• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Ariundle Oakwood (Ardnamurchan)
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
27-09-2025, 22:16

Ariundle Oakwood (Ardnamurchan)
Na zachodnim wybrzeżu leży Ariundle Oakwood - pradawny dębowy las, którego powyginane pnie wyglądają jak zastygłe w ruchu postacie. Ziemię porasta gruby dywan mchu, a powietrze wypełnia zapach wilgoci i liści. Potoki spływają tu z gór wąskimi kaskadami, a ich szum miesza się z pohukiwaniem sów. W słońcu Ariundle wydaje się baśniowy, w mgle - mroczny i pełen sekretów. To miejsce, które wygląda tak, jakby nie zmieniło się od tysięcy lat.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
27-02-2026, 15:39
8 MAJA 1962

Arlo czuł się lepiej, a wraz z tą informacją powietrze wróciło do płuc wszystkich Figgów.  Do tej pory tkwili w stanie zawieszenia, włącznie z Jasperem, który dokładał wszelkich starań, żeby ustabilizować pacjenta, utrzymać jego świadomość i pracować nad przyswajalnością najpierw płynów, a potem posiłków. Ręka jednak nie wróciła do sprawności i nic nie zapowiadało w tym temacie szybkiej poprawy. Leonie wiązała nadzieje z propozycją Moiry, która obiecała, że odwiedzi z siostrzenicą Lysandra w jego pracowni i wypytają szkolnego nemezis o możliwości w zakresie magicznych ortez - sam Arlo zresztą wydawał się tym nieco pokrzepiony, kiedy opowiedziała mu o pomyśle. Był zbyt wycieńczony toksyną jadowitej tentakuli, żeby w pełni zdawać sobie sprawę z ograniczeń zawodowych z niesprawną ręką dominującą, a Leonie nie próbowała go w to wtajemniczać, podobnie Jasper. Ryzykiem był tylko trzepnięty we wszystkie klepki doktor Berg, ale on na szczęście nie zaglądał do Arlo na dłużej od czasu przejętego ostatnio dyżuru.
Wycieczka do Szkocji na jeden dzień i jedną noc była... impulsywna. Oboje z Jasperem potrzebowali zmiany krajobrazu, oddechu, oderwania od londyńskiej i walijskiej rzeczywistości; czegoś, co będzie tylko i wyłącznie ich. Baśnie otaczające Ariundle Oakwood przesądziły sprawę: spakowali magiczny namiot mający być ich schronieniem, ubrania, jedzenie i kilka innych drobiazgów, wzięli Helgę i ruszyli w paszczę przygody. Przywitało ich rześkie leśne powietrze, związane z nici mchu, liści i ziół rosnących nieopodal szemrzącego strumyka. Chow-chow skakał przez nierówności terenu z wywieszonym jęzorem, a poskręcane nad ich głowami gałęzie i pnie wiekowych drzew rzeczywiście wyglądało jak coś rodem ze szkockiego mitu. W końcu znaleźli w miarę płaskie poletko, gdzie mogli zainstalować namiot, w którym zostawili swoje rzeczy, przechadzając się potem po pięknym pejzażu. Leonie raz po raz zatrzymywała ich małą piechotę, żeby pokazać Jasperowi jakieś rośliny, nawet rozglądali się za grzybami, kiedy w pewnej chwili spojrzała na niego z chochliczą iskrą, co bynajmniej nie zapowiadało spokojnego ciągu dalszego wycieczki.
- Masz ochotę trochę się pobić? - wypaliła, uśmiechnąwszy się pogodnie. Ich dłonie były splecione, dlatego jeszcze nie zawracała sobie głowy sięgnięciem po różdżkę, nie zamierzała też atakować go znienacka ani zmuszać do potyczki, jeśli nie czułby się na siłach. Bądź co bądź przyjechali tu, żeby odpocząć. - Sporo myślałam o spotkaniu u Oriany i o tym, jak mało jest wśród nas ludzi wprawionych w zaklęciach... Z Nedem to było za mało. Wtedy - niestety na jego oczach - dotarło do mnie, jak zaniedbałam swoją więź z różdżką - westchnęła. Opowiadała mu wcześniej o spotkaniu z Rineheartem i wynikach tamtych prób, ale potrzebowała czasu, by zagłębić się w powody porażek, leżące dosłownie u fundamentów jej magii. W oderwaniu od drewna topoli, w braku harmonii, synchronizacji. Różdżka Jaspera świetnie sprawdzała się zaś w magii leczniczej, ale jak radziliby sobie w ofensywie? I przede wszystkim w defensywie? - Moglibyśmy poćwiczyć - zaproponowała łagodnie, a wolna dłoń sięgnęła do głębokiej kieszeni spodni podróżnych i wyciągnęła topolowe drewienko. - Ariundle Oakwood to całkiem dobre tło dla małego pojedynku. Ale tylko próbnego, nie chciałabym... Wiesz. Korzystać z potężnych zaklęć - zaznaczyła z muśnięciem rumieńca na policzkach. Nie chciała ryzykować, że którekolwiek z nich zrobi drugiemu prawdziwą krzywdę. Nie chciała barwić ich relacji fizycznym bólem. - Same podstawy, co ty na to? - zaproponowała, ufna i czująca się na tyle bezpiecznie w jego towarzystwie, żeby w ogóle to rozważyć.

PRAWIDŁOWA KOŚĆ WIOSNY
Zaczyna mocno wiać. Wiatr porywa płatki kwiatów i kurz. Powietrze wypełnia wir drobnych cząstek. Widoczność pogarsza się na moment. Trzeba osłonić oczy. Ubrania łopoczą głośno. Krajobraz staje się niespokojny. Piasek drażni wasze oczy.
Otrzymujecie -5 HP i karę -10 do końca dnia do wszystkich akcji wymagających celowania.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Jasper Prince
Akolici
But in my dream a wall of wire, stone and iron forged in fire
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
01-03-2026, 01:52
Dzisiaj głównie słuchał, bo prawdę mówiąc wciąż był myślami w szpitalu i zamartwiał się tym, czy cholerny Berg nie zepsuje dziś humoru Arlo albo państwu Figg. Martwiło go też, że kończyna nie wraca do pełni sprawności—a sugestię protezy przyjął z nieco roztargnionym uśmiechem i ukłuciem we własną dumę. Możliwe, że szkody były nieodwracalne, ale póki nie mieli pewności... musiał znaleźć sposób. I siedziałby w szpitalnym laboratorium i myślał nad eksperymentalnymi terapiami, gdyby nie niewinna sugestia narzeczonej. Mówił sobie, że pojechali tutaj głównie dla niej. Po tym, jak rodzinna tragedia i obecność rodziców zaskoczyły ją w Londynie i tym, jak wychlapał państwu Figg gdzie mieszkają... pewnie potrzebowała przestrzeni i miejsca, w którym będą sami. Nawet na jeden dzień, nawet symbolicznie.
