• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Horyzontalna 7 > Balkon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
29-10-2025, 00:09

Balkon
Z niewielkiego balkonu rozpościera się widok na gwarną ul. Horyzontalną. Widać stąd szyldy i witryny sklepów, zasłaniane czasem tłumem czarodziejów, spieszących się do swoich spraw. Na balkonie stoi mały drewniany stolik z dwoma krzesłami – to tu domownicy piją poranną kawę, rozmawiają lub wychodzą na papierosa, obserwując życie ulicy. Wokół stoją donice z kwiatami i ziołami, nadając niewielkiej przestrzeni charakter zielonego azylu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
29-10-2025, 08:53
22 marca?

Pod koniec marca pogoda jest taka, że londyńczycy irytują mnie bardziej niż zwykle. Wyglądając za okno widzę ludzi w zimowych płaszczach i szalikach, a tuż obok na przejściu dla pieszych stoją osoby w niemalże letnim negliżu. Krótkie szorty, klapki na stopach (co prawda ze skarpetami) - co jest? Nie tracę cierpliwości z powodu wilgoci, mgły i mżawki: znam wady i zalety tutejszego klimatu, uwielbiam żyć pod parasolem południka 0, mimo że czasami tęsknię do suchego powietrza Arizony, ciepełka Kalifornii  i kurzu Nevady. Sandy marudzi, że deszcz niszczy jej fryzurę, ale kiedy jej przypominam, że tutejsze warunki są optymalne, a wręcz najlepsze do hodowania pelargonii, fuksji, lawendy i rozmarynu na balkonie, cała promienieje i tylko ściana deszczu popycha ją z powrotem do głośnego marzenia o egzotycznych wakacjach. Non-stop niby mimochodem napomyka o opalaniu, smarowaniu się kremem z filtrem (niby po co?), szukaniu muszelek, turkusowej wodzie i drinkach z palemką. Drinki mamy w domu - na moje perfekcyjnie racjonalne wytłumaczenie i sugestię, żeby poszła na basen, reaguje oburzeniem, jakby co najmniej przyłapała mnie na robieniu palcówki jakiejś jej koleżance. W końcu będę musiał ją gdzieś wziąć, odkładam to jak wizytę u dentysty - koszty będą podobne. Do mojej szczęki dawno żaden konował nie zaglądał, robi mi się gorąco na samą myśl o rachunku. I po co komu ta Grecja, Hiszpania, Włochy czy Egipt? Sandy, pogrążona w romantycznych marzeniach o piramidach i Sfinksach snuje historię, że jestem faraonem, a ona moją królewską połowicą, a potem stroi fochy, kiedy informuję ją, że gdy król umierał, jego żonę zamurowywano w grobowcu razem z nim, żeby towarzyszyła mu także w życiu pozagrobowym. Ciułam jednak kasę na wycieczkę, niech stracę, stomatolog może poczekać, a jej każę brać dodatkowe zmiany. Szybko wycofuję się z obietnicy, że przy mnie nie będzie musiała pracować, ale to nie moja wina. Gdyby zadowalało ją skromniejsze życie, mielibyśmy się jak pączki w maśle, a jej jedynymi obowiązkami byłyby te domowe.
Żyć, nie umierać.
Niestety każdy z nas dźwiga swój krzyż, katolickie odniesienia żyją rent free w mojej głowie: zamiast Szekspira czy Chaucera uczono mnie na pamięć Aktu Osobistego Oddania się Matce Bożej. Mogłem wyrwać panny na poezję - zamiast tego robiłem to na ekstatyczne modlitwy, szczerze zaskoczony, że to naprawdę działa i jedna z drugą pozwalają, żebym dobrał się im do majtek. Skuszone boską ochroną pozwalały mi na wiele, związek był w końcu błogosławiony, uświęcony, a ewentualne poczęcie - zapewne niepokalane, bo ojca był i się zmył. Tatuś na szczęście jest na posterunku: wybija siódma, więc odpalam Marlenkę i jadę po Sandy prosto pod dom Rineheartów, gdzie bawi jakiegoś Louisa czy Larry’ego, czyta mu bajki, grzeje mleko, może brać co chce z lodówki i jeszcze jej za to płacą. Z piskiem opon zatrzymuję się pod kamienicą, odpalam peta, a kiedy mija dziesięć minut, a mojej panny ani widu, ani słychu, donośnie trąbię ze trzy razy. Szlag, ale żeby tak spóźnić się na podziwianie nowego auta? Specjalnie na tę okazję ubieram marynarkę ze skóry węża, na szyi wiążę czerwoną chustkę, mam dla niej nawet przywiędniętego lekko badyla i na co to, po co? Silnik ryczy pokazowo, a ja trąbię jeszcze dwa razy, cierpliwy jestem tylko wtedy, gdy krupier rozdaje karty, a ja mam je policzone.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Ned Rineheart
Akolici
composed of both good and evil
Wiek
34
Zawód
auror
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
21
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
11
10
Brak karty postaci
25-11-2025, 21:57
Czasem udawało mu się być przykładnym ojcem. Wrócić punktualnie z pracy, ignorując piętrzący się stos dokumentów na biurku i wymowne spojrzenie Archibalda Dawlisha Gdzie jest mój raport, Rineheart? Pozwolić Colette choć raz na spokojnie przyszykować się do teatru, gdzie miała mieć kolejną próbę, nawet jeżeli zupełnie nie rozumiał po co mają ich tak wiele. Wreszcie spędzić czas z synem bez wysługiwania się sąsiadkami i opiekunkami, zadbać o wspólne wspomnienia, tak ważne dla rozwoju dziecka, i tak dalej. To właśnie był ten dzień.
