• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Clink Street 4/27 > Łazienka
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
22-11-2025, 15:41

Łazienka
Wanna z prysznicem - co za luksus. Na metalowej półce przy słuchawce stoi kilka podstawowych kosmetyków, kostka szarego mydła i często, nietypowo - butelka browara. Na wszelki wypadek. Klapę toalety otula różowe futerko, a obok sedesu dumnie prezentuje się stoisk z wyborem czasopism, w którym można znaleźć zarówno Proroka Codziennego, Czarownicę, jak i Times’a, Daily Mail, Football Monthly oraz do połowy rozwiązane krzyżówki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
21-03-2026, 13:48
Z kuchni

W trzeciej szufladzie kuchennej szafki na samym rogu, tej, na której froncie wyryłem któregoś dnia nasze inicjały, jakbyśmy byli zakochaną, nastoletnią parką, bo Sandy uwielbia tego typu bzdety - tam trzymamy pokaźny zapas lekarstw, maść, eliksirów i tabletek. Tran w żółtych kapsułkach na odpornośc, saszetki pełne żelaza, szeleszczące srebrne blistry w których kolorowe tabletki wyglądają jak cukierki i nawołują jak cukierki, kiedy dzień jest ciężki: żeby napchać ich sobie do gardła, przepić lagerkiem, połknąć, beknąć i iść w kimę stulecia. Byle tylko nie taką, którą zamiast budzika przerywa syrena, wystukiwanie na domowym telefonie 999 i pierwsza pomoc, obejmująca płukanie żołądka i próbę wywołania wymiotów. Ponad ramieniem Sandy zezuję na tę szafkę i tę właśnie szufladę, bo czuję się, jakby w bani ktoś właśnie robił mi generalny remont. Co to, niedziela ósma rano, a sąsiad za ścianą wierci dziury, żeby powiesić na ścianie obleśne obrazki z napisami “w tym domu darzymy się wzajemnym szacunkiem”? Łupie i łupie, łupie i drąży, plac budowy i gabinet dentystyczny, takie oto dwa jednym, a pacjentem jestem ja i nawet nie mogę się położyć. Sandy rozpoczyna litanię, więc to jasne, że prędko nie skończy, iskra i BUM: nie, nie. U niej to idzie lawinowo, efekt domina czy kuli śnieżnej (taka świąteczna z bałwanem jeżdżącym na łyżwach stoi na jej szafce nocnej i nie chowa jej przez cały rok - dostała ją od ojca i chce ją mieć zawsze przy sobie, a nie cierpi o tym gadać), no żywioł, na który nie da rady się przygotować, to znaczy zbudować tamy albo wcisnąć przedmioty pierwszej potrzeby do skórzanej saszety.
– Miałem przed tobą życie, czy to do ciebie dociera?! Ale teraz jesteś ty i ja. Tylko ty i ja – wchodzę jej w słowo, przerywam słodkopierdzące wizje przyszłości, którą Sandy Wilkes, lat trzynaście i pół opisała w swoim pamiętniczku, tylko że wtedy jeszcze nie ze mną, a z jakimś złamasem, którego nazwisko dopisywała do swojego imienia. – Nazwiesz dzieciaka, jak tylko będziesz chciała. Chłopakowi możemy dać po  twoim ojcu, PROSZĘ BARDZO. A jak będzie dziewczynka to Wendy, Mandy albo Candy, żeby rymowało się z twoim, bo wiesz, TEŻ JUŻ O TYM MYŚLAŁEM – tylko kiedy komunikowała, że chyba powinna krwawić już tydzień temu. Chyba, bo jakoś specjalnie nie przejmowała się prowadzeniem kalendarzyka – Zrobimy sobie nawet PIĄTKĘ, jak będziesz chciała, A CO MI TAM – i będziemy gnieździć się na trzech pokojach jak pasażerowie trzeciej klasy na Titanicu i odżywiać się podobnie, bo nie wyrobimy z pieluchami. – Jasne, że ty jesteś moją bratnią duszą. Tak miało być Sandy. Taki był na nas plan – gadam cokolwiek ślina mi na język przyniesie i dokładnie to, co mi się wydaje, że Fusilli chce usłyszeć. Zbuduję jej dom, jasne, szałas sklecony z paru patyków opartych o siebie po ukosie, na który narzucimy mój stary oficerski płaszcz, który kupiłem na pchlim targu krótko po wojnie, bo dobrze trzyma ciepło. Powiem wszystko, byleby tylko nie…
Nie płakała.