Na miejscu dotarło do niego jednak, że ta wyprawa dobrze zrobi również jemu samemu. Dopiero teraz docierało do niego, że—nie licząc upojnych chwil w wannie i w łóżku i rano znowu w łóżku—nieustannie chodził spięty i zestresowany i skupiony na rozmyślaniu o jadzie tentakul.
Rozstawili namiot w spokojnym miejscu, ale im dłużej spacerowali—tym bardziej dokuczał im porywisty wiatr. Im, czy jemu? Leonie zdawała się nieprzejęta.
- Strasznie wieje... - pożalił się, ale w tym momencie brunetka dostrzegła nowy okaz wiosennych kwiatów. Jasper z lekkim niepokojem zdał sobie sprawę, że w maju kwitną wszystkie kwiaty i że może czekać go cały dzień słuchania o każdym gatunku.
Cierpliwie kiwał głową, aż nagle Leonie zmieniła temat i...
- Co? - rzucił z lekkim roztargnieniem (bo to nie tak, że nie słuchał o tych kwiatkach, ale może jego myśli same pomknęły w kierunku wyników badań krwi Arlo...). Pobić? Na szczęście, Lee szybko wyjaśniła, co ma na myśli.
- Z całym szacunkiem, Lee, ale gdybyś wygrała pojedynek z aurorem to zwątpiłbym w to, kogo zrekrutowałem. - westchnął z uśmiechem. Wiedział o sparingu Leonie z Nedem, ale nie rozpatrywał go w kategoriach porażki. Z nagłym zainteresowaniem spojrzał na rozłożyste, targane wiatrem drzewa, gdy wspomniała o więzi z różdżką. Wielokrotnie zastanawiał się, co działo się z różdżką Leonie... wtedy, ale bał się pytać. Teraz też nie spyta, tylko zepsułby nastrój. Jej oczy znów lśniły wesołością, jak wtedy gdy zasypiali obok siebie w Cardiff; ale w ciągu dni spędzanych w szpitalu czaiła się niech troska. Niech ta wesołość potrwa jeszcze trochę. - Jasne, że nic potężnego. Swoją drogą, słyszałaś, że na zjeździe—chyba już pod koniec—ktoś rzucił zaklęcie wywołujące trzęsienie ziemi i zniszczył wszystkie toalety w Hogwarcie? Tak mówiła Barbara, ale ona lubi trochę koloryzować... - musiał chyba zweryfikować tą plotkę u bardziej rzetelnego źródła.
- Obawiam się, że nawet w podstawach się zaniedbałem. Nie pojedynkowałem się od Hogwartu... choć szkoda. Myślę czasem, że gdyby nie konieczność ukrywania magii przy mugolach to wszyscy bylibyśmy w niej stokroć lepsi. - rozpędził się politycznie, cofając się o kilkanaście kroków do tyłu. - Tak dobrze? - naprawdę dawno się nie pojedynkował. Zmrużył oczy, bo wiał w nie wiatr, a wycelowanie różdżką w Leonie wydało się nagle jakieś trudne. Może jednak stał za daleko? - Na trzy? - zaproponował. - Raz... dwa... trzy... Rictusempra! - podszedł do pojedynku niezwykle... poważnie.
1x k100 (Rictusempra):
98
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
01-03-2026, 11:58
Porywisty wiatr szarpał gałęziami lasu, wzburzając w powietrze zbłąkane witki i pierwsze liście, porwane z drzew przez temperament Ariundle. Leonie nie traciła jednak zapału do tego, by spędzić dzień w tym miejscu. Namiot był dobrze zabezpieczony i względnie oddalony od punktu, w którym intensywność żywiołu zdawała się silniejsza, a to najważniejsze, w zasadzie fundamentalne do tego, by spokojnie spędzili noc - z resztą można było sobie jakoś poradzić. Przed zapuszczeniem się w gęstwinę kniei Leonie sięgnęła jeszcze do podróżnego plecaka, z którego wydobyła gumkę do włosów, i związała kosmyki w dość ciasny koński ogon, by te nie wpadały do oczu aż tak często. Mieli dezerterować tylko ze względu na niekorzystne warunki pogodowe? Błąkać się teraz po szkockich pagórkach w poszukiwaniu nowego scenicznego pejzażu, który ukoi oczy, do tej pory chorobliwie pragnące zmiany przestrzeni? Nie ma mowy, w tej chwili stało się to kwestią honoru.
- Pewnie zaraz się uspokoi - zawyrokowała, nie wiążąc z tym jednak za dużych nadziei. Las nieprzerwanie szumiał melodią wiatru, łapiąc słowa Jaspera niczym komplement zachęcający do dalszych figli. Trudno, przecież nie byli zrobieni z soli, chyba nie rozpadną się na drobne kawałeczki, prawda? Leonie chciała w to wierzyć. Potrzebowała w to wierzyć. Potrzebowała drobnych zwycięstw, które wyrównają ostatnie porażki i strachy. Jasper chyba też tego potrzebował: myślami pozostał na obrzeżach Londynu, jakby miasto zamknęło go w pułapce ostrych zębów i nie chciało go wypuścić. Leonie rozumiała, dlaczego tak się działo. Nadal w pocie czoła pracował nad powrotem Arlo do zdrowia, poza tym zderzał się z jej rodzicami w szpitalnych pokojach, gdzie mierzył się też z wtajemniczoną w narzeczeństwo Isadorą.
Leonie wybuchnęła śmiechem na słowa o aurorze i rekrutacji, miał rację, a mimo to spodziewała się po sobie choć trochę lepszego wyniku. Ale wygrać z aurorem, z człowiekiem szkolonym do walki i tłamszenia czarnej magii? To by dopiero było coś. Uśmiechnięta szeroko, w porę złapała w dłonie liść, który zamierzał wpaść jej do ust, jakby Ariundle Oakwood zwęszyło okazję do podobnego Irytkowi psikusa, i odrzuciła dębowe ogniwo na bok.
