• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Pokątna 20/6 > Sypialnia
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
26-09-2025, 21:14

Sypialnia
Ciepła i zmysłowa, o ścianach w odcieniach ochry i wina. Wysokie okno wpuszcza miękkie, londyńskie światło na welurowe narzuty i złocone lustro w bogatej ramie. Pachnie lawendą i starym pergaminem – sanktuarium snów i wieczornych rytuałów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
26-01-2026, 14:45

Watch yourself, thief
10 maja 1962

Wiosna rozpełzała się po świecie jak rozbudzone zwierzę, zrzucając z siebie resztki zimowego otępienia. Świat tchnął nowym oddechem ― nieśmiało, lecz natarczywie, jakby chciał przypomnieć o pierwotnym sensie ruchu, światła i oddychania. Z liści sączyła się młodość chlorofilu, z powietrza sączyła się obietnica. Ona także, jakby porwana tym rytmem, zaczynała odczuwać potrzebę wyjścia z martwoty, z zamkniętych przestrzeni, z tych dusznych pokoi, które więziły jej myśli w szarości i dymie papierosów.
Dzień wydawał się z pozoru banalny, jak każdy po długiej rozłące z krajem, a jednak nosił w sobie drżenie ― drobną różnicę, której źródłem mógł być i ten powrót, i towarzystwo, i nieco zbyt długa cisza, jaka zaległa między jednym a drugim spotkaniem. Delegacja z szefem departamentu, ta cała urzędowa farsa w złotych oprawach, miała być zwykłą formalnością: rozmowy, podpisy, toast za współpracę, za koneksje, za obopólną korzyść. I, jak zawsze, kilka dusz zbyt chętnych, by błyszczeć w cudzym świetle. A jednak ― wystarczyła odrobina znośnej oprawy, muzyka, śmiech, zapach palonego cygara i muskająca wino rozmowa, by cała ta skostniała struktura nabrała życia. Nagle słowa stawały się miękkie, gesty płynne, a wzajemna niechęć topniała w uprzejmym blasku salonowych manier. Czasem tylko kątem oka dostrzegała coś, co wyłamywało się z tej teatralnej fasady ― błysk spojrzenia, przesunięcie dłoni, drgnięcie tonu. Złożyła to w pamięci, jak wszystko, co nie pasowało do układanki. Bo takie właśnie szczegóły niosły obietnicę ― nie tej pracy, nie tej delegacji, ale czegoś, co wciąż tliło się pod pozorem obowiązku.
Uderzenia obcasów w kamień niosły się echem po pustej klatce schodowej ― suchym, uporczywym, niemal agresywnym rytmem, jakby w dźwięku tym drgał sam sens kobiecej determinacji. Każdy krok był zarazem afirmacją i przekleństwem: jeszcze tylko kilka stopni, jeszcze kilka oddechów, a będzie mogła zrzucić z siebie dzień jak ciężką, niechcianą skórę. Ramiona pulsowały od napięcia, palce ciągnęły się ku guzikom płaszcza, myśląc już tylko o ciepłej wodzie, która miała spłukać z niej kurz godzin i wgryzioną w kark urzędową monotonię. A jednak ― coś w tym rytuale przerwało się nagle. Zgrzyt świadomości przeciął jej znużenie, gdy spojrzenie osiadło na wycieraczce. Niby nic ― kawałek materiału, od lat leżący w tym samym miejscu, przyjmujący na siebie błoto, kurz i ślady gości. A jednak dziś leżał inaczej. Przesunięty, ledwie o kilka cali, ale w sposób, który jej umysł od razu zarejestrował jako obcy, nienaturalny.
Klamka ― niedomknięta. Zbyt lekko osiadająca w uchwycie. Zbyt cicho. Zbyt niepokojąco.
Zmysły, dotąd otępiałe od zmęczenia, przeciął nagły zryw czujności. Walizka upadła na kafle z głuchym dźwiękiem, jak znak wypowiedzianej wojny. W jej dłoni jeszcze przed zastanowieniem odnalazła się leszczynowa różdżka ― przedłużenie jej woli, instynktu, wszystkiego, co stanowiło jej pierwszą naturę.
― Niedoczekanie ― wymknęło się jej z ust, półszeptem w trwodze poruszenia tak perfidnym zjawiskiem. Krew zakotłowała się w niej jak rozgrzany metal w tyglu ― gęsta, ciężka, niosąca obietnicę odwetu. ― Homenum Revelio ― szepnęła; puls w skroniach stał się młotem, rytmicznym uderzeniem prastarej pieśni, w której nienawiść była ogniwem życia. Rookwoodowie. Nazwisko samo w sobie wystarczało, by zaiskrzyło pod powiekami obrazem spopielonej ruiny, by dłonie mimowolnie zadrżały od nieujarzmionej potrzeby wyrównania rachunków. Zrzuciła pantofle, bezgłośnie, z niemal rytualną precyzją, jakby zdejmuje ostatni balast cywilizacji przed zejściem do świata, gdzie rządzi instynkt. Chłód posadzki wdarł się w jej stopy, przywracając skupienie, ostrość ― jakby ciało musiało przypomnieć duszy, że żyje, że każde drgnienie ma znaczenie. ― Homenum Revelio.
Delikatne poruszenie nadgarstka ― różdżka przecięła przestrzeń zaklęciem. Cichy syk, jak oddech węża w mroku, rozpełzł się po pomieszczeniu. Fala magii rozlała się po ścianach, zbierając echo obecności, której nie powinno tu być. I wtedy, w powietrzu zawisło coś... cięższego. Przesiąknięte obcą energią, jak ślad po dotyku intruza.
Trzeci krok. Czwarty.
Korytarz zdawał się dłuższy niż zwykle, jakby mrok rozciągnął jego strukturę, tworząc tunel napięcia, przez który prześlizgiwała się w ciszy, lekka, skupiona, niebezpieczna. Z wnętrza salonu dobiegał ledwie wyczuwalny szmer ― ruch, oddech, obecność. Przylgnęła do ściany, rozpoznając w sobie tę znajomą, nieprzyzwoitą przyjemność polowania. Wzrok przywykł do półmroku, oddech spowolnił. W nozdrzach czuła zapach kurzu, dymu, stęchłej kawy ― i coś jeszcze. Obcego. Świeżego. Żywego.
