• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Manchester, Palatium Librae > Pokój muzyczny
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
02-11-2025, 00:59

Pokój muzyczny
Pokój muzyczny łączy w sobie klasyczną elegancję i szacunek do tradycji z nowoczesnością epoki. Pierwsze skrzypce gra pianino, które jest największym instrumentem w pomieszczeniu, ale ród Crouch dbając o wszechstronne wykształcenie muzyczne swoich członków, zadbał też o dostęp do fletów oraz skrzypiec. Tapety w roślinne wzory, liczne obrazy i wielkie lustro znajdujące się za plecami pianisty wprowadzają atmosferę spokoju i wyciszenia. Całość uzupełniania jest dwiema sofami i stolikiem, oświetlana stonowanym światłem kryształowego żyrandola, stając się miejscem na wieczorne, niezobowiązujące spotkania i odwiedziny.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
24-01-2026, 19:53
7 maja 1962

Kiedyś wierzył, że sentymenty rodzą się z najgłębszych tęsknot, który wylewają się z serca jak z popękanego naczynia.
Dzisiaj szukał dowodu, aby obalić tę teorię.
Szukał jej wszędzie. Pośród myśli ukrytych w krętych korytarzach umysłu, które tłumnie zwiedzały sklepienie czaszki. Wśród akordów wygrywanych na wiolonczeli, kiedy komponował kolejną melodię. W barwach, jakie rozlewał na płótnie, przenosząc na niego zawiłości z jeden ze swoich snów. Szukał je przed brzaskiem i po nadejściu świt. W kolejnych uderzeniach serca, które czasem gubiło znany rytm, gdy powracały powidoki tamtych chwil - ciepła jego skóry, dotyku palców, szorstkości ust, każdego pojedynczego westchnienia balansującego na pograniczu jęku, jakie oddał tamtej nocy, wypowiadając w gorączce pożądania jego imię. Zatracał się wtedy w iluzji swoich wyobrażeń, tonął w ich objęciach, jak w mrocznej otchłani, która próbowała go pochłonął. I trochę się bał. Bał się za każdym razem, gdy wspomnienia dotykały tamtych chwil, a on gubił oddech. Oblepiał go lepka sieć strachu, że zgubi samego siebie.
Zagościł w nim sentymentem tamtej nocy, kończącej jednej miesięcy i początkujący nowy; jak się go pozbyć? Jak przestać szukać ciepła i znajomego zapachu w pościeli? Może lepiej sobie wmówić, że to był sen - długi i niezwykle przyjemny, ale jednak sen, z którego w końcu przyszło mu się obudzić?
Cień Rafaela Croucha podążał za nim, jak jego własny. Łudził się, że zgubi go na kolejnym zakręcie, ale nadal był - na granicy spojrzenia, nieuchwytny, jak mężczyzna, z którym przywitał świt. Gdy słońce przyłapało go ich w swoich objęciach, odgarnął mu włosy z czoła i wymamrotał coś o kacu, chociaż jedne czym się upajał, była jego obecność. Teraz zaciągał się tajemnicami, jakie ciągły się za jego istnieniem. Kim był? Jak duże ambicje dźwigał? Co chciał osiągnąć? I za kim tęsknił tak rozpaczliwie, że uchwycił w pocałunku usta nieznajomego na pomoście i trwał w tym, aż do ich kolejnego spotkania?
Może Wilde miał racje, pomyślał, odkładając pędzel. Może miał racje twierdząc, że, aby pozbyć się pokusy należy jej ulec, bo wypierając się jej, dusza zaczyna chorować z tęsknoty za tym, czego jej się odmawia. Pokusą jednak nie było tylko ciało niosące wspomnienia tamtej nocy. Pokusa, jaka się w nim narodziła, była zupełnie innego rodzaju, bardziej namacalna. Potrzeba, by sprawdzić, jak się ma i co czuje. I z którą wkrótce przegra. Wiedział o tym, gdy zamieszkał na płótnie jego kolejnego obrazu, wiedział, że musiał go ujrzeć. Przerwać milczenie. Skonfrontować się z tym, co się w nim kotłowało.
Lecz czy powinien nachodzić go bez zapowiedzi? Czyny wyprzedziły słowa. Wysłał sowę. Krótki liściki, którego teść przypominała bardziej słodką obietnicę, niż zapowiedź kolejnego spotkania. Wiedział,jak trafić do Palatium Librae. Mapa do tego miejsca dawno wyryła się w jego pamięci, zanim w ogóle go poznał.
- Dzień dobry - uśmiechnął się serdecznie do skrzata, który powitał go od progu; zawsze okazywał mu serdeczność, jakby dostrzegał w nim materiał na sojusznika, a może te istoty wzbudzały w Mortim ostatnie skrawki litości? - Zastałem pana Rafaela Corucha? Byłem z nim umówiony na lekcje muzyki.
Skrzat kojarzył go na tyle z poprzednich wizyt, by wpuścić go do środka, zaproponować herbatę, a nawet pozwolić mu zostać sam na sam w pokoju muzycznym.
Stojąc w progu, przez chwile się wahał. Przez okno do pomieszczenia nie wpadało zbyt dużo światła, w środku panował przyjemny półmrok, lecz to nie on był przyczyną jego ruchowej stagnacji, a instrument znajdujący się w centralnej części pomieszczenia.
Fortepian.
Łączyło się z nim wiele wspomnień – smutnych i wesołych chwil. Wspomnień o matce, która umarła, zanim nauczyła go grać. Podszedł do instrumentu, podniósł pokrywę i nacisnął palcem wskazującym jeden z klawiszy. Cichy basowy pomruk poniósł się po pomieszczeniu. Głębszym westchnieniem wyrzucił z barków zawahania, po czym przysiadł na mahoniowej ławie i już chciał wydusić z fortepianu pierwsze fałsze dźwięki, lecz wtedy usłyszał echo kroków na korytarzu. Nie musiał sięgać spojrzeniem drzwi, by wiedzieć, kto stanął na progu.
- Próbowałeś kiedyś grać na fortepianie, sir? - pytanie, chociaż zasadne, częściowo utonęło w dźwiękach, jakie popłynęły z instrumentu, kiedy palce Mortiego pomknęły po biało-czarnych klawiszach, z taka płynnością, jakby właśnie do tego były stworzone. Sir, bo nie wiedział, czy w miejscu wystawionym na ekspozycje obcych uszu wypada, aby zwracał się do niego po imieniu. – Ktoś kiedyś powiedział,że jest jak życie, gdzie białe klawisze reprezentują szczęście, czarne zaś symbolizują smutek. Z którymi koresponduje dzisiaj twój nastrój? – Chociaż kusiło, nie wypowiedział jego imienia, gdyż bał się, że do jego słów zakradnie się czułość, która jedynie zaburzy harmonie tego spotkania. I zdradzi irracjonalną tęsknotą, jakiemu Morty zaczęła doskwierać gdzieś pomiędzy wczorajszą nocą a dzisiejszym porankiem, które spędził w objęciach samotności.
Przerwał grę i w końcu na niego spojrzał. Cieszyła go ta wizyta? Czy uważał to za przejaw czystego szaleństwa?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
24-01-2026, 19:54
Sowa czekająca na mnie zaraz po powrocie z pracy nigdy nie zapowiadała niczego dobrego; wręcz przeciwnie, najczęściej była zwiastunem jakiejś tragedii, ot, chociażby konieczności powrotu do biura, aby podpisać jakiś zapomniany dokument. Doprawdy, świat by się nie zawalił, gdyby jeden głupi pergamin poczekał do rana. Tym razem jednak z jej dzioba nie wyciągnąłem wyroku zniszczonego wieczoru, ale zapowiedź przyjemnego spotkania. Sam fakt, że Dunham się niemal bezczelnie wprosił, wywołał ironiczny uśmiech na mojej twarzy, a w połączeniu z innym faktem, że od naszej wspólnej nocy minęło zaledwie kilka dni, a uroczy wiolonczelista już się za mną stęsknił, jedynie ten uśmiech powiększył.
Następnego dnia już od rana towarzyszyło mi osobliwe napięcie, kompletnie niepodobne do zwykłej nerwowości przed spotkaniami, które organizowałem z zawodowej konieczności. Drobne igiełki stresu nie pozwalały się skupić na codziennych obowiązkach bardziej niż zwykle, więc po prostu je porzuciłem, zamykając gabinet wcześniej i wychodząc z biura pod pretekstem spotkania na obiedzie z przedstawicielami zagranicznej delegacji. Myśl o Mortim powracała uporczywie, wbrew próbom skupienia się na pergaminach, rozmowach i rutynie, po co więc miałem się męczyć za biurkiem, skoro mogłem go oczekiwać w domu?
Naiwnie zresztą myślałem, że po powrocie do rezydencji będę bardziej spokojny, że łatwiej przyjdzie mi sobie wmówić, że to jedynie spotkanie towarzyskie, lekcja, która dawała poczucie zwyczajności i normalności. Tymczasem przyłapałem się na tym, że trzy razy zmieniłem strój i z milion razy poprawiałem włosy, które i tak jak zawsze nie chciały się nijak ułożyć, a mój pozorny spokój zastępujący stres utrzyma się na dłużej.
