• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Pokątna 20/6 > Łazienka
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
26-09-2025, 21:15

Łazienka
Półmrok migocze odbiciami świec w starej miedzianej wannie. Lustro w oplocie bluszczu ukrywa sekrety, a powietrze nasycone jest zapachem pary i olejku. Ulubione miejsce długich odpoczynków pośród nocnej pracy i przemyśleń.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
07-11-2025, 12:03

Speak if you can
13 kwietnia 1962

Wspomnienie listu, ledwie przeschłego od tuszu i ciepła palców, tliło się w niej niczym żar pod popiołem ― niby niewinne, a jednak zdolne rozpalić pożogę dawno stłumionych emocji. Ciekawość, ten pasożyt duszy, wygryzała sobie nowe korytarze, przemykała przez sploty myśli, nadpisując je tak, jak ktoś dopisuje nuty do dawno ukończonej symfonii. Przed oczami majaczyła scena ― ona, skryta w półcieniu, i on, zgięty w czułym oddaniu nad wiolonczelą. Palce jego tańczyły po strunach jak język po wargach kochanki, niosąc dźwięk, który wypełniał przestrzeń między nimi gęstą magmą napięcia. Ilekroć grał, coś w niej drżało ― nie serce, nie dusza nawet, lecz to wewnętrzne jądro bycia, które kazało jej chcieć więcej. Więcej obecności, więcej zrozumienia, więcej siebie w jego spojrzeniu.
A jednak ― gdy przyszło rozstanie, gdy cienie codzienności spowiły ich drogi, pozostał jedynie list. Arkusz słów, które miały smak niedopowiedzeń. Może właśnie dlatego chciała, by powrócił, choćby tylko w rozmowie, w konturze wspólnej myśli, w nieuchwytnym akordzie przeszłości. Bo w istocie nie szukała jego ― szukała siebie, tej, która potrafiła drżeć przy dźwięku jego muzyki, która w każdej nucie odnajdywała sens życia. Śledziła go z tą nienachalną atencją, jaką darzy się dawno przeczytany tom ― znajomy, a jednak wciąż pełen nieoczywistych fraz, które odkrywa się na nowo przy każdym zetknięciu wzroku z marginesem. Sylwetka jego, wyprostowana i pozornie wyluzowana, zdawała się drgać w świetle popołudniowego blasku; cienie snuły się po jego ramionach niczym drobne pająki ciepła, rozlewające się z każdego gestu. Był inny, zawsze był ― nieuchwytny w zwyczajności, jakby życie samo uformowało w nim jakąś bezczelną odmianę artyzmu, którego nie dało się udawać.
― Więc... Gdzieś był, gdy Ciebie nie było, Mon cher? ― Porcelanowa filiżanka osiadła w jej dłoni z należytą miękkością ruchu, a ciepło herbaty rozlało się po wnętrzu skóry, wciągając ją w niemal rytualną ciszę. Napar miał smak dalekich podróży ― gorzki jak pustynny wiatr, delikatnie słodkawy jak wspomnienie zapomnianego pocałunku. Podarunek od dyplomaty, którego uśmiech pamiętała jedynie jako cień, niczym impresję przelotnej fascynacji, teraz przybrał na wartości, podkreślając intymność chwili. ― Już myślałam, żeś obraził się na moje ostatnie słowa ― Któż pamiętał, kiedy był ostatni raz wstecz? Rok, czy może nużące dwa lata?
On zaś ― krążył. Przechadzał się po salonie w manierze typowej dla siebie, tej nonszalancji artysty, któremu nawet milczenie udaje się z gracją. Każdy jego krok wprowadzał drganie w przestrzeń, drobne poruszenie w powietrzu, które czuła w koniuszkach palców i podskórnych napięciach myśli. Oto znów był ― nieproszony, a jednak oczekiwany, jak nuta, która wdarła się między dźwięki i nie pozwalała zapomnieć melodii.
― Doznałeś świętego objawienia, więc kogo dostrzegłeś w spiekocie nocnej mary, hm? ― Uśmiech ten, ledwie tknięty cieniem ironii, zatańczył w kąciku jej ust jak wspomnienie niewypowiedzianego żartu. Podniosła brew ― gest nie tyle wyzywający, ile rozbawiony tą jego dziecięcą wiarą w rzeczy nienazwane, w duchy przeszłości wijące się w oparach kadzideł, w szept gwiazd, które rzekomo znały ludzkie losy. Jakże to do niego pasowało ― romantyczne uniesienie nad tym, co dla niej było jedynie mgłą pojęć, rozrzedzonym złudzeniem, które miało dawać sens tym, którzy bali się spojrzeć nago w oczy rzeczywistości. Ucisz moją ciekawość.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
09-11-2025, 20:36
Listy. Czasem pozostają tylko one. Pamiętał ten jeden szczególnie – ledwie przeschły, z rozmazanym śladem tuszu. Czasem trzymał go między stronami ulubionych książek, nie tyle dla bezpieczeństwa, co po to, by powracać do tych chwil, gdy jej słowa były najbliżej niego. Czuł wtedy drżenie emocji, które wpełzały do środka, nieproszone, a jednak tak wyczekiwane, jak pierwsze dźwięki wiolonczeli, które wydobywał z instrumentu.
Czasem chciał powrócić do tamtych chwili - choćby tylko w rozmowie, choćby tylko w milczeniu, które bywało bardziej wyraziste niż słowa. Nie wiedział, czy szuka jej, czy siebie. Może oboje gubili się w tym, co dla nich najważniejsze: drżeniu, które pojawiało się przy dźwięku jego muzyki i jej obecności. Śledził ją w myślach, jakby odczytywał nuty z dawno utworzonych partytur.
Rozstanie przyszło jak nieunikniony akord kończący frazę, który prędzej czy później musiał nadejść. Pozostały słowa, niedopowiedzenia, powracające w myślach jak echo ostatniego tonu. Zastanawiał się czasem, czy list, który jej zostawił, był wystarczający. Czy potrafił oddać w nim to, co drgało między nimi, czy tylko zarysował kontur czegoś, co wciąż było żywe w jej pamięci – i w jego.
