Ławki takie jak ta, niosą w sobie dzieje tego miasta ― tłuste zadki nielubianych przez własnych mężów kobiet, kościste pupy prostytutek, które nigdy nie chciały skończyć jak ich matki, jedwabne cztery―litery biznesmenów, którzy jadają lunch na ruchliwej Pokątnej, małe tyłeczki wychudzonych dzieci, dla których skład desek, gwoździ i stalowych prętów może w jednej chwili stać się statkiem kosmicznym, okrętem, mugolską bryką albo najdzikszym z rumaków.
W drodze do środka mijam urokliwy tarasik i szybkim, krótkim gestem wyciągam z ust gumę, która chwilę później ląduje przyklejona do drewnianej balustrady – niech zostanie po mnie ślad, drobny i skromny manifest, że Sandy tu była. I miała się świetnie.
Rozmazaną akwarelę ktoś skropił kwaśnym deszczem, przepuścił pod żelazkiem, zalaminował niewyraźny nadruk na spranym materiale — wszystko drga w iluzorycznej fatamorganie i traci kontury, spada i znów się wznosi, początkowo rozpycha się w pastelach, później traci nawet jakąkolwiek, najlichszą barwę. Wszystko poza jego twarzą.
Wśród trawników, drzewek, rabatek i krzewów słychać cichy, nadal pamiętający zimę, szum wiatru; złudne słońce każe mi rozpiąć płaszcz bardziej, a wzrok sam wędruje za parkowymi ścieżkami, które dość dobitnie kierują do punktu kulminacyjnego tego zadbanego kącika wielkomiejskiego dobra.
Korytarze zamków i dwie serpentyny łańcuszków na zasuwkę — mamy swoje sposoby na bezpieczeństwo, choć manualne zabezpieczenia nijak mają się do czarów; pora kolacji i deszczowy Londyn to zbyt mało znaków, żebym zaczęła dopatrywać się spisku, więc prędko otwieram drzwi temu, który się do nich dobija. Obcemu.
I nie tak daleko mi od tamtych odważnych oktaw, kiedy spotykam się z solenizantem w korytarzu, rozśpiewując soczyste i pełne oddania Sto lat. Z kolejną cyferką na blacie jest jeszcze przystojniejszy.
Głos, którym uderzam w Fintana pełen jest niezrozumienia i determinacji — łydka prawa czy lewa, bliżej kostki czy kolana? Szczęk pistoletu obwieszcza jego odblokowanie; tik—tak, panie Farley, wyjmowanie kuli z golenia to nic przyjemnego, nawet dla czarodziejów.
Syk spalanej bibułki, chwilowo oddziela nas gęsta, szara kurtynka, w szafie grającej ktoś zamawia mugolskie nowinki jazzowe, z drugiego końca sali podstarzała dama z lisem wokół szyi skrzeczy, że jedyna muzyka, która powinna być puszczana w takich miejscach, to tylko i wyłącznie debiutancki album Celestyny Werbeck.
Przechodzimy przez Pokątną jak przez pulsującą arterię miasta tętniącego mało ciekawymi ambicjami; próbuję sobie wmówić, że poszukiwania środka na ślimaki zżerające kapustę jest zadaniem jakkolwiek ciekawym, ale nasza wędrówka za tym co piękne i błyszczące, sprawia, że bez wysiłku wygrywamy nagrodę na główne postaci w tej pospolitej scence.
Od półtora tygodnia wyglądam tak, jakby wyjęli mnie z przyrodniczego elementarza dla dzieci; bywam pumą, wcielam się w tygrysa, innym razem swobodnie drepczę jak zebra na prerii, miejskiej pustyni albo osiedlowej sawannie. Zrobić mi zdjęcie, wyciąć, wkleić do podręcznika — zrobiłabym to za darmo, odpuściła tantiemy i nie upominała się o żadne sykle, ani nawet lichy barter; ku nauce, ku lepszemu światu.
(1, 2, 3, 4, 5) Wielkie jezioro pod nami, wielkie zamczysko nad nami, półtora promila czystego alkoholu w nas; reszta to kaskada błyszczącego lakieru do włosów, flegma w kolorze baby pink ozdobiona koronką, błyszczącym kryształem — tym razem tym naturalnym, nie chemicznym ciągiem zamkniętym w małej foliówce — i idealną smugą fioletowo—różowego cienia do powiek.
(1, 2, 3, 4, 5) Nie interesują mnie losy świata; słyszałam coś o tym, że jest okrutny i zepsuty, z dnia na dzień coraz gorszy i najlepiej byłoby zostawić całą Anglię daleko w tyle, ale kiedy światełka oświetlają dziedziniec, a przed oczami migają mi ładne sukienki, nie potrzebuję wiele do czegoś potocznie nazywanego szczęściem