Zbliżała się. Po cichu. Jak cień gotowy, by zamienić się w burzę.


| pierwsze zaklęcie nieudane, drugie udane
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
26-01-2026, 19:37
Maj przyniósł świeżość do Londynu, wraz z ciepłem i coraz dłuższymi dniami, powoli natura się odradzała. Soczysta zieleń oraz woń kwitnących kwiatów przełamywał szarość i monotonię codzienności. Chociaż na to ostatnie Axel nie mógł się skarżyć w żadnym momencie swojego specyficznego istnienia. Nigdy nie wiedział, co przyniesie jutro i czy może snuć plany na przyszłość. Nauczony doświadczeniem po prostu tego nie robił, nie chcąc znów poczuć ucisku w dołku i gorzkiego posmaku na języku. Nie znosił tego uczucia, kiedy łzy brutalnie pchały się do oczu, a szczęka drżała. By tego uniknąć po prostu nie liczył na wiele, żył tak, jakby jutra miało nie być i po prostu brał, to co mu los podsuwał.
Dziś dostał zadanie. Mieszkanie, a w nim kilka cennych przedmiotów o które czarny rynek się upominał. Nie chodziło o cenne ozdoby, ani o bogactwa, chodziło o coś praktycznego, coś morderczego. Obserwował przez pewien czas wskazany adres, poczynił odpowiednie przygotowania i wybrał jeden z dni, kiedy nikt wyjątkowo się tam nie kręcił, a mieszkańców nie było.
Samo włamanie nie było trudne, wystarczyło proste zaklęcie, by nie pozostawić po sobie śladów wytrycha. Szeroki korytarz o wysokim suficie zdradzał wstępnie wielkość mieszkania, liczył drzwi, oceniał dokąd prowadzą. Uznał, że lepiej będzie zostawić uchylone drzwi, sporych rozmiarów mieszkanie było jednocześnie pułapką, a ten kto go najdzie samoistnie go ostrzeże.
Myszkując po wnętrzu lokalu czuł, jak na ramionach przysiada stres, wbijając swoje szpony w mięśnie. Musiał się uwijać, odnaleźć to, czego szukał i nie rozdrabniać się na srebrne sztućce, czy złotą biżuterię. Miał ze sobą odpowiednią torbę, gdzie miał zapakować przeklęte przedmioty.
Jednego nie przewidział, małego lokatora, który całym swoim niedużym gabarytem stawał się problemem, lecz nie na tyle poważnym, by uciekać w popłochu. Szczenię nie kryło ekscytacji z wizyty człowieka, a jeszcze swoim małym rozumkiem nie pojmujące, że nie wszyscy ludzie są mile widziani, po prostu było sobą, rozkoszne i ucieszone. Axel nigdy nie odnosił się do zwierząt z wrogością, a wręcz przeciwnie, uwielbiał zwierzęta z wzajemnością. Stanowiło to wielki atut w jego złodziejskim życiu, bo potrafił zjednać niejednego milusińskiego. I tym razem poradził sobie równie sprawnie, zajmując szczeniaka odnalezionymi w kuchni kawałkami mięsa.
Żegnając się z jednym problemem, napotkał kolejny. Ktoś postanowił wejść do korytarza. Syk zaklęcia i płynąca od niego aura jasno dała do zrozumienia, że nie był to kolejny intruz, a ktoś kto tutaj mieszkał, lub dbał o dobro sąsiadów.
Czując jak serce zaczyna się obijać o klatkę żeber Axel oceniał swoje szanse na ucieczkę. Okna stanowiły pewną drogę, lecz doskonale wiedział, że bardzo niebezpieczną i mógł stracić życie, gdyby spadł z gzymsu. Nie wiedział, z kim będzie miał do czynienia, także ucieczka drogą wejścia była równie ryzykowna. Bo mógł być to równie dobrze auror wezwany przez sąsiadów.
Myśl, myśl, myśl… Ponaglał się w myślach, szukając wyjścia z patowej sytuacji. Układ mieszkania był równie niefortunny, co nie pozwalało na przemknięcie niezauważenie. Nie zostawiał po sobie śladów rabunku, a to co zabrał zostawało zastąpione fałszywymi podróbkami, które miały przez pewien czas naśladować oryginały. Słyszał rytmiczny szum w uszach, to serce pompowało krew, mógł liczyć uderzenia i w tym rytmie próbował odnaleźć rozwiązanie. W końcu jego wzrok padł na zwierzątko, ściągnął pośpiesznie rękawiczki z dłoni, zsunął z twarzy szalik i upchnął go w torbie. Ściągnął z grzbietu kurtkę i narzucił ją na torbę. Nie mógł wyglądać jak złodziej, którym istotnie w tej chwili był, przysiadł na podłodze gestem przywołując małego nicponia.
Cmokając do niego i zdobywając jego uwagę po prostu zaczął się z nim bawić. Na zewnątrz było jeszcze wystarczająco jasno, by nie zapalać światła, także siedząc obok okna widział doskonale drzwi prowadzące na korytarz. Czuł spięcie na plecach, wiedząc że za chwilę drzwi się otworzą i ku jego zdumieniu, twarz która dostrzegł była tak znajoma i nieoczekiwana, że nawet Axel potrzebował chwili, by znaleźć odpowiednie słowa.
- Oh… - Zaczął widząc różdżkę dzierżoną w dłoni czarownicy. - Nie pisałem się na pojedynki. - Odezwał się tym znajomym akcentem na ostatnią sylabę i wydatnym “r”. Szczeniak wdrapał się na kolana chłopaka, uparcie chcąc złapać go za palce i kontynuować walkę na siłowanie się. - Mademoiselle Melusine.