Odkąd wpuściła go znowu do swojego mieszkania, do swojego życia, minęło kilka minut. Nie spojrzał na nią. Jeszcze nie teraz, chociaż czuł, jak przez jego kark prześlizguje się ciężar jej oczekiwania demontowanego przez spojrzenie, które pozostawiało na skórze znajome, nienachalne plamy ciepła; chociaż czuł, że w powietrzu zawisły słowa jeszcze niewypowiedziane, ale które wkrótce odnajdą droga do ust. I - w końcu – gdy jego wzrok spoczął na uginającym się od ciężar książek regale przełamała ciszę, którą czuł w każdym drganiu powietrza, lecz on, przetaczając palcem po grzbietach zgromadzonego przez nią księgozbioru, odwlekał na dystans piętnastu uderzeń serca to, co nieuniknione – moment, kiedy heban jego spojrzenia zanurzy w jasnym kolorze jej oczu.
- Tam, gdzie ty nie zaglądałaś już dawno, mon cheri - nie powiedział nic więcej. Zagadkowe spojrzenia, spotykające sie ze zrozumieniem subtelne uśmiechy konfrontowane z rozbawieniem, urwane w pół zdania myśli, gdy brakowało już słów, by je wyrazić i dreszcz emocji związane z tymi chwilami, był językiem zrozumiałym tylko dla nich. - Może byłbym skłony pielęgnować tę urazę, gdybym pamiętał ich treść, a nie tylko emocje, które im towarzyszyły.
Ostatnie słowa, jakie wyrzekała w jego kierunku, utknęły pod gruzem zapomnienia, pod stertą niewyartykułowanych myśli. Nie pamiętał, kiedy był ostatni raz - wtedy, gdy jedna z tych pięknych filiżanek, które ujmowała w dłoń, wylądowała na posadzce i rozpadła się na ostre odłamki, gotowe skaleczyć skórę każdego, kto po nie sięgnie? A może jeszcze wcześniej? W te długie wieczory, w których minuty uciekały w popłochy muzyki, którą wydyszał z wiolonczeli, a ona, zasłuchana, traciła rachubę czasu?
Podniósł głowę i skierował ją ku niej, by w końcu zatrzymać spojrzenie na jej ukrytej w półmroku twarzy, gdzie igrające z jej skórą cienie, kreśliły na jej skórze ślady swoich wydłużony palców.
- Święte objawienia dotykają tych, którzy nie oczekują niczego w zamian - lekki łuk uśmiechu wygiął jego wargi w takt ironii wybrzmiewających z jej słów, kiedy w końcu podszedł bliżej, w drodze zgarniając oprawiony w ramkę niewielki portret – a ja jestem zbyt zachłanny, by wracać z tych podróży z pustymi rękami.
Ileż to razy zarzucała mu dziecięcą naiwność? Ileż to razy zakłamywała rzeczywistość, by jej nieustępliwa niewiara nie dogoniła płochliwej wiary w to, że to los, bezlitosny w swoich osądach, wyznacza ich drogi? Ileż to razy próbowała uciec przed własnym przeznaczeniem, łudząc się, że patrzy prosto w otchłań nagiej, pozbawionej skrupułów rzeczywistości, która była gotowa swoim mrokiem pochłonąć każdy zakamarek ludzkiej duszy?
A jednak, mimo tych wszystkich ucieczek, mimo prób budowania murów z cynizmu i powątpiewania, jej serce pozostawało podatne na subtelne drgania nadziei — tej kruchej, ledwie uchwytnej, a jednak stale obecnej nici, która splatała ich losy, jakby w tych oskarżeniach szukała potwierdzenia, że świat jest uporządkowany, przewidywalny, że można go zrozumieć i zamknąć w żelaznych objęciach chłodu rozumu, lecz on nie znał litości dla tych, którzy próbowali go przechytrzyć. Za każdym razem, gdy odwracała wzrok od własnego przeznaczenia, los odnajdywał sposób, by zwrócić ją na właściwą drogę. Rzeczywistość, choć wydawała się nieprzenikniona i twarda jak granit, pękała pod jego nieustępliwym naporem.
- Tym razem widziałem ciebie. Przeglądałaś się w lustrze i, chociaż jego tafla była naznaczona zmarszczkami pęknięć, lustrzane odbicie nie pokazywało ciebie, lecz dziewczynę – której portret nadal nosisz w sercu – z tego portretu – oparł ramkę na stoliku, by zaraz zapaść się w miękkich objęciach fotela i zogniskować na niej nie tyle co spojrzenie, ale całą uwagę, by wyłapać każde możliwe drżenie obcej emocji na jej twarzy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
10-11-2025, 18:26
Wielbiła te osobliwe, samotne wieczory ― jak rytuał oczyszczenia, jak własne misterium, odprawiane w blasku lampionów przytłumionych purpurą i czernią, rozlewających się po ścianach jak krew po aksamicie snu. Sypialnia była jej sanktuarium, a zarazem sceną, na której mogła zrzucić maski dnia, odłożyć kunszt pozorów i oddychać tylko sobą ― ciepłem, niedoskonałością, niewysłowionym głodem istnienia. Przywdziewała wówczas manierę rzekomej artystki ― nie tej z salonów, nie tej z gmachów i filharmonii, lecz tej, której puls bije w rytmie lasu, dzikości, nieujarzmionego instynktu. W niej była krew i ziemia, szept ogarów, trzask witki pod stopą ― przeszłość rodu, który żył surowo, ale z honorem, który wiedział, że piękno jest tylko innym imieniem przetrwania. Z kieliszkiem rubinowego wina w dłoni, kreśliła wyrafinowanym pismem ledwie ułomne fragmenty poematów, rozszarpanych jak jej myśli ― o tęsknocie, o zatraceniu, o miękkości serca, które wciąż biło pod ciężarem rodzinnej dumy. Słowa spływały z pióra jak krew z rany, ciepłe, gęste, prawdziwe.
I kiedy w końcu przymykała powieki, pozwalając, by płomień świecy zatańczył na powierzchni szkła, słuchała melodii z Pokątnej ― tej cichej, melancholijnej, w której odbijał się oddech miasta i wspomnienie jego głosu. Tego, który nauczył ją, że francuskie słowa potrafią brzmieć jak zaklęcia. Że piękno można wyrysować ― nie pędzlem, a tęsknotą.
