• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > 11.10.1959 | Every Shadow Wiill Crave To Come Clean
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
05-12-2025, 21:43
[Obrazek: 02f71d18e73b1d06b09801c34bed3d76.jpg]
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
05-12-2025, 21:53
tw: wulgaryzmy, kontekst seksualny

Młode łebki gibią się do muzyki na żywo, choć niedostrojona gitara skrzypi niemiłosiernie, a basu nie słychać wcale a wcale. Piwniczne kluby na Camden, moje ulubione: ktoś, kto przychodzi tu z własnej woli powinien z urzędu zostać spisany na straty, uznany za niepoczytalnego, wsadzony w kaftan i wyposażony w gruby plik żółtych papierów. Tak: to wyjaśniałoby słabość do miejsca powoli, sukcesywnie, stopa za stopą przejmowanego przez Żółtki i ich tandetę. Prycham, jakby im nie wystarczyło, że mają Chinatown. Gdyby ktoś mnie spytał, to mi nie przeszkadzają: o ile siedzą w swoich garkuchniach, turlają sajgonki, kroją kapustę na tę słynną surówę i mówią po angielsku, bo skoro emigrowali, to niech się dostosują. Ruch lewostronny, gniazdka elektryczne na trzy bolce, szare wiewiórki, które jedzą ci z ręki w St. James Parku, witamy w Londynie, ale może lepiej się nie przyzwyczajać? Skośnych jeszcze da się zdzierżyć, czing-czang-czung, przynajmniej kłaniają się prawie w pas przed białym Anglikiem, a ich kobiety nauczone są moresu. Gorsi są Hindusi, którzy mnożą się chyba przez podział. W autobusie: Hindus. Na kasie w metalowym: Hindus. Zamiata ulice: Hindus. Przeżywam szok jak Vasco da Gama - czy ja widzę podwójnie? Czy mroczki przed oczami czy może bracia bliźniacy? Realnie to oni zabierają pracę uczciwie zarabiającym na chleb, choć o fuchę w naszej cudownej stolicy nigdy nie było prościej - pod warunkiem, że dajesz radę zasuwać prawie 50 godzin w tygodniu.
Ja bym dał, tylko po co? Od roku czterdziestka, w kolanach czasem strzyknie, w plecach łupnie, dysk wypadnie, bark się przestawi. Uzdrowiciel pomacha papierem, jeśli nie zapamiętam, że zdiagnozował sztywną soczewkę, to już się nie dowiem, co mi dolega - bo przecież nie odcyfruję hieroglifów na recepcie. Podziewam się tam, gdzie zawsze, to tu, to tam, stołując się u znajomych i ruchając się z ich żonami, kiedy oni są w biurze. Tak naprawdę wyświadczam im przysługę, bo gdyby nie ja, to oni musieliby to robić, a cały czas powtarzają mi, jak ich to obrzydza. “Daniel” - mówi mi Nigel, który jest księgowym w małym biurze rachunkowym daleko na Ealing. “Daniel, za każdym razem, kiedy idziemy do łóżka, ona owija się wokół mnie jak ośmiornica, tak ciasno, że nie mogę się ruszyć, jest śliska, pachnie wodorostami i ma pretensje, że mi nie staje. A jak ma mi stać, kiedy myślę o tym, że mam zabawiać się z jakimś śliskim głowonogiem?” - pyta Nigel, na co ja tylko kiwam głową ze współczuciem, klepię go po plecach i mówię, że doskonale wiem, jak to jest, chociaż nigdy nie miałem problemów z potencją, nie przeszkadzają mi ani morskie nuty w smaku, ani nawet macki. Kiedy nakrył nas pierwszy raz naprawdę się zdenerwował, pierwszy raz widziałem go w takim stanie: jego twarz zrobiła się czerwona jak flaga Rosji, napuchł cały, zaczął wrzeszczeć i grozić, że się zabije. Za drugim razem popłakał się, a za trzecim kazał mi przyjść za tydzień, bo zmienił zdanie i narobiłem mu ochoty. Wpadam do nich dalej raz na jakiś czas, ale Trudy już nie daje się posuwać tak chętnie, z czego wnioskuję, że naprawiłem mały problem Nigela. Ona jest mi kompletnie obojętna, właściwie nawet zaczynam rozumieć jej męża. Kiedy tylko otwiera usta, zaczyna niemiłosiernie nudzić, a że ma szparę między jedynkami, nie skupiam się na niczym poza chęcią wetknięcia w nią pięćdziesięciu pensów, żeby sprawdzić, czy wyda resztę. Nie mógłbym żyć z taką kobietą pod jednym dachem, nawet jeśli robi najpyszniejszy yorkshire pudding w całym hrabstwie. Mam na niego okropną ochotę, sam se nie zrobię, gotówy brakuje, więc łapię byle jaką chałturę, po której w najgorszym wypadku wyląduję na utrzymaniu państwa, w najlepszym, codziennie będę stołować się w restauracjach. Tam, gdzie sprzedają chińskie badziewie, tam, gdzie ledwo da się oddychać, bo chłopcy posmarowali pachy Old Spice’em (ja też), tam, gdzie huczy perkusja, a grajek zgubił stopę, siedzę i czekam. Na oklaski. Na grom z jasnego nieba. Na pół Francuzkę, która w swojej torebeczce chowa skarby, ponoć ręcznie robione, wytrawne i ze składników najwyższej jakości. Double-trouble, ciągnie mnie coś do trucicielek, uśmiecham się lejąco sam do siebie, gdy wspomnienie pierwszej żony i wieczornych kolek odtwarza się w pamięci w zamglonej jakości zniszczonej kasety VHS.
– Halo – bez pytania przysiadam się do barowego stołku, umówiliśmy się korespondencyjnie na papierosa za uchem. – Wymienimy się? – proponuję jej, niepozornej, młodziutkiej, już-już sięgając w kierunku rumianej buziuni. Chcę wiedzieć, z kim mam do czynienia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Manon Baudelaire
Śmierciożercy
normal is an illusion. what is normal for the spider is chaos for the fly.
Wiek
25
Zawód
alchemiczka w szpitalu św. munga
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
10
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
23
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
7
Brak karty postaci
03-01-2026, 17:07
Żądza pieniądza miała to do siebie, że zawsze wymagała poświęceń. Raz takich, raz innych, niemniej jednak to dzisiejsze, w postaci pojawienia się w głośnym, zatłoczonym lokalu, urosło w głowie Baudelaire do poziomu najczarniejszego scenariusza i największego problemu. Nie przywykła do takich miejsc, więc irytowało ją wszystko. Począwszy od noszącego rybne nuty zaduchu, przez spocone ciała próbujące coraz to zachłanniej sięgnąć i jej, porwać na smutne wyobrażenie o parkiecie, kończywszy na wynudzonym do granic możliwości barmanie, który przecierał szkło z pewnością wybrudzoną już ścierką, rozprowadzając nieskończoną ilość płynów ustrojowych i bakterii dalej. Cudownie urocze miejsce.