Płacze.
– Nie, Sandy, tylko nie to, czekaj, czekaj – mleko wylane, jej policzki skrzą się od słonych, śladów, mokre bańki pękają na jej skórze i spływają w dół aż do dekoltu, a ona siąka nosem i bije główką w moją pierś. Jeszcze trochę i wydrąży w niej dziurę; chwytam się tego i bujam się jak pająk na własnej nici, bo dopatruję się w tym przemocowego aktu nadania własności. Ja, z otworem w skórze i jej lewy profil idealnie pasujący do tego zagłębienia, zasypialbyśmy tak codziennie i przestałbym narzekać, że mi niewygodnie. Było miło (nie bardzo) - ale się skończyło.
Podnosi na mnie te rączki, nie pierwszy raz, kiedy nie radzi sobie z emocjami, bo wie, że JA przecież jej nie uderzę. A może…
Może zdziwi się któregoś dnia. Przegnie pałę i wyląduje na podłodze, a ja będę lać ją tylko po to, żeby po praniu przenieść na łóżko, dać buziaka, okryć kocem, a potem zasuwać do drogerii po nowy puder.
– Co ty PIERDOLISZ?! Ona mnie OSZUKAŁA, kapujesz? Mnie i tego… – przełykam ślinę, bo coś blokuje mój aparat mowy za każdym razem, gdy… – tego chłopaka. Za czym mam niby tęsknić, co? Za tą sprzedajną flądrą? – drę się na nią, a przechodnie pod kamienicą zatrzymują się i patrzą w nasze otwarte okna, skąd dochodzą głosy anielskie. – DWA LATA SIEDZIAŁEM PRZEZ NIĄ W PIERDLU. DWA LATA SZCZAŁEM TAM, GDZIE SPAŁEM. DWA LATA NIE GADAŁEM Z NIKIM Z ZEWNĄTRZ, NIE MASZ POJĘCIA, O CZYM MÓWISZ – drę japę, a drugą butelkę piwa, którą też miałem skończyć na dwa łyki z hukiem odstawiam na blat. Piana wzbiera i leci po szyjce, mhm, na takie widoki liczyłem dziś wieczorem i co, obejdę się smakiem i zostanie mi chyba tylko oblizać tę butlę. – PRZESTAŃ ODWRACAĆ KOTA OGONEM. WCALE NIE POWIEDZIAŁEM, ŻE JESTEŚ GŁUPIA. SANDY! SANDY! – krzyczę za nią i wcale nie chodzi o eksmisję na kanapie. Ona ucieka przed tym, co jej się nie podoba i biegnie wyć, ale w łazience. Żart.
– Sandy? Sandy? – uspokajam się na moment i puk, puk, puk, pukam do drzwi. Cisza. – Sandy do cholery! – podnoszę głos i nie bębnię już knykciami, tylko walę pięścią. – Sandy, OSTRZEGAM, liczę do trzech – to już nie przelewki. – RAZ – cisza. – DWA – cisza. – TRZY – cisza. Daję jej jeszcze parę sekund, ale dalej nie reaguje, wróżka to jest z niej żadna: nie trzeba trzeciego oka, żeby przewidzieć, co się stanie. Z całej siły napieram w drzwi, raz i drugi, te w końcu ustępują. Wisząc smętnie na jednym zawiasie z całej pety uderzają w ścianę łazienki i zostawiają na niej ciemną rysę; ja z impetem wpadam do środka i zataczam się, a Sandy siedzi na zamkniętym kiblu, trzyma twarz w dłoniach i ryczy.