- Fakt, nie mogę stawać na drodze dobrej rekrutacji - zgodziła się wesoło, po czym przechyliła głowę do ramienia, przypatrując się narzeczonemu z ciekawością. - A ty kiedykolwiek się z nim mierzyłeś? - nie spytała go o to wcześniej i zaintrygowalo ją, czy przed wtajemniczeniem Neda w sekrety Akolitów Jasper wcielił się w rolę bitewnego rekrutera, żeby zweryfikować jego umiejętności i przydatność. Jakoś jej to do niego nie pasowało. - Naprawdę? - zamrugała zdziwiona, słysząc o zniszczeniach w Hogwarcie. Kiedy rozpoczął się Turniej Pojedynków, już nie było jej na miejscu. - Aż żałuję, że tego nie widziałam. Wybuchowy sposób na zakończenie zjazdu. Ciekawe, czy Leach dostał palpitacji na myśl, że powiążą to z jego zaprzysiężeniem i skutecznością... - mruknęła z nutą złośliwości. Oboje nie uznawali nowego Ministra, marionetki w dłoniach Dumbledore'a, mugolaka, który zasiadł na najważniejszym miejscu magicznej społeczności wysp, dlatego nie krępowała się mówić otwarcie przy Jasperze. Od pierwszej kolacji u Medici byli ze sobą w tym temacie szczerzy.
Prince miał rację: przez mugoli i konieczność ukrywania swoich zdolności łatwo było zaniedbać biegłość magiczną, szczególnie jeśli mieszkało się w otoczeniu pozbawionych czarów ludzi. Gorliwie pokiwała głową, odgarnęła kosmyk włosów wpadający przez wiatr do oczu i cofnęła się o dodatkowe kilka kroków, kłaniając się przed Jasperem teatralnie, przez co do jej oczu prawie wpadł kawałek oderwanego od podłoża mchu. Warunki nie były idealne, ale co to dla nich? Wmawiała sobie, że dzięki temu poćwiczą intensywniej. - Jeśli wygrasz, będę miała dla ciebie prezent - zapowiedziała lisio w ramach zachęty i kiwnęła głową, odliczając razem z nim. Wiedziała, że Jasper zaatakuje, dlatego zdecydowała się zacząć od obrony. - Protego!

szafeczka
1x k100 (protego):
60
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Jasper Prince
Akolici
But in my dream a wall of wire, stone and iron forged in fire
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
03-03-2026, 07:22
Wracamy z pokoju życzeń

- Poniekąd cię rozbroiłem - nie sprecyzował, czy miał na myśli przemianę w kaczkę i leżącą w trawie różdżkę, czy rozbrajające w inny sposób pocałunki - więc może należą mi się laury? - zaczął się droczyć, chociaż obydwoje doskonale wiedzieli, że to Leonie miała dziś na koncie więcej trafień i w ogóle udanych zaklęć. I że jego sukces był możliwy, bo miłosiernie i dwukrotnie rzuciła Finite. Czy byłby zdolny zmienić ją w kaczkę gdyby tańczył i wisiał głową w dół? Jak w ogóle działały magiczne pląsy przy Levicorpusie?
Może warto to kiedyś sprawdzić.
- Jeszcze tu… - udał, że chce wyjąć źdźbło trawy z jej targanych wiatrem włosów, ale tak naprawdę nachylił się by skraść kolejny pocałunek.
Może jednak zostałby mistrzem pojedynków, gdyby w Hogwarcie miał dziewczynę i motywację do takich ćwiczeń.
- Powtórzmy to jeszcze. Gdy nie będzie tak wiało. - poprosił, dźwigając się na nogi. Miał na myśli i sparing i pocałunki w trawie. Miło, gdyby za drugim razem trawa nie była tak wilgotna…
Wyciągnął rękę, by pomóc Leonie wstać. Chętnie przeciągnąłby te czułości, ale… -Wracajmy do namiotu? - zaproponował, odgarniając z czoła rwane wiatrem kędziory. Może tam nie będzie tak zimno.
Leonie liczyła chyba, że wiatr minie, a Jasper, że ich namiot jest od niego osłonięty. Obydwoje się przeliczyli. Wiało mniej, ale nadal znaczàco. Materiał drżał, smagany wichurą, a Jasper omiótł całą konstrukcję krytycznym spojrzeniem. Wnętrze można jeszcze ocieplić magią, ale co jeśli wichura wzniesie w końcu namiot nad ziemię? Niby dobrze go zabezpieczyli, ale skąd miał wiedzieć, czy na pewno? Od dziecka nie był na biwaku, a wtedy więcej uwagi poświęcał dokuczaniu Marcusowi niż ojcu rozstawiającemu namiot. Perspektywa nocy pod gołym niebem wydawała się teraz bardziej nieprzyjemna niż ekscytująca.
- Wiem, że cieszyłaś się na biwak - chyba bardziej niż on, bo był dość wygodnicki i od dawna nie spał w takich warunkach. -…ale noc w namiocie też moglibyśmy… powtórzyć, hm? Albo raczej przełożyć. Hotel w Edynburgu zawsze jest opcją i moglibyśmy wziąć kąpiel… - uśmiechnął się znacząco. Nawet teraz, pomimo zimnego dnia, wspomnienie tamtej nocy momentalnie go rozgrzało. Dzisiejsza rywalizacja też go właściwie rozgrzała, ale w inny sposób. Gdyby tylko ta pogoda nie była tak zła i gdyby nie targał nim męski lęk przed przeziębieniem… może cieszyłby się nawet na nocleg na świeżym powietrzu. Dziś chyba chciał ją trochę rozpieścić. Nie wziąłby kochanki do drogiego hotelu, ale narzeczoną już tak—kolejny benefit jego pośpiechu i jej zgody!
-…i też mam coś dla ciebie. I to niezależnie od tego, czy byłaś zwycięską kaczuszką. - zadarł wyzywająco brodę, a uśmiech nadal igrał na jego wargach. Nie przyznał jednak, co dla niej ma. Tak, jakby najpierw miał nadzieję na pomyślny wyrok w kwestii hotelu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
04-03-2026, 11:34
- Zawsze mnie rozbrajasz - zaśmiała się cicho, pochłonięta przez chwilę czułości, której oddawała całą uwagę. Wiatr i szarpane przez niego poszycie lasu przestały mieć znaczenie, nie zwracała uwagi na kosmyki włosów wpychające się do pocałunków, na igiełki chłodu zakradające się pod nadymające się powietrzem ubrania; nie istniał dla niej świat poza oczami i dotykiem Jaspera, poza jego bliskością, jego ciepłem, ekscytacją, która nie odpuszczała, mimo zakończonego treningu. Oddawała jego całusy, obsypywała pocałunkami jego twarz i przylegała do niego ciasno, jakby bała się, że wichura zaraz ich rozdzieli. - Chętnie. Dziś zaklęcia leciały na wszystkie strony przez ten wiatr - zastrzegła, tym prostym wytłumaczeniem zdejmując z nich odpowiedzialność za nieudane próby. Bardzo chciała pomóc Jasperowi nabrać pewności w pojedynkach, przypomnieć sobie razem z nim najbardziej zakurzone podstawy, które pewnego dnia mogą okazać się niezbędne. Do przeżycia. - Podobało ci się? - spytała niepewnie. Pewnie nie poszło mu tak sprawnie, jak przewidywał, ale skoro proponował kolejną rundę, chyba się nie zniechęcił? Nie zmuszał - dla niej? Zdaniem Leonie sparing był zabawny, szczególnie kiedy została kaczką, i przede wszystkim bezpieczny, ale czy dla niego, wiszącego do góry nogami i tańczącego, też taki był?