Był pierwszym ― jakże znaczące słowo, o ciężarze inicjacji i blasku odkrycia. Pierwszym, który dostrzegł w niej nie tylko kobietę, lecz myślicielkę o drżących dłoniach i nieujarzmionych linijkach słów. To on odkrył jej ciągoty ku tworzeniu, ku słowu przemyślanemu i gorącemu, niosącemu echo dawnych mistrzów, co nie mieczem, a piórem rozcinali światy. Był tym, który umiał milczeć tak, że milczenie stawało się dialogiem. Nie bali się różnić. On grał ― z tą powagą, która czyni muzykę modlitwą. Ona pisała ― z tą miękkością, która sprawia, że każde zdanie staje się spowiedzią. Razem tworzyli duet ― roztropny, choć na wskroś szalony. Jego wiolonczela była jej oddechem, jej słowa ― jego strunami.
― Pojawił się nagle, zniknął równie szybko ― a my zostaliśmy, patrząc na miejsce, gdzie jego echo wciąż szepcze: gdzie był? ― zawyrokowała kreatywnym wersem faktyczność ich rozstania. Niekiedy, gdy świat stawał się dla niej zbyt szorstki, zasiadała do listów. Pisała do niego z czułością, którą świat zapomniał nazywać. Wysyłała mu słowotok pełen drobiazgów, przesycony winem emocji, którego tylko on potrafił kosztować bez lęku. Rozumiał. Och, jakże rozumiał ― jej rozedrgania, niepokoje, tę wewnętrzną burzę, która w innych budziła lęk, a w nim ― zachwyt. ― Więc nieświadomie wymierzyłeś mi karę, ach... Okrutniku ― I oto znów stanął na jej drodze, jakby czas był tylko cieniem, a pamięć ― ciepłem tlącym się w kominku serca. Powrócił nie z prośbą, nie z żalem, lecz z tą samą nutą w oczach, co dawniej: pół smutku, pół zachwytu, niebezpiecznie blisko namiętności. ― Wydajesz się zmieszany istniejącą rzeczywistością; może dlatego takie ukojenia daje Ci wiara w wizje?
Noga w subtelnym, niemal instynktownym poruszeniu odnalazła rytm melodii, tej jedynej, którą tak często jej grywał ― jakby pragnął utkwić w jej pamięci nie tylko dźwiękiem, lecz istnieniem. Tembr wiolonczeli przesączał się przez powietrze niczym ciepłe wino, sącząc rozżarzone wspomnienia w skórę, w myśli, w krwiobieg. Lecz dziś, gdy znów poruszył smyczkiem, dźwięk brzmiał inaczej ― obcy, złamany, niemal szyderczy. Choć był to jedynie wykwit jej wspomnień.
― Zachłanność zawsze bywała źdźbłem naszego porozumienia ― jednego z licznych, jak dotychczas zdołała wywnioskować. Brew drgnęła w zaskoczeniu, gdy jego słowa ― ciężkie od metafor i niepokojącego mistycyzmu ― przecięły przestrzeń między nimi jak złośliwa nuta w partyturze, której nikt nie powinien był napisać. Jak śmiał? Jak śmiał igrać z jej stratą, z tą raną, co nigdy się nie zabliźniła, a jedynie nauczyła żyć w podskórnym bólu? ― Toż żart mam nadzieję, bo raczej wizje potrafią narobić Ci nieśmiesznych szkód ― Nie. Nie pozwoli mu znów przekroczyć tej granicy. Nie tym razem. Wzięła łyk herbaty ― wolno, z ostentacyjnym namaszczeniem ― jakby ten gest miał moc zaklęcia ochronnego. Płyn osiadał na języku jak ogień, uśmierzał, tłumił, koił. Spojrzenie, chłodne i błękitne jak zimowa tafla, przecięło przestrzeń, w której unosiła się jego melodia. Obłudy. ― Niebezpieczny grunt, przyjacielu… ― wyszeptała z głosem, w którym tliła się nie tylko przestroga, ale i obietnica ― że jeśli znów zechce igrać z jej bólem, znajdzie się w samym sercu burzy, którą sam przywołał. Jednak krzywizna leciwości uśmiechu nadal podtrzymała pozory.
Odeszłaś własnym wyborem, a jednak cisza po Tobie brzmi głośniej niż każda obecność ― zostawiłaś we mnie żar światła, które płonie nadal, choć Ty odeszłaś...
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
15-11-2025, 00:16
Nigdy nie odnajdował ukojenia w ciszy zamkniętego pokoju; dusił się w nim, jak ptak zamknięty w klatce, któremu odebrano prawo do wolności i tym samym wyrażeniu samego siebie. Zbyt często natomiast pozwalał, by w długie wieczory do jego myśli zakradała się melancholia. Najpierw jej dotyk był delikatny, czuły, jak pierwszy tęskny pocałunek muskający usta kochanka – ledwie wyczuwalny powiew przeszłości. Potem, z każdą minutą, stawała się coraz bardziej natarczywa, wciskając się w każdą szczelinę duszy, jakby chciała przykryć ją mgłą utkaną z żalu.
Zanurzył się w wtedy po szyje w bezkresnym jeziorze wspomnień, łowiąc tęsknie obrazy uwięzione gdzieś na pograniczu snu a powidoków rzeczywistości. Jego dłonie, zamiast kieliszka z winem, odnajdowały wówczas pędzel – narzędzie, który miało moc zmiany ulotnych chwil w wieczność, pozwalającym, by świat rozpływał się w plamach światła i cienia, a mrok wieczoru stawał się najtrwalszym pigmentem, którym malował własną samotność.
Często siadał przy sztaludze, pozwalając, by paleta barw rozkwitała jak ogród dawnych tęsknot – płatki wspomnień opadały na płótno, tworząc cichą opowieść o tym, co dawno już minęło. Każdy obraz traktował jak próbę budowania pomostu nad przepaścią milczenia. W pociągnięciach pędzla kryła się manifest niezgody na przemijanie, nieustająca walka z nieuchronnością zapomnienia.
