• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Irlandia > Jeziora Killarney (Kerry)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
14-08-2025, 21:59

Jeziora Killarney
Na południu Kerry rozciąga się kompleks trzech jezior Killarney, połączonych rzekami i ukrytych wśród wzgórz oraz lasów. Ich wody są spokojne i przejrzyste, a brzegi porastają stare dęby i sosny, których konary pochylają się nad taflą. W pogodny dzień jeziora odbijają całe niebo, a przy wietrze mienią się tysiącem srebrnych refleksów. Wśród wysepek i półwyspów kryją się ruiny zamków, a kamienne mosty łączą brzegi jak ślady dawnej drogi. Życie tutaj płynie wolniej – rybacy znają każdy zakręt rzeki, a wędrowcy zostają na noc w ciepłych chatach, słuchając opowieści starszych mieszkańców. Killarney jest jak lustro, w którym Irlandia przegląda się od setek lat.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
01-04-2026, 19:40
10 maja 1962

Mgła pełzła nisko, przyklejona do poszycia krzaków jak wyrzut sumienia, którego nikt nie zamierzał wysłuchać ― i właśnie ta obojętność krajobrazu działała na niego kojąco. Pokraczne uwielbienie do takich miejsc miało w sobie coś z wyuczonego odruchu: czujność ostrzyła się sama, oddech dostrajał do rytmu terenu, a pamięć ― ta najbardziej uparta ― podsuwała obrazy, których wolałby nie oglądać. Było w tym coś znajomego, coś, co nie wymagało tłumaczenia. Tak jak on ― niechętny wobec obcych, zamknięty w sobie, reagujący tylko wtedy, gdy było to absolutnie konieczne. Każdy krok stawiany na nasiąkniętej wodą ziemi rozbrzmiewał głucho, jak naruszenie czegoś starszego od wszelkich instytucji, starszego niż pieczęcie Ministerstwa, które próbowały ujarzmić to, co nigdy nie chciało być nazwane. Zatrzymał się na skraju podmokłego obniżenia, pozwalając, by cisza na moment wróciła na swoje miejsce, teren miał prawo do oddechu po jego wtargnięciu. Zgłoszenia były niespójne ― jak zawsze, gdy w grę wchodził strach i brak zrozumienia ― lecz ich rdzeń powtarzał się z niepokojącą regularnością. Zniknięcie mugola. Ślady walki, urwane nagle, jakby ktoś przeciął historię w połowie zdania i uznał, że dalszy ciąg nie jest już potrzebny. I koń. Zawsze pogłos podobny do stworzenia kopytnego. Zmarszczył lekko brwi, nie tyle z konsternacji, co z rosnącego zainteresowania. Zadanie wymagało ostrożności ― i, co gorsza, przestrzegania tych wszystkich upierdliwych zasad, które miały chronić nie tylko ludzi, ale i to, co żyło poza ich rozumieniem. Granica rezerwatu była blisko; niemal wyczuwalna, jak niewidzialna linia napięcia pod skórą przestrzeni.
Wcześniejszy patrol odmówił interwencji. Oczywiście. Może być pod ochroną ― rzadka odmiana, niemal niewystępująca w tym regionie. Zbyt wygodne wyjaśnienie, by było całkowicie fałszywe, i zbyt niepełne, by można je było przyjąć bez zastrzeżeń. A świadek ― półprzytomny mugol ― utrzymywał, że „koń płakał”. Zanim go zrzucił do wody. Uniósł wzrok znad chwilowego utonięcia w odmętach myśli, wpatrując się w mleczną zasłonę mgły, oczekując, że odpowiedź wyłoni się sama, bez jego udziału. Płacz nie należał do repertuaru stworzeń, które zabijały bez wahania. Płacz sugerował coś więcej ― błąd, cierpienie, albo… świadomość.
A świadomość komplikowała wszystko.
Pozwolił dłoni spocząć bliżej różdżki, nie wyciągając jej jeszcze. Teren obserwował go równie uważnie, jak on jego ― miał tego nieprzyjemnego pewnika.
Nie był tu jednak, by likwidować ― nie tym razem; polecenie nie pozostawiało miejsca na impulsy: obserwacja, identyfikacja, ocena zasadności interwencji, wszystko to w teorii chłodne i precyzyjne, w praktyce zaś rozlewające się jak mgła nad wrzosowiskiem, pozwalające każdej myśli wykrzywić sens i każdemu błędowi znaleźć wygodne alibi. Przykucnął przy brzegu mętnej wody, której powierzchnia zdawała się nie odbijać niczego poza własną obojętnością, a ślady ― jeszcze świeże, choć nadgryzione wilgocią ― rozciągały się w nieregularnych wzorach, jakby ktoś zapomniał, że ziemia pamięta każdy nacisk. Ludzkie odciski, rozchwiane, chaotyczne, zdradzały pośpiech albo panikę, może coś gorszego na granicy szarpaniny i nieudolnej walki, co