Uniósł wolną dłoń w geście poddania, a na twarz przywołał zadziorny uśmiech, jakby był pewien, że potrafi wyjaśnić swoje położenie i że ma bardzo przekonujący powód, by tutaj być.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
26-01-2026, 22:45
Nerwy kipiały jak rozpalony metal, każda żyła w ciele pulsowała niecierpliwością zemsty ― oto ktoś pozwolił sobie naruszyć świętość jej przestrzeni, naruszyć porządek, który strzegła od czasu, gdy ostatni oddech brata jeszcze nie opuścił domu; to było bluźnierstwo, które chciała wykasować jednym precyzyjnym ciosem. Uścisk palców na żerdzi stwardniał do roli narzędzia osądu, a wzrok skanował korytarz, drzwi do łazienki i wnęki gabinetu z chirurgiczną dokładnością, jakby każdy kąt mógł skrywać ślad obcego oddechu. Nie zastając nikogo, poczuła ukłucie irytacji ― ten nikczemnik mógł jeszcze krążyć w salonie, wśród gablot wypchanych pamiątkami i drobiazgami po zmarłym, tam, gdzie pamięć i wartość splatały się w niebezpieczną sieć.
Wyobraźnia podsuwała obrazy jego rąk grubych od pazerności, dłoni szperających w papierach, wyrywających drobne relikwie; myśl ta paliła ją od wewnątrz bardziej niż zimne ostrze różdżki. Przystąpiła cicho, stawiając kroki wyważone, każdy jak uderzenie młota ― bo wiedziała, że gwałtowność mogłaby przepłoszyć trop, a spryt wymagał milczenia. Przesunęła dłoń po blacie, przesunęła zasłonę, zajrzała w półmrok loży ― i w tym zapachu starego drewna, popiołu i kurzu odnalazła tylko echo własnego gniewu.
Więc jeśli złodziej miażdżył się w gablocie, jeśli myślał, że zdoła zakraść się między reliktami brata i wymknąć bezkarnie, miała go spętać; a jeśli nie, oddać komu trzeba ― strażnikowi, bywalcowi portu, któremu złoty galeon był wart kropli krwi. Bo tu nie chodziło już o przedmioty, lecz o zniewagę: ktoś musiał zostać przywołany do porządku, a ona znała sposoby, by porządek ten przywrócić.
Kroki jej nabrały tembru rozkazu, odbijały się od drewna korytarza jak młot od kowadła. Drzwi trzasnęły, powietrze się ściągnęło ― spojrzenie jej jak ostrze skalpela przesunęło się po wnętrzu i natrafiło na postać. Rozgorzała irytacja potoczyła się falą ― nie tylko wobec śmiałka, co bezceremonialnie rozgościł się w jej salonie, lecz i wobec małego tchórza w formie szczenięcia, które zamiast warknąć alarmem, ślęczało u jego stóp, rozkoszując się głaskaniem jakby to była ceremonia pochlebstwa. Ach, jakież to przewrotne ― zwierzę, które miało być strażnikiem progu, stało się współwinnym zdrady, słodkim oskarżycielem, milczącym świadkiem. W duszy jej skwierczała myśl, by wyrzucić i psa, i złodzieja w jednym, by razem wylecieli na bruk i mieli nauczkę o tym, z kim igrać. A tam, w świetle okna, siedział on ― znajomy kontur, francuski sznyt spleciony z prowincjonalnym bezwstydem, ten sam, który pamiętała z zjazdu absolwentów: lekko przygarbiony, z uśmiechem godnym poetów bez honoru, z dłonią nieustannie pieszcząca psie futro.
― Och, proszę… ― wymamrotała z ironią, jakby słowa miały mieć wagę wyroku. ― Francuzik w getrach, co myślał, że świat to jego prywatny salon ― Na brodę Merlina! Gdyby pioruny mogły rodzić się z oczu, już dawno spopieliłaby mu tę uśmiechniętą gębę. A jednak, w tym krótkim momencie między gniewem a zaskoczeniem, jej dłoń zawisła w powietrzu ― jakby sama nie była pewna, czy rzucić zaklęcie, czy tylko zdzielić go za tę bezczelną pewność siebie. ― Bonjour, Monsieur Devereaux.
Wsparta o framugę, niczym królowa spoglądająca z progu swego królestwa na nieproszonych błaznów, trwała w bezruchu, a jednak cała w napięciu ― jak drapieżnik przed skokiem. Cień jej sylwetki rozlewał się po podłodze niczym tusz, a spojrzenie ― ostre, lodowate, wibrujące gniewem — utkwiło w nim jak w zdrajcy reguł świata. Władczość, którą przywdziała, była zbroją, pancerzem z aksamitu, mającym ukryć ten nieprzyzwoity dreszcz zdenerwowania, który igrał pod skórą jak żywy płomień.
Różdżka zatańczyła w jej palcach, z gracją i groźbą jednocześnie. Powietrze w pomieszczeniu zgęstniało, jakby samo czuło, że lada moment padnie rozkaz. Drętwota ― słowo krążyło na końcu języka, kuszące, niemal rozkoszne w swojej nieuchronności. A jednak wstrzymała się. Jeszcze nie teraz.
— Mon cher ami, masz minutę na wyjaśnienie ― wyrzekła z leniwym przeciągnięciem słów, jakby pytała nie o winę, lecz o rodzaj upokorzenia, które ma wybrać dla niego. W kąciku ust zamigotał cień uśmiechu ― nieprzyjemny, pozbawiony humoru. ― Potem… Cóż, wylatujesz wprost w łapki adekwatnych ludzi… Pały z biura aurorów nie zajmą się Tobą, odpowiednio.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
27-01-2026, 10:24
Mnogość artefaktów zgromadzonych na powierzchni tego jednego mieszkania zawróciła w głowie, stracił poczucie czasu, zafascynowany zbyt długo zwlekał. I tak oto został przyłapany. Grunt, że nie na gorącym uczynku, lecz wciąż przebywał w miejscu, do którego go nie zaproszono, był intruzem o złych intencjach. A starał się grać niewiniątko.
Coraz bardziej zdecydowane kroki i ruchy w korytarzu zwiastowały nieuchronna konfrotnację. Do momentu, aż w drzwiach nie stanęła zdeterminowana Melusine, Axel nie miał pewności, do kogo się włamał. Spięte oblicze, pełne grozy i żądzy mordu mogło przerażać, lecz nie jego. On widział już dostatecznie wiele, by przejść do porządku dziennego z wieloma reakcjami i akcjami ludzi. Zachowywał powierzchowny spokój, czując jak wewnątrz się trzęsie, jak serce przyspiesza i jak w głowie wiruje tornado myśli. Znajdź wyjście, obroń się, zaatakuj lub przekonaj.