Rzeczywiście powinni już wracać, wiało coraz mocniej, jakby natura próbowała ich przekrzyczeć. Leonie oderwała się od ukochanego i usiadła, poprawiając zmierzwiony kucyk, ale to bez sensu, bo założone za uszy kosmyki znów rozwiały się na wszystkie strony. Póki pamiętała, zebrała też różdżkę z ziemi i schowała ją do kieszeni, wróciwszy później do Jaspera, żeby złapać go za rękę. Jeśli splotą ze sobą palce, żywioł na pewno ich nie rozdzieli.
- Masz rację... Trochę bym się bała, że w środku nocy gdzieś nas zwieje i meble przygniotą nas przy upadku namiotu - zmarszczyła brwi, zatroskana. Powrót do domu byłby przykrą okolicznością: jakkolwiek kochała Cardiff i lubiła też Horyzontalną, przywiązała się do wizji spędzenia nocy z dala od domu, w miejscu, gdzie nikt ich nie zna, a cienie pełzające za nią i narzeczonym zostały przez nich zostawione w tyle, jak w konnej gonitwie. Dlatego rozpromieniła się na propozycję Jaspera, przytaknąwszy ochoczo. - Znasz jakieś sprawdzone miejsce? Czy wybierzemy coś spontanicznie? - zapytała, a na jej twarzy rozkwitł szeroki uśmiech, słysząc o kąpieli. - Proszę, jak się spodobało... - zachichotała, podkolorowana plamami rumieńców na policzkach. Ostatnio było miło, było ciepło, było dobrze, w koślawości ruchów próbujących dopasować się do obłych kształtów wanny kryły się radość i swoboda życia, którego tak bardzo potrzebowali. - Naprawdę? A co? - podjęła od razu, zarówno zdziwiona niespodzianką, jak i wyglądająca nieco jak lis, który właśnie dostrzegł na horyzoncie śliczny kurnik, ewentualnie zwycięska kaczuszka, która miała dla siebie całe wiadro ziaren. Nigdy nie widziała w prezentach czegoś oczywistego. Po Colinie długo uważała, że nie jest warta wydawania na nią energii lub galeonów; z Jasperem było tak samo, pierwszym impulsem było zawstydzenie, prośba, by się nią nie kłopotał - a na tym tle dzisiejsza reakcja była nowa, bardziej otwarta i mniej oprószona wstydem.
Kiedy wrócili do namiotu, świat udowodnił, że decyzja o przeniesieniu się do hotelu nie była pozbawiona sensu. Grube materiałowe ściany łopotały, mimo że wnętrze pozostało w bezruchu, magicznie większe od środka, wypełnione meblami, ciepłymi puszystymi dywanami, małym aneksem kuchennym, częścią łazienkową, sypialnianą i dzienną. Wydzielone przestrzenie były małe, ale warunki, które zapewniały, były więcej niż wystarczające, by czuć się wygodnie. Może z wyłączeniem dni targanych wichurami...
- Pierwsza powiedziałam o prezencie, więc zacznę - zapowiedziała wesoło, ale i z nutką zażenowania, bo brała pod uwagę, że podarki mogły być mniej ekscytujące, niż założy, albo uznałby je za bezużyteczne. Leonie kucnęła i sięgnęła do plecaka, najpierw wyciągnęła ze środka sakiewkę, którą położyła na stoliku kawowym, stojącym przy kanapie obitej w miękką zieloną tkaninę. - Peruwiański proszek natychmiastowej ciemności - zaczęła, spoglądając na Jaspera. - Pomyślałam, że... Nie wiadomo, co się wydarzy, nie wiadomo, jak to wszystko się potoczy. A zawsze dobrze jest mieć możliwość ucieczki, szczególnie gdy różdżka może zawodzić. Wystarczy zapamiętać przed rozrzuceniem, w którą stronę biec - wyjaśniła cicho. Ucieczka była wpisana w jej fundament. Była jej sposobem na życie, na przeżycie, czymś, z czym obecnie próbowała w sobie walczyć, jeśli chodzi o bliskie relacje. Następnie wydobyła z plecaka kolejne zawiniątko, dodając drugą część prezentu do pierwszej na stoliku. - I lusterka dwukierunkowe. Jedno z pary - uśmiechnęła się, zakładając za ucho zbłąkany pukiel. - Drugie mam ja. Na wszelki wypadek - zakończyła i nadal kucając, przyjrzała się mu z nadzieją. Spodoba mu się? Nie spodoba mu się?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Jasper Prince
Akolici
But in my dream a wall of wire, stone and iron forged in fire
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
05-03-2026, 06:41
Uśmiechnął się blado, gdy Leonie usprawiedliwiła pewne porażki pogodą. Przez chwilę korciło go, by z wdzięcznością po prostu przyjąć ten wyrok i udawać, że nic się nie stało. Że w inny dzień poszłoby mu lepiej, że nie widział w sobie wyraźnych braków, że jest partnerem wartym sparingu, że Leonie zdoła się przy nim czegoś nauczyć pomimo tego, że była na tyle zaradna i czarująca, że mogła poświęcić ten czas na lekcje z aurorami. Tak, taka wersja wydarzeń byłaby wygodna i wystarczyłaby sekunda i nieco szerszy uśmiech by przekonał Lee do tego, że zazwyczaj idzie mu lepiej...
...ale próbował być z nią szczery. Dzięki temu, jak ona była z nim szczera—nawet gdy było to dla niej trudne. (Pewne aspekty swojej nieszczerości Leonie zataiła tak skutecznie, że nawet się ich nie domyślał. Szczególnie teraz, przed ślubem, gdy ich finanse były od siebie zupełnie niezależne).
