• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Budka telefoniczna przy The Strand
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
07-06-2025, 16:11

Budka telefoniczna przy The Strand
Na ruchliwej ulicy The Strand stoi charakterystyczna czerwona budka telefoniczna. Jej lakierowana błyszcząca czerwień wyróżnia się na tle szarych kamienic i szumu przejeżdżających samochodów. W środku, pod szklanym daszkiem, mieści się prosty, metalowy telefon na monety, który dzwoni donośnie po włożeniu kilku pensów. Przechodnie często zatrzymują się, by szybko zadzwonić, czasem zniecierpliwieni kolejką lub rozmową innych użytkowników. W deszczowe dni jej czerwony kolor wyróżnia się na mokrym chodniku, stając się małym punktem światła pośród szarości miasta.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
05-03-2026, 10:37
18 maja

Uściski ręki, handel nazwiskami, sprzedawanie kumpli, sypanie i donosy, tere-fere kuku, urocze popołudnie, jakże mi przykro, że musimy się pożegnać. Uścisk dłoni pana Cringe’a jest jednocześnie urzędniczo-suchotniczny i obrzydliwie miękki, jakby przyszło mi złapać za kapelusz rozlazłej meduzy aż przelewającej się między palcami. Odruchu ciała kontroluję do momentu, aż rozplatam ręce, a wtedy droga wolna - dreszcz przechodzi przez całe moje ciało, wstrząsając mną od czubka głowy z początkiem lśniącej łysiny aż po palce u stóp ukryte w wypastowanych mokasynach.
Grzywny: brak. Kary więzienia: brak. Różdżka: przy dupie. Jak przystało na człowieka obdarzonego wolną wolą, oddalam się zatem do kibla dla interesantów, gdzie zostawiam dowody swojej bytności. Pogoniło mnie po papierosku, a jeszcze tuż przed wywiadem z panem C. skusiłem się na kawkę od bufetowej z obwoźnym wózkiem. Lura taka, że szkoda słów, ale teraz czuję, że działa. Po wszystkim dokładnie myję ręce, lecz rzec muszę, że daruję sobie spłukiwanie: ot, taki prezencik, żeby dosadnie wyrazić, co sądzę o Ministerstwie i jego przedstawicielach, których prawo nakazuje mi traktować jak swoich. Co z tego, że moje dzieło zaszczyci zapewne oczy jakiegoś biednego petenta, wezwanego na dywanik zupełnie jak ja lub po prostu sprzątacza na najniższym stanowisku, zasuwającego za jakieś psie pieniądze. Sprawiedliwość musi być i wymierzam ją w ten sposób, gotowy ponieść stosowne ofiary.
Marlenka świeżo po myjni czeka na mnie na rogu, wsiadam do auta, ale zanim przekręcam kluczyk w stacyjce, oddycham chwilę na skórzanej, beżowej tapicerce. Wdech-wydech, tak jak pokazywali mi jogini z Hawajów, trzepiący hajs na turystach na lekcjach kontrolowania oddechu. Pomaga i nie pomaga; napięcie z barków nie schodzi (zgłoszę się po masaż), lecz głowa jest względnie czystsza niż jeszcze przed chwilą, dzięki czemu udaje mi się w ogóle wyjechać. Przed sobą: mam znak drogowy, żółty trójkąt ostrzegawczy krzyczy na mnie, że przychodzą tu dzieci. Za sobą: jakiegoś zielonego wypierdka, który tak mocno przytulił się do Marlenki, że prawie ociera mi się o jej rurę wydechową. Manewruje tak między tym Mini a znakiem dobry kwadrans, klnąc pod nosem, aż w końcu odtrąbuję sukces, bez zarysowań, bez otarć na lakierze, bez urwanych lusterek (a powinienem wziąc, wysiąść i złamać je dla zasady), wjeżdżam na ulicę i znowu mogę być królem szosy. Ze skaczącym ciśnieniem to niebezpieczne, ale baby, po to się żyje, a ja naprawdę chcę to poczuć. Opuszczam dach, odpalam radio, papierosek skacze w zębach, może Sandy kupi mi czapkę pilotkę, takie są ostatnio chyba w modzie, pasowałaby do tej mojej odsłony rajdowca. Niestety londyńskie ulice do dużej prędkości przystosowane nie są: tu zakręt, tam skrzyżowanie, nieopodal światła, znak każący mi zwolnić; pfff. Bla, bla, bla, chyba bym się zestarzał, gdybym stosował się do każdej durnej reguły, guma musi się palić, silnik mruczy jak rasowa kicia, WRRUM WRRUM, ja pędzę, a raz po raz wystawiając środkowy palec w kierunku każdego wafla, który się pruje i trąbi w swojej zardzewiałej trumnie na kółkach, a-ha! W radio leci Good Luck Charm, myślami już rozpakowuję z jedwabnego opakowania mój sweet turkish delight prosto z angielskiego Yorku, dociskam pedał gazu, nagle kicham, zamykam oczy i…
Coś wyskakuje mi prosto na maskę, kręcę kierownicą Marlenki wcale nie delikatnie, jadę ZA SZYBKO, żeby zdążyć, BUM. Telepie mną, telepie autem, telepie też ciałkiem, które odbija się od maski, a siła uderzenia odpycha je parę metrów dalej. Tak się staram, tak krążę, a i tak wjeżdżam w skrzynkę na listy, cudem tylko omijając kolejnych pieszych na chodniku i wystawę sklepu z porcelaną, a nieszczęśnik - jak leżał, tak leży. I krwawi. No niezły ambaras, wkurwiony wysiadam z auta, trzaskam drzwiami, drugi potrącony w ciągu ilu, trzech miesięcy? Idę na rekord, wydrę japę na przyjemniaczka, co zignorował przejście dla pieszych z pięćdziesiąt jardów dalej: to jego wina, przechodził w miejscu niedozwolonym i każdy to potwierdzi, świadkowie już zaczynają się gromadzić, zgrzytam zębami. I zgrzytam jeszcze głośniej, kiedy widzę, kto leży rozciągnięty jak długi, chyba z połamaną nogą, ręką i może obojczykiem na dodatek.
– Ty… – chcę sprzedać mu gonga i zostawić na pastwę losu, ale jezusku słodki, na ulicy pełno mugoli, nie da rady. – Spokojnie, będzie żyć. Jestem lekarzem – dodaję głośno, nachylając się nad Calebem Diggorym. – Słuchaj mnie lepiej, synku. Załatwimy to po cichu, bo zaraz będziemy mieć na karku mugolską policję i pogotowie. Rób co mówię – płynnie wchodzę w tryb zadaniowy, nie dodając, że policzymy się później, bo z mojej Marlenki właśnie zaczyna się dymić. – Chłopak tylko się zadrasnął, to mój sąsiad, trochę wolniejszy, jego biedna matka nigdy nie puszcza go samego, musiał się wymknąć… – załamuję ręce, nad wyraz pokazowo, ciągnąc Caleba do pozycji stojącej i starając się nie stęknąć pod jego ciężarem. – Kurwa, schowaj tę rękę – wisi ciut zbyt bezwładnie jak na zwykłe draśnięcie. – Idziemy – pakuję go do auta, ludzie się gapią, a ja ponownie robię te durne ćwiczenia oddechowe, RKO na niewidzialnym manekinie, poważnie, ja też potrzebuję teraz oddechu życia, bo nie ręczę za siebie.