Scenariuszy było wiele, to jedno spotkanie mogło się skończyć na wiele różnych sposobów. I żaden nie był gwarantem powodzenia, żaden nie obiecywał niczego.
- Oui? - Za tego Francuzika powinien się śmiertelnie obrazić, lecz obrał taktykę zgrywania niewiniątka. Zwinny, gibki i śliski, pozornie delikatny a utkany rzeczywiście z solidnych nici, zanurzył palce w miękkiej sierści pupila, o dziwo ten mały stwór dodawał otuchy. - Bonjour. - Uśmiechnął się niewinnie starając się nie tracić animuszu w obliczu wycelowanej weń różdżki. Nie lubił tego widoku, czuł ciarki pod skórą, kiedy przypominał sobie ten gest, a echo w głowie wypowiadało bezlitosną formułę… Crucio.
Odpędził od siebie tą wizję dławiąc w sobie ochotę wzdrygnięcia się, odwrócenia wzroku i nerwowego oblizania ust. Nie mógł się zdemaskować, nie kiedy był tak blisko sukcesu. Chwycił obiema dłońmi puchate stworzenie i odłożył na bok, by wspiąć się na długich nogach i wstać. Poprawił koszulę i strzepnął z niej dowody zbrodni małego czworonoga w postaci kępek sierści. Uniósł spojrzenie na Melusine i wciąż z lekkim uśmiechem trzymał ręce na widoku, nie chciał jej sprowokować.
- Pardonne-moi, mademoiselle Melusine. - Otrzymał minutę, które stanowiło określony czas na przekonanie jej o swojej niewinności. A potem wskazał na turlającego się na podłodze zwierzaka. - Voici le coupable. Szedłem po schodach, miałem interesy w panienki sąsiedztwie i słyszę wrzask! Okropny, nieludzki i tak przejmujący, że aż mnie zmroziło. - Axel vel Alex zaczął opowiadać z przejęciem. - Strach mnie obleciał, że to człowiek w opałach, bezbronna dama, lub poczciwy druh został zaatakowany lub go choroba zmorzyła. Niewiele myśląc wyszarpnąłem różdżkę, rzuciłem zaklęcie i popędziłem na pomoc. - Gestykulował, tak jak to Francuzi mieli w zwyczaju, a jego akcent stawał się coraz silniejszy. - Biegłem na oślep, słysząc te wrzaski, dopadłem do drzwi, naparłem na klamkę, pchnąłem barkiem i wpadłem do izby… Spodziewałem się intruza, spodziewałem się poszkodowanego a tu… A tutaj oto on, zlękniony samotnością i przejęty przez obawę porzucenia… - Axel westchnął przenosząc wzrok na szczenię, które zaczęło gonić własny ogon.
Po chwili z rozczulonym uśmiechem podniósł wzrok na Melusine, marszcząc brwi z miną niewiniątka. Złożył dłonie przed sobą, w geście błagania.
- Mogłem wyjść, zamknąć za sobą drzwi i udać, że mnie tutaj nie było. Ale strach mnie obleciał, kiedy rozsądek powrócił… Postanowiłem zostać, wytłumaczyć i stawić czoła gospodarzowi. - Sięgnął do rozpiętego kołnierzyka koszuli, odrobinę nerwowo wskazując na swoje zakłopotanie i stres.
- Mais… Nie miałem złych intencji, chciałem ratować życie, godność i cnotę. - Wzmianka o odpowiednich ludziach nie była niczym przyjemnym, o czym Axel doskonale wiedział. Chociaż znał większość tego pokroju ludzi w Londynie, więc może i by obyło się bez przemocy, a skończyło na uszczupleniu kieszeni złodziejaszka. - Weź to pod uwagę mademoiselle Melusine. Zniknę, nim zdążysz mrugnąć, zapomnisz o mnie szybciej niż nadejdzie sen. Bo nic tu po mnie. - Rozłożył dłonie na boki, jakby chciał udowodnić, że co złego to nie on i niczego tutaj nie dotknął.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
27-01-2026, 13:16
Szczerość ― ach, to rzadkie złoto w brudnych dłoniach współczesności, przetopione przez interes, przesiewane przez zbytek i lęk. Dziś już nikt nie ufał nikomu, a jeśli czynił to choć przez mgnienie, stawał się ofiarą, pięknym trofeum na ścianie cudzej przebiegłości. Myśl ta przecięła jej umysł ostrzem świadomości, gdy z ironicznym zdziwieniem przyglądała się temu niefortunnemu zjawisku ― młodemu Francuzikowi, który jakby z samego kaprysu losu zmaterializował się w jej mieszkaniu.
Niechby ktoś śmiał powiedzieć, że to przypadek ― czysty, przezroczysty jak kryształ w dłoni alchemika. Ona jednak doskonale wiedziała, że przypadków nie ma, istnieją tylko preteksty. A ten jeden, stojący z rozbrajającą miną przy jej psie, zdawał się być ich ucieleśnieniem. Śmiech, ledwie tchniony przez wargi, rozlał się po przestrzeni jak srebrzysty dźwięk roztrzaskanego szkła ― krótki, suchy, zdawkowy. Myśl o przeszłych dniach w towarzystwie artystów o zbyt głośnych sercach i zbyt miękkich dłoniach budziła w niej raczej przesyt niż wzruszenie. Francuska egzaltacja, wymuskane gesty, manieryzmy przesycone winem i metaforą ― o, znała ich aż nadto. Miała ich po dziurki w nosie, po kostki w zmęczeniu, po uszy w znużeniu.
Teraz jednak los podsunął jej nową sztukę, groteskową i prawdopodobnie śmieszną, z jego osobą w roli błazna.
― Mon erreur? ― dywagowała pośród polotu jego słów, mające nakrapiać jej ocenę aktorską otoczką. Dla jego niewiadomej ten mały skurczybyk w postaci czterech łap, obecnie tchnący nochal w tylną łapę, faktycznie zawsze skomlał. Jednakże kilka dni uprzykrzał życie innym i poza obyczajem jego domu. ― Mon Dieu, niemalże słyszę skomlenie niż piękno słów.
