• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Południowy Londyn > Targ Borough
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-06-2025, 15:59

Targ Borough
Targ Borough to jedno z najstarszych i najbardziej znanych targowisk Londynu: pierwsze wzmianki o tym miejscu pochodzą już z XI wieku. Usytuowany na południowym brzegu Tamizy, niedaleko London Bridge, targ jest miejscem codziennego zgiełku i handlu, gdzie mieszkańcy kupują świeże owoce, warzywa, ryby i mięso od lokalnych sprzedawców. Wąskie alejki targu wypełnia aromat przypraw, świeżo pieczonego chleba i ryb. Kolorowe stragany kuszą różnorodnością produktów, a sprzedawcy często zbyt napastliwie zachęcają przechodniów do zakupów. Każdego dnia tłumy ludzi przemieszczają się między stoiskami. Często spotkać tu można rybaków w charakterystycznych kaloszach oraz kucharzy, szukających najlepszych składników do swoich potraw. Stare, ceglane budynki otaczające targ nadają miejscu autentyczny, nieco surowy charakter.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
01-11-2025, 22:28
5 kwietnia 1962 roku

Borough Market tętnił życiem niemalże codziennie. Nie sposób było doszukać się momentu, w którym tłumy były przerzedzone, a zgiełk bardziej stonowany. Jest to jedno z tych miejsc, do których trafiłem dość szybko po przyjeździe do stolicy. Nim pochłonęła mnie doszczętnie Pokątna i nim stwierdziłem, że nie potrzeba mi zbyt często opuszczać jej bezpiecznych ram, aby wieść życie w Londynie. Praca stała się dość szybko głównym powodem, dla którego zwyczajnie nie miewałem czasu tu bywać. Przyjąłem to z wielkim żalem, bo plac targowy miał w sobie coś, co rezonowało w mojej duszy, przypominając o latach, kiedy przemierzałem Cardiff z bratem, zatapiając się w kolorowych tłumach klientów i straganach handlarzy. Były to też pierwsze momenty mojego życia, w których nie każdemu z czynów należała się pochwała. O tym jednak wolałem nie pamiętać, choć pozostawała przy mnie dzięki temu czujność. Wiedziałem, że Borough stanowi sposobność do dość prostego wzbogacania się dla zwykłych złodziejaszków. Zapewne dlatego wszystko to, co kosztowne, trzymałem pod sercem, w dokładnie przemyślanej na takie okazje kieszonce. Drugą sprawą było to, że przenigdy w podobne miejsca nie zabierałem ze sobą zbyt wiele. Przezorność towarzyszyła mi od niepamiętnych czasów.
Zapachy przypraw kręciły w nosie, mimowolnie zaczynam zastanawiać się czy nie powinienem uzupełnić swojego skromnego, kuchennego zapasu. Kolejne potrzeby pojawiają się w miarę dostrzegania nowych stoisk oraz rozłożonego na nich asortymentu towarów spożywczych oraz tych wykraczających daleko poza ową kategorię. Można było tu odnaleźć wszystko, czego dusza zapragnie.
Idąc jedną z wąskich gardzieli targowych uliczek, wsuwam dłonie do kieszeni, byle nie zajmować nadmiarowo miejsca w i tak trudnych dość warunkach. MIjam parę kłócącą się ze sprzedawcą ryb – mężczyzna wymachuje odciętym łbem dorsza o zamglonych wyraźnie ślepiach. Gdybym miał więcej samozaparcia, pewnie przystanął bym gdzieś z boku, aby obejrzeć całość spektaklu. Zamiast tego jednak, brnę dalej, dalej, przez mniejsze i większe zbiorowiska ludzkie.
W pewnym momencie zaczyna towarzyszyć mi poczucie, że nie jestem sam. To znaczy, przez cały czas nie jestem sam, ale to wrażenie towarzyszące wszystkim tym chwilom, gdy przemierzamy samotnie ulicę lecz wyraźnie czyjś cień postępuje za nami krok w krok. W sposób zupełnie zamierzony. Nie demaskuję jednak mojej świadomości i idę dalej, skręcając w jedną z odnóg głównej arterii targu. Gdzieś pomiędzy piekarzem a sprzedawcą orzechów w słodkich skorupkach, czuję odrobinę irytacji i postanawiam ostrożnie wybadać sprawę. Przypominam sobie, że jeszcze kilka kroków i znajdę się na wysokości sprzedawcy przypraw, który swym zwyczajem, wysypywał stożki poszczególnych ziół na lustrach, aby iluzja obfitości zwodziła dodatkowo klientów. Mam okazję, aby pochylić się nad asortymentem nie w celu zakupu, a po to, aby dokładniej zbadać otoczenie. Na pierwszy rzut oka nic nadzwyczajnego, a jednak uśmiecham się lekko i wzdycham. Ruszam dalej, tylko po to, by w momencie, kiedy odległości pomiędzy ludźmi zrobią się niemal niezauważalne, rzucić wreszcie słowa zdradzające, że doskonale wiem, co się święci.