Przed poderwaniem się z wysokiego stołka, na którym siedziała przy barze, powstrzymuje ją właśnie chęć zarobku. Nie na tyle paląca, aby płaszczyć się przed byle ofertą — praca w szpitalu zapewniała jej bowiem całkiem niezły poziom życia, a w dodatku mogła liczyć na wciąż zachwyconego nią ojca i jeszcze bardziej przejętą matkę. To, co trzymała w wewnętrznych kieszeniach długiego, skórzanego płaszcza (teraz rozpiętego, przez co materiał, lejąc się wokół jej sylwetki tworzył coś na kształt kokonu) miało jednak zdecydowanie większą wartość, niż mikstury kręcone na etacie. Wolny rynek, zabawne, że prawie całe życie miała sprawy handlu i ekonomii w zupełnym poważaniu, a dziś — zaraz nawet — wplączą się one na stałe w linie jej losu.
Kątem oka dostrzegła ruch, gdzieś po swojej prawej stronie. Halo, bezpardonowe i niemal prostackie dla przyzwyczajonej do padających jej do stóp młodzików sprawiło, że Manon zwróciła twarz w stronę przeszkadzającego jej człowieka, posyłając mu od razu ostre, oceniające spojrzenie. Gdzieś od ud, które były jeszcze—jeszcze widoczne w mroku pod barem, w górę przez tułów, kończąc na twarzy. W tym samym czasie do jej uszu, ponad muzykę i odgłosy wyraźnej rozróby dochodzące z jakiejś odległości za jej plecami, przebiło się kolejne zdanie. Pytanie.
I jak na zawołanie, twarz młodej kobiety łagodnieje, bo i on ma za uchem wciśnięty papieros. To nie mógł być przypadek, umówili się na ten sygnał. Jest starszy, wyraźnie starszy, ale już na pierwszy rzut oka widać, że trzyma się całkiem nieźle. Pewnie trzyma się wręcz doskonale, jeżeli ma zdrowie spotykać się w takich miejscach i jeszcze żyje. Tyle dobrego, jeżeli poradził sobie tu, poradzi sobie na pewno w dostarczeniu kilku medykamentów pod różne adresy.
— Moment — bo choć jej mimika sprawia wrażenie zachęcającej do dalszego kontaktu, dłoń ułożona wcześniej na udzie nagle wystrzeliła do góry, robiąc za barierę pomiędzy dwoma ciałami. W uśmiechu młodej kobiety błysnęły zęby, drapieżnie, ale zachęcająco zarazem — sprzeczny sygnał z ręką, która nakazywała zatrzymanie się w powziętych zamiarach. Ta sama ręka zaraz trafiła za ucho Manon, palce złapały ostrożnie papieros, którego — bez odrywania od nieznajomego kontaktu wzrokowego — wsunęła między swoje potraktowane czerwienią szminki wargi. Ich ślad zostawiła na filtrze, jak podpis, dopiero wtedy gotowa była do wymiany. — Już myślałam, że mnie wystawisz i umrę z nudów — westchnęła ciężko, choć w jej głosie kryła się nuta rozbawienia. Gdyby faktycznie to zrobił, poruszyłaby niebo i ziemię, zajrzała pod każdy kamień w poszukiwaniu nieznajomego mężczyzny, który miał czelność wystawić ją do wiatru. Jeżeli czegoś nie lubiła bardziej niż chaotycznych, zatłoczonych spelun gdzieś na Camden, to braku poszanowania dla niej i jej czasu.
— Myślałam, że będziesz młodszy — dodała po chwili, tym razem pozwalając sobie na rozluźnienie napiętej do tej pory linii ramion. Słowa te były wyłącznie podzieleniem się pierwotnym założeniem, nie miały w sobie nawet grama (co w przypadku Manon było szczególnie dziwne) oceny. Ot, po prostu spodziewała się zobaczyć dziś ze zdesperowanym chłystkiem, który zdolny byłby chwycić się każdej pracy, byleby mieć gdzie spać i co wsadzić do gęby. Tacy jednak wzbudzali podejrzenia, gdy szlajali się w miejscach, do których nie pasowali. Siedzący obok niej mężczyzna nie był nawet stary, wyglądał nawet porządnie. Jeżeli się dobrze spisze, może będą spotykać się częściej. — Spragniony?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
03-01-2026, 20:06
Z kobiecych ust pada komenda - rzadkość. Takie słyszy się u lekarza, kiedy niemiłe pielęgniarki, mające dość nazywania ich siostrami i podpatrywaniom, co chowają pod białymi mundurkami, żądają od czekających w ogonku pacjentów ręki do pobrania krwi i robią to nadzwyczaj grubiańskim tonem. Intryguje mnie to na tyle, że faktycznie zatrzymuję się na jej rozkaz. Ba, robię krok w tył, by przestrzeń między nami miała szansę naprawdę wybrzmieć, a ciała zakosztować separacji w miejscu, w którym tarcie to naturalna kolej rzeczy. Trwamy tak chwilę, od lewej: ona, jej dłoń i ja, bliżej dziewczyny bar, bliżej mnie, niska scena i trzeszczące głośniki. Uśmiecha się do mnie, to znaczy, że rozpoznaje nasz prosty kod albo po prostu chce popisać się perfekcyjną budową szczęki i idealnie równymi zębami. Moje może nie są tak białe, ale za to bardzo mocne, kapsel za kapslem, dotąd nie połamały się na tuzinach browarów, które nimi otwieram. Z braku laku, z braku otwieracza, z nudy albo żeby komuś zaimponować. Zapalniczka to nie to samo. Też jest cool, ale nie robi tego efektu wow. Co z tego, że to zmaganie typu ja i butelka piwa (pinta poniżej trzech minut), skoro radzę sobie z nią sauté, to znaczy bez niczego, bez narzędzi i bez pomocy. O czym to świadczy, już, proszę, służę - na mnie można polegać. A na niej, zawiesić wzrok, który prześlizgnie się oceniająco od ściągniętych policzków po bezkształtną sylwetkę utopioną w długim płaszczu, który podsuwa mi myśli, że ta rzekomo Francuzka tak naprawdę pracuje dla KGB, a handel substancjami niedozwolonymi ma pomóc pokryć jej długi, których nabawiła się poznając zachodni styl życia. Lalunia rozwiera usta i obejmuje papierosa jakby obejmowała członka i tak samo zostawia na nim czerwone ślady szminki - założę się, że ma doświadczenie.