Ned poszedł do kuchni zaparzyć sobie kawę w przerwie od patrzenia jak jego syn układa największą wieżę na świecie, tato! kiedy usłyszał dziwny ryk na zewnątrz. Na początku go zignorował, ulica Horyzontalna bywała tłoczna i hałaśliwa. Zignorował też pierwsze trąbnięcie, nawet jeżeli wydało mu się podejrzane, powstrzymując swoją chorobliwą czujność przed wyjrzeniem na zewnątrz. Wrócił do salonu z zamiarem ułożenia magicznej bariery dookoła wciąż rosnącej wieży, żeby małe drewniane centaury były w niej bezpieczne – takie zadanie otrzymał, więc musiał się z niego wywiązać. Już siadał na podłodze, kiedy usłyszał jeszcze jedną serię trąbnięć, której już nie potrafił zignorować. Zdenerwowany podbiegł do okna i odchylił białą firankę, wyglądając na zewnątrz. Zobaczył coś… Dziwnego, na pewno nienależącego do czarodziejskiego świata. Szybko złapał za różdżkę i wybiegł na balkon, od razu zauważając prawdopodobnego prowodyra całego zamieszania, nieco ekstrawaganckiego mężczyznę z kwiatami w dłoni. Chyba nie czekał na niego?
– Kim pan jest?! – Zapytał go, próbując przekrzyczeć hałas. Na szczęście nie mieszkał wysoko. – Co to jest?! – Dodał, wskazując na głośny mechaniczny pojazd. Nie miał pojęcia jakim cudem to się tu w ogóle znalazło i działało przy takiej ilości magii dookoła. Bo to musiało być coś niemagicznego, może ten mężczyzna był nawet mugolem albo charłakiem? Coraz więcej pytań kotłowało mu się w głowie. – Ucisz to natychmiast! – Nie mógł trzeźwo myśleć od tego donośnego dźwięku, aż dziwne że pozostali sąsiedzi nie zareagowali tak samo. A może zareagowali, Ned w tej chwili nie zwracał szczególnej uwagi na pozostałe okna i balkony. – Kurwa, co za dzień – mruknął pod nosem, mocniej ściskając dłoń na różdżce zanim nie zniknął z balkonu. Zerknął na syna, który zdawał się nie zwracać uwagi na zamieszanie: albo miał problemy ze słuchem albo bardzo się wciągnął w układanie klocków. Ned nie był pewny który scenariusz w tej chwili byłby lepszy, byle nic sobie nie zrobił przez te kilka minut. Po drodze złapał jeszcze za swoją odznakę, gdyby musiał trochę postraszyć podejrzanego typka, wsadził ją do kieszeni i zbiegł na dół.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
27-11-2025, 12:53
Za kółkiem pociągam nosem tak głośno, że aż zagłuszam radio - prezenter akurat rozpływa się nad kwartetem z Liverpoolu, słyszał ich na żywo, niedługo debiut, czyjeś marzenia, w sekundę zdeptane przez innego gościa z BBC i moje - tutaj, gdy zasysam w nozdrza woń prawdziwej skóry ściągniętej z jakiegoś małego, niewinnego zwierzątka, żeby Danny rozsiadł się jak panisko. Cygara w gębie brak, fedory brak, garnituru brak: gangster z odzysku, chociaż klamka grzecznie leży w schowku po stronie pasażera. Jak złapie mnie kontrol, idę na dołek co najmniej na 48 godzin, a tutaj to nie hotel: klawisze szczerzą biało-czarne ząbki, kiedy naciągają rękawice i strzelają sztucznym materiałem przy nadgarstku. Wzdrygam się, cmoknięcie gumy tuż przy skórze działa na mnie jak cep na woła. Kiedy Sandy robi grubsze porządki i to się wydarzy, automatycznie spinam poślady - nic nie poradzę, to silniejsze ode mnie. Dziewczyna się stara, ale czasami się zapomni - tak jak teraz. Wystawiła mnie, odrzucenie sączy się bardzo, bardzo brzydkimi myślami o niej i o samicach w ogóle, ale, ale, może jeszcze na to za wcześnie. Badyl i tak jest jakiś krzywy, nie muszę łamać go bardziej - leży smętnie na przednim siedzeniu i usycha razem ze mną. Ding Dong, The Witch is Dead! — chcę słyszeć z otwartego okna, ale zamiast tego płynie potok pytań i żądań. Co to ma być, przesłuchanie?