— Devereaux — wzdycham. — Na co tym razem masz chrapkę? — pytam zaraz z odrobiną drwiny w głosie. Myślę, że nie na to, aby wsadzić łapska w moje kieszenie. Ostatecznie, znamy się już trochę. Dawno go nie widziałem. Przyjacielska rozmowa? Jeszcze nie wiem, co zaproponuje i dlaczego postanowił mnie nastraszyć, albo raczej… wywołać ten paskudny dyskomfort poczucia bycia obserwowanym.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
02-11-2025, 19:45
Nie przepadał za opuszczaniem magicznych dzielnic Londynu. Ta niechęć wykiełkowała w umyśle Axela kilka lat temu i zakorzeniła się w nim, obrastając jego ciało ciasnym pancerzem niechęci do mugoli. Nie była to wrogość w pełni tego słowa znaczeniu, lecz raczej dystans, który starał się zachowywać, bo już nie był w stanie zaufać tym niemagicznym istotom, które co prawda wyglądały tak jak i on, ale czuł od nich swego rodzaju odrazę. Chociaż niewiele się różnili od nich samych. Życie złodzieja, kłamcy i degenerata doświadczyło Axela na tyle, że nie widział juz wiele różnic pomiędzy magicznymi i niemagicznymi. Wszyscy kłamali, zdradzali, krzywdzili, byli małostkowi, egoistyczni i bezwzględni. Chociaż ból zdrady nie był tak silny jak chociażby jedna sekunda działania zaklęcia Crucio, to jednak wciąż prześladował Devereaux i widział w każdym mugolu kłamliwą szuję.
Pomimo swoich osobistych uraz opuszczał magiczne ulice, by wypełniać swoje zadania. To dawało mu pieniądze i poczucie bezpieczeństwa na Nokturnie. Bo kto był powiązany z odpowiednim nazwiskiem, ten stawał się trybikiem w mechanizmie, którego nikt nie ważył się naruszać. Oprychy Nokturnu znały go i nawet jeśli nie nosił na sobie niczego charakterystycznego, to czuł się jakby nosił na szyi obroże i każdy wiedział, kto jest jego panem.
Dziś musiał zawędrować daleko od znajomych uliczek, zadanie było proste i nieskomplikowane, a przede wszystkim szybkie. Dostarczyć przesyłkę, nie dać się złapać i wrócić do swoich spraw. Brzmiało wybornie, mógł zahaczyć o targ i napchać kieszenie fantami, bo mugolska waluta go nie interesowała. Ukradkiem czmychał pomiędzy straganami zgarniając słodkie owoce, by schować je do kieszeni, lub sięgał po egzotyczne orzechy, które przypominały mu dawne czasy, kiedy był stałym gościem paryskich cukierni.
Kiedy zwinnie umknął przed wzrokiem sprzedawcy bakalii dostrzegł znajomą sylwetkę, w tłumie mignęła twarz o charakterystycznych rysach. Axel pozwolił, aby Lysander nieświadomy jego obecności poszedł w swoja stronę. Lekko przygarbiwszy się Axel ruszył jego śladem, ciekaw tego, co tez tutaj twórca protez robi. Bawiąc się jego nieświadomością jego obecności deptał mu po piętach, a kiedy to śledzenie zaczęło go już nużyć, pozwolił by Hatley poczuł na sobie jego wzrok, by jego obecność stała się dla niego irytującym wrażeniem, które wywoływało ciarki na karku.
Axel potrafił być jak cień, snuć się za kimś tak długo, jak tego pragnął. A potem to już była jego zachcianka, kiedy pozwalał ofierze się zorientować, że ktoś na nią poluje. I tak też było teraz z protetykiem, który zaczął się coraz częściej oglądać, rzucać spojrzeniem na boki i analizować mijane twarze. Kiedy dotarli do sprzedawcy przypraw, pozwolił by Lys dostrzegł jego odbicie w jednym z luster. A po chwili ruszyli niemal jednocześnie, a Axel zjawił się dosłownie obok z rozbawieniem wymalowanym na twarzy. Lisi uśmiech błąkał się na wąskich ustach chłopaka, którego chłodne spojrzenie skrzyło się od samozadowolenia.
- Hatley. - Odpowiada nie hamując rozbawionych nut w glosie. Po chwili sięga do kieszeni i wyciąga dorodne, czerwone jabłko. Wyciera ja o materiał koszuli, która mial na sobie, a która była zdecydowanie na niego za duża. - Hmm? A takie małe zakupy, bo cóż można szukać na targu? - Wgryzł się w owoc, pozwalając by soczysty sok spłynął mu po brodzie, przeżuł kęs i z zadowoleniem przełknął. Pomimo, że nie urodził się w Londynie, to mówił tak, jakby innego świata nie znał. Londyński akcent przyswoił już jaki czas temu, zmobilizowany przez działanie pewnych nieprzyjemnych środków.
- Przy okazji sprawdzam, czy wciąż jesteś czujny. Dokarmianie ludzkich paranoi to moje hobby, chyba nie zapomniałeś? Hm? - Otarł rękawem brodę. Szczupłe palce otaczały owoc niczym pajęcze nogi, na dodatek w jego gestach było niezwykle dużo gracji. Idąc obok Lysandera nie mial problemu z utrzymaniem tempa, był jak ciecz pomiędzy kamieniami, a kiedy nadążała się okazja, w jego kieszeniach pojawiało się coraz więcej fantów. I nawet czujne spojrzenie towarzysza rozmowy nie do końca było w stanie dostrzec ten konkretny moment, kiedy Axel namierzył swój cel i osiągnął to, czego chciał.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
04-11-2025, 20:34
Paranoja.
Daleko mi do niej, ale doskonale rozumiem, co ma na myśli mój niespodziewany kompan. Wzbudzanie w ludziach tak skrajnych emocji niosło pewien rodzaj satysfakcji, zakorzenionej głęboko w pierwotnym poczuciu władzy i kontroli. Dającym znać, że przewaga nad drugim jest czymś pożądanym, acz ryzykownie obdzieranym z empatii nie bez powodu, bo jak tu drwić z czyjegoś lęku mając w głowie jedynie czyste intencje? Na szczęście zdajemy się być ulepieni z tej samej gliny, bo unoszę kąciki ust w złośliwym uśmieszku a potem prycham.