– Słonko, chyba nie wiesz, z kim masz do czynienia – mruczę, chyląc przed nią kapelusza, który za moment ląduje na barze, sugerując, że miejsca obok są zajęte. – Solidna firma. Daniel Dodge – przedstawiam się i wyciągam ku niej papierosa. Z ręki do ręki, ale też z ust do ust; pierwszy pozwalam, by wsunęła ćmika między moje wargi, a za tę usługę niemalże od razu odwdzięczam się ogniem. Srebrna zapalniczka robi klik-klak, zębatka trze o kamień, a wraz z pojawieniem się płomienia w nosie zaczyna kręcić od zapachu benzyny. I tak wszystko zaczyna płonąć.
– Myślałem, że będziesz ładniejsza – odpowiadam lekceważąco i świszcząco zaciągam się  papierosem. – Wygląda więc na to, że oboje jesteśmy rozczarowani – wyciągam wnioski, jakbym zajmował się matematycznym stwierdzeniem na sympozjum pełnym kolegów-naukowców, przed którymi należy wypaść co najmniej przyzwoicie i zaciekawić ich - nawet, jeśli nie dokonuję przełomu. – Na całe szczęście to nie jest randka w ciemno – dodaję prawie łagodnie, po przyjacielsku poklepując dłoń brunetki. Daję znak, że nie chowam urazy - dwa plus dwa to cztery, wszystko musi być czarno na białym, każda sygnatura, stempel, woskowa pieczęć pasować do zadeklarowanego rodzaju umowy i nazwiska na kopiowanym papierze. Mój wiek i kształt jej nosa, doprawdy, thank u next - o tym, że wolę blondynki opowiadam chłopakom, gdy już jesteśmy po robocie, telefony nie dzwonią, a my turlamy suszone kwiaty i korzenie na otwartych stronach Playboya, żeby połączyć przyjemne z pożytecznym. – Napijmy się – decyduję, kiwając na barmana, czop-czop, barowe ćmy spłynęły ku reflektorom, ten gatunek bardziej niż do światła ciągnie do frajerskich muzyków, których kariera narodzi się i umrze dokładnie w tym samym miejscu. – Ale rączki przy sobie. Wolałbym, żeby nic ci nie zadrżało – oblizuję wargi, zlizując z nich resztkę szminki, odbitej po ściągnięciu paru buchów ze zdobycznego papierosa. – Ponoć sprzedajesz cztery plus jeden gratis – zagaduję, gdy stoją przed nami drinki naszego wyboru. Z czystej przekory wybieram dirty martini: panu z brodą nie robi się jednak wstyd z powodu tej szmaty, ale przynajmniej zostaje mi oliwka na małą przekąskę. Poza tym: dziś na kolację będzie głód. – Wycofaj się z tego po kilku dostawach – zniżka dla stałych klientów i owszem, ale panie, to w hurcie, a nie przy towarze niemal luksusowym, a na pewno: niedostępnym nawet na receptę w pierwszej lepszej aptece, gdzie zasłaniają się klauzulą sumienia. – Chyba że jesteś z tych, co po prostu potrzebują adrenaliny, masz za dużo czasu wolnego, a składniki dostają nóg i uciekają z pracowni – dumam, bo to początkowo mi umyka. Włosy ma umyte, ubranie pachnie świeżym praniem, nawet cerę ma zdrową - piwniczną bladość przypisuję fachowi, a nie przetrzymywaniu wbrew woli przez kilka miesięcy w pudle rozkładanej wersalki. Wniosek, kolejny tego wieczora - pieniędzy desperacko nie potrzebuje. – Tak czy siak. Po co dawać się ruchać? – ilu pośredników między nami? Szczerzę zęby, bo chyba mam dla niej ofertę nie do odrzucenia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Manon Baudelaire
Śmierciożercy
normal is an illusion. what is normal for the spider is chaos for the fly.
Wiek
25
Zawód
alchemiczka w szpitalu św. munga
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
10
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
23
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
7
Brak karty postaci
17-01-2026, 11:15
Oczywiście, że kobieta wydająca polecenia mogła być postrzegana jako rzadkość — zwłaszcza w miejscach takie jak te. Manon wierzyła jednak w siłę pierwszego wrażenia — bardzo dobrze było wiedzieć od samego początku, z jakim człowiekiem miało się do czynienia. Nie zamierzała pozwalać, żeby w czyjejkolwiek głowie nawet na moment pojawił się pomysł, że mogłaby pozwolić sobie na błędną wiarę w czyjeś, bo przecież nie tylko męskie, zamiary. Była panią własnego losu, w dodatku przekonaną o tym, że to ona w trakcie ich małego spotkania miała rozdawać karty — bo przecież to pieniądz rządził światem i ona mogła go zaoferować pośrednikowi. Z rozbawionym drżeniem kącików ust przyglądała się więc Danielowi, gdy nie tylko powstrzymał się przed dalszym nachyleniem, ale w dodatku zwiększył dystans między nimi, wykonując krok w tył. Znów przyszło jej przyznać przed samą sobą to, jak bardzo dużą słabość miała do mężczyzn posłusznych i użytecznych. Może nie byli przy tym najbardziej ekscytującym typem mężczyzny, ale mogli liczyć na wyjątkowe względy panny Baudelaire. Oczywiście, gdy zostaną wcześniej przez nią oswojeni, obcym czy bezpańskim psom nie podkładała ręki pod pysk, tyle rozsądku jeszcze w sobie miała.
W pewnej chwili — tej wybranej przez Daniela na moment przedstawienia się — łokieć Manon ląduje na barze, a jej policzek opiera się o wewnętrzną część jej dłoni. Zaciekawił ją bowiem ten przerysowany artyzm na tyle, aby pierwszą myślą połączoną z Danielem Dodge było ciekawe, a nie coś bardziej odpowiedniego na te okoliczności, znajdujące swoje uzasadnienie w chwilowych wybuchach paranoi kobiety pytanie czy on robi sobie ze mnie jaja?. Na ten moment wolała bowiem myśleć, że odpowiedź była przecząca. Nic nie działało jej na nerwy tak mocno, jak zrozumienie, że ktoś mógł nie traktować jej poważnie. Nawet spóźnienia spadały wtedy na niższy stopień podium najmniej lubianych zjawisk związanych z drugim człowiekiem.