Beret osunął się z jej dłoni niczym poddany, zrzucając ulegle kurtynę swej funkcji, gdy ciemne włosy rozlały się po ramionach, lśniące i niepokorne. Powietrze wypełniało się dusznym ciepłem, lepkością domowego więzienia, gdzie nawet ściany zdawały się przyklejać do skóry z niechcianą intymnością. Zbyt gorąco, zbyt blisko ― pomyślała z odrazą, rozpinając guziki w geście pozornej ulgi, jakby chciała tym drobnym ruchem przywrócić światu proporcje.
Spojrzenie, chłodne i precyzyjne jak klinga, powędrowało po gablotach ustawionych z pedantyczną dokładnością przez niegdyś zmarłego brata. Tam ― amulet z Egiptu, od którego ponoć odchodziły cienie w pełni księżyca; tu ― zaklęty medalion z ruin północy, zimny jak krew po zdradzie. Drobiazgi, które niegdyś tętniły znaczeniem, teraz były tylko atrapą wspomnień. Ładne śmieci. Cenne, ale puste. Zacisnęła usta, czując, jak gniew drży w niej jak język węża przed ukąszeniem. Trzeba to wszystko oddać ― kuzynowi, temu nadętemu, szarmanckiemu jegomościowi, który potrafił z taką elegancją maskować brak serca. Lepiej niech on się tym karmi. Niech zatraci się w tym złudnym blasku kolekcjonera.
― Cóż skrywasz za sobą, mój drogi? ― wskazała końcem różdżki na drobnostkę wzniesienia połów odzienia, które coś, bądź kogoś zakrywać miały. Może zasobność okradzionych dóbr kantów pozostawionej sobie izdebki. ― Mataczysz pięknem wybiórczej zgłoski… ― Zacmokała cicho, melodyjnie, jak kotka, która waha się między pieszczotą a pazurem. W jej spojrzeniu zatańczyła kpina. Młodzieniec, stojący kilka kroków dalej, zdawał się zrodzony z dramatycznej opery ― wysoki, zbyt pewny, teatralny aż do przesady.
― Éclat może z trzy godziny był sam… ― jakby dla załagodzenia obyczaju, psisko wesoło zaszczekało, pyszczek wciskając pod narzucony skraj materiału na podłodze. Ach, niuchaj i odkup swe winy, towarzyszu mej niedoli.
Postąpiła z gracją, jakby sama ziemia ugięła się pod ciężarem jej spojrzenia, a powietrze zagęściło w gęstwinę napięcia. Każdy krok rozbrzmiewał jak rytm wstępny przed egzekucją ― cichy, lecz nieubłagany. Paznokieć, karminowy jak ślad zbrodni, odnalazł swe miejsce na jego torsie, dotknął z premedytacją — nie jako kobieta dotyka mężczyzny, lecz jak sędzia przykłada pieczęć wyroku.
― Reculez, mon cher ― wymruczała, a głos zadrżał miękko, pełen jadu i muzyki, niczym struna smyczka muskająca najdelikatniejsze rejony świadomości. Francuski akcent przeciął powietrze jak wstążkę, oplatając jego wolę w niewidzialny węzeł posłuszeństwa. ― Inaczej przestanę być miłą właścicielką tego mieszkania.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
27-01-2026, 20:02
Szczerość, to tak jak i uczynność, lojalność i bezinteresowność były tylko pięknymi słowami, ułudą i oderwaną od rzeczywistości projekcją. Bo gdy człowiek spotykał się z realnym światem i zasadami nim rządzącymi, był wtedy tak bezbronny i bezsilny, jak dziecko, którego świadomość dojrzewała i pojmowało, że świat nie jest taki cudowny i kolorowy. Naiwność i niewinność szły ramię w ramię, a potem ginęły śmiercią okrutną rozdeptane przez okrutną rzeczywistość, gdzie śmierć, oszustwo, kłamstwo i matactwo były tak potężne, że wszyscy uginali przed nimi kark.
Axel czarował gestem, mamił słowem i próbował utworzyć w umyśle Melusine iskrę zaufania, która rozjaśni jej umysł i zacznie mu dziękować za interwencję. Lecz nie był on na tyle naiwny, by liczyć na powodzenie swojego spontanicznego planu aż zanadto. Jedno spojrzenie na gospodynię tego miejsca i Axel wiedział, był pewny i przekonany aż po szpik własnych kości, że żadne słodkie słówka, miłe gesty i przejmujące projekcje nie będą w stanie przekonać Melusine tak łatwo. Miała o nim pewne zdanie, odrobinę go lekceważyła, lecz ta sytuacja i okoliczności były skrajnie niekomfortowe, bo jeśli mieliby się znów spotkać po poznaniu się w Hogwarcie to raczej w bardziej dogodnych warunkach, przy kieliszku wina, z miłą muzyką w tle.
- Intrinsèquement. - Skinął głową, gdyż tutaj jego intencje były przybrane w bezinteresowne szaty. Po czym Axel spojrzał na psiaka. Improwizacja i jej skutki były trudne do ocenienia, kobieta wszak wydawała się na pierwszy rzut oka przekonana, lecz jej słowa nie były do końca jasne.
Kiedy nakrycie głowy uwolniło kaskadę czarnych włosów, które się rozlały na ramiona kobiety Axel z trudem kontrolował oddech. Gesty Melusine były nakreślone jak ciemne kreski wydobywające kontur jej postaci z tła. Przez chwilę i jemu zrobiło się gorąco od nadmiaru emocji i stresu. Pozwolił sobie na naturalny odruch młodego mężczyzny, który uraczony tym spektaklem mógł karmić oczy tymże zmysłowym widokiem.
Jego wzrok powędrował za spojrzeniem kobiety i kiedy ona analizowała zawartość gablot, on upewniał się, że wszystko jest ułożone tak, jak w pierwotnej formie było. Podmienił kilka przedmiotów, skrywając je skrzętnie w torbie i maskując przed niepożądanym spojrzeniem. I ledwo pomyślał o torbie, uwaga kobiety skierowała się właśnie na nią, jakby czytała jego myśli. Axel obejrzał się i spojrzał na podłogę, chwycił torbę i nakrycie wierzchnie.