k1 - ktoś wezwał policję XD
k2-3 - odzywa się inny lekarz, który chce pomóc i zbadać Caleba, zaczyna gadać po medycznemu
k5-k6 - nikt się nie wtrąca
1x k6 (zdarzenie losowe):
5
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
06-03-2026, 19:27
To nic takiego, poznać swojego biologicznego ojca i zrobić z siebie kompletnego idiotę. Można o tym zapomnieć i zaspokoiwszy ciekawość przejść do porządku dziennego i tak Caleb postanowił zrobić, ale było to zaskakująco trudne. Karmiąc ropuchy o piątej rano, zastanawiał się, co robi o tej porze Daniel Dodge (chyba śpi?). Próbował sobie wyobrazić, dla jakiego zwierzątka zaszedł do sklepu zoologicznego i czy opiekuje się tą istotą lepiej niż jego matką. W losowych chwilach nachodziła go złość, że nie dowiedział się, czy Daniel Dodge założył rodzinę i pokazuje swoim nowym dzieciom źrebięcia jednorożca. Czasem nachodził go wstyd na myśl o byciu przyłapanym w ciemnej alejce, a czasem wstydził się za to, jak Daniel Dodge zachowywał się w kolejce na pocztę. Może się śpieszył - tłumaczył sobie, gdy emocje opadły. Ale w myślach wyraźnie potrafił sobie wyobrazić natrętny głos Felixa: miałem rację, jesteś bękartem i ten typ wyjaśnia dlaczego jesteś taki durny.
Czasami przypominał sobie, jak Daniel Dodge obronił go przed tamtym mugolem i jak ironicznie mówił do niego synku i wtedy robiło mu się po prostu jakoś strasznie smutno.
W hodowli było najtrudniej, bo każdy kąt uruchamiał wspomnienia o martwym bracie—a ostatnio głównie wspomnienie ich ostatniej kłótni, podczas której Felix wypomniał Calebowi ojca. Zabawne, że potem narosło między nimi tyle złej krwi, ale już nie zdążyli porozmawiać. Ich więź rozpadła się w kłapnięciach wilkołaczych kłów i w niezapowiedzianej wizycie urzędników Ministerstwa u progu hodowli.
Poza tym z Darcy wszystko się... komplikowało, więc pretekst do podróży do Londynu Caleb przyjął z bezbrzeżną ulgą. Musiał w końcu kiedyś wysłać tą przesyłkę do Amira, na końcu kreśląc kilka słów z pytaniem o to, jak stać się innym synami niż własni ojcowie. Amir został wyklęty z rodzinnego domu, bo urodził się dżinem (czarodziejem) w mugolskiej rodzinie i nie modlił się kilka razy dziennie (cokolwiek to znaczyło?), więc może już jakoś sobie z tym poradził.
Odwlekał jednak wizytę na poczcie, która kojarzyła się z tamtym feralnym spotkaniem. W zamian porównywał ceny karmy dla zwierząt (w Londynie była droga, co za szok), oglądał wystawy sklepów, aż wreszcie trochę bez celu poszedł pod dawny sklep dziadków. Teraz przenieśli się do większego, a szyld jubilerski zastąpiły jakieś bibeloty z porcelany. Zniknęły magiczne zabezpieczenia, budynek przejęli mugole. Ciekawe, czy ich towary spodobałyby się mamie.
Już miał przejść przez PUSTĄ ulicę—nikt nie nauczył go zresztą zasad bezpieczeństwa drogowego—gdy nagle...
...nagle było gorzej niż ostatnim razem i właściwie trochę tak jak w tamtą pełnię gdy Felix się na niego rzucił, bo przez chwilę znowu nie wiedział, co się stało. Leżał na ziemi i pociemniało mu przed oczami. Słyszał nad sobą czyiś głos i już próbował sobie przypomnieć coś o spierdalaniu i dzwonieniu (co to?) na psy (po co?), ale głos brzmiał jakoś znajomo i w dodatku był lekarzem. Uzdrowicielem? To dobrze, to chyba dobrze.
Oszołomiony, dał się zawlec do...dokądś i dopiero po kilkunastu sekundach zdał sobie sprawę, że półleży zamknięty w klatce, w żelaznym smoku.
Nie zarejestrował, kto go tutaj zawlókł. I nie wpadł na to, że moźe zobaczyć jego twarz w lusterku, bo nie wiedział, że tutaj są lusterka.
- Ej... - spróbował podźwignąć się na ręce, ale nadgarstek przeszył mu ból. Zaklął pod nosem, bo przecież się tu nie rozpłacze i dźwignął się do siadu na zdrowszym ramieniu. Zmieniwszy pozycję, zabrudził tapicerkę krwią i pyłem—upadając, zdarł sobie skórę.
- Proszę mnie wypuścić! - zażądał słabo, bo w byciu porwanym przez mugola nie było chyba nic dobrego. Mógł sięgnąć po różdżkę, ale w pierwszym odruchu sięgnął po prostu do czegoś, co chyba było drzwiami i spróbował je zamaszyście otworzyć.

otwieram drzwi i...
1-2: uderzam nimi w zaparkowane auto (1 - cierpi Marlenka, 2 - bardziej cierpi inne auto)
3-4: i są otwarte i jedziemy tak sobie i wieje
5-6: i nic, bo siedzę na miejscu dla dzieci i są zamknięte
1x k6 (otwieram drzwi):
6
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
06-03-2026, 21:30
To już tak jest: jedni rodzą się w czepku i czegokolwiek by nie zrobili, zawsze spadają sobie miękutko na cztery łapy, jakby byli opitymi mlekiem kociakami albo jakby jakiś ważny i wpływowy krewny zdążył podłożyć im materac pod dupcię. Takie drobne sytuacje wytyczają rytm tego, w jaki sposób działa świat, to znaczy, genetyka daje ci prezent w postaci białych zębów, równego zgryzu i to już jest całkiem niezły początek. Jeśli oprócz tego tego mieszkasz gdzieś, powiedzmy że w Chelsea, a nie na przykład w Brixton czy Southall, gdzie teraz rezyduje pełno brudasów z Pakistanu, to prawie komplet znaczonych kart, no, przeciwieństwo tego, z czym muszę dealować ja. Dziś w garniaku, dziś wypachniony wodą kolońską, dziś z zakolami lśniącymi tak, że mogłyby zadziałać jak szkło powiększające, odbić światło i wywołać pożar. Czy ta przebieranka i sztywniutkie maniery pomagają - przekonamy się, do maksymalnie 31 dni roboczych. Sowy z Ministerstwa prawdopodobnie zacznę wypatrywać od jutra. Pan Bernard Cringe i jego drobiazgowość, perfekcjonizm w odsyłaniu do konkretnych paragrafów czarodziejskiego kodeksu prawa handlowego, a także dwie korkowe podstawki na napoje na biurku, przycisk do papieru i metronom, który wybija rytm skanowania dokumentów oraz wylicza co do sekundy trwanie kawowej przerwy to pewna wskazówka. Urząd tym razem nie będzie się ociągać - co się stało z zasadami sprawowania publicznych funkcji, hm? Sukces administracji Nobby’ego Leacha, dam znać co słychać za parę dni.