— Po Sandy przyjechałem - odkrzykuję, gdy już szybko przeliczyłem okna i z mojego rachunku wychodzi, że zdenerwowana głowa wychylająca się zza firanki może należeć do Rinehearta Seniora. Ojca Larry’ego. Albo frajera, który wychowuje jak swoje genetyczny ulepek rozpusty żony z listonoszem, kominiarzem albo kolegą z pracy. Romanse w biurze, niu niu, niu, obniżanie portek tam, skąd płyną pieniążki, nie jest warte ani przyjemności, ani chwilowej ulgi, ani tego poczucia, że jesteś kimś, bo niezbyt lotna małolata pozwoliła ci eksplorować swoją jaskinię, w której przed tobą jeszcze nikogo nie było. Żaden z ciebie Krzysztof Kolumb - a może i jednak, bo ten idiota cały czas był przekonany, że dotarł do Indii, podobnie jak ty w tej chwili sądzisz, że jesteś w raju. Tu, na ziemi - mamy kłopoty.
—To? A nie widać? — mina mi rzednie, czarodziejska ignorancja dobija, nic tylko naładować kamienie do kieszeni płaszcza i iść się topić w Tamizie. Dla niektórych nie ma ratunku. —Jaguar, prosto z salonu — wyjaśniam jednak; wciąż do siebie krzyczmy i muszę zadzierać głowę wysoko. Wychodząc z auta pieszczotliwe klepię Marlenkę po masce, moje nowe oczko w głowie, przez najbliższe pół roku codziennie będzie czuć się jak w SPA. Żadnego żarcia w środku, żadnego picia w środku, żadnych stóp na desce rozdzielczej, a już na pewno żadnego malowania paznokci. Do odwołania. E-Type, cztery gaźniki, silnik o pojemności 5,4 litra, jasnoniebieska, metalicznie błyszcząca karoseria, mamy do czynienia z prawdziwym cackiem, ślina aż sama wzbiera w ustach: wodospad jakbyś bardzo, ale to bardzo chciał się całować, ale z jakiegoś powodu - nieświeżego oddechu, brachydaktylii, krótszej lewej nogi albo wady wymowy - nie mógł. — Dobra, dobra, spokojnie, po co te nerwy? — opieram się o auto, nonszalancko odpalając papierosa. Klik-klak, niezawodna Zippo syczy, ogień skwierczy, liżąc bibułkę, buch-buch, jestem złym wilkiem, który wkurwiony dmuchnie, chuchnie, bo już nie jesteśmy na „pan”, tylko na „ty”.
—Pan Rineheart, jak mniemam? — wyciągam do niego rękę, tak, ja pierwszy, gdyż zasady dobrego wychowania mówią o aprobacie starszego wiekiem. Program o dobrych manierach nadawany w niedzielę o siedemnastej jest idealny do popołudniowej herbatki, u nas zakrapianej tym, co pod ręką, niekoniecznie mlekiem. Lubimy po irlandzku, choć samych Irlandczyków należałoby odseparować i wywieźć na Wyspy Wielkanocne, gdzieś, gdzie nawet jakby się rozmnożyli, to i tak nie daliby rady wrócić, bo ich iloraz inteligencji nie pozwoliłby nawet na sklecenie tratwy ze sznurka i patyków.