- Moje rzeczy, płaszcz i kurtka. - Pokazał skórzaną torbę, która pierwszą młodość dawno temu przeżyła. Ruch różdżki sprawił, że poczuł dreszcz na karku, ale na szczęście żadne zaklęcie nie padło. Nie potrafił ocenić, czy Melusine znała tak okrutne zaklęcia, które łamały duszę i zabijały radość życia.
- Pardon-moi, jestem artystą, trochę poetą, piękno mowy to mój język i trudno mi mówić tak po prostu… - Axel westchnął teatralnie dodając swojej osobie dramatyzmu. Był aktorem, był tancerzem, potrafił grać, potrafił wyszukiwać piękne słowa i układać je w kwieciste zdania. Był poniekąd ofiarą uprzedzeń, ale i grał kogoś takiego jednocześnie, by po prostu wydostać się stąd bez konsekwencji.
- Dla pani, mademoiselle trzy godziny, dla niego wieczność… - Uniósł spojrzenie z poczciwej psiny na właścicielkę a kiedy podeszła, tylko siłą woli nie cofnął nogi w zdradliwym okazaniu trwogi. Pierś młodzieńca uniosła się, spojrzał w dół łowiąc spojrzenie Melusine w swą lodową toń tęczówek. Stając tuż przy nim do Mel dotarł przyjemny zapach męskich perfum i tytoniu. Jej palec spoczął na splocie słonecznym Axela, który jasno odczytał ten gest, nie widząc w nim niczego subtelnego, a raczej groźbę. Jej słowa jak zaklęcie sprawiły, że nie oponował, postanawiając dać jej swobodę działania. Odsunął się wedle woli Melusine, tracąc z zasięgu torbę i płaszcz, który odłożył na bok.
Wewnątrz torby znajdował się przeróżne przedmioty, portfel, papierośnica i zdobiona zapalniczka, tomik poezji, kilka pudełek perfum z francuskimi etykietami i coś co wyglądało na dziennik, z którego wystawało kilka kartek. Axel spoglądał na Melusine starając się ukryć napięcie, a udawać skrępowanie, jakby ta inspekcja obnażała jego słabości i dotykała intymnej części osoby.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
28-01-2026, 10:52
Panna Rookwood, choć zwykła kreować swe reakcje z manierą dystyngowanej arystokratki, tym razem czuła, jak w jej wnętrzu narasta coś pierwotnego ― nuta gniewu, iskra, której nie dało się już okiełznać gładką wymową czy teatralnym gestem. Znużenie podróżą, rozciągnięte między portowym pyłem a surowością morskiego wiatru, wyostrzyło jej temperament niczym ostrze długo hartowane w żarze. Każdy mięsień drżał w gotowości, każdy nerw pulsował pragnieniem ukarania śmiałka, który ośmielił się naruszyć granice jej terytorium. Westchnęła z teatralnym znużeniem, jakby cała sytuacja była raczej farsą niż poważnym przewinieniem. Och, gdybyż miała więcej czasu ― nauczyłaby tego nieokrzesanego włamywacza sztuki właściwego kłaniania się damie. Może faktycznie powinna poprosić kuzyna, by zdradził jej kilka sekretów z dziedziny czarnej magii ― nie po to, by używać, lecz by mieć świadomość, jak bardzo mogłaby. Bo świadomość to potęga, której nie sposób jej było odmówić.
Jej spojrzenie, chłodne i pełne wyrachowanego dystansu, utkwiło w nim niczym igła w skórze. Cóż to za osobliwy złodziej, który zamiast uciekać ― trwał? Trwał, jakby chciał coś powiedzieć, coś udowodnić.
― Och, doprawdy… ― zaczęła miękko, niemalże pieszczotliwie, z drapieżnym uśmiechem igrającym na wargach. ― Mam dość francuzów i artystów na długie tygodnie, przykro mi.
W tonie jej głosu czaiła się zapowiedź ― i nie była to obietnica łaski, lecz raczej preludium do złośliwej gry. Nie zamierzała odpuścić. Bo w końcu, czyż nie każdy, kto ośmielił się zadrwić z Rookwoodów, kończył... przykro wspominając swe błędy?
Zwyczajnie dobrze się bawiła, rozkazując.
Nie, nie podaruje mu. Pchnęła go lekko w stronę fotela przy kominku ― tego, który znał ciepło jej ramion i miękkość wieczornego zamyślenia. Tam, gdzie zwykła rozkładać się w ciszy po długim dniu, gdzie ogień igrał z cieniem w rytmie jej własnych myśli. Torba, zmęczona jak i ona, została ujęta z podłogi i wylądowała na blacie stolika z niemal nieznacznym dźwiękiem ― niczym punkt końcowy zdania, które miało dopiero znaleźć swój sens. Dłoń, ta sama, co przed chwilą wymierzała sprawiedliwość w gestach, musnęła materiał odzienia. Zamaszysty, choć wciąż wyważony ruch. Palce zsunęły się po guzikach, jakby badały teren w poszukiwaniu winy, lub ― o ironio ― usprawiedliwienia.
― Siadaj i wyciągaj wszystko po kolei na zewnątrz… ― Zapach tytoniu uniósł się ciężko, spowijając ich niczym mgła nad rzeką po deszczu. Wplótł się w delikatne nuty perfum, w aromat męskiej skóry i czegoś niebezpiecznie znajomego. Jej zmysły, niechętne, lecz uległe, drgnęły w pamięci. Tak ― znała ten ton zapachu, tę iskrę, ten kształt oddechu. Zbyt wiele przypominał to, co dawno temu próbowała pogrzebać pod popiołem rozsądku. ― Vite, petit ange ― Przygryzła lekko wargę, spoglądając na niego spod rzęs z miną, w której gniew mieszał się z fascynacją. ― Pachniesz jak kłopoty ― wyrzekła z ledwie wyczuwalną nutą ironii. I była to zarazem obietnica, jak i ostrzeżenie. Jesteś kłopotem.