Nie utrzymał. Zamiast tego chodziłem poddenerwowany jak nigdy wcześniej. Chciałem jedynie wyglądać swobodnie, być typowym Crouchem w dobrze znanym sobie otoczeniu, wyluzowanym... a jednocześnie oczarować go tak, by jego spojrzenie zatrzymało się na mnie dłużej niż na mgnienie oka. Ta myśl wywoływała u mnie automatyczny, niekontrolowany uśmiech; szczerość emocji, których nie umiałem zepchnąć na dalszy plan. Od dawna nie zależało mi na niczyjej uwadze w ten sposób.
Chodząc niemal pustymi korytarzami – bo lwia część rodziny zajęta była własnymi towarzyskimi wypadami, miałem nadzieję że gdzieś na końcu świata – zastanawiałem się, jakie wrażenie zrobię na Mortim. Wiedział, kim jestem, ale wciąż nie wiedział j a k i jestem. Nie znał tego mnie spoza Pokoju Życzeń i własnej sypialni, spoza tarasu i, znów miałem nadzieję – własnych fantazji, które nie pozwalały mu dobrze sypiać w nocy. Czy dostrzeże w mojej twarzy to samo poruszenie, które we mnie narastało? Czy będzie ostrożny, czy pozwoli sobie na swobodę? Sam nie zamierzałem się ograniczać. Lekcje muzyki. Prychnąłem w duchu z rozbawieniem. Już ja mu zagram smyczkiem.
Kiedy skrzat poinformował mnie o jego przybyciu, poczułem nie tylko przyjemny dreszcz kończącego się oczekiwania, ale i nagły przypływ pewności siebie. Byłem w końcu we własnym domu i nie pierwszy raz przyjmowałem w nim mężczyznę. Chociaż w zasadzie... to raczej Nathaniel ich przyjmował, a ja jedynie korzystałem z okazji i ich zagubienia pośród korytarzy. Nigdy nie zaprosiłem tu nikogo sam. Poza Thobiasem.
Przez ułamek sekundy stałem nieruchomo, jakbym chciał zapamiętać to nagłe uczucie zrozumienia, że właśnie coś się zmieniło; że nie tyle złamałem jakieś swoje zasady, co przekroczyłem granicę, o której istnieniu nawet nie zdawałem sobie sprawy. Pokręciłem głową, śmiejąc się w duchu sam do siebie; durny młokos mieszał mi w życiu bardziej, niż skłonny byłem przyznać.
Ruszyłem w stronę sali muzycznej i już z korytarza usłyszałem pojedynczy dźwięk wydobywający się z instrumentu, ale potem, ku mojemu rozczarowaniu, zapadła cisza. Stanąłem w progu, od razu dostrzegając siedzącą sylwetkę Mortiego. Wcześniej zadbałem o to, aby przyniesiono nam tu talerze z przekąskami i uzupełniono karafki z alkoholem, ale domyślny skrzat najwyraźniej dorzucił też coś od siebie, po pomieszczenie zalane było przyjemnym, delikatnym światłem. Może trochę za słabym, aby czytać nuty, pomyślałem z podejrzliwością.
- Okazjonalnie – odparłem, przysiadając obok mężczyzny i przyglądając się, jak zręcznie porusza dłońmi po klawiaturze. Wydobywane dźwięki brzmiały czysto i spokojnie, zupełnie odmiennie od moich myśli, które nie wytrzymały nawet pięciu minut w towarzystwie Mortiego, by nie odpłynąć w kierunku innych rzeczy, które mógłby robić swoimi palcami. Miałem nadzieję, że nie przychodzi tu tylko uczyć mnie gry.
- Przez cały dzień z szarością. - Nie musiałem zastanawiać się nad odpowiedzią. - Ale teraz bez wahania z bielą. - Uśmiechnąłem się, powstrzymując od pragnienia, by go pocałować. Za wcześnie. Powinienem przynajmniej chociaż stwarzać jakieś pozory, dlatego z wyraźną niechęcią przeniosłem spojrzenie na instrument i rząd błyszczących czarno-białych klawiszy. - Od czego zaczniemy naukę, panie Dunham? Nauki nut? Gamy? Synchronizacji między dłońmi? - Nacisnąłem przypadkowy klawisz, który wydał z siebie wysoki dźwięk rozbrzmiewający między ścianami pokoju, potem drugi i trzeci. Nie tworzyły żadnego zgranego rytmu, ale gdybym nie trzymał dłoni na klawiaturze, pewnie właśnie rozpinałbym nimi koszulę Mortiego. - Ma pan doświadczenie w pracy z niesfornymi uczniami? I takimi, którym nauka przychodzi z trudem, jeśli nie mają odpowiedniej motywacji? - zapytałem cicho, wciąż ze wzrokiem utkwionym w klawiszach, które naciskałem teraz jeden za drugim. Okropny fałsz poniósł się w powietrze między nami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
24-01-2026, 19:55
Nie potrafił zdefiniować, co przywiodło go pod drzwi rezydencji Crouchow. Nie do końca wiedział, co robi. Wiedział tylko, że nie mógł się powstrzymać. M u s i a ł napisać ten list. M u s i a ł go zobaczyć. Po prostu m u s i a ł, bo nie mógł się bronić przed czymś, co było mu do tej pory nieznane.
Rytm zbliżających się kroków rytm wydawał się wyznaczać przebieg jego myśli. Z każdym kolejnym uderzeniem serca zdawało mu się, że granica między tym, co powinien, a tym, czego nie, się rozmywało. Napięcie, które wcześniej ściskało go za gardło, powoli ustępowało. Siedząc sam, w pokoju muzycznym, przesuwając palcami po obcej klawiaturze fortepianu, pytał samego siebie: co ty wyprawiasz, Morty?, ale właściwe — ani jakiekolwiek — odpowiedzi nie nachodziły, nadchodziło natomiast znajome uczucie. Poczuł, jak opór, który wcześniej mu towarzyszył, znikł pod wpływem znajomego, głębokiego tembru głosu. Odszukując wzrokiem rysy twarzy, jakie majaczyły w obrazie jego wspomnień, mimowolnie do jego umysłu zakradła się ulga, która przynajmniej na moment uporządkowała strumień nieuporządkowanych myśli i umożliwiła mu skupienie się na kilku z nich.
- Będę z panem szczery, panie Crouch. Relację, jaka łączy mnie z fortepianem mogę nazywać pogmatwaną. - Gdy Rafael przysiadł tuż obok, obawiał się, że czy jakiekolwiek słowa przejdą mu przez gardła, lecz wraz z wyczekiwaną obecnością, ciepłem drugiego ciała tuż obok i znajomym zapachem, który wypełnił przestrzeń, spłynął na niego spokój. Żeby zająć czymś dłonie i nie myśleć o tym, jak przyjemnie byłoby zawłaszczyć tylko dla siebie jego uwagę, plecy miał wciąż wyprostowane, a dłonie nie odrywał od klawiszy. Sunęły po nich, w rytm znanej, śpiewanej niegdyś przez matkę melodii, jedną z trzech, którą potrafił zagrać na wybrance Mozarta. – Dzielę z nim wiele wspomnień i przy tym również rozłąka, która sprawiła, przez lwią część swojego dotychczasowego życie unikałem z nim kontaktu. Sam uczę się go na nowo.
Pamiętał o tych ochłapach szczerości, jakie podarował mu Rafael. Pamiętał o prawdzie, jaka sączyła się z jego ust. Podskórnie wiedział, ile kosztowało go to, aby się przed kimś otworzyć. Sam czuł to samo. Tremę. Strach przed tym, że zostanie oceniony, a potem odtrącony i odrzucony, ale jednocześnie pragnął uchylić mu drzwi do swojego życia. To, czy otworzy je szerzej i wejdzie do środka, a może zamiast tego, zerknie przez szparę lub długo będzie stał w progu, wahając się, jak postąpić, zależało tylko od mężczyzny.
Prosta sekwencja słów, Teraz bez wahania z bielą sprawiało, że serce wiolonczelistę na okres kilku sekund zamarło w piersi, gubiąc jedno uderzenie. Musiał uważać, aby nie potknąć się o to, co budziło się w nim w towarzystwie Rafaela. Stąpać po tym ostrożnie, jak po cienkiej tafli lodu. I wypatrywać pierwszych pęknięć, aby się o nie potknąć. Nie zatracić się w tej potrzebie bliskości. Nie pozwolić jej, aby przerodziła się w coś więcej, chociaż jednocześnie coś w jego wnętrzu bardzo tego chciało.
- Wygląda na to, sir, że nasze samopoczucia zawarły ze sobą pakt porozumienia - słowa drogę do ust odnalazły same zupełnie, jak uśmiech, który zjawił się na jego wargach, honorując dobry nastrój, w jaki popadł. Jednocześnie rosło w nim przekonaniu, ze pokonanie dystansu, jaki oddział od siebie ich usta przyszłoby mu z podobną swobodą, lecz nie teraz, jeszcze nie. Musiał zachować resztki ogłady. Zapanować nad rosnącym w klatce żeber pragnieniem. Zatamować krwotok namiętności, jaki próbował zalać jego trzewia.
Uspokój się, Morty. Oddychaj. Nie możesz pozwolić, aby emocje przejęły nad tobą kontrolę.
- Jak pan sądzi, wspólne poczucie rytmu też nas odnajdzie? - Zerknął na niego kątem oka, ale nie powiedział nic więcej. Czuł, że nie musiał. Chciał go odnajdować raz zarazem, tak, jak odnaleźli je na pomoście, w zamku, w sypialni i w wannie, nie tylko wtedy, gdy ich ciała splatały się w tańcu pożądania, ale także w rozmowach, a nawet ciszy.