— Łagodnie mówiąc, przeceniasz swoje zdolności, Axel. — Nie wchodząc w zbędną polemikę postanawiam nieco utrzeć mu nosa. — Dyskomfort? Może? Ale żeby nazywać to paranoją? Jeszcze trochę poćwicz. — Nie dam mu przecież tej odrobiny satysfakcji i poczucia, że puls mi przyspieszył, gdy mijałem kolejne stragany w przedziwnym tańcu uników. Może i kąsek ze mnie tłusty, patrząc na nietuzinkowy ubiór i błyskotki, ale po bliższej analizie dość rozczarowujący. Chyba, że trafiam na fana szkła i metalu.
Wzdycham ponownie i ruszam dalej przez tłoczny targ tym razem już w towarzystwie. Zapewne będzie próbował zebrać tu trochę cennych szpargałów, jak dobrze go znam, ale chwilowo zupełnie na to nie zważam. Niech każdy żyje swoim życiem i nic mi do tego. Sam już dawno przestałem zajmować się złodziejstwem pospolitym, ale nie wyzbyłem się naturalnej umiejętności kategoryzowania ludzi na tych, którym warto poświęcić uwagę i tych, których lepiej omijać. Dzisiaj zwyczajnie pragnąłem uzupełnić kuchenne zapasy ale wychodziło na to, że potrzebuję odnaleźć innego sprzedawcę przypraw. Wcześniejszy zdawał się patrzeć na nas dość podejrzliwie, co wcale mnie nie zachęciło.
— Ooch… Będziesz coś gotował? Może podzielisz się przepisem? — dodaję złośliwie, brnąc w temat jego malutkich zakupów. Dobrze, jednak czasami nie potrafię odpuścić, nawet jeśli początkowo moje zamiary są naprawdę czyste. Poza tym, zdaje mi się, że Devereaux nie będzie miał nic przeciwko, bo ostrość humoru nadal pokazuje dość chętnie. — Albo wpadnę sprawdzić jak ci idzie. — Nie stronię od towarzystwa, choć ciężko mówić o mnie jako o prawdziwym ekstrawertyku. Wszystko zdaję się robić dla jakichś określonych celów: lepszej prezencji, przyjemniejszego odbioru, posiadania relacji mogących się kiedyś przydać. Czasami też kieruje mną zwykła sympatia i myślę, że w tym przypadku to ona przeważa, bo generalnie Axel jest w porządku. Abstrahując od naszego dość kiepskiego początku, jest w nim coś, co przyciąga. Pewnie i on działa bardzo często na podobnej do mnie zasadzie, lecz może chodzi o to właśnie? O jakąś nić porozumienia? Zdolność wczucia się w jego sytuację? Uzasadnienia dla wyborów życiowych? Chyba tak. Nikt z nas nie próbował stać w rzędzie z figurami świętych.
— Jak się masz? — zagaduję jeszcze, aby podtrzymać rozmowę. Dawno się nie widzieliśmy, więc nawet szczątkowa aktualizacja sytuacji była dla mnie w porządku. Pewnie sam odwdzięczę się czymś z mojej strony, jeśli w ogóle będzie zainteresowany.
Tłum zdaje się gęstnieć, idziemy człowiek przy człowieku, więc nawet nie próbuję zerkać w stronę Devereaux, tylko wytrwale przeciskam się dalej, licząc że wreszcie będzie na tyle swobodnie, aby odetchnąć z ulgą. Gwar rozmów dźwięczy w uszach, krzyki sprzedawców świdrują. Dzisiaj jest tu naprawdę bardzo trudno złapać myśli.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
07-11-2025, 11:34
Czasem wystarczył charakterystyczny cień, znajoma nuta tembru głosu, znajome rysy, czy zapach. Mózg reagował szybciej niż myśl zdążała się narodzić pod sklepieniem czaszki, układ nerwowy stawał w gotowości a wytrenowane mięśnie spinały się przygotowując ciało nim umysł ogarnie, że zagrożenie pojawiło się zbyt nagle i blisko. Axel nie był wielkim zagrożeniem, on wręcz przeciwnie, unikał konfrontacji utrzymując dystans, bo gdy zostawał złapany, był od razu na przegranej pozycji. To nie wina tego, że miał słabe ciało, że brakowało mu siły i wytrzymałości, tych atrybutów posiadał nawet dużo, lecz obawa przed kontuzją, przed ranami i pojawieniem się bólu i ograniczeń działania tego zmyślnego mechanizmu jakim było ciało stawało się dla niego największym lękiem. Mało kto wiedział, że ten złodziejaszek ze śliczną buźką mial w zanadrzu nietypowe umiejętności i cały czas próbował wyrwać się z bagna, w które wpadł lata temu.
Lysander nie poddał się tak łatwo intencjom Axela, zachowując spokój i stabilność, ba! na dodatek uśmiechał się podejmując rozmowę z Devereaux.
- Nah... raczej zauważam z zaciekawieniem, że oswajasz się ze mną. - Lisi uśmiech pojawia się na ustach Francuza, a w jego lodowych oczach pojawia się błysk pewności siebie. - Poza tym, wolałbym żebyś szalał za mną, niżbyś miał z mojego powodu popadać w lęki. - Bawił się nadgryzionym jabłkiem, by po chwili wgryźć się w nie łapczywie. Może już nie przymierał głodem, ale nie osiągnął na tyle stabilności, by czuć się zawsze i wszędzie spokojnie pod tym względem. Słodki smak rozpływa się w ustach, poprawia nastrój i łagodzi łaknienie co widać po młodym Francuzie.
Lysander nie był dziś bezpośrednim celem Axela, w końcu poznał się już na tyle na protetyku, że Devereaux doskonale wiedział, że lepsze skarby ma ukryte gdzie indziej. Dziś po prostu wpadł mu w oko i z braku lepszego zajęcia postanowił podrażnić się rzemieślnikiem, ot tak dla zabicia czasu. Wiwernę musi dopiero odwiedzić wieczorem, wiec mógł skorzystać z dnia tak, jak mu się to podobało.