Chcę na to więcej czasu: to znaczy, okrężną drogą zawinąć się do domu, gdzie Sandy pewnie odchodzi od zdrowych zmysłów, czwarty raz wstawia wodę na herbatę tylko po to, żeby o niej zapomnieć i obgryza skórkę przy paznokciach uformowanych w łagodne migdały. Kiedyś po wyprawie do Tate Britain zachciało jej się malować i na wielkim płótnie powstało dziewięć różowych półkul na samym jego dole. Nazwała ten obraz “paznokcie”, a kiedy zapytałem, czemu jest ich dziewięć, a nie dziesięć albo pięć, przestała się do mnie odzywać na parę godzin. Obraz do tej pory wisi w salonie, a ja do tej pory nie wiem, co miała na myśli, bo na pewno nie malowałaby kogoś, kto stracił jednego palca na przykład na lodowisku. Odpływam za bardzo, jak zwykle, kiedy wracam do niej, a muszę być obecny, bo normalnie jak jeleń w nocy - takim susem na maskę wyskakuje mi szpieg z doliny dreszczowców, gotowy do popełnienia brzydkiego samobójstwa i sprowadzenia traumy na stanowczo zbyt dużo osób. Po mnie w kolejce jest paniusia z masełkową parasolką, która rączką w rękawiczce zakrywa sobie usta, nastolatek w tłustych włosach i okrągłych, drucianych okularach rzygający do śmietnika i mała dziewczynka, którą babka siedzącą u fryzjera wysłała po paczkę fajek do kiosku. Mała ściska pluszową małpkę, której ogon moczy się w krwi, której trochę Calebowi ubywa. Pech.
Działamy, nie śpimy: jestem jak na autopilocie i oby nikomu nie przyszło do głowy, żeby spisać sobie moje blachy. Targam chłopaka, który ledwo co powłócze nogami i ładuję go na tylne siedzenie Marlenki. Kilka-klak, zamykam drzwi, w razie gdyby próbował czegoś durnego i sam siadam za kierownicę, trzaśnięcie drzwi i sru, już nas nie ma, pryskamy z piskiem opon, a moja stopa coraz mocniej przyciska pedał gazu - rozsądnie, po tym, jak omal nie rozjechałem jakiegoś szczyla.
– Oszalałeś? Przestań natychmiast – zarządzam spokój i poprawiam lusterko, by spojrzeć na gnoja, który półprzytomny wierci się i szarpie za klamkę. – Powinieneś mi kurwa, buty całować. Wiesz, co by było, jakby przysłali po ciebie mugolski ambulans? Miałbyś przesrane. Zero dokumentów, zero ubezpieczenia. Sowy też by ci wysłać nie dali, wiesz?! – denerwuję się, więc mam słowotok, a na kierownicy Marlenki moje dłonie zaczynają zostawiać lepkie ślady od potu. – A teraz słuchaj mnie uważnie, synku – zaczynam, dociskając do dechy, by załapać się jeszcze na żółte światło zanim utkniemy na skrzyżowaniu. – Odwiozę cię do Munga. Wymyślisz jakąś bajeczkę, co się stało, bo ja nie zamierzam odpowiadać za twoją głupotę – ze schowka wygrzebuję paczkę fajek i jedna z nich ląduje w moich ustach – I nigdy więcej się nie zobaczymy, kapujesz? tym razem odwracam się, olewając drogę (jest prosta), żeby spojrzeć na poturbowanego Caleba. – To już jest recydywa, chłopcze – informuję go, chyba nie muszę dodawać, co to znaczy? – Ale zanim się pożegnamy, to odpicujesz mi auto – do nowości, żadnego zacieku. Lakierowanie, woskowanie, myjka, kurwa wszystko. – Czy to jasne? – zjeżdżamy na pobocze, z połamanymi rękami, girami czy co tam mu dolega, raczej nie pofika. Nawet gdyby chciał, młody jurny byczek, ten tu akurat też nie ma szczęścia - na pewno nie do samochodów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
07-03-2026, 18:10
Po śmierci Felixa Caleb nabrał wyrzutów sumienia o to, że chyba faktycznie jest w czepku urodzony. Postąpił w pełnię jeszcze idiotyczniej niż brat, ale nie licząc blizn nic mu się nie stało. Skłócił się z rodziną i wyjechał bez słowa, ale i tak stał się udziałowcem w hodowli. Hodowli, której nie powinien odziedziczyć, bo nie był Diggorym. Ale Felix zabrał ten sekret do grobu, z babcią bywało już tak źle, że chyba o tym nie pamiętała, a podpis wuja pod zapisem miał większą moc sprawczą niż geny. 
Czasem... czasem był mu głupio, że to wszystko tak wyszło.
Czasem uważał, że powinien ponieść karę.
Może dlatego tak kusił los: bójkami, prowokacjami, whiskey, czy nieostrożnym podejściem do żab. Ale dzisiaj naprawdę nie szukał guza. Przechodził przez pustą drogę, do diaska! Bolała go głowa i bolała go ręka i cierpiał za niewinność, a gdy wróci do domu to Darcy znowu uzna, że był niedpowiedzialny i że robił jej to na złość.
O ile wróci, bo mknął właśnie w nieznane w mugolskim pojeździe, którego drzwi nie chciały się otworzyć. O co tu chodziło? Nie wyglądał przecież na kogoś, kogo warto okraść. Miał na sobie robocze buty i wyblakłą, flanelową koszulę—chciał znaleźć lepszą, ale zapomniał jej wyprać i głupio mu było prosić szwagierkę. Miał przy sobie kilka sykli, a jedyną wartościową rzeczą był grawerowany (ale personalizowany, więc jak to sprzedać?) zegarek, który dostał od dziadków z okazji rozpoczęcia Hogwartu. Co jak co, ale na biżuterii i zegarkach to sie znali.
Panika zaczęła w nim narastać i już zaczął się zastanawiać czy złamać Kodeks Tajności i sięgnąć po różdżkę by otworzyć drzwi Alohomorą—może udałoby mu się zrobić to odpowiednio cicho?—gdy porywacz się odezwał.
Nie zobaczył go jeszcze w lusterku, ale rozpoznał ten głos. Przez chwilę wyglądał jakby zobaczył ducha, marszcząc brwi i usiłując zrozumieć, czemu Daniel Dodge tu jest i co właściwie do niego mówi.