- Mów mi po imieniu, Manon - zdążyła wypowiedzieć, nim dotarło do niej, że maczając palce w sektorze skądinąd nielegalnych specyfików, nie powinna raczej tak chętnie dzielić się swoimi personaliami. Siedzący obok niej jegomość nie wyglądał na magipolicjanta. Ale dobrzy magipolicjanci co do zasady nie wyglądali na wykonujących swój zawód, inaczej ciężej byłoby im wykonywać swoje obowiązki. Marną namiastką spokoju pozostawał więc fakt, że w porę ugryzła się w język i nie podała mu swojego nazwiska. Jeżeli da się przyskrzynić i ją wsypie, będą mogli szukać wyłącznie Manon, brunetki w za dużym płaszczu. Płaszcz można zdjąć, kolor włosów prosto zmienić zaklęciem. Może pasowałby jej blond?
Wcześniej goszczący w jej ustach papieros odnajduje bez problemu drogę do ust Daniela, a wolna na sekundę dłoń zaraz odbiera papierosa od mężczyzny, nie cofając się do swej właścicielki przed jego odpaleniem. Już z papierosem w ustach nie może powstrzymać się od śmiechu, gdzieś w zewnętrznych kącikach oczu zakręciły się jej łzy. - Masz poczucie humoru, podoba mi się - bo to przecież nic innego jak tania prowokacja, czyż nie? Była zbyt pewna siebie, zbyt pewna swojej urody, by uszczypliwa uwaga odnośnie jej wyglądu mogła strącić ją z zajmowanego piedestału. Jednym ruchem odgarnęła ciemne włosy na bok, by potem zaciągnąć się papierosem, chmura szarawego, drapiącego dymu wydostała się spomiędzy jej warg w dół przestrzeni między nimi. Myśli, chwilowo znikające gdzieś poza cholernie głośny budynek (ledwo mogła je zebrać, na następne spotkanie to ona musi zaprosić go gdzieś, gdzie łatwiej było myśleć), powróciły do niego, gdy poczuła dłoń mężczyzny poklepującą jej własną. - Mam nadzieję, że nie zapraszasz tutaj żony, zasługuje na coś lepszego - kolejny strzał na ślepo i kolejne założenie oparte na jego wieku. Właściwie chyba nie zwróciła uwagi na to, czy miał na palcu obrączkę, czy nie. No cóż, może i tym razem dość szybko wyprowadzi ją z błędu.
Pozwoliła mu bowiem przejąć inicjatywę, wtrącając się tylko na moment, aby oświadczyć, że najchętniej napije się akurat whiskey sour.
- Chyba trafiłam na specjalistę? - zaczęła wreszcie, znad białawej pianki drinka, unosząc pytająco brwi. Brzm,i jakby faktycznie wiedział nie tylko o prawidłach rynku legalnego, ale też jej niezbyt praworządnej części. Miał rację, to był jej szczęśliwy dzień. Trafił się jej, nieopierzonej i jeszcze z deka naiwnej młodej dziewczynie prawdziwy ekspert, za taką wiedzę trzeba sobie często słono płacić. A skoro miała dziś szczęście, czemu nie skorzystać z niego znowu? Kolejna chmura dymu, kwaśny posmak koktajlu, tyle jej było trzeba, aby wychyliła się ku niemu ze swojego barowego stołka, zielone oczy kobiety szukały w tym czasie jego spojrzenia. - Zakładam, że masz pomysł na to, jak nie dawać się ruchać. Ile chcesz za podzielenie się nim?
Język faktów wyjątkowo dobrze współpracował z językiem pieniądza. Jeszcze większe efekty przynosił, gdy druga strona już uśmiechała się szeroko, chyba czekając, aż usłyszy podobną propozycję.
by the pricking of my thumbs, something wicked this way comes
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
17-01-2026, 13:11
Wiedźmy, hetery, mamusie dorosłych dzieci, albo panie domu, najpopularniejsze typy kobiet, równolegle o najgorszych sylwetkach, zmienionych przez liczne ciąże, donoszone czy też nie i pieczone w kółko ciasta, torty i kręcone leguminy. Pierwszy talerz oczywiście należy się mężowi, ale przecież trzeba sprawdzić, czy słodki krem jest odpowiednio słodki, biszkopt idealnie puszysty i tak cyferki na wadze lecą w dół. Mężulek zjada desery i pokornie przyjmuje do wiadomości fakt, że sprzedał za podwieczorek swoją rączą łanię i już codziennie w głównej sypialni będzie kładł się obok hipopotamicy, która samodzielnie nie zapnie sobie pasa od pończoch. Ponad piętnaście lat mija od zakończenia wojny, facetów w Londynie nadal jest mniej, co mi osobiście niezwykle odpowiada. Mamy większy wybór, a jednocześnie łatwiej nam być dobrą partią. Stały dochód, poza tym? Dobrze by było, nie mieć zgniłych dziąseł, co powoduje brzydki zapach z ust, móc pochwalić się wszystkimi kończynami (powojenne czasy, to ważne!) i zadeklarować się z piciem maksymalnie trzech piw dziennie, nie licząc weekendów. Takie wymagania (właściwie ich brak) to jak krzyżyk na drogę, błogosławieństwo z gatunku szczerych i wymodlonych na kolanach pod statuą Jezusa i Matki Bożej. Stąd, znowu dziwi mnie niezmiernie, że czarodzieje nie zaadaptowali na swe potrzeby żadnej religii: potencjał sekciarski rozpala wiarę nawet w kimś takim jak ja. Na przykład - wiarę w to, że nie ma przypadków, a mój los splata się ciasno z losem osób przynajmniej interesujących. Więc kobieta: nie jest ani gosposią, ani Babą Jagą, która nie ma brodawek na nosie, tylko nos na brodawkach, nie jest nawet pewnie w wieku adekwatnym, by w niektórych krajach spożywać alkohol. I ma tupet, a papieros który spalam to nie jeden z tych pedalskich cieniasów. Pozwalam sobie na uśmiech.
– Słonko ci nie odpowiada? – zagaduję, akurat to i tak nie ma znaczenia, podobnie jak jej imię. Prawdziwe? Brzmi francusko, więc rejestruję takie podobieństwo, czarny rynek i tak w swoim czasie dopomni się o personalia, ewentualnie o głowę. Optymistycznie jednak lepiej wyczekiwać gratulacji, szepczącej renomy, krążących pytań, o siebie. Cicha, szemrząca sława łechcze dumę niemal identycznie jak gwiazda na Alei Sław w Hollywood, pławi się w niej równie przyjemnie, wygrzewa jak na pełnym słońcu na plaży na Hawajach, które od kilku lat są już pełnoprawnym stanem.