Myśli - nieskładne, porzucane po przestrzeni umysłu jak odłamki szkła - zostały wkrótce przerwane przez wysoki dźwięk, który rozdarł ciszę. Jedno bum. Drugie bum. I trzecie. Właśnie tak niedawno brzmiało bicie jego serca.
- Zastanawiam się, panie Crouch, co sprawi panu największą przyjemność po tym dniu wypełnionym szarością i myślę, że nuty i gamy mogą poczekać do następnych lekcji - orzekł tonem nieskrępowanym surowością. – Proponuję póki co skupić się na synchronizacji dłoni, wszak to najcenniejsze narzędzie każdego muzyka. Od nich zależy wszystko.
Fałsz, który wypełnił przestrzeń między nim, sprawił ,ze Morty na chwile zmrużył oczy. Jego słuch nieznacznie ucierpiał, ale tylko na moment. Rafael był jak dziecko stawiające pierwsze kroki. Na tym etapie mógł wybaczyć mu wiele. Nawet prowokacje, jaka zajrzała do jego cichego szeptu.
- Wiem, jak zadbać o dyscyplinę i jednocześnie zatroszczyć się o motywacje mojego uczucia. - W pierwszy odruchu chciał sięgnąć na moment dłonią do jego uda i zawędrować nią wyżej, aż do rozporka, aby zasygnalizować mu, jaka nagroda go czeka, ale nie chciał rozpraszać jego uwagi. Nie w taki sposób.
Wsunął swoje palce między jego palce, splatając je w płowym ucisku. Z boku podstrony obserwator mógłby wyedukować, że Morty korygować układ dłoni swojego ucznia.
- Ważne jest wyczucie - nacisnął na klawisze, które jeszcze przed chwilą uginały się pod naporem opuszków Rafaela. Z fortepianu popłynęło kilka nut czystego dźwięku. – Teraz twoja kolei, sir – zdecydował, wycofując swoje dłonie. – Spróbuj - zachęcił szeptem, gdzieś w pobliżu jego ucha, chociaż usta trzymał w bezpiecznej odległości od skóry, której smak nadal czuł na języku. – Delikatność. I wyczucie. O stanowczości proszę chwilowo zapomnieć. Proszę sobie wyobrazić, że błądzi nimi pan – po moim ciele, zdławił w gardle – powierzchni, której fakturę chce pan poznać.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
24-01-2026, 19:56
Już sama obecność Mortiego w pokoju muzycznym, w moim pokoju muzycznym, który do tej pory naznaczony był wyłącznie obecnością Crouchów, wypełniała mnie uczuciem trudnym do opisania. Łamaniem tabu i nadeptywaniem na granicę, do której zdarzało mi się często podchodzić, ale dotąd tylko na nią tęsknie patrzyłem. Ci mili chłopcy, których Nathaniel łaskawie do siebie zapraszał, a potem gubili się w korytarzach, byli łatwi do uwiedzenia, a jednocześnie tak niewinni i zawstydzeni, że równie łatwo zapominali o jego starszym kuzynie. Z nimi nigdy nawet nie zbliżyłem się do granicy, którą było zaangażowanie, nigdy nie podszedłem na kilka kroków, czując wyciągające się po mnie macki uczuć. Thobias, chcąc czy nie, stał się murem, który skutecznie chronił do niej dostępu.
Przynajmniej dopóki nie pojawił się muzyk-artysta o delikatnych, zręcznych dłoniach, mówiący doskonale znanym mi tonem: miękkim, subtelnym, zwyczajnym, a jednocześnie tak podszytym kuszącą nutą, że wzdłuż kręgosłupa przeszedł mi dreszcz. W przeciwieństwie do tych wszystkich pozostałych, Morty nie ciągnął mnie bowiem za rękę do tej granicy i nie oczekiwał, że z nim podejdę i razem ją przekroczymy. On już tam stał. I to po drugiej stronie.
- Unikanie kontaktu brzmi poważnie... i smutno. - Spojrzałem mu w oczy z ciekawością, ale bez natarczywości. Gra, którą podjęliśmy, wciąż miała niewyklarowane zasady, a ja nie chciałem ich naginać, zanim nie poznałem dokładnie każdej. Miałem ochotę powiedzieć mu, że ze mną też czekają go pogmatwane relacje; skomplikowane, w różnych odcieniach szarości, nie tylko bieli i czerni. Że nas też może połączyć rozłąka i powrót, bo nic na tym świecie nie jest pewne i stałe. I że jeśli zechce, może stać się moim osobistym instrumentem, na którym z przyjemną będę uczył się grać. W końcu oboje wiedzieliśmy, że fortepian był tylko pretekstem. Od początku nim był, nawet jeśli miło było patrzeć, jak Morty dotyka palcami klawiszy, jakby faktycznie pieścił je samymi muśnięciami.
Trudno było znów nie zadrżeć.
- Myślę, że nie powinniśmy mieć problemu ze wspólnym rytmem, panie Dunham. - Szybko się opanowałem, mimo że poskromienie myśli, które zaczynały krążyć wokół niego w sposób cokolwiek nieodpowiedni, wymagało ogromnej dyscypliny. Tej samej, o której chwilę później mówił, a ja próbowałem powstrzymać pełen powątpiewania uśmieszek. - Jestem pojętnym uczniem. Szybko łapię nowości. - Nie mogłem się jednak powstrzymać przed uniesieniem brwi, jakbym jednak nie do końca wierzył, że właśnie Mortiemu uda się mnie zdyscyplinować. Jakkolwiek relacja uczeń-nauczyciel i mentor nie była mi obca, nie pamiętałem, bym kiedykolwiek znalazł się w niej właśnie w roli ucznia. Zawsze to ja byłem tym, który dawał przykład, prowadził i kontrolował. Oddać to w ręce kogoś innego wydawało mi się... szalone. Nie miałem pojęcia, jak się w tym odnajdę, ale próbowanie tej nowości samo w sobie budziło dreszcz podekscytowania.
- Nie pamiętam – powiedziałem po chwili, gdy brutalnie fałszywe dźwięki przebrzmiały już między nami – czy ustaliliśmy pana zapłatę za trud włożony w moją naukę? - Nie ukrywałem prowokacji w swoim głosie, w zwyczajnym pytaniu zawierając wszystko to, z czym usilnie walczyłem, aby się na niego nie rzucić, ale przecież działało to też w dwie strony. Skoro on samą swoją obecnością sprawiał, że daleki byłem od myślenia o grze, dlaczego nie miałby przeżywać tego samego? Pozory były ważne. Dla mnie, dla niego, dla ścian tej rezydencji, które widziały już wystarczająco wiele, ale przecież wciąż je zachowywaliśmy. Nie szarpałem go za koszulę i nie miażdżyłem ust swoimi. Mogłem go chyba trochę podrażnić. Odrobinę.
Przesunąłem pod fortepianem lekko nogę w jego kierunku, dotykając go kolanem i zwracając całą uwagę z powrotem na klawiaturę fortepianu, jakby to dotknięcie było całkowicie przypadkowe.
Nie przewidziałem jednak, że Morty też ma w zanadrzu niespodziankę.
- Hm. - Sapnąłem cicho, co było podwójną reakcją na to, jak złapał moją dłoń i wślizgnął się w nią palcami, jak i na jego uwagę o wyczuciu. Przy nim czułem nie tylko emocjonalną granicę, do której przekroczenia mnie zachęcał, ale i pragnienie tak mocne i dręczące, że przypominało pierwsze nieśmiałe pożądanie, na które pozwoliłem sobie wobec mężczyzn. Wtedy też ledwie nad sobą panowałem, zachłyśnięty tym nowym i nieznanym rodzajem przyjemności. Myślałem że mam to za sobą; że kolejne lata i ćwiczenia w samokontroli sprawiły, że umiem zachować rozsądek i chłód nawet wobec kogoś, kto prawie siedział mi na kolanach, kogo ciało czułem tuż obok a oddech na własnym policzku.
Nie spuszczałem wzroku z fortepianu, bojąc się, że gdybym choćby zerknął na Mortiego, rozpadłbym się całkowicie, a gdybym zamknął oczy, od razu zaatakowałyby mnie wizje z naszego ostatniego spotkania. Musiałem... koniecznie musiałem się opanować, przestać być napalonym nastolatkiem i na powrót stać się dorosłym i dojrzałym mężczyzną.
- Bardzo obrazowe wytłumaczenie, panie Dunham – mruknąłem, świadomy tego, że jego prowokacja nie polegała wyłącznie na gestach i na odpowiednio dobranych słowach; polegała też na tym, że dawał mi przestrzeń, bym mógł się w niej poruszać bez presji. Dawał mi wolną rękę, jakby chciał sprawdzić, jak długo wytrzymam w tej grze pozorów. Nie naciskał, tak jak ja na jego kolano, chociaż te palce... Zatęskniłem za nimi, gdy wycofał swoją dłoń, ale posłusznie zacząłem naciskać na kolejne klawisze, tym razem wydobywając z nich czystsze i milsze dla ucha dźwięki. - Co pan sobie wyobraża, gdy gra? Jaką fakturę pan poznaje? - Niefrasobliwie położyłem na klawiaturze drugą dłoń, jednocześnie ocierając się o niego ramieniem i zagrałem przypadkowy akord.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
24-01-2026, 19:56
. Chociaż nie miał pojęcia, co i czy w ogóle coś wnosił do jego życia, był świadom, ze swoją obecnością narusza porządek dnia, do którego nawykł ze swoim przyzwyczajeniami. Przekracza granica, za jaką stał już jedną nogą, gdy spotkali się na pomoście, gdy własnym oddechem podrażnił jego skórę i gdy ich usta złączyła się w pierwszym pocałunku. Od tamtej pory powidoki tamtych wspomnień wracały do niego w snach, jako zmora otoczona światem księżyca. Dawno nikt nie miał nad nim takiej władzy; nikt aż tak bardzo go nie zafascynował. Od dawna nikt tak skutecznie nie zadomowił przestrzeń jego myśli, jak on. Dawno nikt nie pobudził do życia jego starych nawyków. Naiwnej radości tłoczącej się w klatce żeber. Dawno nikt nie sprawił, że jego serce gubiło rytm w piersi. Dawno, po prostu dawno nie czuł się tak, jakby lato przyszło o miesiąc wcześniej. Mężczyzna, który mógł się okazać zarówno najpiękniejszym snem, jak i najgorszym koszmarem. Bał się tego. Bał się, w co przerodzi się ta fascynacja, chociaż podskórnie czuł, że nie powinna przerodzić się w nic więcej.
