• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Zachodni Londyn > Notting Hill
Notting Hill
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-07-2025, 13:24

Notting Hill
hoć dziś Notting Hill to piękna dzielnica o kilku twarzach. Wąskie, często popękane chodniki wiją się pomiędzy rzędem wysokich wiktoriańskich kamienic – niegdyś rezydencji klasy wyższej, teraz podzielonych na małe mieszkania lub wynajmowane pokoje. Dzielnica ta nie jest jednorodna, to mieszanka języków, kolorów skóry, klas społecznych i poglądów. Karaibczycy przybyli tu na początku dekady, wypychani z samego centrum miasta. Kolorowe mury dzielone są z irlandzkimi robotnikami, starymi londyńskimi rodzinami, studentami z kontynentu i artystami, którzy odnaleźli swobodę i dobrą cenę. Za rogiem ulica już ciemniejsza, cichsza, a bruk tu bardziej popęknay. W tych zaułkach rodzą się plotki, spiski, manifesty. Po zamieszkach z końca lat 50. w powietrzu wciąż czuć napięcie, choć coraz częściej zagłuszane jest przez jazzową muzykę.  Notting Hill Carnival to nieoficjalny spontaniczny,  uliczny karnawał, który jest  manifestacją dumy i przynależności. Przebrani tancerze suną przez ulice, bębny wybrzmiewają w takt rozbawiając zabieganych przechodniów. 
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
28-11-2025, 18:08
Może rzeczywiście miała rację. Czuł, że nie rozumiał wojny– nie tej fizycznej, której huk i rozpryski docierały zza murów, lecz tej drugiej: cichej, podskórnej, sączącej się powoli jak trucizna. Wojny, która rozdzierała ludzi nie tylko na liniach frontu, ale i w samym środku ich dusz, przestawiając ich w zupełnie nowe role, kształtując ich tożsamość na nowo. Patrzył na świat i widział, jak cień wojny kładzie się na wszystkim, co było mu znane – na miejscach, w których bywał, na twarzach, które wydawały się niezmienne, i nawet na tym, w co wierzył. Wojna nie znała litości. Przemieniała zasady, które wydawały się trwałe jak skała, w proch i pył, zostawiając po sobie pustkę ran, które nie chciały się zabliźnić. To, co wcześniej wydawało się najważniejsze przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. Liczyło się tylko jedno: przetrwanie, dzień po dniu, chwila po chwili.
Babka, choć życie zmęczyło ją dogłębnie, tuż przed śmiercią wciąż powracała do wspomnień o wojnie. Z każdym słowem otwierała przed nim drzwi do przeszłości, w której wojna nie była tylko powieścią zapisaną na karach historii, lecz ciągłą obecnością – jak korzeń, który wrośnięty w serce Franceski, trwał mimo upływu lat. I choć czas leczył rany, sączył się w jej spojrzeniu lęk, którego nie dało się zetrzeć. Pojawiał się jak błysk w oku, kiedy rozmowa dotykała tematów trudnych, kiedy wspomnienia zaciskały pętlę wokół jej żołądka, a głos, zwykle mocny, pewny nagle zniżały do szeptu– cichym, jakby bała się, że wypowiedzenie tych słów może coś w niej złamać, jakby w obawie, że w ferworze emocji straci głos lub zgubi myśli w zawiłym labiryncie własnego umysłu.
Babka mówiła narodzinach nowej filozofii istnienia, która pojawiła się wtedy, gdy wielkie, imitujące ptaki stalowe maszyny przeszywały niebo, a światła eksplozji rozjaśniały noc. Wojna, powtarzała, była piekłem, z którego nie dało się uciec – nawet jeśli ktoś przeżył, to zostawał w nim na zawsze. Zabijała nie tylko ciała, ale i dusze, Niszczyła to, co etyczne, grzebiąc pod gruzami domów całą moralność. Uwierzył jej wtedy, choć nie chciał. Słuchając jej opowieści, coraz częściej zastanawiał się, czy zło, o którym mówiła, rzeczywiście było wyborem, czy może koniecznością w świecie, gdzie każda reguła mogła zostać wgnieciona w ziemię w imię przetrwania.