–Chyba nie usłyszałem. Podoba…m ci się? – prowokuję dziunię, patrząc, jak nonszalancko bawi się włosami, a jej obraz rozmywa się za ciężkawą chmurą szarego dymu. Twarz, już mało istotna, pozostaje mi więc jej sylwetka, zgrabna noga narzucona jedna na drugą, pojedynczy obcas opierający się o barowe siedzenie, lekko pochylone plecy, ku mnie, w moją stronę, by szeptać brudne sekreciki nielegalnej, domowej produkcji zamkniętej w dziecięcym pokoiku. Pewnie nie miała tam remontu od zakończenia szkoły, różowe ściany, fioletowe, włochate dywany, które wyglądają jak skóra zdarta z przerośniętego puszka pigmejskiego, śnieżna kula z baletnicą, śledziona szczuroszczeta na białym, kolonialnym biureczku i opieczętowana fiolka eliksiru, który ojca pozbawi problemu, a nastoletniej matce zaaplikuje koszmary i ssące poczucie winy. – Tak się składam, że nie mam żony, Manon – oświecam ją powolutku. Moja dłoń na jej dłoni - na razie zostaje na miejscu, ale za to znaleźliśmy sobie powód do toastu. – A gdybym nawet miał… – zastanawiam się na głos, tak tylko rozważam – czy to by coś zmieniło? – pytam, autentycznie ciekawy kobiecej solidarności w czasach, kiedy rozpłodowy samiec to towar deficytowy, cenniejszy niż to, co tam chowa w swojej torbie. – Tutaj nikt nie podsłucha. Nie znoszę Camden, wiesz – zwierzam się, pokazując jej siebie kawałek po kawałku, w międzyczasie dopijając drinka i połykając oliwkę. Finisz jest taki, jak powinien być, czyli słono-wytrawny.
– Chyba. Może. Zależy. Owszem – odpowiadam, a wykałaczką, smutną pozostałością po oliwce, oczyszczam przestrzeń między górną lewą jedynką i dwójką. Patyczek ląduje w wysokim kieliszku, a ja wracam do papierosa. Powoli.
– To, co mi przyniosłaś. Mam to dostarczyć do Shyverwretcha – taka była umowa. Początkowo. – Zapłaci ci galeona za sztukę, a sam sprzeda po pięć, nadążasz –  opłaca lokal, naftę do lamp i ochroniarza, który wygląda, jakby płynęła w nim krew trolli, więc musi mieć przebitkę. – Albo możemy to zrobić bez niego. Ty i ja. Masz czyste ręce i większy zysk. Dzielimy się po połowie – proponuję, a gestem poganiam kelnera do nalania mi kolejnej kolejki. Opijam sukces czy co? Shyverwretch zapyta, co z towarem, powiem, że wpadł mi do rzeki, pies na nim usiadł, albo po ludzku - żeby się nie interesował, bo kociej mordy dostanie. Nielegalne substancje w kieszeniach nie ciążą tak, jak się wydaje. W każdym razie, można się do tego przyzwyczaić i… dziwnie czuć się bez niego. – Stoi?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Manon Baudelaire
Śmierciożercy
normal is an illusion. what is normal for the spider is chaos for the fly.
Wiek
25
Zawód
alchemiczka w szpitalu św. munga
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
10
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
23
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
7
Brak karty postaci
18-01-2026, 13:37
— Nazwałbyś swojego szefa słonko? — rozbawienie nie mogło opuścić ciała Manon, tym bardziej w chwili wypowiadania pytania-kontry. Nie czekała jednak na jego odpowiedź, w ich krótkiej relacji było już szczególnie wiele rzeczy, które każda ze stron uznała za „bez znaczenia”. Może to i lepiej, ścisłe trzymanie się tego, że choć mogli spędzić ze sobą czas w relatywnie przyjemnej atmosferze, to i tak chodziło im tylko o biznes, miało co do zasady przynieść im wyłącznie korzyści; najlepiej, oczywiście, obopólne. Dlatego też, zamiast oburzyć się na następne słowa mężczyzny, posłała mu oczko, może widoczne, a może nie, spomiędzy unoszących się wciąż wokół nich smug dymu. — Nawet trochę. Ale to nie konkurs piękności, więc nie powinno mieć znaczenia, prawda? — znów schowała się za szklanką z drinkiem, zastanawiając się jednocześnie, jakim cudem ten pochodzący z nie wiadomo skąd człowiek, o którym nie wiedziała nic, a powinna podejrzewać prawdopodobnie o wszystko (tak przynajmniej kazałby zdrowy rozsądek, ale Manon miała dwadzieścia dwa lata i o połowę mniej życiowego doświadczenia w porównaniu do siebie za trzy lata), wprowadził ją w tak szampański nastrój. Ciężko było przyznać to przed samą sobą, ale naprawdę — nie pamiętała ostatniego razu, gdy czuła się tak lekko i prawie—swobodnie w czyimś towarzystwie. Czy to wszystko mogło być sprawką Daniela Dodge, czy może wreszcie do głosu doszło jej własna, duszona gdzieś w trzewiach ekscytacja, że oto wreszcie wykona kolejny krok na swojej drodze, że wreszcie przy pomocy jej mikstur, jej rąk, jej samej wydarzy się coś, co w teorii nie powinno mieć miejsca? Że wreszcie skończy o tym fantazjować, a w rzeczy samej splami swoje sumienie czernią zbrodni? Jeszcze nie bezpośredniej. Jeszcze nie takiej, której smak czuć mogłaby na języku, która stroszyłaby włoski na każdym milimetrze jej ciała i przyprawiała o gęsią skórkę — póki co, jeszcze, tylko takiej, która pachniała jak suszone diabelskie sidła, jak piołunowa nalewka zmieszana z krwią szpiczaka, która wyglądała jak rozwarta siłą wężowa paszcza i skapujący ze sztyletów gadzich kłów jad. Jest z nią, z Manon, coś fundamentalnie nie tak. Ale Daniel, cokolwiek by o nim nie powiedzieć, nie pyta dlaczego, tylko za ile i to samo w sobie sprawiło, że zyskał w jej oczach zaskakująco szybko.