Odrzuciła jego kurtkę z ruchem tak płynnym, że materiał zdawał się na moment zawisnąć w powietrzu, zanim opadł na podłogę niczym martwy motyl, pozbawiony barw. Ciepło jej dłoni jeszcze unosiło się w przestrzeni, tworząc pomiędzy nimi linię napięcia, subtelną jak drgnienie skrzypcowej struny. W ciszy, w której słychać było jedynie szelest jej własnego oddechu, czekała ― na ruch, na gest, na echo odwagi, która w nim gasła. Drobne drgnięcie nadgarstka przyniosło powiew mocy; różdżka zakręciła w jej dłoni jak przedłużenie myśli, błyskając w złocie płomieni, które dopiero miały się narodzić. Zaklęcie przecięło powietrze z elegancją i rozkazem jednocześnie ― i oto kominek ożył. Ogień rozprzestrzenił się po drewnie, tchnął życie w martwe dotąd wnętrze, oblał ją ciepłem, jakby chciał upamiętnić jej triumf w tym drobnym akcie władzy. Światło zatańczyło po jej policzkach, rozmywając ich delikatność w blasku i cieniu, nadając twarzy rzeźbiony kontur kapłanki ognia, tej, która włada światłem i gniewem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
29-01-2026, 09:25
Czuł pod skórą jej napięcie, przeskakujący po synapsach gniew, który sprawiał, że powietrze wokół stawało się chłodne tak, że kaleczyło gardło przy każdym oddechu. Axel doskonale znał każdy posmak gniewu, rozpoznawał w drgnięciach mięśni, w błysku oczu, w zgrzycie zębów. Musiał mocno się hamować, aby nie dać po sobie poznać niczego, a zwłaszcza tego, że otula go najzwyczajniejszy strach. Przyłapany, lecz nie na gorącym uczynku grał kartami kłamstwa, licząc na to, że uda mu się zmyślnie ograć Melusine i wyjść z tego spotkania cało. Musiał podjąć jej grę, rozproszyć i skierować jej uwagę na coś innego. Grając wciąż niewiniątko o wielkim sercu nie przedzierał się panicznie w stronę drzwi, wtedy wszystko by go zdradziło i prawda zostałaby potwierdzona. Musiał to rozegrać sprytnie, sięgając po wszystkie swoje atuty i umiejętności czarowania nie tylko różdżką.
- Ah… terrible… - Spojrzał w zimne spojrzenie Melusine wzdychając z bezsilności. Cóż on mógł teraz począć, kiedy został tak bardzo zaszufladkowany? - Czym zawinili? Obłudą? Narcyzmem? Krótkowzrocznością? Czy to kolejne pawie w ogrodzie, które tylko krzyczą i ładnie wyglądają? - Axel wyliczał na palcach lewej dłoni zaczynając od małego palca. Nieznośnie spodobała mu się ta gra, balansował na cienkiej linie i zamiast uciekać, szedł w kierunku Melusine, która szarpała drugim końcem.
Wyczuł w niej tą rządzę władzy i dostrzegał w tym szansę dla siebie. Jej dłoń naparła na jego pierś, pozwolił się skierować ku miękkiemu siedzisku fotela, nie stronił od jej dotyku, kiedy jej palce wodziły po guzikach i badały jego reakcje. Wyczuł bryłę mebla, kiedy jego pięta trafiła na przeszkodę, a potem opadł wygodnie siadając posłusznie. Jednak, jego palce zaplątały się na jej dłoni, jakby nie chciał by teraz powstała pomiędzy nimi jakakolwiek przestrzeń.
Dostrzegał w jej gestach i oczach, że ta bliskość działała jak pułapka, w którą oboje wpadali w tej chwili. Zażądała przeszukania, okazania wszelkich dóbr wypełniających zawartość starej torby. Ale w tej chwili zmysły odwodziły jej myśli od tego, co może się skrywać w jego rzeczach, skupiając się coraz bardziej na nim.
- Oui, mademoiselle. - Obniżył ton głosu, pozwalając drgać głoskom w jego ustach. Melusine była panią tej chwili, władała jego ciałem i wolą, chociaż nie do końca miała świadomość, że w jej własnej sieci zaplątał się cwany pająk.
Pospieszała go, lecz jednocześnie wysyłała sprzeczne sygnały, sprawiając że francuski chłopiec bardziej skupiał się na niej, niż na tajemniczej zawartości torby. Nie sprzeciwiał się, ale i też nie garnął się do tego, by zająć się przykrym obowiązkiem opustoszania zawartości swoich szpargałów.
- L’ange? Tres jolie… - Przekrzywił głowę uśmiechając się, gdyby miał blond włosy, pewnie wyglądałby jak cherubinek, jednak nawet ciemna oprawa jasnej twarzy wcale nie była taka zła. Axel potrafił być uroczy, wygrywać odpowiednie tony i skracać dystans.
- Kłopoty? Jam jest uosobienie niewinności, tylko taki mój pech, że zawsze wpadnę w jakieś tarapaty. - Mruknął z lekkością w głosie, odrobinę nonszalancko i z nutą dramatyzmu.
Jego kurtka pofrunęła w powietrze opadając gdzieś obok, Axel nie poświęcił jej ani jednego spojrzenia zbyt mocno skupiony na Melusine. A to ona dzierżyła w tej chwili różdżkę i grała na nerwach złodzieja, który nie był do końca pewny, kiedy i z jakim zaklęciem przyjdzie mu się zmierzyć. Czu Melusine potrafiła władać czarną magią? Ta myśl nieznośnie szarpała struny nerwów chłopaka, sprawiając że musiał się bardzo mocno wysilić nad tym, by nie okazać strachu.
Zaklęcie wyrwało się z różdżki kobiety, co sprawiło chwilowe spięcie karku Axela. Z ulgą jednak odkrył, że celem był kominek, a nie jego osoba. Ciepło płomieni zaraz dosięgnęło fotela i ich postacie, skłamałby, gdyby powiedział, że nie jest to miłe uczucie.
Jej dłoń nieprzyjemnie odsunęła się od niego a on sięgnął znów po nią, by tym razem przyciągnąć ja całą do siebie. Zgrabnym, zwinnym ruchem drugiej ręki złapał jej kolana i już po chwili Mel siedziała na jego kolanach, jej głowa znalazła oparcie na jego ramieniu.
