Chociaż wiedział, ze nie była osobą z jego snu, podskórnie czuł, że potrzebował tej rozmowy, inaczej droga wybrukowana przeznaczeniem nie wepchnęłaby go w trzewia tego lokalu, inaczej ich oczy nie spotkałyby się na jednej wysokości i w jednym punkcie.
Tylko Cole mówiła na niego Monty, a Monty nieodłącznie kojarzyło mu się z czymś, co pozostawiało posmak słodyczy na język, zatem nie oponował przed tym zdrobnieniem.
Wiedział już, że nie był marą senną. Nie był powidokiem kolejnej wizji. Kolejnym okruchem losu, którego nie mógłby scalić z teraźniejsza i uchwycić w dłonie w obawie, że rozpadnie się pod zakleszczającym się naporem palców.
Był bliski uwierzenia, że Palatium Librae to nie tyle, co budynek, a żywy świadek przemijającego czasu. Jakże tego Nathanielowi zazdrościł. Przeszłości, którą mógł pielęgnować.
Dunham przez blisko trzydzieści uderzeń serca wybrał milczenia. Obracał w głowie to jedno zdanie Danny'ego przerwanego wpół słowa, nie zdając sobie nawet sprawę z tego, że na krawędzi jego źrenic zapłonęła iskra złości,
I nagle go dostrzegł. Ten uśmiech, innych od tych, które widywał na wargach Prince'a. Zupełnie inny.Taki, który odbierał kilka lat. Taki, który rozpalał w spojrzeniu wesołe iskry. I taki, który nasuwał skojarzenie z zauroczeniem.
Miał wrażenie, że Hatley pojawił się na jego orbicie dla równowagi świata, bo ktoś musiał nadawać mu proporcje, gdy on beztrosko i równie usilnie próbował je zaburzać chaosem, jaki rządził jego życiem.
Czul, że dotyka czegoś intymnego, może przez własne doświadczenia w tym zakresie? W wieku trzynastu lat, gdy ojciec, którego nie znał wtedy w ogóle, przerwał milczenie, zapragnął odświeżyć z nim kontakt, bo potrzeba posiada chociaż jednego rodzica była silniejsza od głosu rozsądku i zdania wszystkich wokół -szczególnie Frankie i babki.
Wyobraź sobie świat bez światła. Pozwól, by mrok objął cię jak aksamitny płaszcz. Wtedy poczujesz, jak wyglądała noc, zanim jeszcze narodziły się gwiazdy.
Pytanie Frankie niosło niewidzialny ciężar, który jak kamień osiadł na dnie jego żołądka. Był taki czas, kiedy był bardziej otwarty na to co mugolskie; kiedyś wierzył - głęboko i naiwnie - że oba te światy mogą się bez przeszkód przenikać, egzystować w równoległym wszechświecie, współistnieć ze sobą w zażyłym ekosystemie, lecz płomień naiwnej wiary zgasł, pozostało tylko poczucie krzywdy, jakie doświadczył, plamiąc jego poglądy większym uprzedzeniem.
Niezbadane były ścieżki przeznaczenia, układały się w labirynt zdarzeń, rzadko przynosiły prezent od losu, częściej pozostawiły w przełyku kwaśny posmak, jaki zjawia się tuż po zjedzeniu plastra cytryny.
Listy. Czasem pozostają tylko one. Pamiętał ten jeden szczególnie – ledwie przeschły, z rozmazanym śladem tuszu. Czasem trzymał go między stronami ulubionych książek, nie tyle dla bezpieczeństwa, co po to, by powracać do tych chwil, gdy jej słowa były najbliżej niego. Czuł wtedy drżenie emocji, które wpełzały do środka, nieproszone, a jednak tak wyczekiwane, jak pierwsze dźwięki wiolonczeli, które wydobywał z instrumentu.
Zaciągnął się w końcu, powoli i głęboko, jakby próbował w dymie odnaleźć zapomnienie. Wmawiał sobie, że przeszłość, choć uparta jak chwast, nie miała już nad nim władzy; był gotów ją spalić, kawałek po kawałku, aż nie zostanie po niej nic prócz popiół
W dniu, w którym odważy się przyłożyć nóż do klatki piersiowej i otworzyć ją, by rozsunąć żebra niczym zasłonę i wyciąć sobie serce, doświadczy straty, poczuje ból, taki, że rozedrze go od środka, wywoła zawrót głowy i oszołomienie, czy raczej ogarnie go lodowata pustka, echo po czymś, co kiedyś było wszystkim - tej przepaści po utraconym sercu, które kiedyś kochało tak mocno, lecz teraz było zbyt wynędzniałe, by je komuś oddać?
Naraz zapragnął z czystej pobudki podszytej nicią egoizmu sięgnąć ręką do tamtych wspomnień, zanurzyć palce w ich ciepłocie, lecz jednocześnie bał się, że, gdy się w nich zanurzy, gdy ich dotknie, wybuchnie w nim pożar dawnych namiętności, które wkrótce pokryją się popiołem, jakby były relikwiami minionych dni, ukrytych pod skórą, w najbardziej odległych zagięciach pamięci.
Nie potrafił zdefiniować, co przywiodło go pod drzwi rezydencji Crouchow. Nie do końca wiedział, co robi. Wiedział tylko, że nie mógł się powstrzymać. M u s i a ł napisać ten list. M u s i a ł go zobaczyć. Po prostu m u s i a ł, bo nie mógł się bronić przed czymś, co było mu do tej pory nieznane.
Za każdym razem, gdy nawiązywałem z kimś romans, robiłem wszystko, by nie zaplątać się w sieć przywiązania, z której trudno będzie się wyplątać. Osoby, z którymi sypiałem na ogół postrzegały mnie jako obiekt pożądania, a nie uczuć... pan jest inny, panie Crouch?
Pamiętał słowa, jakie wyrzekł podczas ich pierwszej lekcji gry na fortepianie. O łabędziach i wrażliwości. Czasem nadal obracał je w głowie, rozbierając na czynniki pierwsze, a potem pojawiało się echo innych jego słów - spędź ze mną lato.
Chciał go uchronić przed nieszczerymi wyrazami współczucia, dlatego, pośród tylu środków wyrazu, wybrał milczenie. Łudził się, że odnajdą się w ciszy, w końcu czasem cisza była głośniejsza od słów.