Wiedział, że Francesca patrzyła na świat przez pryzmat postępu i rozwoju – widziała nadzieję tam, gdzie inni widzieli zagrożenie. Ale czy to, co kiedyś dawało ludziom nadzieję, dziś nie budziło niepokoju? Antybiotyki, szczepienia – nie do końca rozumiał, czym były, ale jej słowa wskazywały na to, że zmieniły wszystko. Pozwalały przeżyć choroby, które dawniej oznaczały śmierć, dawały ludziom więcej czasu – lecz za jaką cenę? Gdzie leży granica, której nie wolno przekroczyć nawet w imię postępu?
Miał wrażenie, że każdy wynalazek, każde odkrycie, o którym Francesca opowiadała z iskrą płonących na talerzu jej spojrzenia, miało swoją ciemną stronę. Za każdym skokiem cywilizacyjnym kryło się czyjeś cierpienie, stracone niewinności, rozbite marzenia. Świat nie był czarno-biały, rozwój niósł ze sobą zarówno ratunek, jak i zagładę. W chwilach zwątpienia wracał myślami do słów babki, które niczym echo przebrzmiewały w jego głowie: „Wojna zabija w ludziach to, co najważniejsze – wiarę w człowieka.”
To wszystko było takie obce, jak niewyraźny krajobraz widziany przez zaparowaną szybę pociągu sunącego do Hogwartu. Znał ją na tyle, by dostrzec pulsującą w niej nadzieję, by wyczuć delikatne drżenie oczekiwania, gdy czekała, aż zapyta, wyciągnie rękę po prawdę, którą mu oferowała, lecz nie potrafił przebić się przez tą niewidzialną barierę. Nie potrafił sięgnąć po wiedzę, jaką skrywała w swoich słowach, nie wierząc, że w tym ukryte jest coś, co mogłoby go dotyczyć, coś, co mógłby przyjąć bez poczucia, że odbiera sobie bezpieczeństwo własnej tożsamości.
Przemawiała przez niego nie tylko niechęć do niemagicznej części świata, lecz również coś jeszcze bardziej przytłaczającego, duszącego – strach, który snuł się wokół niego jak mgła. Lek przed własnym odbiciem w kimś innym, w kimś, kto istniał poza tym magicznym kręgiem, którego tak kurczowo się trzymał, jakby był ostatnią deską ratunku w rozszalałym morzu niepewności. Bał się, że odkrywając siebie w tym lustrze, ujrzy prawdy, których nie chciałby nazwać, wspomnienia, których nie chciałby wskrzesić, fragmenty siebie, które lepiej pozostawić uśpione. A jednak bliskość ich dłoni – ciepło rozlewające się od opuszków palców, milczące porozumienie wyrażane dotykiem – przyniosło ukojenie większe niż tysiące słów, które mogłyby paść, a nigdy nie padły. W spojrzeniu jej oczu dostrzegł cień rozczarowania, subtelny, ledwo zauważalny, a mimo to przeszywający go na wskroś. Naraz poczuł, jak ogarnia go smutek, gęsty i lepki, wypływający z głębi serca.
Już dawno zrozumiał, że nigdy nie pojmie w pełni tego, co ją ukształtowało – jej dzieciństwa, rodzinnych opowieści, dróg, którymi podążała, ścieżek wydeptanych pod wspólnym sztandarem rodzinnych tradycji. Ale czy musiał? Czy pełne zrozumienie było konieczne, by dzielić się tym, co każde z nich nosiło w sobie?
Wydawało mu się, że Goldsmith przyjęła podobne stanowisko. Chociaż wiedziała, co stanowiło źródło jego bolączek, nie pytała o życie, jakie prowadził we Francji, chociaż próbowała przecież zrozumieć, czego tam doświadczył, próbowała odnaleźć drogą do tej części jego, którą zabrała mu Francja i której już nie oddała. A jednak milczała, a jej milczenie było gestem łaski, luksusem ciszy, w której pozwalała mu trwać, nie zmuszając do wyznawania sekretów, które odbierały mu spokój, wymazywały błysk z oczu, napinały mięśnie niczym struny zbyt mocno naciągnięte na pudło rezonansowe wiolonczeli. I była jej za to wdzięczny.
Bał się, że gdyby pozwolił sobie na szczerość, jedynym, co mógłby jej wtedy zaoferować, byłby półcień kłamstw, bo prawda była nieoswojona, niewygodna i drażniąca, skąpana w lęku przed tym, co mogłaby odkryć, gdyby dotarła głębiej, gdyby przekroczyła granicę wiedzy, która obecnie znajdowała się poza horyzontem jej poznania.