Gdy zdradził jej, że nie miał żony, nie spojrzała na niego ze współczuciem. Może powinna, ale nie potrafiła się na to zdobyć. Bo właściwie czego mogłaby w tej chwili żałować? Swojego nietrafionego ponownie założenia, czy może szeregu prawdopodobnych powodów stanu cywilnego pośrednika? Dopiero po krótkiej chwili opuściła nieco głowę w dół, patrząc teraz na mężczyznę delikatnie spod byka, choć w dalszym ciągu z uśmiechem na potraktowanych szminką ustach.
— Wiele. Nie rozbijam małżeństw — odpowiedziała, gdy wciąż trwali w kontakcie cielesnym, jedna dłoń na drugiej dłoni. — A poza tym, gdybyś wpadł, nie zamierzam wysłuchiwać żali obcej mi kobiety, że jak ona sobie teraz poradzi bez ciebie — zakończyła poważniejszym tonem, pierwszy raz od jakiegoś czasu. Nie lubiła, gdy robota i biznes przenikały się ze strefą prywatną, czy to jej, czy jej współpracowników. Zawsze oznaczało to element ludzki, który w jakiś sposób zmuszał — przynajmniej przez wkładane latami do głowy ideały zachowań, tego, co przystało, a co nie — do przejęcia, nawet udawanego, ale zawsze, współczucia i — to z kolei wydawało się być najgorsze ze wszystkiego — marnowania zasobów. Ble. Nigdy.
Dlatego z pewną ulgą przyjęła, że znowu wrócili rozmową na interesujący ją tor. Wykiwanie Shyverwretcha, bo tak nazwała to w swojej głowie, wydawało się szczególnie kuszące, zwłaszcza, że wytknięta przebitka między cenami jej specyfików dotknęła tej części duszy każdego szumnie nazywającego się biznesmenem, która fundamentalnie nie zgadzała się na to, aby ktokolwiek wyszedł na dziele jego rąk lepiej, niż on sam. Słuchała więc Daniela z uwagą, raz za razem mrużąc nieco oczy, czy marszcząc brwi w wyraźnej oznace zamyślenia. Nie wiedziała o takich sprawkach czy wycenach właściwie niczego, przynajmniej jeszcze, ale propozycja wydawała jej się zbyt dobra, aby można było ją odrzucić. Oczywiście potrzebowała tylko odrobinę dopasować ją do swoich potrzeb. Hojność nie była jej przesadnie mocną stroną.
— Dzielimy się pięćdziesiąt pięć na czterdzieści pięć — oznajmiła twardo, obracając swą dłoń, wciąż będącą pod przykryciem jego tak, aby wnętrza ich dłoni zetknęły się ze sobą. Zacisnęła swoje palce na jego ręce, bo przecież właśnie ubijali targu. A żadne biznesowe ustalenia nie były ważne przed uściskiem dłoni, prawda? — Bardzo cię wykastruję, gdy postawię ci kolejkę? —spytała jeszcze, ledwie powstrzymując uśmiech. Najchętniej zrobiłaby to bez pytania, ale mężczyźni, których znała, potrafili zachowywać się doprawdy przedziwnie, gdy kobieta chciała za coś zapłacić.
by the pricking of my thumbs, something wicked this way comes
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
18-01-2026, 19:06
Coś pomiędzy prychnięciem a ochrypłym śmiechem wydobywa się z mojego gardła, nie panuję nad tym, bo Manon mnie zaskakuje. I to, chyba właśnie to sprawia, że jeszcze patrzę na nią z umiarkowaną, acz systematycznie rosnącą sympatią. Ludzie w Londynie są tak kurewsko nudni, że każdy odchył od normy, nieważne w którą stronę, wydaje mi się szalenie pociągający.
– Wyjaśnijmy sobie coś, słonko – kawa na ławę, choć jeśli ktoś w takim miejscu stwierdza, że napiłby się akurat americano, to ma nierówno pod sufitem, brak mu piątej klepki i tak dalej. Zalewajka udająca małą czarną zostawia pewnie w gębie posmak zawilgłej szmaty, którą barman właśnie wyciera lepki kontuar - czuję ją, kręcąc się na barowym stołku z pół metra dalej. – Ty potrzebujesz mnie. Ja potrzebuję ciebie – przerywam, żeby leniwie zaciągnąć się papierosem. Palę tyle, że gdyby ćmik przyrósłby mi na stałe do dłoni, nie zrobiłoby to większej różnicy, bo zdarza się, że nawet pod prysznicem sięgam po deserek dla dorosłych. A potem myję zęby. – Oboje mamy wobec siebie zobowiązania. Bo widzisz, jeśli się okaże, że twój towar gówno robi – przerywam dla większego dramatycznego efektu, no i żeby podrapać się po łokciu, który następnie opieram o kontuar, wracamy. – To wtedy ja będę rozliczać ciebie – przechylam głowę, żeby obejrzeć sobie lalunię spod innego kąta i zyskać nową perspektywę. Własne, nieco popękane wargi gnę w nieprzyjemnym uśmiechu: czy panienkę z dobrego domu nauczono, że czyny mają konsekwencje? – Ale jeśli tak ci się podoba, mogę ci mówić szefowo, czemu nie? – godzę się miękko, dodając przezwisko do długiej listy zdrobnień i pseudonimów, którymi raczę napotkane na swej drodze kobiety. Zwykle kręcę się wokół paru motywów, a więc słodycze (pączuszki, eklerki, cukiereczki), zwierzątka (żabki, rybeńki, sikoreczki) albo drogie kamienie (złotka, perełki). Szefowa. Szczerzę zęby jeszcze szerzej, na tym anatomicznym etapie może już poddać oględzinom moje migdałki - i jak na razie, to wszystko. Zainteresowanie młodszej ode mnie, o ile - ze dwadzieścia lat co najmniej? - dupy schlebia, lecz nie na tyle, bym nagle ocipiał i zapomniał o interesach. Najpierw obowiązki, potem przyjemności, a może odwrotnie, a może to nie ma znaczenia, a może zaraz zaprowadzę ją do toalety albo na tylne siedzenie auta zaparkowanego dwie przecznice dalej. – Na całe szczęście. Twarzą bym nie zarobił na życie – rechoczę i rozluźniam się już całkowicie, napięcie znika z barków, ulga rozlewa się po karku, bo wszystkie znaki na niebie, ziemi i w studenckim klubie świadczą o tym, że bilans dzisiejszego wieczoru oznaczę podwójnym zielonym ptaszkiem. Zaliczone i… zaliczona. Jej uszminkowane usta zaczynają się ruszać, zaczynam je śledzić, a nawet słuchać, no i cóż, strike, nie pierwszy, lecz rozczarowujący. – Och, skarbie, słychać, że jeszcze nie miałaś okazji – machinalnie gładzę ją po dłoni, przejeżdżam swoimi palcami po jej palcach i zastanawiam się, czy gdybym wziął je do ust i possał, poczułbym różane mydło w kostce czy raczej żabi skrzek albo inne ingrediencje, które