Axel i gotowanie? Na tą wzmiankę chłopak szczerze się roześmiał, jak nie potrafił nigdy gotować tak i gwałtowne wydarzenia w jego życiu i zmiany nie pchnęły go ku tej umiejętności. Perlisty śmiech, który bardziej pasował na salony niż do za dużej koszuli i targu tonął w gwarze otaczającego ich tłumu.
- Wpadaj śmiało, a tym bardziej jeśli mistrzem kuchni będziesz ty sam we własnej osobie. - Axel przekrzywił zadziornie głowę posyłając Lysanderowi wyzywające spojrzenie. - Spod moich dłoni prędzej wyjdzie trucizna, niż pożywne danie. Także, jeśli choć trochę byłoby ci mnie szkoda, zapraszam. Potrafię się odwdzięczyć. - Wspomniane dłonie splatają się smukłymi palcami i wędrują pod brodę młodego mężczyzny.
Początki mieli faktycznie kiepskie, ale ludzka zawiść nie zaślepiła Lysandera na tyle, by żywić do Axela zbyt długo urazę. Może i nie znali się nazbyt dobrze, to po wyjaśnieniu sobie pewnych spraw Devereaux nie widział w Hatley'u celu. Widocznie sympatia musiała zadziałać w obie strony i złodziejaszek jakim był Axel wolał aby Lysander nie stawał się jego wrogiem. Wyrozumiałość, jaką dążył go Hatley znajdowała w tym jaki był i robił Axel pewne powody, jakby dostrzegał przewrotność losu, która zmusiła chłopaka do takiego życia.
- Całkiem, całkiem. Zadomowiłem się w Wiwernie. - Nie było tajemnicą, że Axel pracował jako kelner w Białej Wiwernie i nawet się tam nieźle trzymał. - Dostałem rolę, co prawda w Dublinie, ale nie marudzę. - Uśmiechnął się, a oczy chłopaka zabłysły szczerą radością. Lysander był jednym z niewielu, którzy wiedzieli o pasji i umiejętnościach Axela jako tancerza. Protetykowi raczej trudno było nie zauważyć, że Devereaux porusza się i wyglada inaczej niż większość jego rówieśników, był bardzo rozciągnięty i gibki, a do tego nie mial problemu z unikaniem ciosów i prób pochwycenia go uciekając się do akrobatyki.
- Jak u ciebie? Interes się kręci? - Zagadnął w rewanżu, ciekaw jak się wiedzie Lysowi w jego interesie, temat może i trudny, ale zapotrzebowanie na pewno było stałe.
Gęstniejący tłum zmusił ich, by jeden szedł za drugim, co Axel wykorzystał by Lys jako lepiej zbudowany i postawniejszy od niego robił za taran, który wytyczał ich drogę przez tą ludzką masę. Mając przewagę wzrostu Axel nie mial problemu z kierowaniem słów wprost do ucha swojego kompana.
- Skręć w trzecią alejkę po prawej, tam jest małe stoisko starego hindusa. Tam znajdziesz dobre przyprawy, nie miesza ich z popiołem i talkiem. - Może i Lys nie wspominał po co tutaj przyszedł, to jednak wzmianka o gotowaniu dala Axelowi do myślenia i postanowił podzielić się dobrym poleceniem z mężczyzną.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
24-11-2025, 22:51
Tak właściwie, w pewnych aspektach byliśmy do siebie nieco podobni, co wcale nie ułatwia sprawy. Rzadko zadaję się z ludźmi mogącymi wywęszyć więcej na mój temat, niż pozwalam samemu odkryć. Rodzi to bowiem ryzyko i stanowi pewnego rodzaju konkurencję, a ja za konkurencją nie przepadam. Okazuje się jednak z biegiem czasu, że to wcale nie tak tragiczny trop w poszukiwaniu znajomości, bo czasami zwyczajnie warto mieć kogoś, kto zrozumie, albo chociaż nie będzie oceniał. Dlatego patrzę na Axela dość przychylnie, z sympatią wręcz.
Pamiętam nasze pierwsze spotkanie, które wcale nie zwiastowało dobrego zakończenia. Kiedy ktoś wyciąga rękę po moje rzeczy, zaczynam czuć przemożną potrzebę, by bronić się z całych sił. Los jednak chciał, że ten jeden z nielicznych razów postanowiłem zagrać nieco inaczej niż zwykłem. I chyba w ostatecznym rozrachunku wyszło to nam na plus.
— Ciekawe spostrzeżenie — rzucam, uśmiechając się półgębkiem. Czy ja faktycznie musiałem się z nim oswajać? Nie spieram się jednak, choć kolejną uwagę muszę przecież skomentować, gdyż na moment wprawia mnie w coś na kształt zwątpienia. — Devereaux… litości. — Nie ze mną tak mój drogi, nie ze mną. Bo widzisz… ja takim emocjom nie zwykłem ulegać. Przynajmniej do tej pory nie zdarzyło mi się jeszcze wchodzić w coś bez choćby krztyny rozsądku. Od dawna postanowiłem być panem wszelkich relacji, które nawiązuję. — Jeśli tym razem liczysz, że się zawstydzę, to znowu przestrzeliłeś. — Zastanawiam się, w którym momencie nasze rozmowy odbiegały od podobnego tonu: droczenia się, złośliwości i prób udowadniania Merlin wie czego. Ale może o to w tym chodzi i może ludzie naszego pokroju, gdy spotykają się ze sobą, nie mogą inaczej.