Dlatego westchnął i nie poszerzył uśmiechu:
- Gdy spotkałem Eileen w Londynie, a moje zaklęcie chybiło... pogoda była dobra. - skwitował cicho. - Mam dużo do nadrobienia, zasiedziałem się w szpitalu i nad kociołkiem. I jeśli mam być szczery, nawet w Hogwarcie rywalizacja w sprawianiu czarodziejom bólu czy szczeniackich upokorzeń mi się nie podobała... - uśmiechnął się nieco cieplej, wspominając jak Leonie pilnowała, by dobierali tylko zaklęcia, które nie zaszkodzą im za mocno. I jak oddawała cenne sekundy własnego czasu, by szybko zdjąć z niego bardziej kłopotliwe zaklęcia zanim wyprowadziła kolejne ataki. -...ale z tobą podobało mi się. Powtórzmy to. - wyznał.
Rozpromienił się, gdy przystała na jego propozycję. Nie udawał, że jest asem pojedynków. Dobrze więc, że nie musiał udawać entuzjazmu dla nocy spędzonej w targanym wiatrem namiocie. Był magiczny i wygodny, może był też bardziej stabilny niż wyglądał, ale po co było im ryzyko? Zwłaszcza porównane z perspektywą gorącej kąpieli.
- Trzy lata temu zatrzymałem się w Balmoral Hotel przy okazji konferencji naukowej, było całkiem wygodnie i elegancko. - może nie był to luksus dla najbogatszych turystów, ale na ich dwójce i tak powinien zrobić wrażenie. Wspominał ten hotel dobrze. Wcześniej te konkretne konferencje odbywały się w pałacyku w Shropshire, ale przestały po jakiejś kłótni właścicieli lokalu z organizatorami—i dobrze, w Edynburgu było więcej atrakcji niż na tamtym zadupiu.
- Zobaczysz w namiocie! Już zaraz. - obiecał ze śmiechem, gdy dopytała o prezent. Jego oczy rozbłysły figlarnie; przypomniał sobie kontrast jej dzisiejszego oczekiwania z popłochem jakim w kwietniu przyjęła pomysł obejścia (prezentami, a jakże) urodzin.

W namiocie wciąż było na szczęście ciepło, choć jego ściany dygotały w rytm uderzeń wiatru. Decyzja o hotelu została na szczęście podjęta, więc pozostawało tylko się spakować i wymienić podarkami.
- Peruwiański? Z twojej wyprawy? - zażartował, wypominając jej grę w kłamstwa i prawdy, w trakcie której wmówiła mu, że udała się tam w podróż magibotaniczną. Z uśmiechem słuchał, jak wyjaśniała działanie proszku—słyszał o nim, ale faktycznie nigdy nie miał go w rękach. Jego oczy spoważniały, gdy mówiła o ucieczce. O przyszłości, niepewnej z powodu powrotu Grindelwalda. Ekscytującej, ale jego też dopadał czasem lęk o to, co za sobą przyniesie. Każda rewolucja była okupiona walką, a Jasper niechętnie przyznawał przed samym sobą, że status quo był... wygodny. W odróżnieniu od wielu akolitów, zachował swoją przynależność do frakcji w sekrecie, mógł wieść spokojne życie. Czasem kusiło go to bardzo mocno. Koszmary i wizje przypominały mu jednak, że spokój był złudny. Mugole rozpętają kolejne wojny, byli zdolni do kolejnych okrucieństw. Bezpieczeństwo nie istniało i choćby Leonie przekonała się o tym na własnej skórze, a on nie mógł oprzeć się wrażeniu, że mówiąc o ucieczce w przyszłości myślała o przeszłości.
Nigdy nie spytał jej jak uciekła. Ani jak to się stało, że nie mogła zostać znaleziona. (Jak to się dzieje, że Tobiias Snape ukrył się gdzieś z Eileen?) Czasem cisnęło mu się to na język, szczególnie gdy myślał o siostrze, ale ostatecznie wybierał milczenie. Może kiedyś powie mu sama.
- Och, teraz będziemy mogli rozmawiać na monotonnych dyżurach! Albo będę cię rozpraszał gdy moje wolne wypadnie w twój poranek w sklepie... - skomentował lusterka łobuzersko, pogodnie, byle rozwiać myśl, że i one są praktycznym prezentem. Że i jego własny prezent jest niejako dyktowany lękiem. - Dziękuję. Przydadzą się, obydwa. Lusterka cały czas, a proszek raz...w kluczowym momencie, więc będę go nosił przy sobie cały czas. - samemu sięgnął do kieszeni. - Ja mam coś podobnego, jeśli... jeśil chcesz. - w odróżnieniu od lusterek, na które mogli nie zwracać uwagi nawet jeśli drugie miało coś do powiedzenia, jego prezent wiązał się z oddaniem drugiej osobie pewnej autonomii. - Te monety są zaklęte. - otworzył dłoń. - Tak, że każda z nich pokazuje lokalizację drugiej. Jeśli chciałabyś nosić jedną przy sobie, zawsze... nigdy... nigdy się nie zgubimy. I zawsze będziemy wiedzieli, gdzie się szukać. - poprosił z powagą. - W dzień targowy w Cardiff, na przykład. - dodał prędko, zanim atmosfera zrobiła się nadmiernie grobowa.
- Jeszcze jedno. - znowu sięgnął do kieszeni. - Obiecałem sobie, że zrobię to w pięknym plenerze, ale najwyraźniej w Szkocji nie uświadzymy ani słońca ani lepszej pogody... - jeszcze wiatr rozwiałby jej włosy i zasłonił cały widok. Wahał się, czy w ogóle robić to dziś, ale pojutrze mieli poznać jej ciotkę, a przed spotkaniem z jej rodzicami już się spóźnił... Lepiej nie czekać.
Klęknął na jedno kolano.
- Przyjmiesz ten pierścionek jako znak naszych zaręczyn? - zapytał, choć tradycja wymagałaby powtórnego wyjdziesz za mnie?, ale po emocjach we Fruwokwiecie nie miał na to nerwów. Otworzył małe pudełeczko, jeszcze mniejsze od tego z monetami: by pokazać Leonie złoty pierścionek, którego oczko układało się w motyw roślinny i wywinięte liście. Wśród nich lśnił kwiat, złożony z drobnych diamencików. Dyskretnych, ale prawdziwych—dobrze, że Hotel Balmoral nie kosztował małej fortuny, bo tą już Jasper wydał.