Żadnych obietnic. Żadnych deklaracji. Życie dzień po dniu. Tym się karmi, gdy zapraszał do swojego życia ludzi, którzy pojawiali się w jego progu, by zaraz zniknąć.
- Osoba związana z tym instrumentem umarła, więc urosło we mnie przekonanie, w gruncie rzeczy dość naiwne, ale ta świadomość przyszła z czasem, że moja sympatia do dźwięków, jakie z siebie wydaje, odeszła razem z nią - pozwolił sobie na szczerość, tą, która piekła w ścianę przełyku i pozostawiła na języku gorycz, czuł jej wagę na języku, przez chwile obawiał się, że pozostaną tam, gdzie ich miejsce, w krtani. Pierwszy raz od dawna sięgnął w głąb swojej duszy, po spoczywające na jej dnie wyznanie, jakie dawno - być może nigdy - w pełni nie opuściło jego warg. Nie unikał kontaktu wzrokowego; zanurzył heban swoich oczu w przenikliwym błękicie jego. Dał mu to, co wcześniej Rafael podarował mu. Mały, mikroskopijnych kawałek siebie. – Splot pewnych wydarzeń nakazał mi wierzyć, że nie które przedmioty wyposażone są w niewielki element duszy swojego właściciela, ale nie chce pana zanudzać historiami, które może pan uznać za opowieści z mchu i paprochu. W końcu nie w tym celu się tu zjawiałem.
Nie znał zasady gry, którą rozpoczęli, ale nigdy ich nie potrzebował; zawsze je łamał, dostosowywał do własnych potrzeb, i w końcu ustalał swojej własne. Wiedział, ze to, co piękne, kiedyś się kończy. Wiedział, że romans z Rafaelem to wzloty i upadki. Wiedział, że proste rozwiązania w tym układzie nie istniały. Obaj byli wolnymi duchami, unoszącymi się nad ogrodem swoich pragnień. Obaj pielęgnowali kwiaty, jakie w nich kwitły, a kiedy więdły tracili je z oczu. A tymczasem jednego, czego Morty obecnie pragnął, to stać się jego instrumentem, z którego wydobędzie najpiękniejszą melodią, jaką słyszały jego uszy. Chciał być najsłodszym grzechem, jaki kiedykolwiek popełnił. Chciał być najboleśniejszą przysięgą, jaką kiedykolwiek złamał. I której złamania nie żałował. I w końcu chciał być najbardziej soczystym owocem rosnącym w ogrodzie jego pragnień.
Myśli te płynęły w takt melodii, jaka uciekała spomiędzy jego palców, przynajmniej do czasu, aż głos Rafaela nie sprawił, że wzdłuż linii jego kręgosłupa spłynął przyjemny, wygryzający się w skórę dreszcz.
- Też zaczyna dojrzewać we mnie podobne przekonanie - zapewnił; nie próbował poskromić myśli, jakie tłoczyły się w jego umyśle. Miał ochotę go pocałować. Wpić się w jego ust. Posmakować ich słodyczy, a potem pozwolić mu na wszystko, na doprowadzenie ich na kraniec rozkoszy. Nie uległ jednak tej pokusie. Zbyt wielką przyjemność czerpał z tej rozmowy, ze spijania słodkiego nektaru jego słów. – Nie wątpię, panie Crouch, dostałem przecież już próbę tego, jak pan łatwo przyswaja wiedzę - konkretnie tego, jak pieścił go pod swoim palcami, jak dopasowany był do jego dłoni, jak łatwo odgadł co lubi, jak nie mógł przestać jęczeć pod jego dotykiem. Zrozumie dwuznaczność, jaka towarzyszyła tym słowom? Miał nadzieje, że tak. Miał nadzieje, że tego go chciał. Łudził, że Rafael też wypłynął na całkiem nowe wody swoich pragnień, z dala od brzegu i czuł to co on - falę ciepła obmywającą skórę.
I chyba właśnie tak było. Usłyszał to w prowokacji, jaka wybrzmiała z jego ust. I potem ujrzał to także w geście. W tym, jak dotknął go niby przypadkiem kolanem. Stłumił ciche westchnienie próbujące wydrzeć się spomiędzy warg.
- Nie było okazji - przyznał – ale liczę na pańską kreatywność i od razu zastrzegam, że nie interesuje mnie złoto.
Nie pozostał mu dłużny; prowokacją odpowiedział na prowokacje, na moment splatające ze sobą ich palce, by zademonstrować mu, jak powinien obchodzić się z instrumentem. Kolejna gra, kolejny pokaz sił. Faktura jego dłoni była przyjemnie miękka, temperatura kojąco ciepła. Liczył, że Rafael, kierowanym odruchem, zainicjuje kontakt wzrokowy, lecz nadal uparcie wpatrywał się w fortepian.
Wycofawszy dłoń, przeciwstawiając się swojej zachciance, niemal syknął w akcie zawodu. Dyscyplina. Dyscyplina. Obiecał jemu - i sobie - że będzie jej pilnował. Że zaoponuje nad sobą, swoim ciałem, podążaniem. I tym magnetyzmem, jaki przyciągał go do Rafaela.
- I chyba podziało. Zagrał pan łapiący za serce akord, winszuję - pochwalił swojego ucznia, który doskonalił się nie tyle co w sztuce gry na instrumencie, ale nader wszystko w sztuce wbicia go z rytmu. Odruchowe przełknął ślinę, kiedy mężczyzna, aby mieć ostatnie słowo, położył drugą dłoń na klawiaturze, mimowolnie wbił spojrzenie w jego długie, niby wyrzeźbione dłutem znakomitego rzeźbiarza, wąskie palce. Jego bliskość była narkotyczna, a on nie mógł się nią upoić, jeszcze nie teraz. – Ostrzegam , to będzie dość… intymne wyznanie – ostrzegł, by zaraz przemówić znowu, głos zniżając do szeptu: - Poznaje fakturę skóry, na którą niedawno natknęły się moje palce – mówiąc to ułożył obie dłonie na klawiszach fortepianu, pozwalając, aby znalazły się w sąsiedztwie z rękami Rafaela. – Badam – pierwsze rytmiczne dźwięki wydobyły się z instrumentu – pod opuszkami jej krzywizny. Wędruję nimi w miejsca, o których nie przystoi mówić. – Zamilkł, wyduszając z instrumentu kilka kolejnych akordów. Zwiewnych. Zupełnie jak jęki, które wypełniły przestrzeń jego sypialni kilka dni temu. – Mam nadzieję, że nie poczuł się pan zgorszony, panie Crouch. Mógłby pan powtórzyć tę melodię?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
24-01-2026, 19:58
Mogłem spodziewać się wielu scenariuszy odpowiedzi, ale ten najbardziej oczywisty nawet nie przyszedł mi na myśl. Kiedy więc Morty opowiedział o śmierci i odejściu kogoś dla siebie bliskiego, zrozumiałem, że dotknąłem miejsca, które nie było ani prowokacją, ani grą: miejsca pełnego emocji i prawdy o Mortim. Uniosłem na niego wzrok, próbując poukładać sobie kolejne kroki właściwej reakcji. Współczucie nigdy nie było moją mocną stroną; zwykle operowałem faktami, decyzjami, konsekwencjami, rzeczami policzalnymi i mierzalnymi. Uczucia i emocje nie należały do tej kategorii.
– Przykro mi – powiedziałem w końcu. Być może zbyt prosto, zbyt oficjalnie, zbyt sucho; jak ktoś, kto nie ma wprawy w obchodzeniu się z cudzym bólem. Poza tym samo to, co mówił o śmierci i kawałkach duszy, trafiało do mnie o wiele mocniej, niż byłbym skłonny przyznać. Czy sam w końcu nie unikałem miejsc, w których byliśmy z Thobiasem szczęśliwi? Jego szczerość była niebezpieczna i jednocześnie magnetyczna; wspomnienie o zaklętej duszy w przedmiotach narzucało skojarzenie ze śladami, które zostają już na zawsze. Niekoniecznie fizyczne i namacalne, ale nieuchwytne we wspomnieniach. Nie uznawałem tego za sentymentalną metaforę, lecz jednocześnie nie chciałem dalej brnąć w te rozważania.