Milczał przez dłuższą chwilę, pozwalając, by jej słowa wybrzmiały w ciszy, która czasem, właśnie w takich chwilach, była czymś więcej niż jedynie brakiem dźwięku; kryło się w niej wszystko, czego nie potrafił zlepić słowami, bo chyba żadne, jakie znał, nie oddałyby ciężaru i sensu tamtych chwil, które zmieniły go tak, jak życie zmienia każdego, kto zostaje na pastwę swoich demonów. Często zastanawiał się, czy byłbym inną osobą, gdyby nie wyjechał. Czy byłbym mniej zagubiony, mniej rozdarty. Jej żart o wygranej na loterii był jak plaster, który przykrywał rany. Czuł wyrzuty sumienia, że nie zawsze był tym, kogo potrzebowała. Że czasem wybierał dystans, milczenie, ucieczkę zamiast rozmowy.
Cisza między nimi stawała się gęsta jak mgła o świcie, w której trudno odróżnić to, co realne, od tego, co tylko majaczy w wyobraźni. Słowa, których nie wypowiadał, osiadały na jego sercu jak kurz, niby ledwie dostrzegalny, ale niezmiennie obecny. Powracały myśli o tym, jak wiele stracili przez niedomówienia, jakby każde przemilczenie było dodawaniem cegły do budującego między nimi muru dystansu. Zastanawiał się, czy gdyby wtedy znalazł w sobie odwagę, wszystko potoczyłoby się inaczej. Może byłby bardziej obecny, mniej schowany za własnymi lękami i winami. Może potrafiłby wtedy być dla niej oparciem, którego tak bardzo potrzebowała, kimś, kto zwyczajnie rozumie. Jedno było pewne potrzebował jej w swoim życiu. Nie wyobrażał sobie świata, w którym mogłoby jej zabrnąć, lecz nie potrafił zakomunikować jej tego wprost.
Odetchnął z ulgą, gdy zmiana trajektorii rozmowy się powiodła, a cień Oriany Medici, chociaż zaplątał się w ich słowa i przemknął przez ich myśli, zniknął równie szybko, co się pojawił, zduszając w zarodku konflikt zawieszony w dzielącej ich od siebie przestrzeni. Nie chciał tego roztrząsać, nie chciał do tego wracać. Rozpamiętywać czegoś, co dawno powinno zostać przykryte gruzami niepamięci.
Czując, jak łapie go pewnie i mocno za dłoń, odwdzięczył ten gest, lecz na początku, kierowany instynktem narzucony przez mechanizm obronny, chciał wydostać się spod klatki jej palców. Nie zrobił tego, powstrzymany przez bijącą do niej determinacje i zwykłą, ludzką potrzebę bliskości. Wiedział przecież, że jedyny akt wsparcia, na jaki mogła się zdobyć. I jedyne, który akceptował.
- Oklumencja - powtórzył za nią, czując jak echo jej słow rozbija się od ścian jego czaszki i lokuje się pod przestrzenią umysłu. Słyszał chyba już gdzieś to pojęcia i nadal narodziła się w nim potrzeba, by zgłębić arkany tej sztuki. – Jak myślisz, kiedy moglibyśmy zacząć? - wypalił, zawczasu uświadamiając sobie, że jej determinacja przeszła również na niego, chociaż wiedział, ze to nie rozwiąże wszystkich jego problemów, ale-
Głos zatrzymał się w otworze przełyku, a wraz z nim wszystko w nim zamarło, serce na moment zwolniło, by zgubić jedno uderzenia, a potem zabiło mocniej, jakby chciało rozedrzeć jego pierś na strzępy i przypomnieć mu o tym, że zupełnie nie zasłużył na jej troskę.
- Jesteś pewna, że tego chcesz, pobudki tuz przed świtem? - zapytał ją, zmuszając wargi, by wygięły się w paraboli uśmiechu, lecz był jej za to wdzięczny. Mocniej splótł ze sobą ich palce, bezdźwięcznie dziękując za to, że miał dokąd pójść. – I też sądzę, że to klątwa - dodał, zniżając głos niemal do szeptu, w obawie, że może zatrzymać się w krtani.Nawet mam podejrzenia, kto ją rzucił, dodał w myślach, lecz w porę ugryzł się w język, jakby w obawie, że gdy tylko sięganie po imię tego, który tego dokonał, zmaterializuje się przed nim i zażąda tego, czego Morty mu odmówił, wyjeżdżając bez słowa pożegnania z Francji. – Masz w gronie znajomych jakiegoś łamacza klątw?