Na pozór moje życie można ocenić jako to bardziej poukładane, pozbawione cieni, chaosu i ciągłej konieczności walki o kolejny dzień. Prawda zdaje się jednak odbiegać od powierzchowności: od kiedy sięgam pamięcią, zawsze musiałem wyszarpywać sobie to, co uważałem za niezbędne do egzystencji. Począwszy od spraw zupełnie materialnych, na ludzkich emocjach kończąc. I to spotkanie uświadamia mi, jak nikłą barierę udało mi się zbudować pomiędzy tym, co miałem teraz, a tym co było. Krucha konstrukcja zdawała się zwodnicza i czasami wychodziły ze mnie niespodziewanie stare przyzwyczajenia. Axel nie mógł wiedzieć. Nigdy mu nie opowiadałem, zresztą on też nie spowiadał się ze spraw prywatnych. Może to nie ten moment? Może nigdy on nie nadejdzie?
Wzdycham, kiedy wspomina o mnie w roli mistrza kuchni. Nie jestem w tym specem, choć muszę przyznać, że miewam zrywy, tak jak dzisiaj, aby zabrać się za to poważnie. Nie ma we mnie wprawdzie takiej czci dla wykwintnych potraw jak choćby u Rafaela, ale byle czego do garnka nie wkładam.
— Jako medyk chyba nie zdzierżyłbym świadomości, że dokonujesz żywota przy misce ugotowanej przez siebie zupy… więc powiedzmy, że wliczę to w powinności zawodowe. — Nie uciekam wzrokiem lecz równie odważnie przyglądam się mu przez moment. Jak dla mnie można uznać to za swego rodzaju bitwę, próbę charakteru czy coś podobnego. Tym samym jednak deklaruję, że nie mam nic przeciwko odwiedzinom. Przywykłem wprawdzie, że popołudnia spędzam w samotności lub pracując nieprzerwanie do nocy, odmiana bywała jednak całkiem dobra, kiedy wszystko wypadało z rąk i nie chciało się układać tak jak tego oczekiwałem.
— Czyli całkiem nieźle, widzę, cieszę się, że ci idzie. — Tak zupełnie szczerze lubię, kiedy ludziom układa się w życiu, nie ma we mnie wiele zazdrości czy zawiści. A kiedy jeszcze komuś nie jest łatwo, tym bardziej trzymam kciuki za nawet najmniejsze sukcesy. — U mnie całkiem dobrze, choć czuję, że potrzebuję… potrzebuję więcej znajomości, jeśli wiesz o co mi chodzi. Londyn nadal jest dla mnie stosunkowo nowy i choć nie mam wielkiej konkurencji, bo protetyka nie jest aż tak popularna wśród naszej społeczności, to nadal mam ograniczone możliwości rozwoju. — Devereaux wie doskonale o czym mówię, zna wartość pieniądza i kontaktów. Na kolejne słowa towarzysza, unoszę jedynie lekko brew, po czym bez słowa idę w wyznaczonym kierunku. Jestem ciekaw, czy faktycznie jest to miejsce godne polecenia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
18-12-2025, 14:15
Axel był taki a nie inny z różnych powodów ale na pewno nie z własnej chęci. Lys jako medyk i człowiek oglądający aż nadto ludzkiego cierpienia potrafił czytać ze spotkanych osób. Axel dostrzegł to bardzo szybko, lecz to nie nie uratowało go przed wyciągnięciem przez protetyka pewnych wniosków na jego temat. A czy to było w jakiś sposób szkodliwe dla Devereaux? Niekoniecznie, bo widocznie dzięki temu spotkał się z pewnym rodzajem zrozumienia. I chcąc nie chcąc, w ten dziwny sposób zdobył kogoś przychylnemu sobie, a przynajmniej na tyle neutralnie do niego nastawionego, że mógł poczuć się w jakiś sposób swobodnie w towarzystwie Lysandera.
Axel uśmiechnął się na odpowiedz Lysandera a potem kiedy ten wyraźnie zwątpił, Francuz parsknął z rozbawieniem, I tu cię mam, Lys - pomyślał z chytrym uśmiechem na ustach. Chłopak lubił szokować i swoimi wypowiedziami wyprowadzać swoich rcozmowocow z równowagi, powodować w nich emocje i rozpraszać. To była tarcza Axela na niewygodne tematy, lepiej było zburzyć wodę w szklance niż dyskutować na temat osadów na jej dnie.
- Mam inne zdanie. - Oblizał usta językiem, niby niewinnie, lecz w taki sposób, że wyszło mu to odrobine lubieżnie. Chłodne tęczówki wpatrywały się z uwaga w twarz Lysandera, obserwując jego reakcję.
Niewielu w Londynie znało prawdę o Axelu, dla każdego miał przygotowaną bajeczkę na swój temat. Rzadko kiedy któraś z tych bajeczek odnosiła się do życia bogatego chłopca z Paryża. Zwykle był to ktoś, kto był nikim, przeźroczystym tworem, który przyjmie na swoje barki każdy scenariusz i jest na tyle elastyczny, że mógłby wszystko. To było wygodne, nie zadawano zbyt wielu pytań i nie dociekano, czy kiedykolwiek będzie chciał wrócić do Paryża. Bo odpowiedz była jedna, ale nawet przed nią Axel uciekał, stając się nie myśleć o tym mieście.
Temat zszedł na gotowanie i natura Lysandera, która skłaniała się do pomocy bliźniemu i w tej chwili dala o sobie znać. Axel uśmiechnął się, bo przecież nie celował kulą w płot, a tak może wprosi się na obiad?