- Ale i się cieszę, że mimo wszystko powrócił pan do gry. - Oglądając go w tych ułamkach rzeczywistości, gdy siedział obok mnie przy fortepianie i gdy jego ciało grało – całe, nie tylko dłonie i palce – mogłem sobie wyobrazić, jaką pasją emanuje na scenie podczas prawdziwych występów z wiolonczelą. Takich, gdzie publiczność słucha każdego dźwięku zagranej nuty, a nie rozbiera go w myślach, spragniona dźwięków bardziej przyziemnych, jęków, westchnień i mruknięć, z których można ułożyć melodię przyjemności. Czy mógłbym się kiedyś wybrać na jego występ? Zobaczyć go w innym miejscu, w innym środowisku, w innych okolicznościach niż dotychczas? Nie, żeby to było jakieś wyjątkowe, w końcu do tej pory widziałem go zaledwie kilka razy, więc nawet przypadkowe spotkanie na Pokątnej byłoby czymś nowym i niezwykłym, niemniej...
Otrząsnąłem się z wewnętrznych przemyśleń o tym, jak bardzo chciałbym posłuchać jego gry, jak bardzo chciałbym go poznać z tej innej strony... i jak bardzo to wszystko wymyka się znanym mi schematom krótkiego romansu bez zobowiązań. Jak mogłem nazwać krótką relację, w której planowałem nam przyszłość? Nie jakąś odległą, nie na zawsze – o, zgrozo! - ale jednak przyszłość? Kolejne spotkania? Kolejne... kolejne co, tak właściwie? Na pomoście mogłem tłumaczyć swoją fascynację Mortim tym, jak bardzo przypominał Thobiasa i ile uczuć wprost z przeszłości we mnie wywołał. W Hogwarcie chodziło wyłącznie o pożądanie, jakie we mnie rozpalił, a w jego domu o ugaszenie tego nienasyconego ognia. Ale dzisiaj? Czym był dzisiaj? Czym były plany, które tak niefrasobliwie snułem? Co to oznaczało w moim życiu? Fortepian znów zabrzmiał, przypominając o rzeczywistości.
- Lubię się uczyć nowych rzeczy, panie Dunham, więc jeśli nauczy mnie pan czegoś nowego, zapłata z pewnością będzie sowita. - Oczywiście, że złoto go nie interesowało i oczywiście, że wiedziałem, jaką inną zapłatę miał na myśli, ukrywając ją pod kreatywnością, nie zamierzałem jednak zostawić go całkowicie bez realnego wynagrodzenia. Chciałem mu dać moją uwagę, dotyk i ciało, które mógł podziwiać i pieścić, ale za to nie kupi satynowej pościeli, na którą zamierzałem go namówić, bo jego obecna... cóż, delikatnie drapała. Poza tym Morty handlował nie tylko swoją wiedzą i muzycznymi umiejętnościami; sprzedawał też napięcie, dwuznaczność i niedopowiedzenia. Rzeczy o wiele cenniejsze od kupienia za prostackie złoto, warte za to innej zapłaty. Mógłbym go zabrać na kolację, albo do Francji, albo... Znowu za bardzo się zapędziłem, ale jego palce splecione z moimi pod pozorem gry jedynie mnie rozpraszały.
To była ironia losu: dwoje ludzi, którzy całe życie spędzili na kontrolowaniu - on instrumentów, ja własnych tajemnic - teraz siedziało obok siebie i udawało, że to fortepian jest centrum tego spotkania, a nie wzajemna obecność i bliskość. Musiałem odzyskać panowanie nad sytuacją; musiałem znów odzyskać kontrolę, zanim jedno słowo Mortiego za dużo sprawi, że przestanę liczyć się z konsekwencjami. Zwłaszcza że nie ułatwiał mi zadania swoim szeptem przenikającym mnie na wskroś i przywoływaniem wspomnień z jedynej wspólnej nocy. O nie, zdecydowanie nie wzbudził we mnie zgorszenia, lecz zachwyt i przerażenie jednocześnie, bo złapałem się na tym, że moja dłoń zsunęła się i oparła na jego udzie. Mimowolnie i bez udziału mojej woli, wyłącznie pod wpływem jego słów. Cofnąłem ją gwałtownie.
- Nie poczułem się zgorszony – odpowiedziałem powoli po pięciu długich i głębokich oddechach, wciąż wpatrzony w klawiaturę, po której przed chwilą przesunęły się zmyślnie palce Mortiego. Odczekałem sekundę i dołączyłem swoje dłonie, klawisz za klawiszem wydobywając wcześniejsze dźwięki. - Chociaż – dodałem ciszej, tak jak on posługując się niemal szeptem; mówiąc do niego, ale nie odwracając wzroku, jakby to instrument a nie obecność Mortiego obok najbardziej mnie teraz zajmowała – chciałbym poczynić pewną uwagę w związku... z pana powyższym wyznaniem. - Zawahałem się na ułamek chwili nad kolejnym dźwiękiem, ale po jego naciśnięciu i upewnieniu się, że to właściwy i brzmi tak samo jak w melodii zagranej chwilę wcześniej przez Mortiego, mówiłem dalej: - Panie Dunham, od zerżnięcia pana na tym fortepianie dzieli mnie naprawdę cienka granica i jedyne, co mnie wstrzymuje, to świadomość, że jestem dorosłym mężczyzną i umiem się opanować. - Jedna prawda i jedno kłamstwo ukryte w jednym zdaniu, ale nie musiał wiedzieć, że powstrzymywała mnie jedynie świadomość, że nie byliśmy sami w rezydencji. Raz, dwa, trzy, ostatnie dźwięki powtórzonej melodii zagrały w chwilowej ciszy, zanim podjąłem już normalnym tonem: - Niemniej... zrobię to za... godzinę i dwadzieścia jeden minut – zapewniłem go z lekkim uśmiechem na ustach, gdy spojrzałem na zegarek – kiedy teleportujemy się do pana domu. A póki co... bardzo proszę mi coś zagrać. - Miałem ochotę odwrócić głowę i spojrzeć mu prosto w oczy; sprawdzić, czy balansuje na krawędzi, czy zamarł w szoku po mojej bezpośredniości, ale powstrzymałem się i po prostu wstałem, zostawiając go samego przy instrumencie. Stanąłem z tyłu, kilka kroków za jego plecami, opanowując impuls, który kazał mi przesunąć granicę dalej, niż wypadało. - Godzinę i dwadzieścia minut – dodałem cicho w kierunku jego pleców, śledząc powolny ruch wskazówek.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
24-01-2026, 19:59
Nie potrafił zatrzymać słów, jakie padły, chociaż, gdy wypowiedział je na głos, gdy w korytarzu gardło zmieniły się w słowa i odnalazły drogę do jego ust, czuł się przyparty do muru własnych, nagromadzony przez lata słabości; coś zmusiło go do zwierzeń; ten głęboko skrywane na dnie duszy sentymenty, dzięki któremu do tej pory nie rozpadł się na kawałki. Może wpływ na to miała obecność Rafaela, niespodziewanie kojąca. Może ciepły tembr głosu, głęboki jak pierwszy podmuch grzmoty zwiastujący burzę.
Chciał dotknąć skrawkiem swojego spojrzenia jego twarzy, lecz zawahał się; nagle poczuł falę wstydu, która rozkwitła na policzku w postaci delikatnego rumieńca, gdyż właśnie uświadomił sobie, że o ile już wcześniej relacja z mężczyzną była intymna - w końcu dotykał go tam, gdzie nikt od dawna - teraz stała się jeszcze bardziej. Podarował mu swoje emocje, te, które nie zawsze mieściły się w sercu.
Na chwile przestał śledzić drogę swoich palców, prześlizgujących się płynnie po klawiszach, na chwile zamknął oczy. Pamiętał dotyk jej zimnej dłoni, gdy leżała na łożu śmierci, otoczona fetorem medykamentów, własnej zguby i cierpienia, jakie gościło na jej twarzy w formie grymasu bólu. Siedział nieruchomo, długo wpatrywał się w jej oczy, w których dogasał blask życia. Wyszeptała słowa, które nie mogły zmienić już niczego, a które sprawiły,że kolejne łzy wytoczyły mokrą ścieżkę na jego policzki. Wyrok zapadł w chwili, kiedy upomniała się o nią chorobę. To był chyba pierwszy raz, jak zachłysnął się bezsilnością. Rodzimy się po to, aby kiedyś umrzeć, wybrzmiewało w przestrzeń jego umysłu za każdym razem, gdy odwiedzał jej grób, grób własnej matki.
Nie chciał o tym myśleć. Nie tu, w najpiękniejszej rezydencji, w jakiej miał kiedykolwiek okazje przebywać. Nie przy mężczyźnie, którego nie zdążył jeszcze poznać, a już kradł jego uwagę. Nie, gdy grał na fortepianie. Nie chciał, aby ten instrument był nośnikiem tamtych wspomnień. Chciał ją pamiętać inaczej. Jak grała. Jak się uśmiechała. Jak go kochała.
Krótkie przykro mi pozbawione emocjonalnej otoczki otrzeźwiło go na tyle, że mógł skupić się na Rafaelu - mężczyźnie, który obudził w nim tą ukryty pod warstwą pozorów tęsknotę, chociaż to nie jedyna tęsknota, po jaką sięgał. Nie odpowiedział na ten wyraz współczucia, bo go nie chciał, nie potrzebował jej. To było tak dawno, już dawno powinien się pogodzić z tym, co nieuchronne, w końcu drogę, jaka pokonywali za życia zawsze prowadziła do punktu ostatecznego - śmierci. Bo przecież on też nie potrafił obchodzić się z bólem - nie tylko z cudzym, ale przede wszystkim swoim.