— Daniel Dodge - ściskam dłoń Rinehearta, ot, po męsku, odcisk o odcisk, jeden po drugim pozna, że to dobra firma. — Pan oddycha, pan się nie denerwuje — radzę mu dalej, delikatnie rozbawiony sekwencją ściągniętych brwi, rozbieganego wzroku i zaczerwienionej twarzy po przebieżce po schodach. Ciekawe co ile stopni zeskakiwał? —Niezła bestyjka, prawda? — pytam, kołtuńsko dumny, podsuwając Rineheartowi pod nos papierosa. — Tylko kilkadziesiąt jest ich w całym Londynie. To maleństwo rozpędza się do setki w niecałe siedem sekund - zachwalam, ja, samochodziarz, który wyczyścił oszczędności do zera, więc jest teraz goły i wesoły. —Domyślam się, że pan nie prowadzi…? — trafiony-zatopiony, czarodziej od siedmiu boleści. Błogosławione niech będą mugolskie wynalazki - wtedy i tylko wtedy, kiedy czynią defekację mniej uciążliwą dla otoczenia. Wersal, Hogwart, jeden pies. Stare czasy, kto by to pamiętał.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Ned Rineheart
Akolici
composed of both good and evil
Wiek
34
Zawód
auror
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
21
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
11
10
Brak karty postaci
21-02-2026, 00:27
Stuk, stuk, stuk, szybko zbiegł na dół zrobić porządek z podejrzanym typem, omal nie przewracając się na ostatnim schodku. Wjeżdżanie mugolskim pojazdem na sam środek ruchliwej czarodziejskiej ulicy z pewnością podpadał pod kilka paragrafów. Na upartego nawet krzyk pod balkonem mógł uznać za zakłócanie porządku. Trybiki pod czupryną niesfornych loków pracowały na najwyższych obrotach, szukając najskuteczniejszego straszaka – każdy w końcu się uspokajał, kiedy słyszał o możliwości zatrzymania czy zapłaceniu mandatu. Co prawda takimi duperelami zajmowała się magiczna policja, ale dzisiaj wyjątkowo mógł wykonać robotę za nich, skoro już delikwent sam wpadł mu w ręce.
Ned wyskoczył z klatki schodowej i pewnym krokiem podszedł do mężczyzny, zamierzając zacytować odpowiedni paragraf, ale ten dość szybko zbił go z pantałyku. – Jaguar? – Powtórzył z nutą niedowierzania w głosie, bo może jednak miał do czynienia z kimś więcej niż zwykłym zakłócaczem porządku – wariatem. To ryczące coś na kota mu nie wyglądało, a już na pewno nie z salonu, cokolwiek to znaczyło. Ned podrapał się po szyi, bo może jednak powinien w takim razie zastosować inną taktykę. Obserwował jak mężczyzna opiera się o pojazd, ale wzrok szybko przemknął z jego sylwetki na tę ryczącą bestię. Świecącą, kolorową, głośną – z każdej strony boleśnie jakąś. Jak można z własnej woli przesiadywać w czymś takim? Kolejny raz czarodziejskie wynalazki przewyższyły te mugolskie: nic nie mogło równać się z cichą pracą miotły ani błyskawiczną reakcją świstoklika.
– Tak. Skąd pan wie? – Spojrzał na niego z podejrzliwością godną funkcjonariusza, bo już nie zdążył usłyszeć jego wcześniejszego wytłumaczenia, będąc gdzieś w połowie drogi na klatce schodowej. Sytuacja robiła się jeszcze bardziej zagmatwana: przypadkowy mężczyzna z metalową bestią zatrzymuje mu się pod balkonem, krzyczy do niego jak Romeo do swojej Julii, i w dodatku zna jego nazwisko. Uścisnął mu dłoń, mocno, trochę mocniej niż delikwent, żeby jednak zaznaczyć tu swoją dominację. Wszystko działo się jakoś szybko: chwilę później w tej samej dłoni trzymał już papierosa, chyba też mugolskiego, co napawało go lekkim obrzydzeniem, bo to nie mogło być przecież dobre. – C-co... – Pokręcił głową, próbując odnaleźć się w tym słowotoku nieznajomego, który rozpędzał się coraz bardziej tak jak jego kocica. A przecież zszedł na ulicę, żeby przerwać to fatalne przedstawienie.