– Jeszcze nie skończyliśmy, słyszałaś? – podchodzę do niej i chwytam ją za podbródek, zmuszając, żeby wstała. – Czego ode mnie chcesz? Co mam zrobić, żebyś już nigdy więcej tak o mnie nie pomyślała, co? Ty… Ty sobie nawet nie zdajesz sprawy – jej twarz jest zalana łzami, a we mnie się coś rozpierdala, wielokrotnie łatana część w końcu pęka i ja też - pękam. – Wiesz, o czym myślałem, kiedy w ministerstwie grozili mi, że zabiorą mi różdżkę? Wiesz, o czym myślałem, jak groził, że wsadzi mnie do aresztu? Nie o sobie. O TOBIE. Czy starczy ci do wypłaty i czy w razie czego znajdziesz tą flotę, co tu pochowałem – wdech, wydech, to mnie kosztuje, a lewe ramię, którym zaryłem w drzwi, właśnie zaczyna pulsować tępym bólem. – Czy dasz radę zasnąć sama i czy w sobotę jak zwykle pójdziesz kupić eklerki i przez przypadek kupisz dwa – zaciskam usta, zęby zgrzytają o siebie, a porcelanowy kibel po raz pierwszy jest świadkiem tego, że muszę ocierać oczy. – I wiesz, wtedy pomyślałem, że, jeśli będzie dobrze. Że jeśli będzie dobrze, to to jest znak – to był znak. Ale to nie miało tak wyglądać.
– Wyjdź za mnie. Bądź moją żoną – szepczę, osuwając się przed nią na kolana – Wiem, że nie tak to sobie wyobrażałaś – ja też nie. Trzeciego razu - nie wyobrażałem sobie zupełnie. Jeszcze do niedawna. – Niczego nie byłem tak pewien, Sandy. Jeśli to wszystko miało wydarzyć się, żebyśmy teraz byli razem, to jestem najszczęśliwszym facetem  na świecie. – będę. Będziemy. My i brużdżący pasierb, starszy od swojej macochy o ładnych parę lat.

| rzut na wyłamanie drzwi
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
30-03-2026, 19:28
Akt oskarżenia odczytany wysokim sopranem z kilkoma chwilami zawahania; góry i doliny mojego głosu zdradzają emocje, kaskada wrzasku, jęku i pisku spływa na tors Daniela, w którego na przemian uderzam pięściami, głową, potem własnym mamrotaniem. Nasza szuflada z lekami — tymi mugolskimi i tymi, w których odpowiednia ilość magii robi swoje, czyli cuda — jest daleko, przestrzeń między nami bardzo nikła, łezki na mojej twarzy bardzo gorące; jeszcze chwila moment, kilka oddechów naszej okrutnej kłótni i jego bezlitosnego zachowania, a te łzy wydrążą ścieżki, ścieżki zamienią się w kratery, i tak oto paskudny, niesprawiedliwy los wypali kwasem ślady na tych, którzy są niewinni.
Czyli ja.
Wskazuje na to jasno fakt, że w moim przypadku, przed Dannym życia nie było — jedynie marna imitacja dorosłości i starannie przekalkulowana pochodna dziewczęcych wyobrażeń. Nakazuję więc każdy ślad jego przeszłości deptać, zapominać, unicestniać — on się tłumaczy, zarzuca, że jestem niemądra, więc bardzo niemądrze postanawiam zakończyć naszą konwersację (rozmowa to podstawa) i zatrzaskując się w łazience (komunikacja to klucz zdrowego związku), pomiędzy jednym łkaniem a drugim, zaczynam się zastanawiać, czy słodszym wyobrażeniem jest malutka Wendy o różowych policzkach, czy dzielny Albert, któremu świecą się mądre oczka.
Chlipanie przebiega nieelegancko, łzy wchodzą w toksyczną relację z tuszem do rzęs i kiedy rozmyślam o tych słodkich, różowych bobasach i tym, że ich ojciec to paskuda, pan domu wraca do siebie po raz drugi tego dnia.
Podskakuję na udekorowanej futrzastym materiałem desce klozetowej, wzdrygam się i krótko krzyczę, drzwi tracą swój zamek w starciu z butem Dodge'a, ich faktura trzaska o porcelanę wanny po drugiej stronie i jestem prawie pewna, że zostawia w niej wyżłobienie.
— Popierdoliło cię?! — pieśń naszej miłości niesie się dalej, po kamienicy, przez ulicę, może dotrze nawet na Trafalgar Square i utopi się w fontannie z lwami? — POPIERDOLIŁO do reszty! Ty pieprzony psychopato! — podnoszę się z miejsca, ciało ustępuje trzęsiawce, strącam jego wygłodniałe łapsko ze swojego podbródka i w formie odpowiedzi niedługo później oddaję mu siarczysty policzek. Za darmo, na zdrowie.