pomimo szorowania dłoni, na dobre wżarły się w jej skórę. Ciekawe, czy ślęcząc kolejną godzinę nad roboczym blatem, myślała o zapachach, czy opłukiwała się godzinami, naśladując Raskolnikowa i podejmując próbę, która dla niewtajemniczonych wyglądała jak chęć utopienia się pod prysznicem. – Kochanki nie rozbijają małżeństw. Kochanki pozwalają im trwać – dzielę się z Manon skrawkiem męskiego świata, który funkcjonuje w oparciu o rygorystyczne zasady przetrwania. A kto o zdrowych zmysłach w dobie kredytów hipotecznych, napływających imigrantów i kryzysie przemysłu zbrojeniowego zamienia żonkę w domu na kocicę w worku? – Jeśli kiedyś jakiś facet ci obieca, że zostawi dla ciebie rodzinę, to kłamie w żywe oczy – bezlitośnie punktuję społeczeństwo, tę jego część, którą reprezentuję z wielką przyjemnością – Żony albo wiedzą i przymykają oko, albo raz na dwa tygodnie robią awanturę, ale wiesz, nigdy nie chcą konfrontacji. Boją się, tak paskudnie się boją, że ta nowa jest od nich młodsza, ładniejsza i szczuplejsza – ciągnę, sączę martini, jakbyśmy dyskutowali co najmniej w salonie towarzyskim; profil spotkania się zmienił, więc dopasowuję skórę jak kameleon, zdolny w ciągu dziesięciu sekund przedstawić jej ryzyko inwestowania w akcje groszowe a zaraz potem dać wykład z psychologii relacji. –Wiedzą, że mają racje, trochę są ciekawe, ale jednocześnie czują, że to one wygrywają, bo to do nich te kutasy wracają, kupują kwiaty i prezenty na przeprosiny. To one noszą obrączki i ich nazwiska, to z nimi mają dzieci, rozumiesz? Z drugiej strony, czują się winne, chciałyby nawet podziękować: bo już nie muszą uprawiać seksu, który był niesatysfakcjonujący, naprawdę żałosny, nie muszą brać tabletek antykoncepcyjnych i udawać orgazmów – wiem to wszystko i wcale nie z telewizji. W Phoenix raz przyszło mi mieszkać w motelu, gdzie ściany były chyba z kartonu po płatkach śniadaniowych i tym sposobem rozpoznawałem sąsiadów po tym, jak chrapali. Znałem listy ich zakupów, numery ubezpieczeń dzieci, historię leczenia kolana pana Williamsona, a także imiona kochanek. Pamiętam, że jedna z nich, CeCe naprawdę miała czym oddychać. Oprócz tego: jeżdżąc metrem słyszę strzępki rozmów, które czasem zapisuję w notesie, jeśli padnie w nich choć jedno słowo, które akurat uznam za inspirujące. Kiedyś się dziwiłem, że ludzie nie obawiają się, że zostaną przyłapani na gorącym uczynku, teraz jestem już mądrzejszy i wiem, że oni chcą zostać złapani. Chcą, żeby ktoś złapał ich za rękę, wykręcił ucho, powiedział, że robią źle. Oni oczywiście zdają sobie z tego sprawę doskonale, po prostu, jak to ludzie mają w zwyczaju, wolą, żeby odpowiedzialność przeszła na kogoś innego.
– Stoi – odpowiadam, ściskając dłoń Manon. Liczby i chłód jej dłoni wyrywają mnie z niemoralnego kołowrotka, który rozbujał się już na dobre - uwierzcie, dopiero się rozkręcałem. – A gdybym czegoś potrzebował, płacę tylko za składniki – dodaję, drobny druczek do naszej umowy. Nie zbiednieje od tego. A propos. – Gdybyśmy byli na randce, owszem – już patrzę, gdzie podział się barman, bo okazje lubią się wymykać, nawet, a zwłaszcza wtedy, gdy skóra na niedźwiedziu już dawno podzielona. – Więc bardzo dobrze, że to nie randka – kwituję, zna moje zamówienie. Druga oliwka kończy żywot ściśnięta między klawiaturą zębów, rozcieram jędrną, zieloną skórkę na marny pył, a dłonią sięgam za jej ucho. Nie, nie po to, by odgarnąć opadającego loka. Oferuję jej po prostu kolejnego papierosa z wyraźnym zamysłem, będzie na później.[/b]
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Manon Baudelaire
Śmierciożercy
normal is an illusion. what is normal for the spider is chaos for the fly.
Wiek
25
Zawód
alchemiczka w szpitalu św. munga
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
10
OPCM
Transmutacja
4
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
23
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
7
Brak karty postaci
19-01-2026, 19:28
Protekcjonalny ton niespodziewanego wyjaśnienia sprawił, że ledwo powstrzymała ciało przed wzdrygnięciem pod wpływem nieoczekiwanego dreszczu. Dreszczu żenady połączonej we wciąż zmieniających się proporcjach z irytacją. Obie te emocje zmusiły ją do zastanowienia się, czy w tym momencie nie powinna po prostu siłą pokazać, że nie pozwoli sobie na podobne zagrywki, jak bardzo zachodziły jej one za skórę. Siłą zaklęć oczywiście, bowiem już na pierwszy rzut oka — i tego, co faktycznie wystawało z niej poza długi płaszcz — widać było, że nie mogła należeć nawet do grona silnych kobiet, a co dopiero takich, które mogłyby fizycznie zagrozić jakiemuś chuderlawemu przeciwnikowi płci męskiej. Równolegle z rozszerzaniem horyzontów z zakresu trucizn pracowała nad opanowaniem zaklęć z zakresu czarnej magii. I może nie potrafiła jeszcze sprawić, aby przeciwnik wyzionął ducha w jedno zaklęcie — ale miała solidne podstawy na przynajmniej czasowe uprzykrzenie komuś życia. Wszystko sprowadzało się jednakże do czasu i miejsca. Wszczęcie burdy przy barze, w okolicy trzeszczących głośników i jeszcze bez pewności skutków takiego wybryku było jej niesamowicie nie na rękę. Dlatego też ograniczyła się do innych, bardziej subtelnych oznak swego niezadowolenia. Najpierw obrzuciła Daniela chłodnym spojrzeniem, zieleń jej oczu, pozbawiona obecnego wcześniej, radosnego blasku, wydawała się być w tym momencie wręcz jadowita. Później przyszło zmarszczenie brwi i delikatne zmarszczenie noska, to ostatnie w szczególności przynosiło raczej skojarzenia z obrzydzeniem niż irytacją. Zamknięta postawa — ręce skrzyżowane natychmiast na klatce piersiowej — nie dawała wiele przestrzeni do dyskusji. Dopiero na koniec wywodu Dodge\a przewróciła oczami i pozwoliła sobie na krótkie, zirytowane westchnienie.