W jego oczach - może pierwszy raz od pewnego czasu - zapłonęły iskry nadziei, jednak czy powinien ją tym obarczać? Zrzucać na jej barki kolejny ciężar odpowiedzialności?
Wątpliwości niemal przestały istnieć, gdy heban skrzyżował się z malachitem i przebudziły się w raz z jej pytaniem, który przeszył go chłodem, jakby ktoś przycisnął do jego skóry lodowate odłamki lodu.
Wiedział o czym szeptały, chociaż czasem głosy zlewały się ze sobą i nie mógł odróżni jednego od drugiego. Szeptały o wszystkim, o czym chciał zapomnieć. O tym, czego nie mógł znieść. I o tym, od czego odwracał wzrok.
- Na początku myślałem, że to głosy ze zaświatów. Słyszałem głos babki i nawet mamy, chociaż przecież nawet nie pamiętam jego barwy, ale jestem pewny, że należał do niej. Swoimi słowami rozdrapują stare rany. Chyba próbują doprowadzić mnie do obłędu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Francesca Goldsmith
Zwolennicy Dumbledore’a
As I watched them I knew I'd probably never be like that
Wiek
25
Zawód
Auror
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
20
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
11
Brak karty postaci
02-02-2026, 19:57
Akceptacja, to właśnie sobie podarowywali.
Było w tym coś oszałamiającego, wręcz nie do uwierzenia, że po takim czasie znajomości, gdzie wszelkie różnice uwydatniały się wraz z mijającymi porami roku, nadal odnajdywali siebie. Mogłaby wyliczyć w głowie wszelkie jego wady, splamić człowieka i jego duszę, podważyć wszelkie etyczne fundamenty jego osoby.

Czy był dobrym człowiekiem?

Wątpiła, okrutne z jej strony, a może przejaw dogłębnego pragmatyzmu, który prowadził ją w swymi ścieżkami. Był w nim mrok, pewien rodzaj głodu, którzy pozostawał dla niej niezrozumiałą zagadką. Chaos, który wodził wokół siebie, chwiejność emocji, której łakną. Zdolny był wciągać w ten kołowrotek własnych uniesień inne osoby, podatne na jego wpływy. Zarazem potrafił podzielić się ze światem wielką empatią i próbą zrozumienia, pięknem, które rzadko się spotyka. Dzielił się miłością, a raczej jej złudną repliką. Trwał przy swoich wyborach, był uparty i czasem nawet oddany, często samolubny w swym głodzie.

Morty Dunham, wiele twarzy jednego człowieka.

Nie była ideałem, surowo osądzała jego czyny, a nienazwana uraza tliła się w jej osobie. Francesca Goldsmith zawsze rościła sobie prawo do osądu, oceny skrytej w melachitowym spojrzeniu. Była zbyt osądzająca, zimna, pozbawiona wyrozumienia i skryta za warstwami metaforycznej zbroi, którą nosiła na sobie. Nie była stworzona do dzielenia się miłością ze światem, o wiele bliżej było jej do żołnierza, który gotowy zabić dla swoich idei – przetrwać. Mogła próbować zrozumieć czemu nie chciał zasięgnąć mugolskiej wiedzy, poznać inny świat, lecz nie sądziła, że będzie zdolna odkryć wewnątrz siebie jego prawdziwe powódki. Musiałaby spytać, a dostałaby niekomfortową prawdę lub szumiące od fałszu kłamstwo – każda z tych opcji nieprzychylna dla spokoju spotkania.
Oriana Medici również była szumem, który wkroczył między nich. Gotowa była na walkę, lecz zabrał jej wszelką energie argumentu.

Nie baw się nią, chciałaby powiedzieć.

Zostaw ją w spokoju, zrób to dla swojego dobra.

Nie zapomni tego wspomnienia, tematu, który wcześniej lub później wypłynie między nimi. Zwłaszcza wraz ze zbliżającym się ślubem Oriany, którego wyobrażenia wywoływały w niej niepokój. Obawiała się bardziej zaproszenia i zmuszenia do odgrywania pewnej sceny przed szlachtą tego kraju czy może pominięcia, co będzie jasną deklaracją jak zbudowany był ten świat?