- Wierzę, pani Crouch, że oboje odnajdziemy w tym przyjemność - w czym dokładnie, Morty? W grze, czy w swojej obecności? Dlaczego mieliby się ograniczać do jego dnia, gdy chroniły ich grube mury, gdy obaj chcieli być w tym urywku rzeczywistości obok siebie?
Uśmiech, w którym było miejsce na radość, nie schodził mu z ust, gdy wygrywał kolejne akordy, trochę na pamięć, trochę na wyczucie, bo chociaż układ czarno-białych klawiszy nie był mu obcy, sporo, na przestrzeni lat, zapomniał, więc nie mógł odtworzyć wiernie kompozycji, jaką mruczał w myślach. Poza tym, jego uwaga była zapędzana w kozi róg, gdy czuł na sobie ciężar spojrzenie oczu w kolorze błękitu.
Patrz na mnie, tylko na mnie, powtarzała jak mantrę próżna strona jego natury, łaknąca jego uwagi, adoracji, ciepła, pocałunków, dotyku... wszystkiego, co Rafael mógł mu zaoferować; wszystkiego, co grzeszne, nieobyczajne, nieprzyzwoite. Chciał dla niego taki być, nieprzyzwoity. Chciał, w chwili, w których zostawali sami, być całym jego światem, spełnieniem najskrytszych marzeń. Rozmarzył się na chwile, walczą z pokusą, ochotę złączenia ich ust w pocałunku - nagłym, gwałtownym jak uczucie, które w nim rosło i jak bicie serce, które tłukło się o żebra w niespokojnym rytmie.
Dyscyplina, mówił o niej, a sam ją tracił, stopniowo, powoli, ustępowała pod wpływem jego bliskości, ciepła, jaka od niego emanowała, słów, jakie wypowiadał. Kusiło go, aby zajrzeć mu prosto w oczy i sprawdzić, jakie emocje tam ujrzy, lecz za bardzo bał się tego, co sam czuł, bał się, że nie zdoła dłużej uciekać przed pokusami, że złapie go za podbródek, przyciągnie do siebie i obejmuje ich usta w pocałunku, będzie go całować tak długo, aż nie stracą tchu. Właśnie tak na niego działał - dziko, nieobliczalnie, gwałtownie; była w tym zarówno zapalczywość i czułość. Pragnienie, które nadal majaczyło na linii horyzontu, ale obecnie było zamglone, jakby nie mogło przybrać odpowiedniego kształtu. Pragnienie, by pokazać mu coś więcej już swoje ciało. Zaprosić go do swojego świata, pełnego dźwięków, muzyki, obrazów, literatury. Świata, który, jak mu się wydawało, Rafael mógłby być częścią. Świata, który nie był mu zupełnie obcy, skoro cytował Szekspira. Nadal pamiętał ich rozmowę, gdy robił dla nich kanapki. Jej obiektem była Samotnia Dickensa. Powieść, która porusza temat losu, niesprawiedliwości, nadziei, ale tego, czego brakuje - ludzkiej dobroci; oczekiwanie na coś, co nie nastąpi nigdy, zżera, zżera do samych kości...
Wątpliwości, czy powinien czy nie powinien nachodzić go w domu rozmyły się, zniknęły, przykryła go śmiałość, z jaką formułował w słowa myśli, chociaż nadal nie potrafił tego nazwać, zdefiniować, rozgraniczyć. Na pomoście Rafael przybrał postaci zjawy wyjętej prosto ze snu; blask księżyca, który otoczył jego sylwetkę i smutek, jaki wydzierał z tonu jego głosu zafascynował Dunhama do tego stopnia, że musiał wykraść mu pocałunek i sprawdzić, czy mężczyzna odnajdzie go zatłoczonym korytarzu zamku. Potem, w Pokoju Życzeń, pożądanie przejęło nad nim kontrolę, chciał go poczuć wszędzie, na każdym skrawku ciała. Doświadczył tego we własnym mieszkaniu, a potem w wannie... w wannie wydarzyło się coś, o czym nie potrafił zapomnieć. Wydawało mu się, że Rafael odsłonił tam przed nim jakąś skrytą przed wszystkim cześć siebie. I chyba właśnie, właśnie dlatego ochota, by go zobaczyć, urosła do rangi pragnienia, którego nie mógł niczym, poza jego obecnością zaspokoić. Starał się nie myśleć, co będzie potem. Za tydzień, za miesiąc, za dwa. Starał się nie wybiegać w przyszłość, zakotwiczyć myśli w tej jednej chwili, ale jednocześnie chciał kolejnego spotkania, następnego i jeszcze jednego, i-
Ciche och wyrwało się z jego ust, gdy wraz z jego słowami, poczuł na policzku również ciepło oddechu. Przyjmował wszystko, co mógł mu dać. Uwagę, dotyk, ciało, rozmowy, czasem nawet milczenie i czas. Zwłaszcza czas. Chciał kraść mu cenne minuty życia, przygarniać je do siebie, traktować jak swoje. I wiedział, że nie musiał tego werbalizować. Usłyszał to w jego głosie. Pewność, że te oczekiwania dla ich obu były jasne. Lecz Morty przeczuwał, że w końcu pojawi się zachłanność. Będzie chciał więcej, dużo więcej. Będzie chciał wybrać się z nim do galerii sztuki, na koncert muzyki klasycznej, na kolejce do restauracji. Chętnie ujrzałby ich na korytarzach paryskiego Luwru, roztaczając swoje zachwyty nad rzeźbami, snując malownicze, słowne wizje o tym, że krzywizny ciała kochanka są równie idealne, co one.
I znowu - który to raz tego dnia? - zaczął snuć wizje, jak wodzi palcami po jego ciele, jak bada pod opuszkami skrawki jego skóry, jak zmusza jego usta do westchnień, jęków, wyszeptywania jego imienia, i jak w końcu gubi w tym wszystkim oddech. Łatwo było się w tym zatracić, w wyobraźniach, pięknych wizjach; to było uzależniające i przerażające jednocześnie. Staż ich znajomości był tak krótki, a chwilach, gdy był obecny tuż obok, czuł, jakby znali się znacznie dłużej.
Wiedział, że balansuje na krawędzi, igra z nim, gdy przywołał wspomnienia tamtej wspólnie spędzonej nocy. Wyczuł to w napięciu, jakie zawładnęło ich wspólną przestrzenia. I w tym, że, nie kontrolując już swoich odruchów, oparł dłoń na jego udzie. Morty nie miał wątpliwości ,żeby gdy zacisnął na nim swoje palce, nie powstrzymałby tęsknego westchnienia,. Cofnął ją jednak nazbyt gwałtownie, zanim wydarzyło się cos więcej, a Dunham i tak czuł, nawet spod materiału spodni, parzące ciepło jego dotyku. Potem było pięć długich oddechów i słowa.
Parabola uśmiechu zakradła się na usta Mortiego; nie mógł się poczuć zgorszony, nie po tym, jak brał go, jak chciał w wannie, a Dunham, zupełnie bezwstydnie jęczał, skomlał, prosił, błagał.
Nie wycofał swoich dłoni, gdy te, które należały do Rafaela zaczęły wodzić po klawiszach, wyduszając z instrumentu zaskakujący czyste dźwięki. I zupełnie nie spodziewał się tego, co nastało później. Otóż fale ciepła, jaka ogarnęła jego ciało, ubiegł przeszywający go na wskroś dreszcz, bo pomimo iż mężczyzna wziął z niego przykład i zniżył głos do szeptu i pomimo iż muzyka nadal wybrzmiała w pokoju muzycznym, wyraźnie słyszał każde jedno jego słowa.
- Pani Crouch - wydyszał na przydechu, cichym, niemal niesłyszalnym szeptem, bo mówiąc to, usta rozchylał jedynie na kilka nieznacznych milimetrów. – Mam nadzieję, że to obietnica...
A potem nastała cisza. Jeden, dwa, trzy... kolejne dźwięki rozlały się po pomieszczeniu, lecz Morty znajdował się, gdzie indziej. Wyobrażał sobie, jak kładzie się na fortepianie, już bez spodni i godności, jak unosi wysoko biodra, oplata nogami górujące nad nim męskie ciało, jak cichym "Rafael" zaprasza mężczyznę, by się w nim rozgościł, a ten przyjmuje te zaproszenie i... cóż, kilka razy doprowadza ich do granicy przyjemności, zanim łączy ich ekstaza, a plątanina oddechów zmienia się w jeden, głośny akt spełnienia.
Nieco odetchnął, gdy Rafael, zdroworozsądkowo, wstał i pozwolił sobie na dystans, chociaż nadal czuł fizycznie jego obecność za swoimi palcami. Jakże on pragnął, by musnął go ustami w kark, westchnął w jego potylice. Jakże pragnął, ale-
Za godzinę i dwadzieścia jeden minut wybrzmiało, zanim spełnił którąś z tych fantazji.
- To strasznie długo, pani Crouch - wyznał niefrasobliwe, odzyskując panowanie nad oddechem, które na chwile wydarło się spod jego kontroli.
Czując go kilka kroków za swoimi plecami, przez chwile chciał odchylić głowę do tyłu i uchwycić spojrzeniem skrawka jego twarzy, lecz w porę się opamiętał. Palce niestrudzenie od kilku chwili podróżowały po klawiszach fortepianu, płynących spod nich akordów daleko było do ideału. Grał, i grał. Aż w końcu przestał, nie zerknąwszy nawet na owalną tarczę zegara.
