawem stać się jego największym skarbem.
Na długo związuje język w supeł milczenia. Zachowuje je do momentu, aż jej oczekiwania wybrzmiały w przestrzeń, a morska bryza poniosła je dalej w świat, poza linie horyzontu, w miejsce, gdzie za kilka godzin zniknie słońce.
Zaskakuje go to, że nie oczekuje głębszych uczuć, że nie oczekuje od niego daleko idących deflacji miłości - stanu zupełnie Leopoldowi obcego, bo to, co czuje do Leopoldine nie może nazwać miłością. Jest wynaturzeniem, jakie zrodziło się w jego ciele. Jest pożerającym go wstydem. Jest powodem, dla którego chce czasem zniknąć.
Kiedy robi kolejny krok w jego stronę - jakby nie miała za grosz instynktu samozachowawczego i nie wyczuła zagrożenia, jakie niesie jego osoba - zastyga bez ruchu, jak zwierzę nasłuchuje zbliżających się kroków człowieka, który być może zaraz odbierze mu życie. Jej bliskość jest zagrożeniem innego rodzaju - takim, co rodzi napięcie i próbuje odciąć go od dostępu do tlenu.
W przelocie, spoglądając na skrawki jej odsłoniętej szyi, może sobie wyobrazić, jak pod skórą pulsuje tętnica, którą mógłby rozszarpać zębami, a w oczekiwaniu aż się wykrwawi, wypominać jej wszystkie złe decyzje, które podjęła.
- Czyż moje wcześniejsze słowa nie były świadectwem tego, co chce zbudować z moją przyszłą małżonką? - pyta po chwili, niemal cedząc te słowa przez zęby, właściwie przypominając sobie do czego - jeszcze - służy język. Głos ma lekko ochrypły, gardłowy. - Z tobą, Iris - podkreśla, w kolejnych dwóch krokach niemal całkowicie rujnując jej przestrzeń osobistą. - Chcę zbudować to z Tobą, bowiem już dawno zdecydowałem że nie będę sugerować się czymś tak ulotnym, jak emocje. One nie są trwałe, a coś co nie jest trwałe, nie może dużo znaczyć.
Mówił jej wcześniej, że emocje to słabość, a słabość to coś, co nie toleruje jego nazwisko; coś, co należy unicestwić. Pokonać, jak jedną z wielu przeszkód, jakie napotykał na swojej drodze.
Tym muszą być uczucia. Właśnie tym. Kolejną z nich. Jednakże ona zaprzeczyła temu stwierdzeniu. Nauczy go jak z nim żyć? Będzie wstanie to uczynić?
- Wydawało mi się, że te spotkanie skaże mnie na głębokie znużenie, a tymczasem jestem zafascynowany tym, jakie prawdy skrywa w sobie moja narzeczona - przyznaje, sięgając po to, co wcześniej, szczerość, z jakiej nie mógłby się już wyłgać. -Mówisz, że istnieje kilka wersji ciebie. Czy to wyzwanie? Mam rozpoznać która jest tą prawdziwą?
Spogląda prosto w jej oczy. Wygląda tak, jakby miała zaraz się rozpaść na drobne kawałki. Wycofuje dłoń, aby się nachylić, złożyć na jej skroni krótki, ulotny pocałunek, w niemym podziękowaniu za te spotkanie.
Nie oczarowała go, lecz zafascynowała, a to dużo więcej niż oczekiwał od tego spotkania.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Iris Nott
Czarodzieje
jesienne róże, róże smutne herbaciane; jesienne róże są jak usta twe kochane
Wiek
25
Zawód
historyk; badacz starożytnych run
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
3
Siła
Wyt.