Chwyciła go za dłoń, za mocno? Za szybko? Niepotrzebnie? Nie powinna, był to błąd. Nie był to atak, raczej nieumiejętne zaoferowanie komfortu i pocieszenia. Głupia, dlaczego to zrobiła. Przestraszył się, szybko zdefiniowała jego reakcje. Dlaczego się jej przestraszył? Czy to ona była źródłem czy dawne, przemilczane wspomnienia?
– Przepraszam – ciche, prawie bezgłośne, pełne zakłopotania. Chciała zabrać rękę, lecz wtedy odwzajemnił uścisk. Nie mogła się jednak rozluźnić, pęd myśli kłopotał jej głowę.
Ktoś coś Ci zrobił?
Nie mogła zapytać, gdzie indziej powinna leżeć ich uwaga. Tkała jednak pewne teorie, niesfornie parła do przodu. Otrząsnęła głowę, nie teraz, później.
– Niech każdy z nas rozpocznie od nauki teorii, na początku maja zaczniemy trenować – zaproponowała z pewnym umiłowaniem wracając do stałych tematów. Logicznych, zimnych, praktycznych, a co najważniejsze bezpiecznych. Będzie musiała odwiedzić bibliotekę, zasięgnąć wiedzy skrytej w tomach podręczników. Była w niej pewna ekscytacja, nawet jeśli jej obecny stan uniemożliwiał nacieszenie się tym uczuciem. Była zbyt zmartwiona, zakłopotana, żądna odpowiedzi, zdawało się również, że zmęczona. Mugolskie tłumy, które coraz liczniej spacerowały ulicami przestały być elementem otuchy. Zbyt wiele bodźców, gdy potrzebowała skupienia.
– Może zabrzmi to głupio, lecz w momentach słabości Theseus jest doskonałym kompanem. Psy potrafią wyczuwać, gdy dzieje się coś niepokojącego. Może to dobry pomysł, choć nadal zapraszam, nawet o świcie – mogła to sobie wyobrazić, rolę jaką przyjąłby pies w życiu Morty’ego. Pewna istota, za którą byłby odpowiedzialny i która byłaby mu w pełni oddana. Był to dobry pomysł, choć ryzykowny, gdy popatrzy się na niektóre jego perypetie. Będzie musiała się mu przyglądać, dokonaniom jako właściciela psa.
– Znajdzie się jakiś łamacz klątw, niech się w końcu do czegoś przydadzą – kontynuuje pewną lekkość, która przyszła do niej wraz z jego uśmiechem. Musieli złamać klątwę, to była podstawa, od której winni zacząć. Będzie ona go stopniowo pożerać, zabierać mu zmysły i czystość umysłu, stworzy z niego karykaturę jego własnej osoby. Była to trucizna, która stopniowo sączona była do jego duszy, zatruwając stopniowo wszystko, co istotne.
– Oczywiście, że chcą doprowadzić Cię do obłędu, taka jest ich rola. Chcą sprawić, byś był słaby i podatny, nikł w oczach – mówiła cicho, rzeczowo, jakby czytała oświadczenie woli twórcy. Klątwy miały w sobie coś z tchórza, pozbawione odwagi pojedynku. Działały po cichu, za plecami ofiary. – Nie osiągną swego celu.
Teraz był to już wyrok, obietnica i wyznanie pewności, którą będzie posiadać za ich obydwoje.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
09-02-2026, 21:05
Doceniał racjonalizm, jaki podążał za Francescą. I to, że nie ulegała złudzeniom. Widziała go takim, jakim był; wszystkie jego wady, których było znacznie więcej niż zalet; wydawały się zbyt jaskrawe, a grzechy zbyt liczne, aby mógł je przed nią ukryć. Czasem czuł się obco wśród ludzi, których kochał, rozdarty między chorobliwym głodem uznania a lękiem przed odtrąceniem. W przypadku Francesci te ryzyko było podwójne, bowiem dostrzegła mrok, jakim w nim tkwił. Była dla niego zagadką tak samo, jak on dla niej – jej chłód stanowił mur, którego nie potrafił sforsować, choć próbował. Dostrzegł osąd w spojrzeniu, czuł unoszący się w powietrzu ciężar niewypowiedzianych słów i ukrytą urazę, jakby każde jego słowo mogło zapoczątkować lawinę jej gniewu. Wyczuwał, jak niechętnie dzieliła się sobą, jak nie pozwalała sobie na słabość, a jednak w jej obecności zrzucał zbroje, pozwalał jej dostrzec to, co przed innym pozostawało ukryte.