Z biegiem monologu mężczyzny do Caleba zaczęło docierać, że to chyba Dodge właśnie w niego wjechał i że najwyraźniej jest w posiadaniu mugolskiego żelastwa. (Uff, sklejał takie wnioski, więc może nie uderzył się w głowę za mocno).
Zaczęło też do niego docierać, że Daniel Dodge–podobnie jak Darcy gdy wracał w kiepskim stanie—obwinia za sytuację jego. Wszyscy go zawsze o coś obwiniali. Myśl o szwagierce i o Mungu wzbudziła w nim nagłą złość, bo w szpitalu przepiszą mu recepty czy coś i na pewno nie zdoła tego przed nią ukryć...
...a beztrosko rzucone synku przelało czarę goryczy. Gdy Daniel odwrócił się w jego stronę, Caleb patrzył na niego trochę nadąsany, a trochę zgorszony.
- Proszę tak nie szastać tym synku! - warknął, jakby właśnie to było teraz najważniejsze (może jednak uderzył się w głowę mocniej, a może puściły mu nerwy). Na swoją obronę: nie miał pojęcia, co to jest mugolskie ubezpieczenie ani czemu to niby ważne. Więcej się nie zobaczymy, no pewnie. Wzdrygnął się na dźwięk tych słów, no pewnie, pasowały do kogoś kto rozjeżdża ludzi na ulicy i wpycha się w kolejki i porzuca matkę swojego... - Chyba, że faktycznie to słowo nie ma żadnej wartości dla kogoś, kto zostawia dzieci i samotne matki po narodzinach! - zaraz, po? - Przed narodzinami! - poprawił się, zły na siebie i na matkę i przede wszystkim na Daniela Dodge za to, że nawet chronologii nie miał poukładanej. Zabił Daniela wzrokiem bagnistozielonych oczu i zacisnął usta w taki sam sposób, w jaki robiła to mama gdy była wściekła, nie rejestrując nawet, że auto zwolniło ani, że ma je odpicować. I tak nie wiedziałby, jak je odpicować.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
08-03-2026, 12:22
Wypadek mógł wyglądać poważnie, ale definitywnie - trupa nie wiozę. Zbyt jest na to żywy, zbyt wygadany, zbyt rezolutny, zbyt skłonny do kłótni i kłapania jadaczką. Sandy by powiedziała, że się forsuje, że powinien oszczędzać siły i odpoczywać. Też tak uważam: bo w końcu kto wytłumaczy się uzdrowicielom z niechlujności i nieuwagi w przechodzeniu przez mugolską ulicę? Przysięgam, niektórzy czarodzieje to gorzej jak dzieci: nie potrafią obsłużyć tostera, skasować biletów w metrze, a nawet ubrać się tak, by nie wywoływać sensacji i absolutnie nie mam tu na myśli tradycyjnych (przedpotopowych?) szat. Zero w tym wyobraźni i kompletny brak szacunku dla pędzącej naprzód myśli technicznej, która ich (nie utożsamiam się) zostawia daleko w tyle. Pan Diggory, ot, średniowieczny chłop, co wpadł do przyszłości i zaraz wyciągnie szpadę, by nadziać na nią double deckera (jakby po całej Wielkiej Brytanii nie kursował Błędny Rycerz). Ha-ha-ha, pośmialiśmy się, podokazywaliśmy, ale poważnieję momentalnie, gdy wyliczam sobie każdy jeden uszczerbek na zdrowiu mojej Marlenki. Strzaskana przednia szyba, wgnieciony bok, obity reflektor, krew na jasnej, skórzanej tapicerce - co tam fiskus, który pod lupą testuje sprawozdanie finansowe, kiedy biedna, słodka Marlenka wymaga poważnej reanimacji. Słuczka dodała jej co najmniej z pięciu lat, a ja przecież mam tendencję do wymiany na młodsze modele, CO TERAZ?!
Parę zaklęć to wszystko wyklepie, a potem jeszcze zabiorę ją do samochodowego SPA, ręczna myjka i inne takie, może dla hecy wymienię felgi i złożę podanie o spersonalizowaną rejestrację, naopowiadam Calebowi bajeczek i naciągnę go na przykład na nowe zimowe opony, kupię odświeżacze powietrza i zamontuję sobie analogowy zegarek na desce rozdzielczej. Trochę mi za dobrze, za wygodnie - w końcu czuję ulgę z bycia wolnym człowiekiem, papa twierdzo Tower, no, oby do nie-zobaczenia. Głoszenie dobrej nowiny, wycie trąb itepe. odkładam na później, bo trafia się pieprzona misja poboczna, a do długiej listy prac, których imałem się przez te ponad czterdzieści lat, dopisuję drukowanymi literami RATOWNIK MEDYCZNY. Pirata (drogowego) tam nie ma.
– Co ty do mnie?! – hamuję gwałtownie i dobrze, że zjeżdżamy już na to pobocze, bo inaczej któryś z nas poleciałby pewnie przez przednią szybę. I tak szarpie; poobijany Caleb wala się na tylnym siedzeniu jak szmaciana lalka, a ja próbuję, naprawdę próbuję procesować, co tam się produkuje. – Uderzyłeś się w głowę, chłopcze? Ile palców widzisz, co? – gaszę auto, odwracam się do niego i macham mu przed twarzą rozwartą dłonią. Prawidłowa odpowiedź to trzy. – Nie mam zielonego pojęcia, co takiego naopowiadała ci ta podła raszpla, ale to na pewno jedno wielkie kłamstwo, dotarło? – domagam się odpowiedzi, tak jest, sir to minimum, którego wymagam od średnio rozgarniętego rekruta. To, czy będzie musiał spędzić nockę w szpitalu zależy od mnie, a mi właśnie przestaje zależeć. – Przypomniało jej się o mnie po ilu, dwudziestu latach? Chce mnie zniszczyć do końca i co, wysyła ciebie? Kim ty w ogóle jesteś, co, chłopaczku? Kolejnym pieskiem na posyłki? Dam ci dobrą radę, uważaj przy niej, co pijesz, bo załatwi ci nie taki zwykły skręt kiszek – rozkręcam się na całego, wspominając uroczą eksmałżonkę. Ech, ta to miała charakterek, uwielbiałem to, jej temperament i to, jak czasami biła mnie po twarzy, dopóki nie oddałem jej trzy razy mocniej. Później wspólnie nakładaliśmy sobie puder z jej kosmetyczki na nasze siniaki, ona dbała o mnie, ja o nią, karmiła mnie zupą, gdy niedomagałem po jej eksperymentach z truciznami. – Zmieniłem zdanie. Wypierdalaj – rozkazuję, pstryknięciem odblokowuję zamek w tylnych drzwiach. Ze mnie to żaden dobry Samarytanin, chłoptaś doigrał się - na własne życzenie. – Słyszałeś, co mówię? WON!
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
09-03-2026, 00:58
Wyzucił z siebie gorzką prawdę i... sytuacja trochę eskalowała.