przekazuję Leonie jedną z pary bliźniaczych monet
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
05-03-2026, 12:00
- To były emocje - usprawiedliwiła Jaspera cicho, kreśląc opuszkami niewidoczne ślady czułości na jego twarzy. Rzadko rozmawiali o Eileen, Leonie wiedziała, że budziło to w nim ból, którego nie wyleczył upływ czasu; do wesela się zagoi, powiadali niektórzy, ale wątpiła, że nawet wtedy narzeczony przestanie wyrzucać sobie zgubienie jej tamtego dnia w tłumie. Poczucie, że zawiódł zarówno siostrę, jak i samego siebie, nie zniknie, jak podejrzewała, dopóki nie odnajdzie swojej zguby i nie zdoła z nią porozmawiać. Cieszyła się jednak, że mimo to potrafił się do niej uśmiechnąć i zapewnić, że dzisiejszy sparing nie był jednorazowym przedsięwzięciem. - W razie czego Ned pewnie też chętnie ci pomoże - przypomniała słowa aurora z kolacji u Oriany. - A mi spodobało się bycie kaczką. Piszę się na kolejną turę - Leonie uśmiechnęła się szeroko. Świat wyglądał wtedy tak inaczej.
Zgodziwszy się na wspomniany przez niego hotel, wrócili razem do namiotu, trzymając się za ręce. Nadal nie mogła się nadziwić, że jego - właśnie jego - dotyk od początku wydawał się jej bezpieczny, jak sanktuarium, w którym można schronić się przed niechcianymi bodźcami. Na potańcówce, gdzie ich historia obrała inny bieg, odkryła, że ciało Jaspera w przedziwny sposób pasuje do jej ciała, jakby byli dwoma kawałkami puzzli, które tworzyły przy sobie spójny obrazek. Nie wzięło się to jednak znikąd: oswajał ją ze sobą od dwóch lat, odwiedzał, choć nie musiał, zamęczał niezrozumianymi przez nią próbami flirtu, i los wreszcie zdecydował się nagrodzić jego starania. Zielarka parsknęła śmiechem, słysząc o nawiązaniu do wyprawy, której Jase nie dawał jej zapomnieć, i pokiwała głową. - Zgadłeś. Dostałam to od szamana, którego spotkałam w grocie podczas strasznego ukropu. Słońce grzało jak ogień przystawiony do oczu i skóry. Nie było czym oddychać. Tamten pustelnik pokazał nam, jak można się od tego odciąć, właśnie za pomocą proszku natychmiastowej ciemności, i to uratowało naszą drużynę przed... samozapłonem - skończyła teatralnie, z powagą i emfazą tkając opowieść, która oczywiście nie miała miejsca, ale brzmiała tak dramatycznie, że Leonie niemal uwierzyła, że tam była i dostała sakiewkę substancji od szamana na zaś, a teraz przekazywała ją jemu.
Cieszyła ją reakcja Jaspera, jego natychmiastowy entuzjazm do podarunków, co do których sensu nie była do końca pewna, wiecznie wątpiąc w swoje decyzje. A kiedy w jego oczach błysnął chochliczy sznyt, roześmiała się cicho pod nosem i wstała z kucek, przechylając głowę do ramienia. - Gorzej, jak zaczniesz coś pleść, a w lusterku pojawię się nie ja, tylko Harris - rzuciła z rozbawieniem, bo nie wątpiła, że współpracownik mógłby zajrzeć do jej rzeczy i poszukać źródła głosu Jaspera, dobiegającego na przykład z dna torby. A nie daj Merlinie zacząłby mówić coś niestosownego... Policzki Leonie znów oblały się rumieńcem na to wyobrażenie i szybko odwróciła wzrok, żeby narzeczony nie wysondował, o czym pomyślała. Bez sensu - pewnie i tak to zrobi. Zazwyczaj czytał z niej jak z otwartej księgi. Dopiero kiedy jej twarz ostygła, a Prince przeszedł do swojego prezentu, wróciła do niego spojrzeniem, z zaciekawieniem obserwując, jak wyjmował magiczne monety. Niepozorne, maleńkie, ale kolosalne. Bo przecież gdyby miała coś takiego wtedy, gdyby ktoś miał drugi egzemplarz... Leonie zbliżyła się do niego jak oczarowana, z poruszeniem patrząc na podarunek. Ze wzruszeniem. Musiał wiedzieć, jak wielkie miało to dla niej znaczenie, jak bezpiecznie poczuje się, wiedząc, że Jasper będzie mógł ją odnaleźć, znał skalę jej lęku, sam obawiał się, że ją straci, jakby Leonie miała przepaść w czeluści świata. Dlatego ostrożnie odebrała jedną monetę i zacisnęła na niej palce jak na cennym skarbie, po czym uśmiechnęła się, nadal wzruszona. - Na przykład - potwierdziła chrapliwie. Oboje wiedzieli, że dzień targowy to wymówka. Że za prezentem czai się obawa, tak jak za jej prezentami. Że kiedy poczuli się w życiu szczęśliwi, obawiali się to stracić. - Dziękuję - powtórzyła jego słowo jak echo. - Wygląda na to, że w jednym czasie wpadliśmy na podobne pomysły - jej ułożone w uśmiechu wargi zadrżały, ale łzy nie popłynęły. Nie chciała znów przy nim płakać, nie w chwili, która miała nieść nadzieję. Ale to nie wszystko, to nie był koniec. Zamarła, patrząc, jak Jasper opadł na jedno kolano, dopełniając odłożonej w czasie tradycji, a potem jej oczom ukazał się pierścionek, który pozbawił ją tchu; nigdy nie widziała czegoś tak w każdym calu doskonałego, czegoś dodatkowo spersonalizowanego pod jej pasje, czegoś, co... - Jase, on musiał kosztować majątek - wykrztusiła z przejęciem. Oczka kamieni szlachetnych połyskiwały w świetle namiotu; jeżeli wcześniej z ekscytacją przyjmowała jego prezenty, teraz do Leonie zakradło się znajome poczucie skrępowania i wyrzutów sumienia. - To na pewno nie jest... za dużo? - spytała niepewnie, ale opuszek musnął już florystyczny akcent pierścionka, doceniała w ten sposób eleganckie linie kształtu, ich gładkość, precyzję. Małe dzieło sztuki, które zdobył z myślą o niej. O zwykłej Leonie Figg. Nie wiedziała, ile Jasper zarabiał, ale jej własne wieczne zadłużenia i zaległości nigdy nie pozwoliłyby na kupno czegoś tak pięknego, dlatego nie pozwoliła sobie jeszcze się tym cieszyć. - Jest przepiękny - szepnęła, nie mogąc oderwać wzroku od zaręczynowej biżuterii. - Przepiękny.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Jasper Prince
Akolici
But in my dream a wall of wire, stone and iron forged in fire
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
05-03-2026, 19:41
- Takie emocje, które powinny motywować. - zaprzeczył, choć nie cofnął się od dotyku. W sprawach dotyczących własnego rodzeństwa (no, poza Marcusem) bywał jednak uparty jak wół. Chyba zbyt wcześnie poczuł odpowiedzialność za wszystko, co zaczęło się walić–bedąc wtedy zbyt młodym, a potem zbyt mało obecnym by cokolwiek naprawić. Mimowolnie wzniósł oczy do nieba, przypominając sobie, w jakim nastroju spotkał ostatnio Neda. Lubił aurora, ale Rineheart—być może podświadomie chcąc się odegrać za poczucie całkowitej bezsilności ze szpitala—ostatnio jakoś kwestionował każde jego słowo. Wliczając w to wątpliwości odnośnie tego, jak nawigował początkiem relacji z Leonie. Mógł sobie wyobrazić, jak wiele komentarzy miałby auror odnośnie intonacji inkantancji, sposobu trzymania różdżki, czy samego doboru zaklęć. Niewątpliwie pomocnych, ale czy był na to gotowy? I czy Leonie—siostra dwóch braci, którzy niewątpliwie kiedyś ze sobą rywalizowali—znała skalę męskiej dumy?! Argument z kaczuszką, a zwłaszcza towarzyszący mu uśmiech, był o wiele bardziej przekonujący. Cały świat wyglądał inaczej, bardziej świetliście, gdy uśmiechała się w ten sposób. Przypominając Jasperowi o humorze i drobnych przyjemnościach, które zaniedbał na swoich pracoholicznych studiach i w swoim dalszym, poukładanym życiu.