Teraz, gdy jej sylwetka już nie była tylko odległą pantomimą pamięci, wydawało mu się, ze ich odnajdujące do siebie drogę spojrzenia na moment zatrzymały czas. Trwali - oddzielni, lecz spleceni tym samym pragnieniem, pragnieniem, by ocalić cząstkę dawnych siebie. Tamtą dziewczynę, która nie musiała używać słów, by wyrażać siebie, bo były spoiwem łączącym ją ze światem. I tamtym chłopakiem, który nie bał się tego milczenia, bo cisza była jak przerwa między taktami, w których powstawały najbardziej przejmujące melodie. Każde z nich nosiło w sobie ślady tamtych wspólnie spędzonych chwili, gdzie pozwalali, aby przestrzeń między nimi wypełniała się delikatnym napięciem, przesyconym skrawkami dawnych emocji. Nie musieli niczego wyjaśniać – tam, gdzie słowa były niewystarczające, milczenie stawało się panaceum na wszystko, jakby sama ich obecność była świadectwem tego, kim byli kiedyś i kim pragnęli dla siebie pozostać - on zanurzy się w świecie dźwięków, ona w gąszczu słów.
- Sugerujesz, że w tej ciszy, aż do teraz, pobrzmiewało echo mojej obecności? – zapytał, świadom, że nie potrafił tak zwiewnie jak ona udekorować słowami swoich myśli, bo przecież nie pojawił się w jej życiu nagle, nie był tylko ulotnym powiewem wiatru, przemykającym przez chwilę, by zniknąć bez śladu. Pozostał w jej pamięci, tak jak ona trwała w jego, głęboko zakorzeniona, choć nie zawsze wyraźna.
Czasem, gdy zgiełk świata stawał się dla niego nie do zniesienia, gdy gwar i hałas codzienności przytłaczał, uciekał myślami do niej. Sięgał wtedy po jej listy, schowane gdzieś między kartkami innych wspomnień, i z nabożną uwagą wczytywał się w każde zdanie. Rozpoznawał w nich własne emocje, echo swoich dawnych uniesień i niepokoju, jakby jej słowa stawały się zwierciadłem jego duszy. Smakował każde litery, każde słowo, każde westchnienie zapisane na delikatnej papeterii, jakby raczył podniebienie najznakomitszym, długo leżakującym winem. Z czasem nauczył się odczytywać w jej słowach to, co ukryte było między wierszami – drżenie, niepewność, wewnętrzną burzę, która dla innych mogła wydawać się czymś obcym, groźnym, nawet odpychającym, jego jednak wprawiała w stan zachwytu.
- I przy okazji także siebie, bo nie zadowalałoby mnie twoje cierpienie, gdybym nie był jego częścią - frywolność tych słów wygięła ust w łuk uśmiechu; nie było w nich żalu, z którym opowiada się o nagłym rozstaniu, a żar - ten, który wciąż ogrzewał komory serce blaskiem wspomnień. – Lecz nie jestem pewny, czy coś, co odbiera sen i często prowadzi do bezdechu, może przynosić jakiekolwiek ukojenie.
Dostrzegł jej subtelny uch, do taktu znajomej melodii, którą tak często grał w jej obecności – jakby zakradła się w sploty jej skóry i zapisała się w rytmie jej ciała, jakby chciała ją przywołać i otoczyć się nią jak ciepłym płaszczem przed zimnem. Słusznie. Nie był już tym samym człowiekiem, co niegdyś, chociaż zmiany, jakie w nim zaszły, ukrywał głęboko w sobie.
Tak jak milczenie jednym paktem porozumienia, jakim udało nam się wpracować, chciał dodać, szczyptą złośliwości posypującą słowa, lecz zaniechał, bo wczorajsza noc zawyrokowała, że na innych strunach jej wrażliwości zagra dzisiejsza melodia, rozdrapując ból straty, który nadal został w nim obecny. Ujrzał to w lodowatej toni jej spojrzenia i słowach, na których kanciastych końcach czaiła się przestroga, ostrzegająca go przed burzą, która zaraz się rozpęta. Nie lękał się jej jednak. Jego życie było burzą od chwili narodzenia, nie bał się zatem huraganów, które wzniecał, a raczej rozkoszował się zasięgiem ich destrukcji.
- To znak, kochana. Gdzieś tam jest, czeka na ciebie. I tęsknota rozrywa jej serce, tak jak i twoje
-a może to już pustka po stracie, której nie chcesz wypełnić, bo ten ból, przypominający, że istniejesz, przynosi ukojenie?, pytało jego spojrzenie, gdy zajrzał jej prosto w oczy, głęboko, jakby chciał przeniknąć przez okno jej duszy i przekonać, jaki mrok spoczął na jej dnie, ale też w skrytości swoich makiawelistycznych intencji napawać się jej cierpieniem.
I może właśnie tego podskórnie pragnął - patrzeć, jak maski, które zakłada, pękają pod naporem ciężaru tego, czego nie może pomieścić w sercu. Kruchość przecież kryła się w nich od zawsze - zarówno w niej, jaki w nim, inaczej nie mogliby rozczulać się nad naturą piękna, bo nie byliby wstanie go dostrzec.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
06-01-2026, 11:18
Niekiedy miękkością głosu potrafiła recytować wszelakie treści ― najpiękniejsze wersety mistrzów poetyki i własne, te bardziej intymne, choć wstydliwie było się przyznać, że nakreślała swe myśli w sposób tak intratny, niemal bezwstydnie szczery. Słowa spływały z niej zwykle swobodnie; zawsze miała ich w nadmiarze. Mantra, zgłoska uniesienia głosu w niezadowoleniu, cięta riposta ― wszystko to przychodziło jej naturalnie, jak oddech. Bywały chwile, gdy afazja zdzielała przenikliwy umysł z bezlitosną precyzją. Drętwiał język i jaźń, jakby ktoś nagle zgasił światło w pomieszczeniu pełnym myśli. Zalegała cisza — niebezpieczna, lepka, domagająca się interpretacji. Cisza, która mówiła więcej, niż ona chciała zdradzić. Wtedy, na wskroś chcąc ratować swe oblicze, łagodziła zdziwione kanty cudzej mimiki i swojej uśmiechem. Tym jednym, sprawdzonym. Jakże najprościej jej to wychodziło ― krzywizna warg, lekki błysk w spojrzeniu, obietnica sensu tam, gdzie go jeszcze nie było. Maskowała bezruch myśli, zanim ktokolwiek zdążył zapytać.
Nie powinna była negować jego obecności ani nakręcanych zgłosek, obłuczonych tym głosem, który tak dobrze wspominała. Głosem, który przez lata doświadczenia stał się jednocześnie niezmienny i inny ― głębszy, bardziej osadzony, jakby niósł w sobie ślady dróg, których ona nie widziała. Słuchała go więc uważnie, pozwalając, by cisza między nimi nabierała znaczenia.