- Panie Crouch- odezwał się po dłuższej chwili. – Czy mógłby pan sobie i mi - zauważył karafkę, gdy podszedł do instrumentu i teraz sobie o niej przypomniał – nalać wina i przy mnie usiąść? Chciałbym pokazać panu jeszcze jedną konfigurację. I wznieść toast.
Wiedział jednak, że pragnienie, jakie mu dokuczało, miało zupełnie inne podłoże i nie zaspokoi go lampka wina.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Rafael Crouch
Czarodzieje
Wiek
32
Zawód
Dep. Międzynar. Współpracy Czarodziejów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
13
0
OPCM
Transmutacja
13
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
5
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
24-01-2026, 20:00
Pojawienie się Mortiego było jak pęknięcie w konstrukcji, którą budowałem latami, jak wyrwa w murze, która miała mnie oddzielić od emocjonalnego zaangażowania i utrzymać po tej właściwej stronie granicy; tej, w której liczyły się szybka przyjemność zaspokajana wedle potrzeb i flirty będące bardziej zabawą niż realną chęcią budowania relacji. Takie życie nie dawało mi jednak całkowitego spełnienia i satysfakcji – poza tymi fizycznymi – bo choć było bezpieczne i chroniło mnie przed kolejną stratą, było też niepełne. Tęskniłem za porankami, którymi nie musiałem się wymykać z łóżka obcego mężczyzny i za dniami spędzonymi na wspólnym milczeniu w bibliotece. Brakowało mi rzeczy tak zwyczajnych, tak oczywistych, tak naturalnych, że ich brak bolał prawie tak samo jak krwawiąca rana. Od odejścia Thobiasa nigdy jednak nie zdecydowałem się przekroczyć tej granicy, bo paraliżował mnie strach przed jeszcze większym bólem. Przed tygodniami spędzonymi w ciemnym pokoju, przed miesiącami milczenia i apatii, przed myślami prowadzącymi w najmroczniejsze zakamarki umysłu.
A potem Morty wszedł na pomost i zaczął testować moje granice już od naszego pierwszego spotkania. Po prostu się pojawił i nagle rzeczy, które od lat funkcjonowały w moim życiu w ustalonym porządku, milimetr po milimetrze zaczęły się przesuwać. I oto byliśmy w muzycznym pokoju, siedząc ramię w ramię przy pianinie i udając, że każdy z nas jest z kamienia i potrafi się opanować.
- J a na pewno znajdę dziś przyjemność – powiedziałem rozbawiony, spoglądając na swojego towarzysza spod lekko uniesionych brwi. - Co do pana, nie mam wcale pewności. - Droczyłem się złośliwie, dając mu wyraźnie do zrozumienia, że będzie musiał zapracować na ten niewątpliwie wyczekiwany moment, a ja nie zamierzałem ułatwiać mu zadania. W zasadzie mogliśmy się przenieść do niego już teraz, rzucając w diabły całą tę naukę, te muzyczne farmazony i udawanie samokontroli. Powstrzymywała mnie jedynie świadomość, że jeśli to zrobimy, szanse na to, że każde kolejne spotkanie skończy się w identyczny sposób, znacząco wzrosną. A przecież nie kłamałem, gdy mówiłem, że jestem dorosłym mężczyzną. Powinienem umieć zachowywać się więc jak dorosły mężczyzna, a nie napalony nastolatek, który ma okazję zedrzeć z kolegi spodnie. Może to kwestia tego, że zacząłem odkrywać swoje... preferencje dopiero na studiach i ominął mnie czas młodzieńczego entuzjazmu na widok kobiecych łydek?
Potrząsnąłem głową; jakkolwiek roztrząsanie problemu, jakim było zachowanie kontroli przy Mortim było istotną kwestią na tle naszej przyszłości, postanowiłem odłożyć to na później. Morty nie był zagadką w sensie prostym; nie krył się za maskami, nie grał ról, powinienem więc dość łatwo rozszyfrować, dlaczego nie umiem utrzymać paska w spodniach w jego obecności.
- Obietnica. - Potwierdziłem szeptem prosto w jego ucho, zanim wstałem z miejsca. Czułem się trochę, jakbym uciekał od własnego pragnienia, które nakazywało mi zostać, nie cofać dłoni, ale wsunąć się nią pod jego spodnie. Musiałem zagryźć boleśnie wargę, aby szybko pozbyć się tej wizji. Nie na tym polega opanowanie, Rafaelu, zganiłem sam siebie, wpatrując się w plecy Mortiego. Jego widok: pochylonego nad instrumentem, skupionego, nieidealnego, prawdziwego, przypominał, jak bardzo zwyczajni byliśmy w tym momencie. Dwoje ludzi, którzy po prostu chcą być szczęśliwi w swojej obecności.
- Długo? - uśmiechnąłem się z zadowoleniem, widząc jego reakcje na moje słowa. Miał wyraz twarzy, który był czymś więcej niż otwartą księgą jego myśli i wyobrażeń; nie tylko mogłem wyczytać, o czym myśli, ale wręcz widziałem kolejne sceny malujące się w kącikach jego ust, zmarszczeniu brwi i urwanym oddechu. - Więc gdy ja będę ćwiczył grę, pan poćwiczy cierpliwość. - Splotłem przed sobą ramiona i wbiłem wzrok w jego plecy; pod napiętym materiałem na łopatkach wyraźnie było widać echo ruchów, jakie wykonywał dłońmi. Grał palcami, palce uderzały o klawisze, palce wydobywały z nich dźwięk, ale całe ciało było jego orkiestrą, która dostrajała się do tempa i metrum.
Wsłuchiwałem się w każdy dźwięk, bo nawet jeśli nie byłem znawcą muzyki, nie obracałem się w kręgach miłośników klasycznych melodii, umiałem docenić piękno i zaangażowanie, nawet jeśli tym razem pozwolił sobie na niedoskonałości. Dla mnie był doskonały, bo ta muzyka była tylko moja. Żadne inne uszy nie mogły jej usłyszeć i docenić. Żaden inny człowiek nie zasłużył, by stać na moim miejscu. Wyprostowałem się gwałtownie, gdy do mojej świadomości wdarło się uczucie, którego nie spodziewałem się poczuć... jeszcze kiedykolwiek. Pragnienie kontroli i posiadania go na własność. Obserwowałem go uważnie, jakby jego gra była jedynie zaproszeniem, bym przyjrzał mu się uważnie takim, jakim był naprawdę. Bym dostrzegł wszystko. Każdy oddech. Każde zawahanie. Każdy moment, w którym dyscyplina przegrywała z pragnieniem, by odwrócić się w moją stronę.
Może nawet bym sam go o to poprosił, nie, zażądał, aby to zrobił, ale Morty mnie ubiegł; przerwał grę, a w ciszy, która zapadła zaraz po tym, jego słowa wydawały się tak absurdalne, że nie byłem pewien, czy naprawdę je wypowiedział.
Miałem mu nalać wina... jak jakiś służący? I co jeszcze? Może przed nim klęknąć i zrobić mu dobrze? Ta myśl pojawiła się w mojej głowie z taką bezczelnością, że niemal parsknąłem śmiechem; powstrzymałem się w ostatniej chwili, wdzięczny za to, że siedział tyłem do mnie i nie mógł zobaczyć mojej miny, gdy przewracałem wymownie oczami. Ruszyłem jednak w stronę barku, sięgając po karafkę z winem, rozlewając je w milczeniu do dwóch kieliszków i wróciłem do Mortiego. W tym geście nie było jednak mojej zgody na uległość wobec niego i jego zachcianki; raczej zgoda podszyta ciekawością, co do kolejnych kroków w grze, którą obaj prowadziliśmy od momentu, gdy tylko wszedł do tego pokoju.
Siadając zadbałem, by nasze ciała się nie dotykały; nawet gdy wręczałem mu jeden z kieliszków, w którym falujące wino spływało po ściankach, starałem się nawet nie musnąć jego dłoni. Zostawiłem między nami przestrzeń dość cienką, napiętą jak struna i gotową pęknąć przy najmniejszym ruchu. Godzina i osiem minut. Będzie musiał jakoś wytrzymać.
- Jaką konfigurację chciał mi pan pokazać? - zapytałem, niedbale kołysząc swoim kieliszkiem i lekko go unosząc. - I za co wznieść toast? Bo na świętowanie moich postępów w grze jest jeszcze za wcześnie. - Przyjrzałem się z zainteresowaniem jego profilowi i resztkom skupienia, które towarzyszyło mu w czasie gry, a teraz spływało z niego powoli. Chwilę temu wydawał się wręcz zamknięty na cały świat... a jednak widziałem go całkowicie odsłoniętego. Każdy dźwięk zdradzał coś, czego sam pewnie nigdy by nie nazwał: stratę, tęsknotę i głód, który rozumiałem aż za dobrze.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
26-01-2026, 23:46
Nadal pamiętał marazm, w jaki popadł, zaraz po powrocie z Francji. Wydawało mu się wtedy, że deszczowa jesień dopasowała się do jego nastroju, jakby niebo samo zaciągnęło zasłonę chmur tylko po to, by ukryć przed światem jego osobistą udrękę. Krople deszczu stukały jednostajnie o parapet jak łzy, które nie chciały lub nie mogły nakreślić wilgotnej ścieżki na jego policzkach. Wszystko współgrało z jego nastrojem. Nawet sny. Wizje, które nawiedzały go w środku nocy, gdy po maratonie bezsenności, w końcu zamknął ociężałe powieki w przymusie snu, którego domagał się organizm po kolejnej z rzędu nieprzespanej nocy.