- Cudownie! To co dziś na obiad przyszykujesz? - Twarz Axela momentalnie się rozjaśniła i widać wziął sobie do serca słowa Lysandera na serio. A ten mógł być pewny, że nie opędź się od chłopaka, nawet jeśli będzie się bardzo starał. Zgodzić się na cos wobec Axela, to tak jakby podpisać cyrograf własną krwią.
Axel wydawał się być kimś, kto ciagle jest w ruchu i ma bardzo wiele osób wokół siebie. Jednak takich bliskich sobie nie miał może z jedną, dwie osoby, albo i mniej. Trudno było ocenić, ale kto się wnikliwiej mu przyjrzał, na pewno dostrzegał pod tą maska wesołego złodziejaszka samotnego mężczyznę.
- Nie ciesz się na zapas, bo jeszcze przedobrzysz. - Axel był bardzo ostrożny w tej radości związanej z teatrem. Życie go już doświadczyło na tyle, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że lepiej chwalić się osiągnięciami a nie zapowiedziami. - Raczej trzymaj kciuki, żeby to nie była jednorazowa akcja. - Szczere słowa Lysandera ucieszyły Axela i kiedy tak za nim szedł, uśmiechnął się półgębkiem pozwalając sobie na krótkie pokazanie prawdziwych emocji. Kiedy nikt nie patrzył, musiał od czasu do czasu dać sobie upust.
- Huh... trochę ciężki temat. Zakładam, że te znajomosci dobrze jakby miały solidne portfele? - Przekrzywił głowę myśląc w pierwszej kolejności o Nokturnie, ale wiedział, że tamtejsze kuternogi były raczej skreślone z listy znajomości, jakie chciał Lysander. - Próbowałeś cos zdziałać w Mungu? Tam trafiają różni i różne rzeczy im ucinają. - Zamyślił się nad kwestią Munga i jego pacjentów, bo magia jeszcze nie pozwalała na odrastanie sprawnych kończyn, ale przynajmniej pomagała sobie radzić z ich brakiem.
Lysander słucha się podpowiedzi Axela i po chwili trafiają do niedużego stoiska z przyprawami, które w przeciwieństwie od innych pachniało bardzo przyjemnie, a przyprawy zamknięte w sloikach nie wietrzały niepotrzebnie narażone na wiatr, deszcz i słońce. Stary hindus odważał porcje na złotej wadze, z niesamowitą precyzją.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
11-01-2026, 21:44
Spotykałem ludzi do niego podobnych, rozumiem więc trochę o co w tym wszystkim chodzi. I niby w pewnych aspektach można odnaleźć między nami podobieństwa, ale w wielu rzeczach raczej nigdy się nie dogadamy. Nie jest to problematyczne, bo pewnie większości z tych spraw i tak nigdy nie będzie nam dane przedyskutować. Dlatego żyjemy sobie w słodkiej niewiedzy i czujemy się z tym dobrze. Potrafimy rozmawiać i nie czujemy zakłopotania we własnym towarzystwie. Czego chcieć więcej? Naprawdę nie mam wygórowanych oczekiwań co do znajomych, wygórowanych w sensie zbytniego przywiązywania wagi do cudzych przywar. Nie obchodzą mnie one, bo sam mam ich na pęczki. Daleko mi do krystalicznej czystości charakteru.
Kolejny raz wywracam tylko oczami, może już lekko znużony. Potem rozglądam się nieznacznie. Jest tak tłumnie, że nikt nie zwraca na naszą dwójkę uwagi. Zdaje się, że nikniemy w kolorowej masie i nie ważne, o czym będziemy dyskutować, i tak nie zrobi sobie z tego zbyt wiele. Nie zamierzam jednak wałkować tych nieudolnych podchodów w nieskończoność. Temat kuchni zdaje się być wygodniejszym.
Wygląda na to, że zupełnie przypadkiem zyskałem dodatkowego amatora na mój obiad. Z jakichś powodów strasznie mnie to bawi. Nie uważam się za mistrza patelni, ale wychodzi na to, że Axel jest jeszcze niżej w swoich umiejętnościach.
— Zupa z soczewicą i ziemniakami… Jeśli przyprawy u tego twojego jegomościa będą faktycznie tak dobre, to z orientalnym zacięciem — wyjaśniam z namysłem. — I tak, czuj się zaproszony, serio — dodaję dla pewności, choć Axel pewnie już innej opcji nie widział.
Przeciskając się dalej, stwierdzam, że jego ostrożność nieco mnie zaskakuje. Zdaje się być człowiekiem o lekkim podejściu do życia i oczekiwałbym choćby krztyny optymizmu. Czy mogę się jednak dziwić? Z reguły życie doświadcza nas dość brutalnie. Kręcę jednak głową z powątpiewaniem. Naprawdę, chcę aby wszystko wyszło tak jak tego oczekuje, szczerze. Zgadzam się jednak na jego prośbę, skoro mu zależy. Trzymam kciuki, nie zapeszam.
— Jasne. Nie chcę, żebyś potem żalił się, że mój nadmierny entuzjazm pokrzyżował ci plany. — Mrugam porozumiewawczo. Wyraźnie rozbawiony.
Wspomnienie solidnych portfeli zmienia jednak mój wyraz twarzy, uśmiech staje się cierpki. To ta brzydsza część, raczej z tych, których nie wypowiada się na głos. Ale Axel ma rację. Chodzi o zasobność, o możliwości. Niby staram się odchodzić od dawnych przyzwyczajeń lecz coś co tak bardzo wrasta w codzienność, ciężko jest wyplenić. Ile razy powtarzałem sobie, że tamta akcja z Renate, to ostatni raz. Szczere postanowienie poprawy topnieje jednak w miarę uszczuplającego się zasobu pieniężnego.