— Wyjebałeś drzwi z zawiasów, Daniel, ty paskudny..... — bydlaku nie przechodzi mi przez gardło, zamiast tego przez struny głosowe niesie się długi, parszywy i prowokacyjny śmiech — O mnie myślałeś, tak? O MNIE? CZYŻBY? — wyrzucam z siebie, strzelam z karabinu maszynowego, to samoobrona, bo każde kolejne jego słowo kruszy coś w środku; nie wiem czy złość, czy smutek, czy może kruszy mnie całą; zgniata i rozkłada na nowo, otwiera i pochłania. Ja otwieram szerzej oczy, te błyszczą jak dwa, krystalicznie czyste stawki pełnej księżycowej wody, Danny mówi o znakach; a ja dobrze wiem, że są tylko one, przypadki nie istnieją.
— Danny, co ty... — mamroczę, pociągając nosem, skrawkiem rękawa wycierając mokre policzki. Chcę go popchnąć, chcę żeby się stąd wynosił, sama naprawię te cholerne drzwi, ale on nie odchodzi tylko zgina się w pół i—
Oglądałam zbyt wiele ilustracji do harlekinów, zbyt wiele filmów z mugolskiego telewizora, zbyt wiele zdjęć na ruchomych kliszach, by nie wiedzieć, co oznacza pozycja klęcząca.
Bynajmniej nie ta ze scenerii dla dorosłych.
— DANNY!!! — gdyby pojawił się tutaj specjalista od dźwięku, właśnie określiłby poziom decybeli jako przekroczoną normę — O SŁODKI MERLINIE W MALINACH, DANNY — chyba robi mi się gorąco, ale nawet osunięcie na chłodne kafelki łazienkowej podłogi nie pomaga.
Rzucam się na jego szyję, albo omdlewam — może coś pomiędzy, może jedno i drugie.
— TAK, DANNY, TAK, OCZYWIŚCIE, ŻE ZA CIEBIE WYJDĘ.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
31-03-2026, 21:51
tw +18

ŁUP.
Coś trzaska, a drzwi haratają o ścianę, wyrwane z zawiasu krzywo obijają się o porcelanową wannę w zabudowie; Sandy chciałaby taką wolnostojącą na nóżkach i nie działa na nią tłumaczenie, że to niepraktyczne, że będzie zalewać podłogę podczas każdej kąpieli z winem i plastrami ogórka na oczach. Po takim uderzeniu jej wymarzona wanna miałaby już w swoim obłym ciele solidną wyrwę, uśmiechałaby się do nas szczerbato jak menele siedzący na ławeczce przed Klepacką i pozdrawiający ją z francuskiego mademoiselle. Ta, może i stara, ale wciąż dobra, kupimy nową zasłonkę w jakieś paski czy kwiatki, zasłonimy co trzeba, każdą rysę, tyle. Problem znika, problemu nie ma. Wielka szkoda, że zamknięcie oczu i pstryknięcie palcami nie wymaże też Caleba, lat dwadzieścia cztery. Spóźniliśmy się: kilka łyków, kilka ciosów w brzuch, kilka drutów zaplecionych w haczyki: od koloru do wyboru, a my (ja i szanowna eksmałżonka, ropucha, lafirynda, franca) przespaliśmy wszystkie. Zostało już tylko posłać go do diabła - i w sumie, czemu nie, olśnienie spływa na mnie, jakby mój barber zmienił swój firmowy szampon na włoską oliwę. Chłopaczyna z wiecznie zdziwioną miną odleci czym prędzej na swoich wielkich uszach, wyruszy jak wierne pachołki króla Artura z poczuciem misji, prosto do piekła.
Nie rozumiejąc metafory, wręczy mi coś, o co wcale go nie prosiłem (może ten akt urodzenia?), a wówczas…
Lżej mi będzie, że te lędźwie spłodziły kogoś lepszego niż bladą niedorajdę.
I wciąż są sprawne, ruchliwe, skore do napędzania maszyny, para buch, koła w ruch: hipotetyczne potomstwo w liczbie mnogiej to pic na wodę, ozdobnik oratorskich popisów, które wpierw brzmią jak prawnicza mowa końcowa, taka sztywniutka. Zamiast ławników - Sandy siedząca na kiblu. Puchate futerko pewnie łaskocze jej gołe nogi, dlatego zrywa się i rośnie w oczach, jak się wyprostuje i zachwieje się na palcach, to będzie mieć te metr pięćdziesiąt. Chcąc nie chcąc, gapię się na jej cycki, a te falują wzburzone jak morze. W tej chwili jestem pewny, że słyszę dzwony - cuda, cuda ogłaszają.