nijak nie pasowało do obrazu klasycznego kelpiego, stworzenia zbyt doskonałego, zbyt pewnego swojej formy, by zdradzić się taką niedoskonałością. Zmarszczył brwi ― ktoś tu był wcześniej, i nie był to patrol, który tak wygodnie schował się za przepisami; zbyt wiele naruszeń, zbyt ciężkie kroki, zbyt widoczna ingerencja w naturalny układ terenu. Jego uwagę skupia inna kwestia, którą łypnął między palce z błota ― resztki spętań, jednostki działały w pośpiechu albo strachu, włókna zerwane gwałtownie, ślady siły użytej bez zrozumienia. Ułożył w myślach potencjalny przebieg zdarzeń: schwytanie, walka, ucieczka ― stworzenie ranne, zdezorientowane, wyrwane z własnego porządku i sprowadzone do czystej reakcji instynktów, niebezpieczne, owszem, lecz nie bez przyczyny.
Gdy wiatr przetoczył się przez wrzosowisko, niosąc ze sobą dźwięk, który nie należał do tego miejsca, uniósł głowę; nie był to ryk ani syk, lecz coś bardziej przeciągłego, zdławionego, niemal ludzkiego ― lament, którego nie sposób było zignorować. Nie drgnął, choć palce zacisnęły się mocniej na różdżce; świadek mówił, że „coś płakało”; uznał to za majaczenie, teraz jednak nie był już tego taki pewien. Podniósł się powoli, pozwalając, by chłód procedury osiadł na nim jak druga skóra; jeśli stworzenie było ranne, mogło odbiegać od znanych wzorców, jeśli ktoś próbował je schwytać, mogło reagować agresją na każdy ruch, a jeśli w pobliżu rzeczywiście działali handlarze ― sprawa wykraczała poza standardową procedurę likwidacyjną. Zbyt wiele zmiennych, zbyt mało pewników ― idealny grunt pod raport, który nie spodoba się nikomu.
Zbliżył się o kilka kroków, z tą ostrożną rozwagą, która nie zdradzała ani lęku, ani pośpiechu, i znalazł pozycję wystarczająco wygodną, by trwać w niej dłużej, niż pozwalała cierpliwość przeciętnego obserwatora; wiatr hulał bezwstydnie po otwartym terenie, szarpiąc okryciem, podrywając wilgoć znad ziemi i czyniąc z każdego oddechu coś cięższego. Nie sprzyjał skupieniu, a jednak nie odciągał go od celu ― raczej hartował, zmuszał do wyłuskiwania szczegółów z chaosu. Czekał. Czas rozciągał się nieprzyjemnie, wślizgując między myśli, rozmiękczając je, aż wreszcie ― niemal niepostrzeżenie ― tafla wody drgnęła. Przez ułamek sekundy widzenie zawiodło go lub przeciwnie ― odsłoniło coś, co nie powinno być uchwytne tak łatwo. Sylwetka. Smukła, ciemna, nienaturalnie spokojna, niemal wyrzeźbiona z samej głębi. Koński łeb, ciężki z wiechą sitowia splątaną wzdłuż szyi, łomotał o wodę z głuchym, powtarzalnym rytmem, gdy stworzenie nachyliło się ponad powierzchnię, wodząc po krawędziach dwóch światów. Stało nieruchomo, częściowo zanurzone, z opuszczonym łbem ― nie atakowało, nie znikało. Patrzyło zewsząd po okolicy. Sekundy rozciągnęły się w coś bardziej bezkształtnego, może minuty, może jedynie złudzenie czasu ― aż wreszcie stworzenie poruszyło się nieznacznie, jakby pod wpływem impulsu, który nie miał nic wspólnego z nim. Pozwalając wnioskować spostrzeżenia zwierzęcia umęczonego; zwierzęcia niezbyt energiczne, co charakteryzowało ten gatunek. Niepodzielnie ktoś, bądź cała banda próbowała szamotać udziałem w spisku, kalecząc stworzenie w jego środowisku. Wycofał się powoli, by dystans znów stał się bezpieczny. Nie miał uprawnień do działania ― jeszcze nie. Ale miał coś cenniejszego na tym etapie.
Wiedzę.
Raport nie zamknie sprawy jednym podpisem ani nie dostarczy wygodnego uzasadnienia do natychmiastowej eliminacji. Będzie wymagał decyzji, poglądów, dalszej taktyki i współpracy szeregu władz. Cóż za ironia, chociaż prawił się niekiedy przerzucaniem magicznych stworzeń, nie zamierzał pozwalać na krzywdzenie ich w naturalnym środowisku. Spojrzał raz jeszcze na spokojną taflę wody, zaprzestając notowania najważniejszych kwestii:
― Klasyfikacja: potencjalnie błędna ― mruknął pod nosem, jakby już dyktował pierwsze zdanie dokumentu. ― Przyczyna agresji: zewnętrzna ingerencja, wysoki stopień prawdopodobieństwa.
Zamknął notes.
Wracał nie z rozwiązaniem, zaś szerszym problemem.

| zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 12:37 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.