— Wiesz… W Cardiff pracowałem dla szpitala, trochę dorabiałem na boku, ale tam zdobywałem swoje doświadczenie. Z czasem uznałem, że wolę być na swoim… tyle, że to ma pewne minusy. — Wzdycham niemal w tym samym momencie, kiedy pojawia się przed nami rzeczone stoisko z przyprawami. Pachnie tu intensywnie… Pięknie… Oczy mi się świecą. Chyba Devereaux miał rację. — Spotkałem ostatnio wdowę po moim mentorze… rozmawialiśmy trochę o możliwościach ponownego dołączenia do zespołu badawczego — zwierzam się odrobinę. — Nie wiem, na ile dobrze robię rozważając to w ogóle… — kończę i zabieram się za przegląd asortymentu staruszka.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Axel Devereaux
Czarodzieje
Je est un autre.
Wiek
25
Zawód
Tancerz, Złodziej, Kelner w Białej Wiwer
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
12
16
Brak karty postaci
18-01-2026, 22:29
Im mniej rozmówca Axela go analizował, tym było lepiej dla niego, dla Axela i ogólnej rozmowy pomiędzy nimi. Devereaux miał sporo za uszami, można było mu wytknąć wszystko i uznać, że wiele rzeczy robi dla zabawy. Jednak to była taka jego gra, zamydlanie oczu, by schować gdzieś pod pazuchą swobody i beztroski wszystko to, co go gryzło i sprawiało, że każdy dzień stawał się walką o przetrwanie. Chociaż Lys dzięki swojej empatii i doświadczeniu zdążył rozpracować chociaż w części Axela i nie przekreślać go od razu jako człowieka. Jednocześnie ściągnął na siebie widmo pojawienia się tancerza w jego otoczeniu w najmniej odpowiednim momencie. Bo nudzący się Axel to upierdliwy Axel, który przyczepiał się do kogoś jak rzep do płaszcza.
Chłopak mial to do siebie, że często próbował prowokować w rozmowach, rzucać jakimś tematem, który raczej zniechęcał do zadawania się z nim. Lys wywracał oczami i cierpliwie znosił towarzystwo Axela, który po pewnym czasie dawał spokój z nadszarpywaniem cierpliwości protetyka. Trafili na wspólny temat, który jednemu i drugiemu pasował, chociaż w przypadku Devereaux skutecznie powodował w nim przypomnienie sobie o tym, że dawno nie jadł porządnego obiadu.
Jedynym w życiu Axela przypadkiem, kiedy ten zetknął się z prawdziwa kuchnią była praca na Zefirze, kiedy płynął z Francji do Anglii. Tam kucharz zdobywał się na wyżyny cierpliwości, by pokazać chłopakowi jak chociażby obierać warzywa. Axel wyszedł z minimalna wiedza kulinarną z tej przygody, przynajmniej teraz potrafiąc obrać ziemniak i pokroić cebulę.
- Mmmm... brzmi bajecznie. - Wspomnienie o ciepłym posiłku sprawiło, że faktycznie kiszki tancerza zagrały marsza i ten dziękował w duchu otoczeniu, ze było wystarczajaco głośno, by niewiele było słychać. - Naprawdę? Jesteś cudowny, Lys. - Axel wyglądał na zachwyconego, chociaż przeczucia Lysandra nie były błędne. Axel nawet bez zaproszenia, wprosiłby się na obiad w najbliższym czasie.
Nagła ostrożność ze strony Devereaux mogla dziwić. Lecz on zaliczył już w życiu tyle upadków, a zwłaszcza tych związanych z wymarzona karierą, że faktycznie wolał być ostrożny. To na pewno wskazywało na to, że cholernie mu na tym zależało i liczył na to, że w końcu ta szansa okaże się być solidnym odbiciem ku realizowaniu siebie takim, jakim by chciał być.
- Tego możesz być pewny, ale prędzej zetrę sobie pięty niż pozwolę, by ta okazja uciekła mi z rąk. - Z żartu w śmiertelną powagę i Lys mógł być tutaj bardziej niż pewny, że jego rówieśnik mial w sobie tyle determinacji, że nauczyłby się na rzęsach chodzić, byleby tylko osiągnąć to, czego tak bardzo pragnął. A dla Axela to już było zdecydowanie zbyt długo, by zadowalać się ochłapami, on w końcu chciał zobaczyć światełko w tunelu.
Uśmiech na twarzy protetyka i porozumiewawcze mrugnięcie sprawia, że twarz tancerza się rozjaśnia i Axel również uśmiecha się beztrosko.
Axel rozumiał, jak to jest ciężko prowadzić własny interes. Ludzie zażynali się pracując kilkakrotnie więcej niż ci, którzy odbębniali etat. A zarobki i tak były liche. W przypadku Lysandra, musiał się również mierzyć z tym, że ludzie potrzebujący jego wyrobów nie byli na tyle majętni, a ich potrzeby przerastały możliwości. Dla Francuza to było nie do objęcia umysłem, że miałby stracić nogi, bez nich mógł po prostu rzucić się do Tamizy i skoczyć z własnym życiem, bo na co mu jeszcze większą zgryzota. Ale byli ludzie, którzy pomimo straty części ciała wciąż chcieli żyć.
- Mung nie potrzebuje protetyka? - Wspomnienie o Cardiff i tamtejszym szpitalu przywiódł Axela do myśli o Świętym Mungu. - W twoim przypadku taki układ byłby najlepszy, stała praca u kogoś i własny interes na boku. Czy za bardzo sobie cenisz swobodę? - Powoli zbliżali się do stoiska i już z daleka Axel czul zapach przypraw. Stary hindus siedział na swoim stałym miejscu, a reakcja Lysa na zapach i kolory sprawiła, że Axel uśmiechnął się zwycięsko.