– ZAMKNIJ SIĘ! CISZA, POWIEDZIAŁEM – grzmię, głowa mi pęka, a mała diablica znowu wymyka mi się z rąk, czujna jak ważka i skoczna jak jedna z tych wiewiórek, które w St. James Parku podkradają orzechy z kieszeni londyńczyków. Ona nie słucha: zamachnęła się na mnie, chyba z całej siły, jaką magazynuje w tym mikrym ciałku laluni, rozlega się głuchy plask, a mnie zaczyna piec lewa połowa twarzy. CHLAST, słyszę to wyraźnie, skóra uderza o skórę, mój policzek czerwieni się, jej rączka pewnie piecze, och, jakże mi przykro.
– Na mnie rękę podnosisz? NA MNIE, KURWA? – łapię ją za tą dłoń z kilkoma pierścionkami, wszystkimi ode mnie, co zaraz jej wyrzygam. – JA SOBIE ŻYŁY DLA CIEBIE WYPRUWAM, A TY TAK MNIE TRAKTUJESZ? TAK MI SIĘ ODWDZIĘCZASZ? MYŚLISZ, ŻE CI NIE ODDAM, CO? – wrzeszczę, cały czas ściskając ją za rękę. Posunęliśmy się aż do ściany, naciskam na nią całym ciałem, a drugą ręką szarpię za włosy, odginając jej głowę tak, żeby patrzyła mi w oczy. Dyszę przy tym ciężko, oczywiście, że jej nie uderzę, chyba. – ZARAZ CIĘ NAUCZĘ MORESU – pryskam na nią kropelkami śliny, miło, od rana miałem w ustach tylko kawę, więc zapach z japy serwuję doprawdy pierwszorzędny. Wdała się w mamusię, o, to, to, już wszystko jasne, czemu tatuś zawinął manatki, gdy poluzowali mu smycz. Jedna gorsza od drugiej, w złośli spluwam - łaskawie do wanny - wredne blond rury naprawdę mnie prześladują.
– OSTATNI RAZ PODNOSISZ NA MNIE RĘKĘ, ZROZUMIAŁAŚ? OSTATNI RAZ – potrząsam nią, szelątam, przelewa mi się między ramionami, jakby pozamieniała się na ciała z kotem i przybrała konsystencję podobną rozlazłej, gęstej cieczy. Policzek wciąż mnie piecze, pulsuje, rumień oblewa też moją szyję i oddycham coraz ciężej i bardziej chrapliwie, nabuzowany i podniecony jak ta lala; dwadzieścia minut solidnej polerki nie przynosi takich efektów, kutas przykleił mi się do podbrzusza i musi to czuć, że słodycz przesiąka agresją i że właśnie za rączkę doprowadziła mnie do ostateczności.
Albo jej  przypierdolę (choć nie chcę), albo…
albo się pobierzemy.
Jej pisk osiąga już chyba częstotliwość słyszalną tylko dla psów, delfinów czy nietoperzy - uszate ssaski właśnie zrywają się z drzemki na belkach na strychu i zaatakują tego, kto pierwszy otworzy właz na poddasze, a ja, otumaniony, tkwiący w fantomowych kłębach waty, tłumaczę sobie, że to dobrze, że nie będziemy musieli robić remontu łazienki, bo tu właśnie zgodziła się zostać moją żoną. Obejmuję ją już inaczej, chociaż wciąż klęczę, dźwigam i ją i siebie, głaszczę ją po włosach gorączkowo, jakby miała zaraz się rozmyślić. Prawie lądujemy razem w tej wannie z grzybiejącą zasłonką, gdy wstaję z rozpędu i ciężar prawie przeważa, ale zatrzymujemy się na ścianie, dwie nogi twardo na ziemi, stabilnie na tyle, że mogę jej powiedzieć, że ją kocham - bez poczucia, że zaraz  się ode mnie odsunie. – Chodź do mnie. Proszę – mamroczę zamiast tego, i podciągam jej sukienkę, drugą ręką siłując się z zamkiem w spodniach, który jak na złość się zacina. – Jesteś moja Sandy, rozumiesz to? – wyszarpuję go i ładuję jej prosto między uda. – Pobierzemy się, a kiedy będę cię posuwać, będę pytać, czy tak ci się podoba, pani Dodge.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Sandy Wilkes
Czarodzieje
tell me who I am – do I provoke you with my tone of innocence?