– Najpierw pan to wyłączy, bo ja nie słyszę własnych myśli – powiedział w końcu, zebrawszy się w sobie. – Auror Rineheart – uściślił, żeby dać mężczyźnie jasny sygnał, że nie opłaca mu się kombinować ani wchodzić w zbędne dyskusje. – Wjeżdżanie tutaj mugolskimi pojazdami jest nielegalne, wiedział pan o tym, panie Dodge? – Akurat tego nie był pewny, bo Kodeks Tajności chyba nie działał w drugą stronę, ale na potrzebę tej rozmowy postanowił ustanowić takie prawo i trzymać się jego istnienia. Był na wygranej pozycji, o ile jego rozmówca nie okaże się sędzią Wizengamotu, ale tego się po nim nie spodziewał. – Nie wiem jakim cudem to w ogóle tutaj działa – dodał, ten jeden raz ze szczerym podziwem, bo wedle jego znajomości teorii magii – nieszczególnie pokaźnej – ta metalowa puszka powinna już dawno się rozkraczyć i wydać z siebie co najwyżej jęk agonii. – I nie, nie prowadzę właśnie z tego powodu – dodał, unosząc podbródek nieco wyżej, wyczuwając w jego pytaniu irytujący ton pogardy. Nie będzie przyjmował żadnej krytyki od mugola.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
21-02-2026, 22:31
Pan Loczek, Rineheart otrzymuje ode mnie niezbyt męską ksywkę, której nie pozbędzie się tak łatwo. No, chyba że zainwestuje w permanentne prostowanie włosów w renomowanym salonie fryzjerskim albo postawi na bardziej przystępną i dostępną opcję: ścięcie się na żołnierzyka w osiedlowej budzie prowadzonej przez Turasa Yusufa, na którego jego koledzy (również Turasy) wołają Ye. Gawędzi się miło, ale czas goni nas, moi drodzy, Sandy wciąż ani widu, ani słychu, za to jej wkurzony (nie rozumiem dlaczego) chlebodawca zbliża się do mnie z miną srającego kota na pustyni.
– Jaguar – potwierdzam, kiwam głową, a na wszelki wypadek nawet zawijam dłoń w pięść i macham nią w górę i w dół. W 51’ poznałem jednego Portorykańczyka, który biegle władał migowym, bo jego siostra urodziła się głuchoniema. Jakżeśmy razem popili, to uczył nas tego i owego, a później sprawdzaliśmy to w metrze na kanarach: w dziewięciu przypadkach na dziesięć puszczali wolno, czasem pytali o legitymację inwalidzką z tym i tym stopniem upośledzenia, ale hej - żaden ułomek nie musi umieć czytać z ruchu warg, nawet taki, który już się z tym urodził. No i tak się upiekało, a teraz gest z gatunku podstawowych zwrotów językowych wraca jak bumerang. – To taka marka. Wie pan, jak Zmiatacz albo Spadająca Gwiazda – dodaję, bo coś czuję, że chłop nie dodał jeszcze dwóch do dwóch (albo dodał i wyszło mu sześć) i oczekuje na przykład, że z bagażnika wyskoczy dziki, wygłodniały kocur.
– No, jak to skąd? Moja Sandy bawi pana synka, muszę wiedzieć, u kogo pracuje, nie? Myśli pan, że bym ją puszczał do jakiegoś penerstwa? Jeszcze czego – zaperzam się, a po chwili już ściskamy sobie ręce i powinno być git. Loczek jednak chce zaznaczyć swoją pozycję w stadzie i zaczyna ściskać mocniej, co mnie się nie podoba - więc też zaczynam ściskać mocniej. Ale się uśmiecham, dobra mina do złej gry, jestem w tym mistrzem, wielokrotnie odznaczonym medalem, pucharem i wstążką. – Umówiliśmy się, że ją odbiorę. Miała skończyć pół do ósmej – dodaję, tak czy nie? Swojego jestem pewny, bo żegnaliśmy się dziś wyjątkowo długo i całuśnie, ze dwa razy się odwróciła, żeby mi pomachać i zaświergolić, że już tęskni (była przy drzwiach a ja na drugim końcu korytarza) i przypomnieć, żebym był punktualnie. No i jestem, a ona co? Gdzie się szwenda?
– Bez przesady, nie jest aż tak głośno. To tylko silnik – oponuję, ale dla świętego spokoju (i oszczędności, bo nie będzie Marlenka niepotrzebnie opijać się paliwem), ogarniam temat: przekręcam kluczyk w stacyjce i eleganckie mruczando ustaje.
– Ach, auror, no jasne. Sandy coś wspomniała. Duża odpowiedzialność, co? Pewnie dużo stresu? – nakłaniam Loczka do zwierzeń, swobodnie racząc się papierosem. Każdy ma swojego; to znaczy, że jesteśmy dorośli i dojrzali, ponieważ młodzież pali w stylu fajki pokoju - jeden papieros robi okrążenie po wszystkich ustach zaciągających się nieumiejętnie. – Nielegalne? Poważnie? – dziwię się; pierwsze prawo jazdy może i wyciągnąłem z chipsów, ale po powrocie do Anglii formalności dopełniam zupełnie po bożemu: głównie ze względu na zmianę ruchu na lewostronny. Ronda mnie pokonały, przyznaję, bez bicia.