Przez chwilę wyglądało to tak, jakby tańczyli, w czym Axel miał diabelską wprawę i doskonale wiedział, jak kierować partnerką, by znalazła się tam, gdzie tego chciał. Wyprostowany górował nad nią łowiąc jej spojrzenie chłodnym wzrokiem, lecz pod tymi lodowymi tęczówkami krył się istny ogień o błękitnych językach. Nie mówił już nic, by nie burzyć zbędnymi słowami tego, co między nimi w tej chwili się działo, kiedy spojrzenia i oddechy stały się jedynym językiem komunikacji. Gra cieni i światła na jej twarzy fascynowała Axela, sprawiając że wpatrywał się w nią jak zahipnotyzowany, powoli zbliżył twarz.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
29-01-2026, 11:44
Chciała zniszczyć ― zdradliwego na pieszczoty szczeniaka, tego złodziejaszka i cały świat, który ośmielał się naruszać jej porządek. W tej chęci było coś wstydliwie słodkiego i coś dzikiego zarazem, bo nie sposób było sobie odmówić spiekoty charakterku, co rwał się, by nakreślić szpony obłudnej katorgi zadawanej mu choćby w myśli. Gdyby tylko chciała, mogłaby rozegrać to inaczej: zwalić go na chłodną posadzkę, przywołać odpowiednie służby i nazwać rzecz po imieniu ― świętokradztwem prywatności, zuchwałym wtargnięciem w sanktuarium, które chroniła milczeniem i regułą.
Francuzi ― ach, Francuzi ― bywali wspaniałymi artystami, wieńczyli jaźń kreatywnością, błąkali się po segmentach teatrów, muzyki i poezji, szukając siebie w cieniu kulis. Potrafili też być cholernie niegodziwi w sztuczkach i manipulacjach, w drobnych gestach i półsłówkach, które podcinały kolana skuteczniej niż otwarta przemoc. Wiedziała to aż nazbyt dobrze; znała ten uśmiech, który obiecuje nic i wszystko naraz.
― Mon doux menteur ― Jakże chęć zadania mu bólu kusiła niemiłosiernie ― nie tego prymitywnego, cielesnego, lecz wyrafinowanego, uderzającego w dumę i pewność siebie. Pragnęła widzieć, jak drga mu powieka, gdy zrozumie, że nie ma tu władzy; jak mięknie ton, gdy ona pozostaje chłodna. W pragnieniu była kobiecość ostrza, delikatna i bezlitosna, zdolna przeciąć bez śladu krwi. Palce same układały się do gestów, które mogłyby go związać w narracji, wytknąć mu jego własne słabości, obrócić przeciw niemu każde słowo. ― Myślicie, że najprostszą gestią słów, artyzmu zawojujecie świat… Podbijecie tak po prostu myśl kobiecego egoizmu, by coś ugrać ― dywagowała na złość sobie i jemu. Przekornie wbijając paznokcie w poły odzienia na męskim torsie Jakże walące serce okazywało życie, zachęcone, czego właściwie? Igraszki, mordu, miłostki? ― Przez takie zachowanie Twoich braci, zaczynam niezbyt lubić piękną mowę, kraj i jego twórczości. Grzech.
Męskie ciało spoczęło bezwładnie w miękkości fotela i o zgrozo ― niegotowa na niestałość własnej sylwety poleciała na obcego, trwoniąc osobliwość chwili na korzyść męki w czystym zadziwie. Powietrze wyrwane z płuc uderzyło w nią gwałtownie, jakby świat nagle stracił pion, a ona wraz z nim. Okropny był to mężczyzna… okropny w swej nieporuszonej sile, w zapachu skóry niosącej obietnicę i zagrożenie zarazem, w sposobie, w jaki fotel przyjął ich ciężar bez skargi, jakby znał ten scenariusz od dawna. Zapomniała o ogniu, który przed chwilą zajął drewno leżące w kominku ― o trzasku, o cieple rozlewającym się po ścianach ― by twarz zakotwiczyć w zgięciu męskiej szyi. Tam było ciszej, bliżej pulsu, bliżej czegoś, czego nie chciała nazywać. Och, nie… ― pomyślała z opóźnieniem, które zdradzało, jak bardzo ciało wyprzedziło rozum. Prychnęła niczym najeżona kotka, ostentacyjnie, z wyćwiczoną irytacją, a jednak nie dość szybko, by ukryć moment zawahania.
Spojrzała na niego spod przymrużonego wejrzenia, w tym półmroku, gdzie granice przyzwoitości miękły, a kontury twarzy stawały się niebezpiecznie interesujące. Niegodziwy złodziej ― chwili, przestrzeni, jej własnej równowagi. Ułożyła dłoń na jego piersi tylko po to, by się odepchnąć, a jednak palce zapamiętały ciepło pod materiałem, rytm, który nie pytał o pozwolenie.
― L'innocence est hypocrisie… W Twych wargach, gdy kreślisz własną słodycz ― Przeklęty grzeszniku… Postawiła na szept ― miękki, lepki od ciepła, jak powietrze unoszące się tuż nad rozgrzaną ziemią w samym środku lata. Słowa nie miały znaczenia; znaczenie niosła intonacja, drżenie oddechu muskającego jego ucho, obietnica i groźba splecione w jedno. Z tej bliskości wyglądał niemal litościwie, jak cherubin wyjęty z fresku, gdyby nie ciemność włosów i cień, który osiadał mu w spojrzeniu. Ach… tacy zawsze bywali najgorsi ― mylący formę z istotą. ― Boisz się, Mon cher?
Nos dotknął jego żuchwy w geście zbyt intymnym, by był przypadkiem, a zarazem zbyt chłodnym, by nazwać go czułością. Druga dłoń odnalazła jego gardziel i zacisnęła się ostrzegawczo ― nie po to, by odebrać oddech, lecz by przypomnieć o granicy, o władzy, o tym, kto w tej chwili dyktował rytm. Twarz pozostała spokojna, niemal piękna w swej surowości. Kobiecość nie potrzebowała tu miękkości; była precyzyjna, skupiona, napięta jak ostrze. W oczach tańczył cień uśmiechu ― nie triumfalnego, lecz świadomego. Wiedziała już jedno: niewinność bywa tylko maską, a nie zamierzała dać się nią oszukać. ― Coś skradł z zasobów mojego mieszkania, hm? ― zaś pojedyncza skaza karminu pozostawiła swe piętno na bladym licu męskiego usposobienia, gdy zaśmiała się figlarnie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 23:39 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.