Skup się. Skup się, proszę. Kolejne myśli ubrane w inne słowa, o tej samej zawartości, przebiegały pośpiesznie przez głowę Lydii, zderzając się ze sobą, pączkując, sprowadzając do wartkiego strumienia hałas, w którym ciężko było jej wytrzymać.
– Pokaż. – Krótka komenda ze strony Lydii wybrzmiewa tonem niecierpliwym, maskując chłodną irytację, bynajmniej nie na aktorkę, której usiłowała właśnie naprawić złamane skrzydło. Nie jej wina. Po prawdzie nie była to też wina asystenta ani garderobiany, że akurat zachorowali. I to w tym samym czasie.
Wysokie regały wspinały się pod sufit, a księgi szumiały, skrzypiały i mamrotały tak, że brwi Lydii drgnęły niepewnie. Jakiś gruby tom prychnął na nią z wyraźnym niezadowoleniem kiedy obok niego przeszła, co normalnie skwitowałaby równie niechętnym spojrzeniem, ale tego wieczoru wszystkiego była w tym miejscu ciekawa.
– O co chodzi? – Odpowiedź pada machinalnie, chociaż walczyła o miejsce z nie za bardzo, które się w takie dni jak ten kłębiły na końcu języka Lydii, ale była zbyt profesjonalna, żeby okazywać współpracownikom frustrację. Albo. Profesjonalna to nie było odpowiednie określenie ale niech tak zostanie dla jej świętego spokoju. Którego nigdy w życiu nie doświadczy. Mogłaby, ale to się nie wydarzy.