Były głosy, które nie potrzebowały odpowiedzi.
― Twa persona tak jakoś potrafi nakreślić swe wspomnienie w chwilach wytężonego myślenia ― Czasem zapominała ― świadomie, z premedytacją, jakby pamięć była narzędziem, które można odłożyć na półkę. Innym razem próbowała na nowo nakreślić intonacje ich wspólnych sytuacji, odtworzyć je z fragmentów: uśmiechu, pauzy, półszeptu, który niegdyś znaczył więcej niż deklaracje. Wracała do nich nie dlatego, że chciała, lecz dlatego, że umysł miał własną logikę, obcą wychowaniu i rozsądkowi.  ― Cierpiałeś? ― dopytała, nadpisując słowotwórstwo w zgrabną wizję całości. Martwiła się? Nie, on zawsze sobie radził, jak rasowy kociak. Bo wstydem było nazwać fakt, że on ― wybiórczo, lecz skutecznie ― kształtował jej usposobienie. Wstydem było przyznać, że bywała zbyt sentymentalna, podatna na niuanse, choć ojciec hartował ich przecież konsekwentnym wyzbywaniem się takich słabości. Uczono ją, że uczucia są luksusem, na który nie każdy może sobie pozwolić, a już na pewno nie ona. A jednak gdzieś pomiędzy tą nauką a własnym doświadczeniem powstała szczelina. ― Któż namaścił Ci załamanie, skoro mary nocne od tak nie atakują człowieczego snu? Mon cher, tak bardzo rozumiem Twą boleść.
I chyba rzeczywiście nie pojawiłby się w jej życiu na nowo, gdyby nie… co właściwie? Przypadek? Niedopowiedziane słowo? Chwila nieuwagi, w której los wcisnął palce między zamykane drzwi? Myśl ta pozostawała niedokończona, zawieszona jak oddech przed wyznaniem, którego nie chciała wypowiedzieć.
Ech. Wizje miały w sobie coś pięknego ― nawet jeśli były tylko koszmarem ubranym w lirykę. Zwitkiem kilku słów, które układały się w litanię niepokoju, a mimo to koiły. Jakby w samej możliwości wyobrażenia istniała obietnica sensu, nawet jeśli nigdy nie miała zostać spełniona.
― Czeka? Och, najpewniej doborowo sobie radzi w życiu, jak każdy z nas... ― machnęła dłonią, zbywając wszelako dziwne spojrzenie towarzysza i nakreślaną napastliwość myśli. Wizja młodszej siostry ― uciekinierki ― pałętała się boleśnie w trzewiach i głowie, jak cierń, którego nie sposób usunąć bez rozdarcia skóry. Napastliwie kreśliła ingerencję ojcowskiego wyroku, tego chłodnego, nieodwołalnego. Zdrada rodziny ― a raczej tego, co z niej zostało po śmierci brata i matki. Łatwo było popaść w konsekwencję niełaski, jakby świat tylko czekał, by ukarać za każde odstępstwo od narzuconego porządku. ― Niezbyt dobrze wychodzi mi oczekiwanie na powrót, więc nie wróżę tęsknoty, przyjacielu ― Żyła? Najpewniej. Była sprytna i ambitna, odmiennie od niej samej, mniej skłonna do rozpamiętywania, bardziej do działania. Widziała ją w myślach — młodą, zdeterminowaną, gotową uciekać dalej, jeśli zajdzie potrzeba. I to właśnie bolało najbardziej: że siostra mogła poradzić sobie tam, gdzie ona wciąż tkwiła, związana lojalnością i wstydem. ― Wróżby bywają przecież złudne, prawda? Nigdy nie zaliczyłeś potknięcia?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
18-01-2026, 14:15
Bywało, że słowa, chociaż piękne, nie znaczyły nic. Były iluzją utkaną z marzeń, westchnień, a czasem nawet urojeń, jakie zakradały się pod powieki i kalały swoją obłudą pamięć, wyblakłą jak fotografia, którą podano próbie czasu. Niekiedy zdawały się tylko cieniem dawnych rozmów, odbiciem pragnień, które nigdy nie miały się spełnić, a jedynie dryfowały w półmroku świadomości, jak liście niesione wiatrem po pustych ulicach dzieciństwa. Takie słowa, choć brzmiały jak obietnice, były pustymi skorupami — pozorami, które nie potrafiły ogrzać serca ani rozjaśnić mroku. Ich piękno bywało złudne, jak blask księżyca odbity na powierzchni jeziora — odbijało się w oczach, lecz znikało w dotyku, pozostawiając po sobie jedynie chłód niedopowiedzenia.
Rzadko brakowało mu słów. Sięgał po nie, jak po broń, były narzędziem wielofunkcyjnym; mantrą, która koiła emocje; zgłoską, którą potrafiła przebić się przez hałas; ciętą ripostą, którą bronił własnych granic. Z czasem nauczył się wyplatać z nich sieci, w które łapał cudze myśli i uczucia. Lubił myśleć, że jednym zdaniem potrafił zburzyć mur milczenia i otworzyć drzwi do najskrytszych zakamarków duszy. Lecz nie przy niej. Przy niej czasem brakowało mu słów; głos wiązł mu w gardle, a on odczuwał wewnętrzny, niepokojący przymus odpowiedzialności za to, co mówi i jak brzmi.
Chyba dlatego, że czasem miał wrażenie, że ona, jak nikt inny na świecie w ciszy odnajdowała to, co zdarzało mu się ukryć w milczeniu.
Cierpiałeś? wzbiło się w przestrzeń i zawisło nad jego karkiem jak katowska ręka. Przytaknął, nie używając słów, bo były pytania, która nie potrzebowały odpowiedzi; takowa kosztowałby zbyt wiele wysiłku; byłaby wstydliwym pokłonem, jaki musiałby złożyć własnym słabością zrodzonym z delikatnej tkanki sentymentu.