– Bo wie pan, żadnego zakazu tu nie było – dodaję miękko, jednocześnie zastanawiając się, czy tyle zadowoli Neda, czy skłoni go do wieszania psów na mnie czy jednak na administracji budynku. – Ach, zapomniałem na śmierć. To wie pan co, ja może szybko przeparkuję Marlenkę. Jak pan chce się przejechać, to śmiało. To będzie pięć minut pieszo, stanę tam, kawałek dalej – proponuję, bo dosłownie Rineheartowie mieszkają na wylocie Horyzontalnej i kawałek dalej grają już w kinie mugolskie filmy, sprzedają mugolskie książki i nawet RTV i AGD. – Hmmm, a czy to czasem nie pana syna? – dziecko jest zbyt odżywione jak na bezpańskie, wychodzi z bramy tej samej kamienicy i ma na nogach dwa różne buciki, co świadczy o tym, że samo zorganizowało sobie drogę na wolność. Masz babo placek. Jeśli malec się wygada, że stary zostawił go samego, Rineheart będzie miał prze-chla-pa-ne. Dzieciak dopada nogawki Neda, ale jednocześnie z zainteresowaniem wychyla się zza niej, by pooglądać samochód. Ma gust - w przeciwieństwie do ojca.

| Co robi Leon?
1 - Żąda przejażdżki metalowym smokiem (płacze tak długo aż Ned się nie zgodzi)
2 - Pokazuje Nedowi rysunek, na którym jest on, Daniel i Marlenka (żadna z postaci jest niedorozpoznania, ale Leon bardzo skwapliwie o nich opowiada)
3 - Kopie Daniela w kostkę i mówi, że wie, gdzie jest Sandy, ale mu nie powie
1x k3 (Leoś):
3
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Ned Rineheart
Akolici
composed of both good and evil
Wiek
34
Zawód
auror
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
21
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
11
10
Brak karty postaci
12-03-2026, 23:51
Mężczyzna być może myślał, że dziwny gest dłonią pomoże Nedowi w zrozumieniu jego języka, ale nic bardziej mylnego. Dalej wpatrywał się w niego z zagadkową miną, dopóki nie wytłumaczył tego prościej. W takim razie może nie miał do czynienia z wariatem tylko miłośnikiem mugolskiej technologii… choć czy to nie równało się temu samemu? Nie rozumiał jak można było świadomie wybierać niemagiczne wynalazki ponad te czarodziejskie. – Trzeba było tak od razu – odparł, porzucając resztę swoich domysłów na temat maszyny na dalszy plan.
– Pana Sandy? – Dopytał podejrzliwie, przyglądając się mężczyźnie z większą uważnością niż dotychczas. Tak na oko dobijał pięćdziesiątki, podczas gdy Sandy zdawała się niedawno skończyć szkołę, więc rozsądnie byłoby założyć, że jest jej ojcem. Tylko czy ojciec przyjechałby odebrać swoją córkę z pracy z bukietem kwiatów? Po tym krótkim dochodzeniu stwierdził, że jednak ma do czynienia z jej partnerem. Postanowił nie kwestionować jej wątpliwych wyborów życiowych, choć Colette pewnie z zainteresowaniem o nich posłucha.
– Nikt podejrzany tu nie mieszka, tym nie musi się pan martwić – uspokoił nieznajomego, czując jak ściska mu mocniej dłoń, więc Ned ścisnął jeszcze mocniej, tak odrobinę, nie zamierzając dać za wygraną. Pewnie już dawno by odpuścił, gdyby nie miał do czynienia z miłośnikiem mugoli. W tym wypadku prywatne uprzedzenia mu na to nie pozwalały – nie zasnąłby spokojnie, wiedząc, że machnął na takiego ręką i nie zareagował. Nie życzył sobie, żeby jaguary i wszelkie inne dzikie koty zakłócały mu spokój, bo sobie ten spokój cenił, szczególnie przy tak nieprzewidywalnej pracy. – No i skończyła, niedawno wyszła, nie wiem gdzie – odpowiedział zgodnie z prawdą, bo Sandy nie zwierzała mu się ze swojego życia i vice versa, w zasadzie ich rozmowy rzadko rozwijały do czegoś więcej niż dzień dobry, do widzenia i krótkie rozmowy o pogodzie i Leonie. To Coco bardziej zależało na nawiązywaniu bliższych znajomości z ludźmi, którzy bywali w ich domu, a Ned z tego korzystał.
Odetchnął z ulgą, kiedy silnik w końcu przestał warczeć. Dobrze, że dzisiaj na ulicy nie było dużego ruchu, bo pewnie zrobiłoby się z tego jeszcze większe zamieszanie.