Nie był przypięty pasami (bo co to?), więc przy gwałtownym hamowaniu zatoczył się do przodu. Podparł się na zdrowszej ręce, unikając centralnego zderzenia czołem z fotelem, ale jego głowa i tak zawisła na kilka sekund w niewygodnej pozycji. Zrobiło mu się niedobrze i oto dołączył do grona osób, którym prowadzenie samochodu przez ojców (i tylko ojców, bowiem dolegliwość mijała z każdym mniej erratycznym kierowcom) zafundowało chorobę lokomocyjną—nie wiedząc jednak nic o świecie mugoli nie wiedział również, że nie jest w tym osamotniony. Nie zdążył nawet wziąć kilku głębszych oddechów by ochłonąć, bo Daniel Dodge zaczął mu machać ręką przed oczyma. Za blisko, za szybko, za głośno.
- Trzy... - syknął przez zaciśnięte zęby, bo nadal było mu niedobrze. W taki irytujący sposób, w którym nie da się zebrać na wymioty, ale coś siedzi w krtani i na żołądku. Nigdy nie siedział w mugolskim pojeździe, więc nie skojarzył tego z szaleńczą jazdą Daniela Dodge. Obawiał się raczej, że to jakiś skutek upadku albo dziwna magia albo w ogóle to żelastwo było obłożone klątwą. Nie wiedział, czy istniały klątwy wpędzające kogoś w nudności, ale w sumie powinny. To podłe uczucie. Nie mógł jednak tego roztrząsać, bo Daniel Dodge zaczął krzyczeć i wyrzucać z siebie coraz bardziej gniewne słowa, a z każdym z nich wspomnienie heroicznego ratunku przed tamtym mugolem blakło. Wolałby je zachować, wolałby z biegiem czasu pamiętać tylko to, że Daniel Dodge (wciąż bał się nazywać go ojcem, nawet w myślach; wciąż myślał o nim tylko pełnym imieniem i nazwiskiem) bezinteresownie odgonił od niego mugola. W akompaniamencie bólu z obitej ręki i nudności rozmywał się jednak tamten Daniel Dodge. Znów stawał się tamtym typem z kolejki, albo kimś jeszcze gorszym. Kimś, kto wypierał się wszystkiego w żywe oczy.
- Dwudziestu czterech latach. Prawie dwudziestu pięciu. - odpowiedział machinalnie,  mocno zaciskając dłonie na siedzeniu. W skroniach czuł szum i gorąco, wpełzające mu coraz szybciej na policzki i rozprzestrzeniające się po ciele. Zacisnął zęby, gdzieś mimochodem rejestrując w myślach, że nie lubił złościć się równie gwałtownie jak mama. Na pewno nie odziedziczył temperamentu po Danielu Dodge, nie chciał ani tego ani łysiny. Chyba było już jednak za późno. Zezłościł się. Poza tym, jej tu nie było, a Daniel Dodge mówił o niej takie straszne rzeczy... Cal zamrugał, ledwo nadążając za tym skrętem kiszek, aż rozbrzmiało donośne WON i na pół sekundy zapadła cisza.
- PRZESTAŃ!!! - uderzył (zdrową) pięścią w siedzenie pasażera, nie rejestrując, że Daniel właśnie przestał. - PRZESTAŃ TAK MÓWIĆ O MAMIE! - wraz z potrzebą ochrony jej honoru upadło gdzieś ostatnie, samozachowawcze pragnienie pozostania incognito. Musiał powiedzieć o mamie coś miłego, musiał... - Ona przynajmniej nigdzie nie zniknęła! - okej, jego relacje z mamą nie były obecnie najprostsze, więc chwilowo wpadł na tylko to. - I radziła sobie jak mogła i radziła sobie dobrze, pomimo tego, że KTOŚ ją uwiódł i wypierdolił! Podrywałeś ją tak jak tamtą pracownicę ZOO w kolejce?! - prawdopodobnie Caleb zapamiętał o tamtej kobiecie więcej niż Daniel. - Cud, że w ogóle pamiętasz jej imię! - nie miał pojęcia, że byli małżeństwem; w słowach matki doszukał się tylko pogardy, a w listach ojczyma tylko nazwiska. Poznając lepiej Daniela Dodge (i posiadając dość niską samoocenę) przypisał właśnie swoje istnienie jednonocnej przygodzie. Albo może chciał je temu przypisać, przypadkowi. Może chciał uniknąć myśil o tym, że Daniel Dodge był równie porywczy jak mama i wydawał się (o dziwo) zaradny i że nie był aż tak stary; a ojczym był dużo starszy i spokojny i chyba przy nim nudny. Może już wpadł na całkiem oczywisty wniosek, że mama raczej nie wyszłaby za jego ojczyma (bo zakochałaby się w kimś innym albo bo dziadkowie znaleźliby jej kogoś bogatszego) gdyby nie on, wpadka w jej brzuchu. 
- I nic się jej nie przypomniało! Ma się ŚWIETNIE i nie chciałaby żebym w ogóle się do ciebie odzywał i MIAŁA RACJĘ! - głos trochę mu się załamał, bo mama ze wszystkim miała rację, choć wcale tego nie chciał. Z jego interesami z Felixem, z hodowlą ropuch, a teraz z tym wszystkim. Nie musiał nawet z nią rozmawiać by wiedzieć, jak bardzo byłaby nim właśnie rozczarowana. On też był rozczarowany, już któryś raz. Ojczym, który go wyraźnie nie chciał; brat, który widział tylko czubek własnego nosa; wuj, który przepieprzył rodzinny majątek i zrzucił na Caleba własną odpowiedzialność; Caleb zawsze desperacko pragnął ich uwagi i akceptacji i zawsze gorzko się rozczarowywał. No nic, teraz nie będzie taki naiwny, teraz przynajmniej przekonał się na samym początku, że idealistyczne wyobrażenia o ojcu są bezzasadne. - I nic od ciebie nie chcę, NIC!!! - szarpnął klamką drzwi, która ku jego zaskoczeniu (nie skojarzył, że to działa na pstryczek) tym razem ustąpiła i wytoczył się z samochodu. Trzasnął drzwiami Z CAŁEJ SIŁY i nie oglądając się za siebie spróbował ruszyć do przodu, choć nawet nie miał pojęcia, gdzie jest—w drodze do Munga jechali przez jakąś mugolską dzielnicę. To nic i wcale nie kręciło mu się w głowie, przytrzyma się tego... słupka i złapie oddech i poradzi sobie sam.

jak mi idzie chodzenie?