Nigdy nie połączył ich ten rodzaj bliskości, który wymusza tęsknotę. Nigdy nie szukał jej twarzy w obcych twarzach, które mijał w tłumie. Nigdy nie łaknął jej towarzystwa tak bardzo, jak nowego haustu powietrza po tym, jak chwilowo nie miał dostępu do tlenu. Nie czuł tego dziwnego ucisku w piersi, kiedy dźwięk jej imienia napotykał przypadkiem w rozmowie, nie śledził śladów jej obecności w zapachu perfum utrzymującym się w powietrzu po jej wyjściu, a jednak w chwili, w której przeznaczenie splotło ze sobą ich ścieżki, jednocześnie sprawiało, że czasami w najmniej oczekiwanych momentach odzywała się w nim nostalgia.
– Może to nas właśnie połączyło? Rozumienie swoich boleści? - myśl uformował w słowa, pozwalając, by w ton jego głosu zakradła się lekka nuta drwiny, podszyta obawą, że zauważy moment, którym targało nim zawahanie.
Naraz pożałował, że odważył się przerwać milczenie – że pozwolił, by makiawelistyczna intencja przebiła się przez mgłę sentymentalizmu, która otuliła ich oboje. Że uległ pokusie, która podpowiadała mu, aby zajrzał w lustro jej duszy, a nawet – by włożyć dłoń w jej wyimaginowaną, niezatartą jeszcze ranę, która od lat jątrzyła się pod jego sercem.
– Więc nie zdarza ci się romantyzować waszej rozłąki? I nie pragniesz jej znowu ujrzeć? – dodał ciszej, jakby sam próbował przekonać siebie do tych słów. Zastanawiał się, czy to próba wyparcia uczuć, które w niej buzowały, próba ucieczki od nich, czy może zwyczajnie źle odczytał gniew, który nieoczekiwanie zabłądził pomiędzy jej słowa?
Czasami pragnął uzyskać dostęp do korytarza jej myśli, chociaż przecież wiedział, że błądziłby po nich po omacku, gubiąc się w tym labiryncie, pełnym tajemnic i ukrytych znaczeń.
- Choć mogłoby się wydawać, że wróżby odsłaniają przed nami zwodniczą naturę, w istocie są poetyckimi obrazami naszej rzeczywistości. Są metaforą i bywa, że czasem błędnie je odczytuję, lecz nigdy nie czyniłem im z tego powodu wyrzutów. Bo widzisz, mon chéri, przeznaczenia nie można stawiać przed sądem i żądać od niego wyjaśnień. Ono po prostu istnieje, kształtuje ścieżki naszego losu i prowadzi nas tam, dokąd powinniśmy podążać.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
25-01-2026, 15:31
Nie myśleć było jak amputować sobie zdolność uczenia się na własnych ranach; jakby celowo odwracać wzrok od krwi, która już zdążyła wsiąknąć w skórę i pozostawić ślad nie do zatarcia. Oszukiwać jaźń znaczyło oszukiwać ciało, a ono pamiętało wszystko z okrutną dokładnością ― napięcia mięśni w chwilach ucieczki, drżenie palców przy decyzjach podejmowanych zbyt późno, skowyt boleści rozrywający nadbudowę duszy na pół, gdy rozum próbował udawać, że nic się nie stało. O tak, ich dwójka znała ten mechanizm aż nazbyt dobrze, zanurzona w marazmie własnego chaosu artystycznego obycia; odmienna w formie, w tempie i w sposobach oddychania światem, a jednak w jakimś punkcie niepokojąco zbieżna.
Nie połączyła ich bliskość pierwotna, nie ciepło ramion ani obietnice składane szeptem w nocy. To było coś subtelniejszego i trudniejszego do uchwycenia ― nieme zrozumienie, jakby wspólny alfabet ciszy, przekaz bez słów, że nie trzeba dławić się frasobliwościami doczesnych błędów. Tych, o których drugie nie miało pojęcia i może nigdy mieć nie powinno. Odwagą bowiem nie było wielkie wyznanie, lecz przyznanie się do rzeczy najprostszych: do tęsknoty mizernej, wstydliwej, zaplątanej we własnym splocie doktryn, które kształtowały ich życia osobno, uparcie i bez litości. Trwali więc w dolegliwej przestronności niemości, gdzie słowa nie chciały płynąć ku sobie, lecz pamięć pracowała wytrwale. Pamiętali o sobie jak rzeźbiarz pamięta pierwszy twór wyłupany z kamienia z nabożnym skupieniem ― nieidealny, a jednak prawdziwy. Jak altruistyczny malarz, który dekoruje codzienność nie dla poklasku, lecz z potrzeby serca, wiedząc, że barwa raz położona zmienia wszystko, nawet jeśli nikt nie potrafi wskazać momentu tej zmiany.
― Tak, potrafiłeś zrozumieć mój chaos niemym usytuowaniem sprawczej siły ― Uśmiechnęła się wtedy ― może pochwalnie, może wybiórczo ― w jego kierunku, gdy dziwność jego słów namaściła współdzieloną przestrzeń czymś na kształt delikatnego zwycięstwa. Cichego, niemal nieprzyzwoicie intymnego. Czyżby rzeczywiście trafiła w sedno maszkaronów jego środka, w te wykrzywione formy obronne, które skrywały prawdę bardziej kruchą, niż chciałby przyznać? Było to zwycięstwo, o które kiedyś nawet by się nie ośmieliła zawalczyć ― a jednak przyszło samo, lekkie jak oddech i równie trudne do zatrzymania. ― Zawsze się zastanawiałam, jak potrafiłeś to poczynić, hm? ― Ojciec zganiłby ją bez wahania za takie rozstrojenie myśli, za to miękkie dryfowanie ku uczuciom, które nie miały praktycznego zastosowania ani herbu, ani pieczęci. A jednak pozwalała sobie na ten luksus w ciszy, w szczelinach pomiędzy obowiązkami, gdzie nikt nie zaglądał. Myślała o uciekinierce ― nie tej z ballad i legend, lecz o tej prawdziwej, której nie sposób było odnaleźć w realiach świata dziś jej znanego. Siostra uciekła bez słowa, bez listu, na własnych zasadach, jakby rzuciła światu wyzwanie i wypowiedziała posłuszeństwo dominacyjnej istocie ojca, jego żelaznej narracji o powinności i nazwisku. ― Ojciec skreślił rozłąkę w ramy zdrady, nakazując mi się dostosować...