– Zdarza się – odpowiedział wymijająco, bo wszyscy wiedzieli czym aurorzy zajmowali się w pracy, a on nie miał ochoty do zwierzeń. – A pan czym się zajmuje? – Odbił piłeczkę, samemu nie potrafiąc dopasować go do żadnego zawodu. W każdej wizji gdzieś mu się wymykał, do żadnej nie pasował tak w pełni. – Tym? – Dopytał, wskazując głową na ciche już auto. Może je sprzedawał? Naprawiał? Nie był pewny co jeszcze można było z nimi robić.
– Bo to czarodziejska dzielnica – nerwy dawały się we znaki, nie miał ochoty na dalsze dyskusje na ten temat. Nie chciał dłużej widzieć tej piekelnej maszyny przed swoim domem i miał zamiar tak długo się wykłócać aż dopnie swego. – To idzie pan przeparkuje i poczeka na Sandy, skoro się umawiała to powinna niedługo wrócić – nie zamierzał na niego tutaj czekać, zniknięcie Marlenki z ulicy Horyzontalnej równało się powrotowi do mieszkania, tylko po to tu zszedł. A wtedy z ust pana Dodge’a pada jeszcze jedno zdanie, które wywołuje u Neda kolejne zdziwienie na twarzy. Odwrócił się przez ramię, faktycznie widząc jak w ich stronę drepcze jego syn. – Leo, kto ci pozwolił wychodzić z domu – powiedział ostrym tonem, dotychczas zarezerwowanym tylko dla Daniela Dodge’a, ale tym razem bardziej z troski niż irytacji. Był pewny, że chłopiec wytrzyma te kilka(naście) minut w samotności, szczególnie, że zdawał się być wyjątkowo skupiony na budowaniu zamku z klocków. A jednak nad takim dzieckiem ciężko było nadążyć.
Chłopiec najpierw przystanął przy nodze Neda, spoglądając na nieznajomego trochę niepewnie, ale samochód wyraźnie go zainteresował. Jeszcze nie miał okazji zobaczyć takiej maszyny; w ogóle niewiele wiedział o mugolach poza tym, że istnieją. A potem – ku zaskoczeniu Neda – krzyknął: – A ja wiem gdzie jest Sandy, ale nie powiem! – i kopnął Daniela w kostkę. Rineheart z trudem opanował uśmiech cisnący mu się na usta, bo byłoby to n i e w y c h o w a w c z e, ale jednak był z syna dumny. Miał dobrą intuicję do ludzi. – Leo, nie można kopać ludzi bez powodu – wyjaśnił spokojnie, kładąc dłoń na jego plecach. Chłopiec naburmuszył się i spojrzał na Daniela spode łba, co i rusz zerkając jednak w stronę błyszczącego auta, bo było w nim coś hipnotyzującego.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
13-03-2026, 12:11
Ja o niebie, on o chlebie, ale Eureka!, olśnienie spływa na pana aurora Rinehearta, chmury się przerzedzają, słońce opromienia jego sylwetkę, wciąż obronną i niestety nieprzekonaną. Jego mowa ciała świadczy o tym, że chętnie sprzedałby mi gonga w promocyjnej cenie, toteż oceniam te szansę, tężyznę fizyczną, posturę - no, chuchem to on nie jest (pomijam, że w takiej pracy być nim nie może), lecz daleko mu do agentów z łapami wielkimi jak wołowe gicze wiszące na hakach u rzeźnika. Ale przecież jesteśmy cywilizowanymi ludźmi, wykształconymi homo sapiens, którzy wyewoluowali z okładania się maczugami i wylądowali w czasach, w których konflikty i nieporozumienia rozwiązuje się prościej: otwierając gębę. Władamy na szczęście jednym językiem, więc napięcie mięśniowe rozchodzi się po kościach; swobodniej opieram się o bok Marlenki, kiwam głową, nawet uśmiechnę się ot tak, prawie że spolegliwie, biorąc na siebie ignorancję czarodzieja - do tej zdążyłem już przecież przywyknąć.
– No, moja. Dziewczyna, przecież nie tak własnościowo, jeśli tak to zabrzmiało – tłumaczę, pykając fajeczkę, doskonale wiedząc, że nie o to chodziło, ale proszę bardzo, zamiast wakacji na Rodos będę udawać Greka w centrum Londynu, a kiedy Sandy łaskawie się zjawi, powiem jej, że it’s too late to apologize, jedzenie mamy w domu, a mogliśmy jechać na souvlaki do tej knajpki z biało-niebieską markizą w pionowe paski, która tak jej się spodobała, że następnego dnia w łazience mieliśmy nowe ręczniki z kolorach państwa pedałów i filozofów.