Szybkość
5
12
6
Brak karty postaci
4 godzin(y) temu
Kamień zamku wciąż emanował chłodem, teraz jednak słońce wychyliło się spośród rozproszonych chmur i wąskim, ostrym pasmem wpadło w przestrzeń krużganka, przecinając półmrok niemal geometryczną linią. Światło osiadło na jej twarzy, rozświetlając jasną skórę i wydobywając na powierzchnię piegi - drobne, ciepłe punkty, które sprawiały, że wyglądała inaczej niż zwykle. Mniej surowo. Bardziej… żywo. Wszystko inne zdawało się w tej chwili drugorzędne - wiatr, który przeciskał się między kamieniami, szum morza dochodzący z dołu, echo odległych kroków gdzieś głębiej w zamku. Nawet jej własne myśli na moment straciły swoją zwyczajową ostrość, jakby świat zewnętrzny i wewnętrzny przesunęły się względem siebie o pół kroku.
Nie odsunęła się, gdy zbliżył się jeszcze bardziej. Czuła napięcie - nie tylko między nimi, ale w nim samym. W sposobie, w jaki mówił, w tym, jak jego głos osadzał się niżej, jakby każde słowo przechodziło przez filtr kontroli. A jednak pod tą kontrolą było coś jeszcze. Coś ostrzejszego, trudniejszego do uchwycenia, niemal pierwotnego. Instynkt, który nie pasował do jego słów o logice i strukturze. Rozpoznawała to nie dlatego, że znała takie zachowania - lecz dlatego, że jej ciało reagowało na nie szybciej niż rozum. Powinna była się cofnąć. Powinna była przywrócić dystans, który jeszcze chwilę temu był dla niej oczywisty. A jednak została. Nieruchoma, ale nie bierna. Obecna.
Kiedy jego dłoń zniknęła z jej policzka, przez krótką chwilę czuła wyraźnie miejsce, którego dotykał - jakby skóra zapamiętała ten gest i nie chciała się z nim rozstać. Nie zdążyła jednak skupić się na tym wrażeniu, bo zaraz potem poczuła coś jeszcze. Jego usta na jej skroni. To był gest powściągliwy. Krótki. Niemal nienachalny. A jednak - w tej swojej oszczędności - uderzył w nią znacznie mocniej, niż gdyby pozwolił sobie na więcej.
Zamarła. Nie w ruchu - jej ciało nie zesztywniało, nie cofnęła się, nie wyrwała dłoni. Ale coś w niej zatrzymało się nagle, jakby ktoś przeciął nić, po której do tej pory poruszały się jej myśli. Ciepło jego ust było subtelne, niemal ulotne, a jednak rozeszło się po niej w sposób, którego nie potrafiła przewidzieć. Najpierw powierzchownie - jak dotyk światła na skórze - potem głębiej, niepokojąco głębiej, niż powinno. Jej oddech urwał się na moment, a powietrze, które jeszcze przed chwilą było chłodne i rześkie, nagle wydało się cięższe. Nie dlatego, że się przestraszyła. Dlatego, że coś w niej… odpowiedziało na ten gest. I to było znacznie bardziej niepokojące niż sam pocałunek.
Nie powinna była tego czuć. Nie w ten sposób. Nie tak szybko. Nie przy kimś, kto jeszcze kilka dni temu był dla niej tylko nazwiskiem zapisanym w liście, decyzją podjętą poza nią, kimś, kogo miała dopiero poznać, zrozumieć, może z czasem zaakceptować. Kimś, kto miał być stabilny, przewidywalny, wpisany w porządek świata, który znała.
A jednak jej ciało nie reagowało jak na decyzję. Reagowało jak na obecność.
Powoli uniosła spojrzenie, odnajdując jego oczy. Słońce przesunęło się nieznacznie i teraz padało na nią pod innym kątem, rozświetlając nie tylko piegi, ale i tęczówki - stalowe, chłodne na pierwszy rzut oka, a jednak teraz przełamane czymś cieplejszym. Nie było w nich już wcześniejszego zawahania. Było coś innego. Spokój, który nie wynikał z pewności, lecz z decyzji, by nie uciekać od tego, co się wydarzyło.