Była w tym jakaś brutalna piękność, którą potrafiła docenić jedynie w lepszych chwilach, gdy żal nie zacieśniał gardła. Bo choć pochwalała ten akt buntu w myślach, sama nigdy by się nań nie zdobyła. Nie przyniosłaby ojcu doraźnej krzywdy, nie splamiłaby imienia ― jego, przodków, dumnych Rookwoodów ― które nosiła jak ciężki naszyjnik, jednocześnie ozdobny i duszący. Zbyt wiele w niej było lojalności utkanej z lęku i przyzwyczajenia, z cichej zgody na to, że czyjeś oczekiwania mogą stać się szkieletem życia. Serce bolało, to był fakt niepodważalny, pulsujący w chwilach nieuwagi. Bolało tęsknotą za kimś, kogo już nie potrafiła sobie wyobrazić w pełni, bo czas zatarł rysy, głos i sposób śmiechu. Rozum jednak musiał przyjąć prawdę chłodną i twardą: nie miała sprawczej siły nad tym odejściem. Nie była winna, nie była też wybawicielką. Już dawno przestała szukać i walczyć, bo walka bez odpowiedzi wyjaławia, a poszukiwanie bez śladu staje się formą samoudręczenia.
― Czy można wywnioskować w tejże kreacji myśl, że cierpi? Potrzebuje jakkolwiek pomocnej dłoni? ― zapytała nareszcie, cichutko odstawiając spodeczek filiżanki na dzielących ich stoliczek. Leciwie nachyliła się do przodu, ujmująco wspierając twarz na dłoni, próbując wyczytać coś z odmętów jego duszy.  ― Cokolwiek, bym uwierzyła w faktyczność troskliwej opoki losu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
30-01-2026, 00:36
Nie potrzebował płochliwych deklaracji, słodkich jak miód obietnic i kłamliwego świadectwa tęsknoty. Wystarczyła cisza, która jak czarna dziura połyka słowa, pomagając im nawiązać rozmowę bez werbalizacji myśli, bo jej ciężar był w tym wypadku bardziej wyczuwalny niż odmierzana na języku waga słów, często cofająca się w głąb korytarza gardła.
- Przypisujesz mi za dużą moc sprawczą, a tymczasem nie mam żadnej - odparł z kłamliwą skromnością, ujmując między palce porcelanowa filiżankę. – Nie chcę by dotknęło się rozczarowanie - lecz wszak nie dało się uniknąć; Morty miał wrażenie, że zawsze stało obok i jedynie czekało, żeby skrócić dystans i pochwycić swoją upatrzoną ofiarę w szpony – ale jestem tylko bezwolną kulką, którą steruje los - i który czasem wkłada w jego usta obce słowa; lub nakazuje kreślić na skrawku papieru myśl o treści wcześniej zupełnie mu obcej –i czasem mam wrażenie, że a egzystencja, którą wiodę, to tylko poza mająca na celu imitować życie - bo był narzędziem przeznaczenia, widzącym fragmentu ludzkie losu, niczym więcej jak pyłem tańczącym na wietrze.
Przez chwile milczał, wbił spojrzenie w fotografię przedstawiającą kobietę o tym samym typie urody, co uroda Melusine; surowe, zimne piękno jak wzory wyrzeźbione na szybie dłutem mrozu. Jej siostra. Krew z krwi. Ta, która odeszła bez pożegnania. Akt odwagi, czy ucieczka, przed tym, co próbowała ją spętać kajdanami służalczej przynależności? A może forma ratunku, jaka miała wyswobodzić ją spod buta ojcowskiej tyrani?
- I postanowiłaś poddać się jego woli, stać się piękną lalką na wystawie pochlebstw? - w pytanie nie było miejsca na drwinę, a przestrzeń na zrozumienie; okruchy szczerości, które mogli powierzyć tylko sobie. Tradycja, coś, co należy pielęgnować; podlewać, by nie zwiędło; celebrować, jak najważniejszy dzień w roku; coś, co dawało poczucie przynależności; coś, co sam pragnął, a czego nigdy nie będzie miał, bo nie wyniósł z domu wartości, które pod swój dach zaprosiła Melusine.- Całkowicie zobojętniłaś na jej los? Gdy o niej myślisz, żal nie ściska cię za gardło? - dopytał, świadomy, że rozdrapuje to, co głęboko ukryte, wbija ostrze swoich słów w rany, które chociaż nie krwawiły od dawna, ropieją echem gwałtownego rozstania. Doświadczył rozdwojenie swoich pragnień - jednocześnie pragnął rozdrapać je szponami własnej premedytacji, z drugiej miał nadzieje, że kiedyś się zabliźnią; scalą i znikną, nie pozostawiając po sobie nic, nawet maleńkiej blizny goryczy.
Wiedział, że wciąż czuła bo otworzyła mu drzwi i zaprosiła go do środka, w innym wypadku uczyniłaby coś zupełnego innego - zatrzasnęłaby mu je przed nosem, z wilczym bilem w jedną stronę, bo odraza, która czuła względem ludzi wątpliwej pochodzenia, unicestwiałby jakikolwiek rodzący się w niej przejaw sentymentu. Czyż nie tak właśnie było w Hogwarcie? Ilekroć na spoglądała w jego stronę, tylekroć na talerzu jej spojrzenia tańczy żywe ogniki pogardy.
- Nadal nie rozumiesz? - kolejne pytanie, które winne zostać powierzone odosobnieniu i które nie powinno odnaleźć drogi do jego ust, bo pojmować musiała to od dawna, wszak było rozumną istotą, istotą, która mogła wzleci wysoko na skrzydłach stworzonych przez lotki ambicji, ale też równie spektakularnie upaść, błędnie kalkulując dystans, który miała do pokonania. – To nie ja, lecz ty to sprawiłeś. Twoja tęsknota, twoja samotność i twoja nostalgia. Ty i tylko ty, chociaż upierasz się, że jest jak popękane naczynie - mówił, kreśli słowa, jakie pojawiły się pod sklepieniem czaszki, nadając im osobliwy kszałt. – Ja, mon cheri, nie potrafię wejść w twoje buty, bo nie wiem jak to jest stracić kogoś, z kim kolekcjonowało się wspomnienia z dzieciństwa.
Jednakże wiedział, jak to było, gdy figura ojca zasłania linie horyzontu, stojąc na samym jego wierzchołu, zupełnie, jak słońce, które wstaje o świcie, wynurzając się z jego wnęki, a potem, tuż przed zmierzchem, w niej znika. Jego ojciec, dekadę temu, też przysłonił mu cały świat. Wszystko co czynił, robił pod dyktando jego słów, jak kukiełka, którą już się nazwał.