Potańcówka i pójście do domu z praktycznie nieznajomą dziewczyną były faktycznie powiewem szaleństwa w tym życiu, zwłaszcza, że nawet odreagowywanie po zdradzie żony Jasper traktował jakoś... systematycznie i chłodno, z całym wypunktowanym planem niezobowiązujących relacji. W żadnym z takich planów nie było miejsca na tak ciasno splecione ciała w tańcu, na pocałunki wykradane z taką śmiałością i na nagłą zazdrość. Leonie nie była jednak odskocznią, choć może jej samej z początku się tak wydawało—gdy dopytywała o obrączkę. Poznawał ją stopniowo, w chwilach wykradzionych w sklepie i podszytych desperacją uprzejmościach; nie mogąc zapomnieć motylego dotyku jej dłoni na karku i policzkach i szyi, gdy z wprawą zdejmowała z niego diabelskie sidła, a jakaś irracjonalna i stęskniona za dotykiem część jego umysłu pragnęła by się nie śpieszyła.
Cieszył się, że teraz też nie musieli się śpieszyć. Że wydarli obowiązkom ten dzień i noc, że mogli posiedzieć sami, gdzieś daleko. Chwilowo nie myśląc o kontuzji Arlo ani o nadchodzących spotkaniach rodzinnych. Zastanawiał się, czy to z ciotką też stresuje Leonie, choć wydawała się zadowolona. Samemu... nie wiedział jak przyznać się rodzicom ani jak przyznać się Leonie, że jeszcze się im nie przyznał.
To wszystko mogło poczekać.
- Czy w Peru nie ma aby... gór i dżungli? - zmrużył z rozbawieniem oczy. - Prawie mnie przekonałaś, Lee, ale dopracuj zakończenia i detale! - parsknął śmiechem gdy z wyraźną pauzą wpadła na samozapłon.
- Jak to Harris?  - zmarszczył brwi. - On nie wie, że nie grzebie się w cudzych rzeczach? - cóż, skądś znał datę urodzin Leonie, ale o tym Jasper chwilowo zapomniał. - U nas w szpitalu nie ma takich problemów, Barbara urwałaby chyba młodszym pielęgniarkom głowę za wścibstwo. - co prawda sama dopytała go już o Leonie, ale po pierwsze była świadkiem tamtej sytuacji, a po drugie była starsza.
Czy oczy Leonie wydawały się szkliste na widok monet, czy to jemu trochę rozmazywał się świat? Zamrugał i z ulgą odwzajemnił jej uśmiech, rad, że zrozumiała intencję podarku. Że zdołała się uśmiechnąć, pomimo oczywistych skojarzeń. Że przyjęła prezent, mimo, że teraz to jemu oddawała władzę nad wiedzą o swoich krokach (w dodatku po tym, jak niechcący zdradził Thaddeusowi Figg zbyt wiele... ale może nie zrobiłby tego, gdyby miał wtedy monetę i nie lękał się, że zgubi Leonie jak Eileen w uliczkach Cardiff lub Londynu?)—i wzajemnie, ale on pewnie podchodził do tego z większą swobodą.
- Tak. - potwierdził chrapliwie, chyba nie chcąc dłużej tego komentować. [i}Tak, bo chcę żebyś była bezpieczna? Tak, bo obydwoje lękamy się po tym, co przeszłaś? Tak, bo ten świat nie jest bezpieczny dla czarodziejek, bo Ministrowie Magii bardziej troszczą się o psychikę mugoli niż o nas?[/i] Wiedzieli przecież to wszystko. On to wiedział.
- Lee, to nieelegancko pytać mężczyzn o ich wydatki... przed ślubem. - uśmiechnął się chytrze. Diamencików było kilka, i tak kosztowały mniej niż kosztowałby wielki diament. Taki też rozważał (choć wtedy nie mógłby zabrać Leonie w maju ani do hotelu ani na elegancki obiad z jej ciotką), ale jakoś nie pasował mu do smukłych dłoni narzeczonej. I nie zmieściłby się pod bardziej przylegającymi rękawicami ogrodniczymi. - Pasuje do ciebie. - zbył jej za dużo tym komentarzem. - Cieszę się, że ci się podoba. - szepnął chrapliwie, wsuwając go na jej palec. Uśmiechnął się mimowolnie, szeroko. Ostatnio oświadczał się rodzinnym pierścionkiem, ktory po namyśle oddał Marcusowi, niech trafi do jego syna. Ten wybrał sam, zamówił sam, ten spodobał się mu prawdziwie. Podobnie jak kobieta, której go wręczył.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Leonie Figg
Akolici
i dug my heels into the gravel as evidence for you to unravel. can you find me?