1-2: wywalam się na kolana : (
3-4: przytrzymuję się słupka (oznaczenia przystanku autobusowego)
5-6: trochę chwiejnie, ale idę (nie wiem gdzie, przed siebie)
1x k6 (idę stąd i...):
5
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
09-03-2026, 10:42
Sporo minęło odkąd ostatnio robiłem jako taryfiarz; wtedy woziło się różnych ludzi z dużym naciskiem na różnych, bo rozstrzał tyczył się zarówno rasy, przynależności etnicznej, zasobności portfela jak i ogólnej kondycji. To było USA, ulubiona wolna Amerykanka, gdzie w takim a takim stanie, jeśli sprzedawca butów był zbyt powolny i trochę nieuprzejmy, to narwańce wyciągali gnaty i robili rozpierduchę na pół ulicy, zresztą swoim świętym prawem. Rachunki za karetkę to koszmar, więc dzwonili na taksówkę - woziłem gangsterów i ofiary tzw. cywilne, częściej do domu niż do szpitala, bo na przykład małżonka potrafiła dobrze szyć, więc tak, jak naprawiała guziki, doczepiała odstrzelone za karę, sine już paluchy - wtedy jakoś nikt nie myślał o tym, by wsadzić je do lodu. Z Calebem na kanapie przeszłość uderza w gong i sprawia, że znowu o niej myślę: wspominki są łatwiejsze od rozstrzygania losów irytującej przybłędy. Powinienem zostawić go na chodniku albo przejechać po nim jeszcze raz, upewnić się, że jest martwy i po prostu prysnąć. Trochę żałuje, że tego nie zrobiłem, ale czy faktycznie miałbym jaja? Tak - a potem już do końca życia paranoiczne stany i koszmary, no bo…
Każde słowo, które pada sprawia, że jednak trochę żałuję tego swojego wielkiego serca.
Marlenka hamuje z piskiem opon, skarbie wybacz, że tak cię traktuję, zielony na twarzy Caleb przechyla się w dziwnej pozycji. Kontaktuje, choć wygląda, jakby miał zaraz puścić pawia, a wyraz jego twarzy zmienia się jak w kalejdoskopie. Od niezbyt bystrego, zamglonego spojrzenia niedaleko do gniewu, gdy tak wykonuje we łbie skomplikowane obliczenia matematyczne.
– Co? Skąd ty niby wiesz? – gówniarz poprawia mnie precyzyjnie i ustawia na linii czasu nieszczęsne pierwsze małżeństwo, które dało mi lekcje, że babom nie wolno ufać: tej byłem zresztą wierny przez te następujące dwie dekady. Skończyło się na Sandy, która tak długo wierciła mi dziurę w brzuchu, że jestem tu gdzie jestem, śpiesząc się do domu, żeby tylko nie popadła w rozpacz i nie słała pierwszych listów na adres więzienia. Zależności zaczynają jednak rozkwitać, siateczka powiązań w pierdolonym siedmiomilionowy mieście nawiązuje się między dwoma obcymi - mną i gałganem na kanapie w moim aucie. Słyszę mama i tracę rezon, robię się oklapły, i patrzę tylko na niego, jakbym w skanowaniu zarośniętej, chłopięcej twarzy chciał znaleźć dowód na genetyczne pokrewieństwo. Im dłużej się przyglądam, tym więcej widzę: ot, niuanse, podobne brwi i kształt oczu (kolor nie, kolor jest…), nos ma nie wiem po kim, ale te uszy jak nic po Seniorze, bo teściowa to taką sama szprycha jak Geraldine i na tych rodzinnych obiadkach jak siedziały koło mnie trudno to było zdzierżyć.
– Jak. Miałbym nie pamiętać? Jak? – pytam ostro, kąpiąc się w tych oskarżeniach, pławiąc we wrzaskach i tak dla odmiany, będąc ich przeciwwagą. – Jak miałbym zapomnieć o żonie, która rozjebała mi całe życie, co? O tym ci pewnie już nie powiedziała? Lubiła mieć swoje małe sekreciki – snuję swoją historię, porażająco spokojnie jak na rewelacje rodem z wieczornych wydań “Wydarzeń” w telewizji. Mogliby zrobić o tym reportaż, idealny temacik dla znudzonych sześćdziesięcioletnich bab, którym dzieci opłacają rachunki za pięć kanałów. – Jeśli masz z mamusią taki dobry kontakt, to zapytaj ją, czy żałuje, że wpakowała mnie do pierdla. Co, zatkało kakao? Bez mrugnięcia okiem – zaciskam ręce na drewnianej poręczy kierownicy aż bieleją mi knykcie. – Bez mrugnięcia okiem zrzuciła na mnie całą winę – mówię dalej, bajka na dobranoc, ale taka dla niegrzecznych dzieci, bo na końcu nie ma happy endu tylko rozbita rodzina i ciągnący się wstyd i żal za własne wybory. – Ja chciałem tylko jej pierdolonego szczęścia. Nie było nam źle, wiesz, ale jej wiecznie czegoś brakowało. Ja już się prawie z tym pogodziłem. Że w tym domu mają mnie za śmiecia. Że będą mi wypominać, że przyszedłem z niczym, że jestem gorszy, że ich córunia zasługuje na kogoś lepszego – uśmiecham się tak, jakby rozbolały mnie wszystkie zęby na raz - uraz taki, że klawiaturę tylko rozbić młotkiem jak u wiejskiego lekarza. – Zrobiłem wszystko, o co ta pizda mnie poprosiła. I wiesz co? Zostawiła mnie z niczym. Dostałem wyrok i papiery rozwodowe podsunięte pod nos. Zaznaczyli mi iksem, gdzie mam kurwa podpisać, jakbym był pierdolonym analfabetą – ryczę nagle, jakby cała żółć, która zbierała się we mnie latami nareszcie znalazła ujście i samoistnie wypłukiwała się z zainfekowanego organizmu. – Więc tak, pewnie, że pamiętam jej imię – dodaję z goryczą, gdybym był przesądny, poprosiłbym jakąś rdzenną mieszkankę Afryki, potomkinię niewolników, których w Stanach było pełno, o zrobienie laleczki voodoo z włosami Geraldine i powyrywanie jej rączek i nóżek w moim imieniu. Prędzej jednak zrobię to jemu.
– Hej! Hej! – wołam za Calebem, kiedy wytacza się z auta, trzaskając drzwiami. Ze zgrozą odwracam się i patrzę na biedną Marlenkę, ale kondycja auta w obliczu pewnych rewelacji schodzi jednak na plan drugi albo i trzeci. – Czekaj! Słyszysz, co do ciebie mówię?! – nie muszę się starać, żeby go dogonić, potłuczony ledwo się wlecze, kompletnie zdezorientowany, zaraz poskłada się na chodniku jak sterta prania, może to ta elegancja odziedziczona po matce.