Były takie dni, kiedy unikał kontaktu z wiolonczelą; lękał się, że akordy, które zazwyczaj spajały się z jego oddechem, przeobrażą się w desperackie zawodzenie ukrytych w szczeblach żeber zjaw tęskniących za dniami, które odeszły, a których czas jeszcze nie zdołał zatrzeć. Struny milczały, a cisza, która wypełniała pokój, była ciężka jak ołów – przygniatająca, lecz jednocześnie potrzebna, aby nie rozpadł się na kawałki. Czasem patrzył na instrument z dystansu, jak na kogoś obcego, dawnego przyjaciela, z którym nie potrafił już znaleźć wspólnego języka. Wtenczas dopadła go obojętność, jakby istniał w półśnie, zawieszony pomiędzy wspomnieniem a teraźniejszością.
Były też dni, gdy godzinami wpatrywał się w puste płótno, bo choć na pergaminie wyobraźni wena kreśliła obraz, nie potrafił uchwycić jego ulotności trzymanym w dłoni pędzlem. Zaciskał na nim palce tak mocno i długo, że jeszcze przez kilka dni czuł jego ciężar w dłoni. Długo nie mógł pogrzebać tych uczuć w zbutwiałym grobowcu zapomnienia, choć często wyobrażał sobie, że były jak liście, które spadają z drzew późną jesienią i rozlatują się w palcach, ale zazwyczaj były jak dodatkowy organ w ciele – niezbędny do poprawnego funkcjonowania, a jednocześnie uciążliwy, bo wadliwy; skomplikowany mechanizm, który psuł się raz za razem, zupełnie jak stary zegar, pamiątka rodzinna, jaka stała w salonie i odmierzała czas ciężkimi wskazówkami, których echo odbijało się o ściany pustym, metalicznym pomrukiem.
Łudził się potem jeszcze trochę, że udało mu się amputować ten organ; pozbędzie się go jak gorączki, która trawi ciało. Próbował różnych sposobów: zanurzał się w codzienności, szukał rozproszeń wśród ludzi i rzeczy, które wydawały się nie mieć znaczenia. I przez wiele lat żył w tym złudzeniu, uwolniony od tego drażniącego, irytującego tik-tak, tik-tok odbijającego się od sklepienia czaszki, lecz to była tylko iluzja, która zniknęła jak mgła o poranku. Zniknęła na pomoście, w blasku księżyca, a jedynymi świadkami rodzącej się w nim słabości była para łabędzi i mężczyzna, który nieoczekiwanie zjawił się na pomoście – ten, co zakradł się do jego snu, chociaż może to nie on, a impuls, potrzeba, by wyplątać się z ciasno oplątującej jego ciało pościeli i podążać za echem przeznaczenia.
Pod zębami Rafaela zachrzęściło rozbawienie, gdy zapewnił, że na pewno odnajdzie przyjemność w dzisiejszym spotkaniu. Morty odwzajemnił i uśmiech, i spojrzenie, ale nie słowa; słowa zostawił w krtani, bo czasem bardziej efektywne od słów było milczenie. W tym milczeniu odnajdował to, co niezbędne i jednocześnie potrzebne, by zachować kontrolę; by nie wgryźć się w jego usta jak w soczysty owoc i pozwolić mu na to, na co nie powinien pozwalać komuś, kogo znał ledwie dwa spotkania – jedno krótkie, trwające ledwie dwa westchnienia, drugie znacznie dłuższe, trwające noc i poranek. Zamiast zapalczywie konsumować chwile, które mógł mu zaoferować, chciał się delektować każdą minuta, którą wspólnie dzielili. Pragnienie stało się powolne, głębokie, niecierpliwe, lecz poddane woli i przepełnione lękiem, że może być czymś więcej niż tylko kolejnym epizodem, kolejną próbą ucieczki przed samym sobą, kolejną nietrwałą przygodą.
Potrzebował tych farmazonów, udawania. Potrzebował ich do złapania równowagi, bo to, co poczuł tydzień temu, nadal w nim tkwiło i wychodziło na powierzchnię. Każde spojrzenie, każdy gest, nawet cisza, która zawisła pomiędzy nimi, wydawało się mieć mieć wagę i znaczenie. Teraz, siedząc przy fortepianie, nie stroił się w maski, nie otaczał obłudą, nie wspomagał wyreżyserowanymi gestami, czy też wyuczonymi kwestiami. Pozwolił sobie na swobodę; na to, by dźwięki, jakie przecinały ciszę, przystosowały się do tempa oddechu, bicia serca. Najpierw przyśpieszonego, gdy cichy szept wypełnił jego ucho, a to, co wcześniej smakowało jak słodka obietnica, nabrało teraz realnego kształtu. Nie panował nad reakcją swojego ciała; na tym, jak zadrżały mu ramiona i na tym, jak ciche westchnienie uleciało z jego warg, zagłuszył je bowiem melodią, która wychodziła spomiędzy jego palców i zalewała pomieszczenie, lecz nie była w stanie stłumić myśli; tego wszystkiego, co w nim pęczniało, co w nim rosło, tego, co z jakiś czas może nabawić się odleżyn. Radości, zwykłej, prostej radości, która zjawiła się wraz z jego obecnością. Była jak pierwszy podmuch wiosny układający się na policzku, ciepły, kojący, pełen nieśmiałej nadziei.
Każdy kolejny akord był jak krok naprzód, ostrożny, wyczekujący; czuł, jak puls przyspiesza, rozlewając się pod skórą cichym niepokojem, a jednak pozwalał sobie na to drżenie, na tę chwilową słabość, która wybrzmiewała w każdym uderzeniu w klawisz. Pozwalał, by dźwięk stopniowo przejmował kontrolę nad tym, co niepowiedziane, nad tym, co zawieszone gdzieś między słowami, a spojrzeniem.
- Muszę przyznać, że umiejętnie przesuwa pan granice mojej cierpliwości – cichy szept Mortiego zmieszał się z gamą C-dur, chociaż daleko było jej do perfekcji, bo palce delikatnie drżały, gdy podróżowały po klawiszach, wydobywających z fortepianu właściwe brzmienie, chociaż po prawdzie granice cierpliwości to nie jedyne, jakie mężczyzna przesuwał; było ich trochę więcej, być może więcej niż powinno.
Przymykając oczy, całe ciało dostroiło się do granej przez niego melodii. Skupił się na dźwiękach. Na pożądanej za swoimi plecami obecności. Na zawieszonym na ustach uśmiechu. Grał, i grał. Dla siebie i dla niego. Grał, pierwszy raz od dawna nie pochylając się nad perfekcją wykonania, lecz treścią. I pierwszy raz od dawna nie przeszkadzało mu to, że ktoś był świadkiem emocji, jakie przelewał w muzykę. Była w tym strata, tęsknota, ale też głód. Chociaż dzielił ich dystans kilkunastu kroków, Morty miał wrażenie, że odległość między nimi jest jedynie fikcją, że przestrzeń kurczy się z każdym kolejnym akordem. Dźwięki zalewały pomieszczenie, a on czuł na własnej skórze fantomowy dotyk – subtelny, a jednocześnie intensywny, jakby Rafał stał tuż za nim, jakby palce kochanka wodziły po jego ramionach, szyi, a delikatne muśnięcia zostawiały ślady, przynosiło pulsujące w ciele oczekiwanie.
Balansując na granicy pragnienia, walcząc z samym sobą, musiał powstrzymać się przed natychmiastową reakcją – przed przerwaniem gry, odwróceniem się, skonfrontowaniem swoich domysłów z rzeczywistością, lecz w końcu uległ tej pokusie. Uległ jej, prosząc o wino i o to, aby Rafael znowu przysiadł obok niego, a to że mężczyzna spełnił jego prośbę, poniekąd dostrajając się do tej zachcianki, nie traktował jak aktu uległości. Siadając obok, zadbał o zachowanie dystansu i Morty nie zrobił nic, by przerwać tę izolacje. Przejmując od niego kieliszek, nie szukał sposobność, by musnąć palcami skrawka jego dłoni. Spojrzeniem uciekł w miejsce, w którym czuł się bezpiecznie - przeniósł go na czarno-białe klawisze, chociaż skupienie, jakie towarzyszyło mu kilka minut temu, rozproszyło się już zupełnie.
- Za wcześnie - przyznał – ale jestem przekonany, że drzemie w panu potencjał. - Dopiero, unosząc kieliszek w geście toastu, przeniósł na niego wzrok, spoglądając na coraz bardziej znajome rysy. – Za to, że szarości zdarza się przeistoczyć w biel.
Zbliżył usta do krawędzi szkła i zamoczył w winie usta; trunek pozostawił w jego przełyku przyjemny posmak, lecz nie mógł się równać z innym rodzajem słodyczy, który osiadł w nim zapamiętale. Oblizał wargi koniuszkiem języka, po czym odstawił kieliszek i pokazał mu - krok po kroku - ostatnią konfigurację.
- Myślałeś nad imionami? - zapytał, gdy wycofał dłonie, aby oddać Rafaelowi przestrzeni do zagrania kolejnych akordów, poniewczasie uświadamiając sobie, że porzucił zupełnie nieświadomie ugrzecznione pan. – Dla łabędzi?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 18:31 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.