Wiek
21
Zawód
fryzjerka, niania, drobna złodziejka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
2
Siła
Wyt.
Szybkość
5
7
13
Brak karty postaci
Wczoraj, 10:38
Zatrzaśnięte drzwi łazienki jeszcze chwilę temu odmierzały kilometry dystansu między nami; teraz już wiem, że odległość i osiem centymetrów drewnianej sklejki w białej okleinie to tylko pusty koncept.
Wanna cierpi, podobnie jak cierpi moje serce, makijaż, niedługo później także i policzek Danny’ego; czerwony ślad pulsuje, a on wznosi się i grzmi, jeszcze moment, a jego oczodoły zapłoną żywym ogniem, z głowy zacznie unosić się para, podobna do tej, która ulatuje z rozgrzanego komina lokomotywy przemierzającej Syberię.
Szczypie mnie wnętrze dłoni, ale trzymam się dzielnie.
Balansujemy na trasie toaleta — ściana — drzwi, przemieszczamy się w pozbawionej synchronizacji choreografii krzyków, gestów, zagryzanych warg i zaciskanych zębów; to ostatnie towarzyszy mi niemal boleśnie, kiedy przywieram w końcu do ściany, a piekące cebulki włosów mówią coś o emocjonalnej karze.
— To boli, idioto — wrzeszczę, choć dobrze wiem, że taki miał zamiar — Puszczaj bo napluję ci do oka — grożę mu, pozbawiona pokory i jakichkolwiek chęci na wystosowanie przeprosin. Wyważył drzwi z łazienki naszego mieszkania; mam ochotę zacząć wyliczać każdy jego pozbawiony logiki krok, ale powstrzymuje mnie pewna oczywistość — ja przecież robię tak samo.
Postukujące o śliskie płytki łopatki wygrywają mantrę; Daniel mnie hipnotyzuje, kładzie mi do głowy zasady i procedury naszego pożycia, znowu wspomina coś o Moresie, a mnie brakuje sił, by się z nim kłócić. Piecze mnie głowa, bolą nadgarstki, krwawi serce — upokorzeń niekończąca się podróż, która zaraz straci swoją intensywność i zamieni się w kaskadę różowych wodospadów, czerwonych serduszek — ale zanim to, trochę sobie popłaczę.
Łezki gorącym strumieniem znaczą moją buźkę, spuchnięta skóra znosi wiele, podbródek wędruje góra dół w geście zrozumienia. Chłonę każdą naganę i burę, którą mnie obdarza, wiercąc się przez moment przy ścianie, zanim ostatecznie nie skapituluję i nie wpadnę w jego ręce, rozlewając się pomiędzy ramionami, obojczykami, a klatką piersiową.
Wali mi serce, drżą palce, chyba z ekscytacji pokrytej złością zaczynam dziwnie poruszać szczęką, zęby uderzają o siebie, jakby w mieszkaniu ktoś właśnie rzucił niefortunne zaklęcie obniżenia temperatury, zamieniając naszą łazienkę w rasową chłodnię.
Obejmujemy się; wchłaniamy nawzajem ciepło naszych skór, synchronizujemy bicie serca, dyszymy w siebie nawzajem; ja w tym wszystkim jeszcze przez moment piszczę, trzęsę się, drgam w jego ramionach jak narkoman na głodzie, któremu pod nos właśnie podstawiono wyczekiwaną działkę po długich latach spędzonych w celibacie.
Unosimy się; Daniel podnosi nasze ciała, a ja instynktownie oplatam nogami jego biodra; dobijając znów do ściany, paznokciem zahaczam o zadarty skrawek tapety, tania tektura cicho opada na podłogę, kontrastując z nagłymi ruchami, w których gorączkowo błądzimy dłońmi po ciałach. Dyszę w jego usta, drżę w swoich uczuciach, mamroczę w dzielonym wspólnie powietrzu.
— Kocham cię, Danny — szepczę przy jego wargach, sukienka kapituluje, wprawne, choć pozbawione tempa ruchy jego bioder wymuszają we mnie przeciągły jęk — Kocham — odpowiadam znów, wizualizując sobie błyszczący pierścionek, śnieżnobiałą suknię i sposób, w jaki będę pisać ładne, wybrzuszone ‘D’, rozpoczynając swój dorosły podpis żony.

zt x2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 16:58 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.