- To brzmi jak okazja na rozwój, ale raczej licho płatny, prawda? - Tancerz uniósł lekko ciemne brwi rzucając spojrzenie protetykowi. - Co ci szkodzi? Lepiej spożytkować czas na rozwijanie się niż na siedzenie przy ladzie i czekanie na klientów. Przecież zamówienia mogą zostawiać tak cz siak, prawda? - Znów zadaje pytanie, tak jakby mial pewność tego, o co pyta. Axel przygląda się procesowi wyboru przypraw, dla niego te kolorowe proszki były ciekawe i kucharz trochę mu o nich opowiedział. Kiedyś nawet wykorzystał trik z cynamonem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
19-01-2026, 23:58
Nie trudno mi uwierzyć, że Axel to człowiek, który zapali się na samą myśl o obiedzie na czyjś koszt. I nie mówię tego w sposób nacechowany złą wolą. Po prostu, czasy bywają ciężkie i sam tego doświadczyłem na własnej skórze. Obecnie wiodło mi się najlepiej od kilkunastu lat, z czego wcale nie przestaję korzystać. Często zaś dobra wola w postaci chętnie wyciągniętej ręki i zaproszenia to towar deficytowy, dlatego raz na jakiś czas lubię sobie przypomnieć, że mam całkiem szczodre serce, zarówno dla przyjaciół jak i moich klientów. Uśmiecham się pogodnie do mojego towarzysza, odrzucając na bok wszelkie złośliwości. Bywają takie chwile, gdy czynienie prostych rzeczy dla drugiego człowieka wprawia serce w lekkie drżenie. Przyjemne, ściągające część ciężaru codzienności. To odświeżające i dające perspektywę na lepsze dni doznanie jest dla mnie wystarczającą nagrodą. Szybko rozmyślam nad tym czy mam wszystko co potrzebne, aby zabrać się za gotowanie w ilości podwójnej. I zdaje się, że oprócz przypraw, niezbędne składniki mam naszykowane w mieszkaniu. Może brak jakiegoś przyjemnego napoju, ale i z tym łatwo sobie poradzić.
— Dobra, to zrobimy zakupy i możemy iść na obiad. Ale tylko pod warunkiem, że nie będziesz się krzywił na bałagan. Nie myślałem o gościach i mieszkanie nie jest w najlepszym stanie — wzdycham pod nosem i rozkładam ręce w geście bezradności. Ani ze mnie pedant, ani okropny leń, po prostu widać, że żyje tam dość zapracowany człowiek, któremu zdarza się przynosić robotę do domu lub zwyczajnie padać po niej na twarz pomiędzy poduszki i kołdry. Myślę jednak, że Axel będzie miał sporo wyrozumiałości.
Kiedy zapewnia mnie o swoim uporze i o tym, że tak łatwo nie da się zbyć, serdecznie uderzam go w plecy, dokładnie pomiędzy łopatki.
— I to mi się podoba. Teraz tylko utrzymać to nastawienie i pół sukcesu zapewnione — komentuję, nadal w tonie dość żartobliwym, ale i realnie nacechowanym dobrymi intencjami. Nasze spotkanie wpływa na mnie niezwykle pozytywnie. Jeszcze kilka minut temu daleki byłem od podobnego entuzjazmu, obecność Devereaux sprawia jednak, że łatwiej mi patrzeć nawet na niekoniecznie proste, życiowe kwestie.
W międzyczasie nurkuję pomiędzy innych klientów i nachylam się ku kolorowym stożkom przypraw. Jest intensywnie. Ilość przeróżnych woni potrafi zawrócić w głowie i komuś, kto nie zna się zupełnie, zaburzyć osąd. Nie jestem specem, ale w portowym Cardiff nieco liznąłem sztuki i zagraniczne cuda jako tako umiem sklasyfikować według przydatności do danego dania.
— Co my tu mamy… — Mruczę, jednocześnie dokładnie słucham tego, co mówi do mnie Axel. — Nie wiem… to znaczy, chodzi o to, że naprawdę niezależność jest dla mnie ważna, choć zwykle kończy się to różnie. A Mung? Czasami tam zaglądam, jednak to nic wielkiego. — Ręce wskazują po kolei poszczególne przyprawy. Przede wszystkim kumin, kolendra. Kłącza imbiru, czosnek. Widzę też jakieś bardziej wyszukane specjały, których nazw nie potrafię wypowiedzieć. — Lubisz ostre dania? — Uśmiecham się półgębkiem i lustruję kolejne rzędy kolorowych piramidek. I tak wezmę ostre papryczki, jeśli nie do dzisiejszej zupy, to do czegoś innego. Sprawdzę dokładnie czy sprzedawca jest godny uwagi. Kiedy mam już wszystko dokładnie odmierzone i zapakowane, prostuję się i zerkam na towarzysza. — Właśnie. Z zarobkami może być różnie. Praca naukowa to prestiż, możliwość rozwoju ale pensja, choć nie głodowa, może pozostawiać wiele do życzenia. Plus kwestia swobody. Zespoły badawcze cenią sobie lojalność i dbają o to, żeby każdy znał swoje miejsce. Dobry kierownik obwaruje pracę uzasadnionymi ale na pewno obciążającymi warunkami. Muszę to przemyśleć… przynajmniej kilka razy — zasępiam się wyraźnie. Stoję w rozkroku i nie wiem, gdzie będzie mi lepiej. Mam wątpliwości czy sprzedanie własnej wolności jest tym, do czego chcę ostatecznie zmierzać. — Merlinie, zrobiło się paskudnie poważnie… — Wcale mi się to nie podoba. Płacę sprzedawcy i zerkam dalej w gardziel zapchanej uliczki. — To co, Devereaux? Idziemy coś zjeść?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 22:03 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.