– I ty niby jesteś mój, tak? – patrzę na niego jak na rozjechanego szopa, żeby zająć czymś ręce zaczynam skręcać fajkę, choć rolowanie tytoniu jest jakieś trudne, gdy pocą mi się dłonie, a paluchy aż trzęsą. Do diaska. – O to chodzi? Brakowało ci w życiu ojca, chłopcze? – krzywo skręcony pet trafia do ust, ale zanim go odpalam, muszę kilka razy kliknąć zapalniczką, bo płomień gaśnie od wiatru. – Nie miałem pojęcia, że jest w ciąży – nie wiem, czemu się tłumaczę. Tyle jestem mu winien - jemu, obcemu, z którym łączy mnie część materiału genetycznego widoczna w kolorze oczu i tendencja do lśniących armat na głowie. Z domu wychodzę jako ja, a wrócę z kinder-niespodzianką, wyhodowaną i wyrośniętą, taa? Sandy bardzo chce być matką, ale chyba… nie tak to sobie wyobrażała.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
10-03-2026, 00:12
Podniósł głos i liczył chyba na kontratak. Cios za cios. Rozmowy nie były jednak boksem, a szkoda, bo walka na pięści miała klarowniejsze reguły albo miał do niej lepszą intuicję. W kłótniach często znajdował się na pozycji z góry przegranej. Na przykład teraz, gdy Daniel Dodge odpowiedział mu nieznośnym spokojem. Chyba ojcowie tak mają, ojc...czym też bywał spokojny gdy Felix przeżywał burzliwe emocje, ale to był po prostu Daniel Dodge i Caleb wcale nie chciał teraz jego wyjaśnień ani jego spokoju, chciał się pokłócić i trzasnąć drzwiami. Móc sobie wmówić, że skoro mężczyzna nie chciał go nigdy w swoim życiu to i on nie chce mieć z nim nic wspólnego. Od kilku dni roztrząsał zresztą ten dylemat, co jakiś czas chwytając za pióro z myślą, że może jego sowa odszuka Daniela Dodge. Ostatecznie papier pozostawał pusty, a Caleb nic nie zdecydował, a teraz może przeznaczenie (tudzież nieprzewidywalne mugolskie żelastwo) zdecydowało za niego.
Kierowca nagle jednak zdecydował się na względny spokój, a wyrzucane informacje... wcale nie uspokajały. Calebowi szumiało w uszach ze złości albo z powodu wypadku, a monolog był niczym jazda Daniela po mieście: zbyt szybki, zbyt intensywny, zbyt zaskakujący. Jaki ślub? Jakie więzienie? Nie chciało mu się w to wierzyć, nie od razu—i chyba będzie miał mnóstwo pytań, ale nie teraz (albo nigdy, bo teraz czuł, że nie powinien mieszać się już nigdy...). Przez jego twarz przemknął krótki, zaskoczony grymas, gdy usłyszał, że mamie wiecznie czegoś brakowało. To akurat była prawda, odczuł to już jako kilkulatek gdy wyprowadzali się z hodowli. Daniel Dodge nie wiedziałby tego o niej po... jednej nocy. Ani nawet po kilku nocach. Bo gdy mama czagoś chciała to potrafiła przeiceż być bardzo miła, a niecierpliwiła się dopiero po jakimś czasie...
Uśmiech, szloch, to już za wiele. Nie nadążał i nie chciał doprowadzić jego ani siebie do takiego stanu. Chciał tylko...
...won dudni mu w uszach, najgłośniej z tych wszystkich rewelacji i chyba powinien po prostu... wreszcie posłuchać. Świat rozmywał się trochę na krawędziach, ale udało mu się nawet nie zatoczyć na śmieszny słupek (bo zachwiał się w drugą stronę). Krok za krokiem i... może znajdzie kogoś z Fiuu, może powinien po prostu dotrzeć do Philippy. Polecała mu ostatnio jakąś uzdrowicielkę w Cardiff, może to będzie dyskretniejsze niż noc w Mungu. Ale oczywiście nie pamiętał kogo, bo choć prosił o adres na czarną godzinę to nie wziął karteczki z domu, psiakrew. Może dzisiejsza godzina nie była jednak tak czarna?
Odwrócił się trochę nieobecnie, gdy Daniel Dodge zaczął za nim krzyczeć.
- Zapłacę za to... - obrót to jednak było zbyt wiele, musiał podeprzeć się ściany. Oparł lewy bark o brudny mur, a lewą ręką nieobecnie wskazał na mugolski pojazd. Jak się to w ogóle nazywało? -...coś. Za szkody. - wymamrotał honorowo, bo pewnie o to chodziło. Bo chciał, żeby o to chodziło.
Tylko idiota by się jednak nie domyślił, nie po tych wszystkich słowach.
Caleb zarumienił się lekko i odwrócił wzrok.
Niby. Usłyszał głównie to słowo. Jakby Daniel Dodge miał jakieś wątpliwości albo nadzieję, że to nieprawda. Albo jakby Caleb był ropuchą z nieodpowiedniego miotu.
Sądząc po tym, co myślał o mamie... może miał wątpliwości. Albo uważał ją za nieodpowiedni miot, czy coś. Może znalazł sobie kobietę, która zawsze była zadowolona i miał z nią gromadkę dzieci, które zawsze były grzeczne.
- Mhm. - odmruknął niemrawo. Cofnąłby własne słowa, gdyby mógł, ale nie mógł. - Mam dwadzieścia cztery lata. - dodał z rezygnacją. Kręciło mu się w głowie.
- Nie. Tak. Nie wiem, nie o to chodzi. - skrzywił się, drugie pytanie wydało mu się jakieś protekcjonalne. - Mama nie wie, że... chyba nic nie wie. Nie chciała o tobie mówić, nazwisko znalazłem, bo przeczytałem listy ojca... ojczyma... jej męża. - wyjaśnił niechętnie, bo był mu chociaż winien wyjaśnienia, zapominając wspomnieć, że Diggory nie żyje. Za życia czytanie listów wydawało się trochę bardziej podstępne niż znalezienie ich w pudle.
Błądził spojrzeniem wszędzie, byle nie po twarzy Daniela Dodge. Wystarczyło, że widział jego trzęsące się dłonie i wcześniej zaciśnięte do białości knykcie. Jak samemu by się czuł, gdyby za dwadzieścia lat ktoś przypomniał mu o Felixie? (Darcy na pewno to zrobi, o ile nie zerwą kontaktu, a pewnie zerwą... Może zrobi to na grobie, w rocznicę, o ile będzie miał jaja tam iść...)
Źle, czułby się źle. Może nie powinien był mu przypominać. Nie wiedział, naprawdę nie wiedział, ale wyszło jak wyszło. Zawsze wychodziło jakoś głupio. Przymknął na sekundę oczy, bo chodnik zdawał się trochę wirować.
- Po prostu usłyszałem nazwisko na poczcie i byłem... ciekaw.- przyznał szczerze. - A dzisiaj to przypadek. - albo raczej bardzo nieprzepisowa jazda i bardzo nieprzepisowe przechodzenie przez ulicę, ale o tym nie wiedział.
- Pójdę już, nie będę... przeszkadzać. - zadecydował odruchowo, bo przez całe życie słyszał przecież żeby nie przeszkadzać. Ojc...czymowi, gdy czegokolwiek od niego chciał. Matce, gdy miała humor na ugotowanie obiadu. Felixowi, gdy snuł plany biznesowe i podrywał dziewczynę, która mu się podobała. Proszę bardzo, terz też nie będzie przeszkadzać. Chyba już wystarczająco dużo skomplikował.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
11-03-2026, 12:35
Dwadzieścia cztery lata temu myślałem, że byłem zakochany.