Jej palce wciąż spoczywały w jego dłoni. Nie wyrwała ich. Przeciwnie - przez moment ich uścisk stał się bardziej świadomy, bardziej obecny. Jakby chciała upewnić się, że to nie jest iluzja, że nie buduje w swojej głowie czegoś, co nie ma prawa istnieć. Że to, co czuje, jest rzeczywiste - nawet jeśli nie do końca zrozumiałe.
— Każdy ma przynajmniej dwie wersje siebie — Odezwała się w końcu. Jej głos był spokojny, ale niższy niż wcześniej, jakby nie chciała zakłócać ciszy, która ich otaczała. Wiatr przesunął się ponownie przez krużganek, unosząc lekko materiał jej płaszcza i odsłaniając na moment linię szyi - miejsce, gdzie światło i cień spotykały się w delikatnym przejściu.
Na moment odwróciła spojrzenie, pozwalając mu przesunąć się po murach - po pęknięciach, po nierównościach kamienia, po śladach czasu, które pozostawały widoczne mimo prób ich wygładzenia. — Tę, którą pokazuje światu… i tę, która zostaje, gdy świat przestaje patrzeć —  Słońce zadrżało na krawędzi kamiennego łuku, jakby miało zaraz zniknąć za chmurą. — To nie znaczy jednak, że są sobie obce — Dodała ciszej, wracając do niego spojrzeniem. Jej brwi ściągnęły się lekko, nie w napięciu, lecz w skupieniu. Jakby próbowała nazwać coś, co zawsze czuła, ale nigdy nie musiała wypowiadać na głos. — Różnią się… odwagą.
Słowo zawisło między nimi, proste, a jednak ciężkie. Dostrzegła pojedyncze pasmo jego włosów wyrwane z ułożenia i śmiało sięgnęła do niego drugą, wolną dłonią - palcami zahaczyła o kosmyk, przesuwając go na swoje miejsce. Przy okazji lekko musnęła opuszkami skórę na jego czole, zatrzymując wzrok na tym miejscu o kilka uderzeń serca za długo. Cień uśmiechu przeszedł po jej twarzy, gdy umysł przeszyła myśl, że mogłaby to robić każdego dnia.
— Tą drugą wersją jesteśmy wtedy, gdy nie musimy się pilnować. Gdy nie musimy spełniać oczekiwań. Gdy nie jesteśmy czyjąś córką, czyimś nazwiskiem, czyimś… wyborem — Niechętnie opuściła wolną dłoń i zwiesiła ją wzdłuż ciała; palce drugiej poruszyły się nieznacznie w jego dłoni - tym razem wolniej, jakby każdy ruch miał znaczenie, jakby był przedłużeniem słów.Spojrzała na niego uważniej, dłużej. Słońce znów wyszło zza chmur i rozlało się po jej twarzy, rozświetlając ją miękkim, ciepłym światłem. Piegi wydawały się teraz wyraźniejsze, bardziej kontrastowe na tle jej jasnej skóry, a oczy - choć wciąż chłodne w barwie - nabrały głębi.
— Myślę, że ją rozpoznasz od razu — Powiedziała cicho. — I że będziesz wiedział, którą z nich widzisz — Delikatnie uniosła podbródek, nie w geście wyzwania, lecz w czymś bliższym pewności. — Ale jeśli zamierzasz zostać… — Zawahała się na ułamek sekundy, jakby to słowo miało większą wagę, niż chciała mu nadać. — …to musisz wiedzieć, że żadna z nich nie jest mniej prawdziwa. I tą jedną… tak naprawdę właśnie poznałeś.
Zatrważające jak łatwo jej przyszło częściowo zdjąć wyuczoną maskę panny Nott; jej myśli kłębiły się wokół poczucia, że Leopold Flint robi z nią coś, co dotychczas było jej całkowicie nieznane.
Pamięć jest jedyną formą władzy, której naprawdę się boję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 08-04-2026, 14:49 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.