Dla Leonie starał się być najlepszą wersją siebie; okazywał jej wsparcie, bo na nie zasługiwała, lecz krył się za tym strach, strach, że odkryje kim naprawdę jest że dostrzeże w nim oszusta, jakim się stał, że ujrzy w nim człowieka, jakim chciał być, lecz jakim nigdy ni będzie.
Oriana Medici zadurzyła się nie w nim, lecz w wyobrażeniu o nim; słodkim śnie, który na jawie zmienił się w koszmar. Była echem dawnych błędów, konfliktem, który wyrósł między nim a Francescą. Nie chciał bawić się jej uczuciami. Nie chciał wciągać ją w żadną grę, ale jednocześnie nie potrafił zostawić ją w spokoju.
Nie rozumiał dlaczego na myśl o tym, że Oriana układała sobie życie, czuł się nieswojo. Zasługiwała przecież na to wszystko. Kogoś, kto okaże ją wsparcie. Kogoś, kto ją nie zostawi. I kogoś, kto ją nie zawiedzie.
- Nie masz za co - zapewnił ją, uzmysławiając sobie ,ze to, jak zareagował, nie puścić w nie pamięć. Podda to pod chłodną analizę własnej oceny, potem pod osąd, aż w końcu wyciągnie wnioski. Nie zapyta, bo nie miała w zwyczaju pytać, jeśli targały nią wątpliwości. Chociaż konfrontacja z prawdą wpisana była w jej naturę, równie panicznie, co on, unikała kontaktu z emocjami.
Temat tabu, jaki od dawna wybrzmiewał pomiędzy nim milczeniem, ale szczęśliwie dzisiaj coś innego zapełniło ciszę.
- Od czego zacząć naukę teorii? Od biblioteki? - zapytał. Dawno nie zaczynał nauki od zera, na własną rękę. Chyba nawet zapomniał jak to jest pragnąć wiedzieć więcej. - Zajazd Absolwentów buduje doskonałą ku temu okazje. - Też ją poczuł. Ekscytacje wynikającą z potrzeby zanurzenia się w obcych meandrach wiedzy.
Starał się nie zwracać na otoczenie, przestrzeń wypełnioną mugolami, kobietą, która nadal posyłała mu ukradkowe spojrzenia, jakby był jednym wartym uwagi elementem wystroju.
- To sugestia, że powinienem przygarnąć pod swój dach psa? - zapytał, nieco zbity z tropu tym pomysłem. Przecież nie wiedział, jak to jest ponosić odpowiedzialność za inne życie, gdyż jego własne było chaosem. Znalazłby w nim miejsce na czworonoga - kogoś mu bezwarunkowo oddanego i lojalnego do granic możliwości?
Nawet nie wiedział, czy potrafiłby się nim zająć, chociaż przecież czasem, gdy zerkał na więź, którą łączyła Francescę z Theseusem albo Leonie z Helgą czuł coś, co chyba mógł zdefiniować jako zazdrość.
Francesca mówiło o klątwie, jakby była ledwie błahostkę, czymś, co łatwo mogą się pozbyć, lecz Goldsmith nie znała całej prawdy, a Morty nie był gotowy, żeby ją wyjawić. Otworzyć dawno zapomniany rozdział własnej historii. Zajrzeć w przeszłość, która przez długi okres czasu wydawała się być już tylko odległym wspomnieniem. Powiedzieć jej, kto rzucił na niego klątwę, bo przecież podskórnie domyślał się, kto za tym stał. Powidoki jego twarzy widywał snach, czasem nawet na peryferiach rzeczywistości, gdy ciemność pochłaniała cztery ściany jego mieszkania, a on, w samotności, znosił obecność szeptów.
Mówiła nie osiągną swego celu, a tymczasem Morty miał wrażenie, że zbliżyły się do niego na odległości dziesięciu kroków i to tylko kwestia czasu, gdy znajdzie się na granicy obłędu.
- Będę wdzięczny, jak z nim pomówisz - łamaczem, dopowiedział w myślach, chociaż wiedział, że nie musi tego precyzować.
Na razie opierał się szeptom, lecz nie wiedział, jak długo w tym wytrwa.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 22:02 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.