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
06-03-2026, 12:59
W duchu nie zgadzała się z przekonaniem Jaspera, ale nie powiedziała tego głośno. Emocje, których doświadczył, widząc w tłumie swoją zaginioną siostrę, nie miały szansy zmotywować go tak, jak tego oczekiwał; zamiast tego zamroziły go w miejscu, naszpikowały napięciem, stresem, świszczały w uszach piskiem krwi, a skupienie się w takich warunkach graniczyło z cudem. Przynajmniej jej zdaniem. Wypełnione współodczuwaniem oczy Leonie błądziły po jego twarzy, rozpamiętując każdy szczegół, podczas gdy ona zastanawiała się, czy gdyby Eileen nie przepadła jak kamień w wodę, w ogóle by się spotkali. Miała prawo cieszyć się, że jednak do tego doszło? Miała prawo do egoizmu, który zbliżał Jaspera do niej, nie do siostry? Słodka gorycz rozważań była za ciężka, jak na tak przyjemny dzień, dlatego odcięła ją od siebie jak przy użyciu nożyczek, obudowując się murem, który miał - dziś - nie przepuścić wniosków wzbudzających wstyd i wyrzuty sumienia. Bo nie żałowała. W głębi duszy dziękowała Eileen za jej los, za jej... poświęcenie. I chociaż żałowała bólu, który przez to czuł narzeczony, nie potrafiła wielkodusznie z niego zrezygnować.
Wytknięcie nieścisłości w historii o Peru spowodowało, że jej mina na chwilę stała się śmieszna, zupełnie jakby zdziwiona zielarka właśnie przełykała magiczną ropuchę. Cóż, łatwo było spowodować mały wypadek przy pracy, kiedy nigdy nie było się w danym miejscu, a poznawało się je wyłącznie z książek czy atlasów: jak widać niedokładnie. - Tak? - podjęła, przeciągając zgłoski, a trybiki umysłu już obracały się w poszukiwaniu wyjścia z kryzysowej sytuacji. Uśmiech Jaspera dekoncentrował, był jak słońce, w które chciała się wpatrywać, jak miąższ ulubionego owocu, dlatego gdy tak na nią patrzył, miała wrażenie, że wszystko zajmuje dwa razy dłużej. - Hm... Ale to nie znaczy, że nie mogło tam być groty ani upału. Nie wiesz co mówisz, bo nigdy tam nie byłeś, a ja tak - zarzekła się z uporem i zadarła podbródek, przyjmując postawę przekonanego o swojej racji podróżnika. - Była grota, był upał i był pustelnik. Poza tym były też góry i dżungle, wszystko się zgadza. Oni w Peru wierzą, że taki ukrop powstaje na ścieżkach lotu feniksa, a tak się złożyło, że przelatywał w okolicy bardzo niedawno - zmyśliła ciąg dalszy, wciąż utrzymując maskę, choć kąciki ust drżały, a gardło z trudem zaciskało się na nutach śmiechu. Bogowie, gdyby miejscowi ją usłyszeli, pewnie złapaliby się za głowy, dokonali jej ekstradycji i wręczyli dożywotni zakaz odwiedzania ich kraju. Dobrze, że nie planowali z Jasperem takiej wycieczki.
- Dobrze, ale gdybyś usłyszał jakiś podejrzany głos z teczki  Berga, to byś nie zajrzał? - rzuciła prowokująco i wreszcie pozwoliła sobie na zaczepny uśmiech. Budziło to iskrę myśli o Arlo, lecz je też odsunęła od siebie, jak wnioski na temat Eileen. Fakt faktem, że oboje nie przepadali za współpracownikiem Prince'a z oddziału w Mungu, jego ekscentryczność stała się zarzewiem kilku rozmów, podczas których dowiadywała się co nieco o ich zawodowej przeszłości i dziwnych zachowaniach Vernona. Dobrze, że nie był stałym medykiem nadzorującym jej brata, inaczej nie zmrużyłaby oka, nie mając pojęcia, do jakich eksperymentów ten zdoła się posunąć na bezbronnym pacjencie.
Teraz głos Jaspera zawsze będzie mógł wydostać się z jej torby. Jego postać będzie mogła wyważyć drzwi każdej piwnicy, bo będzie wiedział, gdzie ją znaleźć. Zaciskające się wokół serca wstążki bezpieczeństwa, którego nie czuła od lat, prawie odbierały jej oddech; nie dowierzała, że to możliwe, że to realne, że być może wreszcie nie będzie musiała się bać. Że będzie miała w życiu kogoś, kto zawsze przyjdzie jej na ratunek. Dlatego przyjęła monetę nie jak przedmiot, ale jak symbol. Jak nadzieję. Jasper wyprzedził wszystkie oczekiwania, jakie miała wobec mężczyzn, a ona nie mogła nadziwić się temu, że istniał tak dobry i empatyczny człowiek - i należał do niej. Dlatego jeszcze zanim klęknął z pierścionkiem, musnęła ustami jego policzek w cichym podziękowaniu, bo nie znała słów, których mogłaby użyć, żeby powiedzieć, jak wielkie miało to dla niej znaczenie.
Podobnie jak kolejny symbol, który wybrał specjalnie dla niej. Pierścionek sprawił, że prawie zakręciło się jej w głowie, był tak śliczny. Dotykała go delikatnie, z namaszczeniem, nie mogąc oderwać wzroku od filigranowych zdobień na kształtach płatków, od subtelnego błysku kamieni szlachetnych zatopionych w metalu, od samego Jaspera w tradycyjnym wydaniu, na którym mu zależało. I jej, jak pojęła, chyba też.
- Nie o wydatki! Tylko o... - urwała, bo faktycznie nawiązywała do pieniędzy, co w każdym kodeksie dobrego wychowania było potwornie nieeleganckie. Jej policzki zaróżowiły się, kiedy to zrozumiała, a potem dech zamarł w piersi, gdy Jasper wsunął pierścionek zaręczynowy na jej palec serdeczny. Stało się. Teraz ich związek nie był już niewidzialny, biżuteria była jak podpis, jak lak na pergaminie; niewiele myśląc, Leonie osunęła się na kolana przed Jasperem i niemal rzuciła w jego ramiona, ciasno oplatając go rękoma, jakby Prince w każdej chwili mógł zniknąć, a to miałoby okazać się snem. - I co teraz? - spytała głucho, po Colinie nie wyobrażała sobie swojego ślubu. Powinni zacząć coś planować? Wybierać kwiaty na jej bukiet? - Co dalej? - sarnie oczy sięgnęły do niego w poszukiwaniu wskazówek, w końcu, jak by nie patrzeć, Jasper już raz przeszedł cały proces przygotowań ślubnych. Czy od oświadczyn trzeba było natychmiast rzucić się w wir ceremonii? Chyba nie chciałaby niczego hucznego. - Bogowie, nie znam twoich rodziców, a my przecież... weźmiemy ślub - uświadomiła sobie i pobladła, bo on przynajmniej poznał już Teda i Dorę, choć nie zdążyli zamienić ze sobą zbyt wielu słów. A ona o przyszłych teściach nie miała przecież najlepszego zdania po tym, co o swojej przeszłości opowiedział jej Jase.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:22 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.