Bywałem szczęśliwy.
Razem - razem byliśmy huraganem, tornadem i tsunami, chaotyczni, głośni, tak jak uosobienie tych najgorszych niszczycielskich żywiołów. Przekreślaliśmy stare przyjaźnie, ja dla niej rozbijałem butelki na głowie, ona dla mnie udawała autostopowiczkę i groziła, że jak jej starszy chłopak dowie się o tym, co jej robię, to poćwiartuje mnie maczetą a szczątki rozpuści w kwasie, a na ciało nie będzie potrzebny nawet plastikowy, czarny worek. Wiedziała, że to lubię, jak się stawia i wyrywa, jak jej oczy płoną jak światełka na ulicy czerwonych latarni w Amsterdamie i lubiła ściskać mnie tak mocno, że aż puchły mi jaja.
Razem byliśmy bezmyślni.
Ona nie chciała brać eliksirów. Źle mi robią na cerę, tak mówiła, ogłaszając żałobę narodową za każdym razem, kiedy na jej czole pojawił się pryszcz-intruz. Ja nie chciałem wyciągać, bo było mi na to po prostu za dobrze. Ona nie chciała, żebym kończył na jej twarzy - to źle mi robi na cerę - powtarzała jak katarynka. Na cycki - też nie, mówiła, że czuje ten zapach i ma od niego mdłości. Za każdym razem mówiłem więc, że wyjmę, ale nigdy tego nie robiłem. Za każdym razem myślałem, że było warto; zalewałem ją tak w częstotliwości zmiennej ale satysfakcjonującej i raz po raz zastanawiałem się, czy coś jest z nią nie tak. Czy kiedyś będzie zdolna do tego, by urodzić mi dziecko. Albo czy kiedy mówi, że wychodzi, nie idzie ze swoją psiapsi na skrobankę gdzieś na Nokturn i ile kilkutygodniowych płodów, które mogły być chłopcem albo dziewczynką, skończyły w ściekach. Nigdy nie zapytałem: to była jej sprawa.
Dlaczego więc teraz, dlaczego TERAZ - dlaczego mam czuć, że obcy chłopaczyna w połowie jest mój?
Nigdy nie życzyłem sobie być ojcem; nie miałem nawet pod opieką byle zapchlonego kundla, a te, które czasem się przypałętywały, odchodziły same, bo karmiłem je słabo, a kiedy wkurwiały, kopałem.
Tego tu - skopać za łatwo. Ledwo przecież chodzi, ba, ledwo stoi, chwieje się i zatacza. Do pierwszego powiewu wiatru stoi na dwóch nogach jak mężczyzna, a jak zawieje - wyląduje na czterech i znowu dzieckiem będzie. Podobno moim.
Podobno, bo przecież go wcale nie poznaję. Jak niby bym miał? Zasycha mi w ustach jakbym wziął pigułę, szczeka pracuje, ślinianki wcale, jakie to małe i jakie perfidne - prosto w ryj walą we mnie cudze decyzje podjęte za mnie, tak, jakbym był ubezwłasnowolnionym obywatelem drugiej kategorii. No tak, teściowie nie przejmowali się ukrywaniem niechęci do mnie i tym, że zawsze wiedzieli lepiej, co jest a co nie jest dobre dla ich córuni.
A może mieli rację.
Uratowali dzieciaka przed klapsami na goły tyłek, ojca i matki ryczących na siebie nad kołyską. Obronili przed widokiem pijanego starego, awanturującego się o nowego sąsiada, który tylko wpadł, żeby się przedstawić i powiedzieć, że ma dwójkę szkrabów w podobnym wieku i zaproponować wspólny spacer wózkiem do Regent’s Park, a później napoleonki w kawiarence naprzeciwko kamienicy. Uchronili przed czytaniem książek przy świecach, bo odcinali nam prąd, kiedy zdarzyło mi się pół wypłaty przegrać w karty i na automatach, aż doszło do tego, że Geraldine wydzielała mi na papierosy i mugolskie metro.
Nigdy nie życzyłem sobie być ojcem.
Jestem nim? Muszę być? Co się zmienia, poza tym, że stoi przede mną z osiemdziesiąt parę kilo żywej wagi z moim kodem genetycznym, a mimo to obce i obojętne jak worki ziemniaków czekające pod Tesco na rozładunek do supermarketu. Milczę i palę tego papierosa za papierosem, a między nimi - niespotykane - łapie mnie atak kaszlu aż astmatycznego, który pierwszego lepszego zgiąłby w pół, ale przecież nie mnie. Pokrztuszę się, pokrztuszę i przejdzie samo, połknę dym, siarkę, smołę; najprościej byłoby też połknąć jego i udawać, że Caleb Diggory? Słucham? Przecież pierwsze słyszę o takim jegomościu. Ten ofiaruje się, że wypieści mi Marlenkę i wtedy pękam: kto to jest? Bo na pewno ani mój syn, ani syn pieprzonej Geraldine, chyba że to ojczym wychował go na miękką parówę. Jak mogła na to pozwolić? Jak mogła nie powiedzieć JEMU?
To wszystko te dobre intencje. Oszczędzić rozczarowania i przykrości, że prawdziwy tatuś był i się zmył, że był nierobem i złodziejem, że pił, bił i tym podobne; takie to wygodne.
– Miała swoje powody, co? Jak zawsze – ona się nie tłumaczyła. Ciskam peta na chodnik i zgniatam go butem, patrząc na smętny niedopałek na betonowej, popękanej płycie. – List. Jest coś więcej? Jakieś dokumenty? Akt urodzenia? Cokolwiek? – bo zaraz skorzystam z okazji i racji zahaczenia o Munga, wydam zaskórniaki na szybki test na ojcostwo. Przynajmniej zaczynam myśleć; majowe słońce praży mnie w plecy i marzę sobie o udarze cieplnym i zejściu na ulicy, obudzeniu się już w domu, z rumianą buzią Sandy w kształcie serca, która pochyla się nade mną i zmienia zimne kompresy na czole.
– Nie bądź głupi. Podwiozę cię do szpitala – decyduję, nie patrząc wcale na Caleba. Wracam do Marlenki, która wymaga reperacji i przeprosin, czułych słówek oraz opieki niestandardowej, zresztą tak jak i pasażer i kierowca. Jadę, trzymając się przepisów i ograniczeń, używam kierunkowskazów, przepuszczam pieszych nawet w miejscach do tego niewyznaczonych. W radio opowiadają o jakimś amerykańskim poecie-wizjonerze, więc kręcę gałką, robię głośniej i razem słuchamy Boba Dylana. Tak to leciało. Tak to się robi? Jest odchowany, powinno być prościej, więc dlaczego czuję się, jakbym trzymał na rękach niemowlę, które jeśli ścisnę za mocno, będzie mieć pod górkę z odkształconą główką?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:17 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.