– No tak, tak, to dobra okolica. Widać – macham ręką niedbale, tu jakiś skwerek i parę drzew, tam eleganckie ławki, które już za parę miesięcy staną się posłaniem dla bezdomnych, nieopodal jakiś plac zabaw z wieżą do wspinania, parą huśtawek, zjeżdżalnią, karuzelą na kole i konikami na sprężynach. Kamienice są odmalowane i czyste, założę się, że w każdej z nich czuwa stróż, którego jedynym obowiązkiem jest otwieranie drzwi i czujne notowanie obecności obcych. – Pewnie trzeba rekomendacji, żeby kupić tu mieszkanie? Czy wystarczy wyłożyć gotówę na stół? – pytam uprzejmie, jakbym był zainteresowany (nie jestem), ale tak sądzę, że naszemu Loczkowi bardzo nie spodoba się wizja sąsiada, który jest fanem motoryzacji, stąd podgryzam go niewinnie, dla zabawy, jak szczeniak, który dobrze jeszcze nie wyhodował kłów. – Między innymi – odpowiadam lekko, pieszczotliwie klepiąc Marlenkę po masce. Nawoskowany lakier błyszczy się, no cudo, cudeńko, przyznaję, że od czasu do czasu schodzę sobie na dół, żeby po prostu na nią popatrzeć, posiedzieć w środku i ponapawać się zakupem. – Jestem biznesmenem, panie Rineheart. Szukam okazji, sporo inwestuję, wie pan, pieniądz cały czas musi się obracać. Zawsze powtarzam, że najlepszy dochód to ten, na który nie trzeba pracować – uśmiecham się cwanie, błyskam złotym zębem, chwała zyskowi pasywnemu. – Wie pan, nie ma konieczności, żeby Sandy dorabiała, ale nudzi jej się w domu, zwłaszcza, jak mnie nie ma. Nie będę przecież dziewczynie tego bronić – wzruszam ramionami, a kłamstwo gładko i wiarygodnie rozpycha się między mną a Nedem. – No i bardzo polubiła Leo, cały czas mówi, jaki to on rezolutny – dodaję, jakby pogawędki o obcym kilkulatku były moją ulubioną częścią obiadokolacji przy świecach. Nie były (żebyśmy mieli jasność), ale atmosfera robi się na tyle komfortowa, że kogucie piersi na powrót transformują się w te męskie, gotowe raz jeszcze uścisnąć sobie dłoń, tak porządnie - co jak co, ale Rineheart kleszczami popisać się może…
– No, tak, tak tak właśnie zrobię – nic tu po mnie, Sandy będzie mieć do słuchania albo właśnie i nie. Przez cały pieprzony wieczór będę milczeć jak zaklęty, kiedy ona zacznie skakać wokół mnie, starając się wynagrodzić mi nieobecność, spóźnienie i konfrontację z bucem, którego dzieciaka okazjonalnie niańczy. O wilku mowa; ten charakterek to Leonard? Leonidas? Leon? raczej nie odziedziczył po tatusiu, wyczuwam w tym nauki Sandy o twardym prawie ulicy: mały hultaj kopie mnie kostkę i pryska, żeby schować się za ojcem.
– Auua – to z zaskoczenia. Wkurzony patrzę to na chłoptasia, który nie dość, że mnie sponiewierał, to jeszcze mądruje się, już z bezpiecznej odległości i spod kurateli ojca-aurora. Kur – mielę w buzi, ale nie kończę, bo dzieciak już jest na tyle odchowany, że zacznie mu się wydawać, że jest papugą i co wtedy? Zauważam, jak gapi się na Marlenkę, a więc to moja szansa - zamiast dać w skórę, to przekupić.
– Chcesz wsiąść do środka, Leon? Zobaczyć, jak ryczy? – pytam, ignorując bolącą nogę – Jeśli powiesz mi, gdzie jest Sandy… i jeśli twój tata się zgodzi – dodaję po namyśle, odpowiedzialność wędruje na tego, co spłodził dziecioka – pozwolę ci nawet zatrąbić – deklaruję, starając się nie krzywić na myśl o lepkich, dziecięcych rączkach na lśniącej kierownicy Marlenki.

k1-k2 - Leon wyrywa się i biegnie do auta, niezależnie od tego, co powie Ned, ale słucha Daniela
k3-k5- Leon grzecznie czeka na pozwolenie od Neda, ale jeśli go nie dostanie, wpadnie w histerię, co Ned już może przewidzieć
k6 - Leon dłubie w nosie i wyciera kozę o Marlenkę
1x k6 (Leon):
4
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 22:01 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.