Stal raptownie, jakby nagle jakaś myśli zaświtała mu w głowie, jakby o czymś sobie przypomniał, o czymś, o czym pamiętać powinien i teraz w desperackiej próbie usiłował uchwycić ową myśl. Przeszedł się po salonie, odkładając zdjęcie na należyte mu miejsce - obok innych fotografii, namacalnego dowodu na to, że uległa nostalgii.
- Spękane lustro nie symbolizuje cierpienia- podszedł do okna, nie po to, by podziwiać wijący się za nim krajobraz, lecz, aby dotknąć samym opuszkami prawej dłoni chłodnej szyby, jakby chciał wyczuć jej tętno. Zanurzając się chwilowo w otchłań własnych refleksji, pozwolił spojrzeniu zajść mgłą. – A los nie jest troskliwym opiekunem - może jednak nie rozumiała?
Odwrócił się do niej przodem; wyglądała zjawisko w otoczeniu tej skąpej smugi światła, która spływa na jej łabędzią szyje i, sięgając niżej, tonęła tam, gdzie nie sięgało spojrzenie i tam, gdzie wystarczała sama wyobraźnia - w dekolcie.
- W tym wypadku lustro jest odbiciem twoich uczyć względem siostry, a jego uszkodzenie oznacza, że relacje wymagają naprawy. Lub pogodzenia się z tym, że to, co odeszło nie wróci już nigdy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
04-02-2026, 10:41
― Bywasz jedną z najbardziej światłych ludzi, nawet jeśli chodzi o przekonywanie do innych racji bytu ― Kłam, przemawiaj manierycznie, moduluj słowotok pod kształt rozmówcy ― jak jedwab dopasowywany do ciała, które i tak pozostaje cudze. Ściegi doktryn wyuczanych wszywano w nich od najmłodszych lat, w rytmie ojcowskiej dewizy podmiotowości politycznej; tradycja miała być sztuką, a sztuka ― dyscypliną, zwiedzioną brakiem ustępów w wychowaniu i zachowaniu. Dostosuj się, zapadaj w pamięć, nie daj się pożreć, nie bądź słabą owieczką w tłumie wilków ― powtarzano, aż stało się to ciałem, gestem, odruchem. ― Zmień to, nastaw na własne tory prowadzenie życia... Nadaj sznyt, gdyż przyjemnością nie jest Cię widzieć wiedzionym ― przyznała nareszcie w jakimś odcięciu prawdy od kłamstwa, chociaż niewielu personą by to przyznała z życzliwości serca., Właśnie chyba na tym polegało memento rodzinnego stylu bytu; nieprzewidywalność bądź jednała. Pożerając kłamstwem tego i tamtego, dla posługi wobec później sprawiedliwości. ― Można być sprytniejszym od kogoś drugiego, ale nie sprytniejszym od wszystkich... Graj mądrze, by nie przejrzeli Cię, zbywaj godnie, reasumuj słowa, a będą Twoi.
I tak było, w perfidnej, wycyzelowanej kreacji paryskich wystąpień i wojaży, które nawet matka przyjmowała z niedbałą aprobatą; uśmiech należało przywdziać rozsądnie, jak maskę na balu, wiedząc, kiedy ją zdjąć i komu pozwolić zajrzeć pod spód. Nikomu nie życzyła takiego żywota ― z czasem nie widziała poza nim alternatywy, karmiąc się zabawą w cudze nieudolności, w potknięcia innych, które koiły własne napięcie.
Morty rysował się w oczach inną barwą. Nie przez niewinność ― tę dawno uznała za mit ― lecz przez manieryczną szczerość w chciwej idylli bycia sobą, bez kalkulacji i wyprzedzającej obrony. Było w tym coś pięknego, niemal niebezpiecznego: obietnica, że można mówić mniej, a znaczyć więcej. I może właśnie dlatego pozwalała temu obrazowi trwać ― jak drobnej skazie na lustrze, która przypomina, że nie wszystko musi być doskonałe, by było prawdziwe.
― Skoro zadajesz mi takie pytanie, wpadłeś w nastawione wnyki; udało się ― Nostalgia potrafiła być niemal tak odurzająca jak najlepszy narkotyk ― ciepła, lepka, zdradliwa ― podsuwająca wyśnione mary o tym i tamtym zdarzeniu, wyciągające z pamięci obrazy, które nie prosiły o zgodę. I chyba najlepsze czasy mieli już za sobą; nie sposób było wyliczyć, które dokładnie, bo wszystkie mieszały się w jeden pulsujący kłąb: szkolne wojaże po Hogwarcie, niestrudzone i głupio odważne, wspólne milczenie w zaciemnionych zaułkach lochów. ― Rodzinę porzucają tylko ludzie zbyt przepastnie świadomi swej wielkości, jest mi zbyt bliska, by pozostawić ją samą sobie. Chociaż stwierdzam, że dobrotliwie sobie radzi w życiu ― Zawsze czaiły się wizje utraty — jak cień pod powieką ― i w końcu straciła. Jednych po drodze, innych w środku siebie. Pierdolony los, powtarzała bezgłośnie, pozwalając myśli krążyć jak ćmy wokół płomienia, który wciąż parzył. Teraz wodziła spojrzeniem po sugestii bytu męskiego jestestwa, jak angażująco opowiadał ― z przekonaniem, z miękkością treści, które brzmiały prawdziwie nawet wtedy, gdy były tylko konstrukcją. ― Miewam dziwne wrażenie, że po Twych słowach coś może się odmienić; pęknie i przez problemy wróci. Bywasz przerażający w swym parafrazach, przyjacielu.
Ufała mu. Może z przyzwyczajenia, może z potrzeby, a może dlatego, że w jego głosie odnajdywała echo dawnych korytarzy i tamtej ciszy, w której nic nie trzeba było mówić. Nostalgia osiadała na niej jak pył: piękna i niebezpieczna, obiecująca ukojenie, a podsuwająca ostrze. I mimo to pozwalała jej trwać ― choćby jeszcze chwilę ― czasem tylko ona potrafiła nazwać to, co wciąż bolało, a jednak było jej własne. ― Dziwne uczucie ― myśli, czyny; wszelako co prawisz w skrzętnej całości.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 22:10 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.