-—Nie zapędzaj się. Nie wiem, co mówili ci moi poprzednicy, ale jakością i działaniem ich towar nie dorasta mojemu do pięt — ostrzegawcze syknięcie wydostało się spomiędzy uszminkowanych ust; chyba każda kobieta miała w sobie coś z węża, czy tam żmii, Manon nie była w tym wypadku wyjątkiem. Napięcie pozostało w jej ciele, delikatnie tylko rozproszone, nawet w momencie rozpoczęcia przez Daniela długiego monologu zahaczającego nie tylko o instytucję małżeństwa, ale także — wydawać by się mogło — wszystkie tematy pokrewne. I o ile wcześniej mogłaby przypuszczać, że życie nakazało mu prowadzić żywot kawalera, teraz Manon coraz mocniej skłania się do wniosku, że oto siedzi przed nią człowiek, który znalazł się na ślubnym kobiercu. W jego słowach za dużo jest szczegółów, które mógłby zasłyszeć od innych, od kolegów, czy nawet po prostu przechodząc pod otwartymi oknami któregoś z odbudowanych po wojnie budynków w trakcie małżeńskiej kłótni.
To, albo minął się z powołaniem i zamiast uganiać się po ulicach z nielegalnym towarem, powinien siedzieć w domu i pisać książki.
Jedno jest pewne — zaciekawił ją tym wywodem na tyle, że porzuciła gdzieś na bok narastającą w niej dotychczas chęć ukrócenia spotkania, przebicia się przez śmierdzący od zbyt dużej ilości ludzi na zbyt małej przestrzeni tłum i zniknięcia gdzieś pomiędzy mniej oświetlonymi uliczkami stolicy, w kierunku przejścia na Pokątną, oczywiście. Zamiast tego, wbrew zdrowemu rozsądkowi, słuchała go z kolejną niespodziewaną mieszanką wypełniającą powoli jej żyły. Wcześniejszą irytację i żenadę wyparło ostrożne zaciekawienie i charakterystyczne dla młodych, niezamężnych kobiet rozczarowanie. Manon nie widziała się w roli żony, choć właśnie tego losu naprawdę pragnęli od niej rodzice. I chyba pragnęła ona sama, ale młody człowiek, który zawrócił jej w głowie i w którego głowie sukcesywnie mieszała ona sama, nie należał do jej świata. Tyle wystarczyło, aby niegdysiejsze plany o szczęśliwym życiu w małżeństwie rozbiły się w drobny mak. Póki byli młodzi, wolała po prostu o tym nie myśleć, bo było im ze sobą zwyczajnie dobrze. Spali ze sobą, pomieszkiwała u niego, gotowała i doprowadzała do szału, spełniali wszystkie warunki konieczne małżeństw za wyjątkiem pierścionka i złożonej przysięgi. Było więc czego żałować? Czego się bać? Żony bały się dostrzec kochanki, stanąć z nimi oko w oko. Gdyby dowiedziała się, że on bawi się z kimś innym, zwyczajnie pozbyłaby się problemu przy pomocy własnych metod. W jej duszy, mówiła sobie, nie było miejsca na strach, na pewno nie przed kimś, kto znalazł się w życiu jej wybranka po prostu na moment męskiej słabości. Zresztą, kto śmiałby spróbować z nią o coś, nie mówiąc już o kogoś rywalizować.
Zamiłowanie do alchemii wymagało przecież znajomości przynajmniej tuzina sposobów na wyrywanie muszych skrzydeł, wiwisekcję żmij i parzenie ropuch.
— Masz niesamowity talent do obrzydzenia tej jednej rzeczy, o której marzy każda dziewczynka — podsumowała wreszcie, niedługo później wreszcie pozwalając sobie na kolejne parsknięcie śmiechem. Co to w ogóle za wieczór, przyszła tutaj w interesach, dobić jakiejś ustnej umowy i pozbyć się kilku fiolek trzymanych w wewnętrznych kieszeniach płaszcza, a nie dość, że udało jej się dowiedzieć o podstawowych prawidłach rynku truciznami, to w pakiecie dostała naprawdę pierwszorzędny wykład o wszystkich wadach bycia żoną jakiegoś kutasa. Matka jednak miała rację, dobry mąż to tylko połowa sukcesu udanego małżeństwa, potrzeba było jeszcze niesamowicie cierpliwej kobiety, aby tego dobrego męża nie zatłukła własnymi rękami. — Stoi — przybiła więc ich umowę po raz drugi, samej nie decydując się już na dodatkowe mikrodruczki, chociaż dopiero po potwierdzeniu przyszło jej do głowy, że dla żartu mogłaby stwierdzić, że jeżeli Daniel zniszczy jakąś fiolkę po swojej stronie, sam będzie musiał przygotować zastępstwo. Może lepiej nie podsuwać mu takich pomysłów, inaczej polecą głowy. Ich głowy. Zamiast tego zdecydowała się zamówić kolejną rundę drinków, drugi raz to samo. Znów oliwka na wykałaczce znika pomiędzy wargami mężczyzny, ale ten, zamiast zająć się... No właśnie, warzywem? Owocem? Zajmuje się nią. Znajomy mikrociężar osadza się za jej uchem, nie musiała nawet wyciągać tajemniczego przedmiotu zza ucha, aby wiedzieć, że to papieros. Na kolejne spotkanie. — Bardzo dobrze, jeszcze zaczęłabym upominać się o lepsze prezenty niż papieros — mówi, a gdy kończy — ponownie nurza usta w alkoholowym drinku. A co ważniejsze, jeszcze nie sięga do swojej papierośnicy, aby odwzajemnić jakże hojny gest Daniela.
by the pricking of my thumbs, something wicked this way comes
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
20-01-2026, 07:53
Cel. Pal.
Huk i wielkie nic. Niewypał. A raczej: mała porażka, z gatunku tych, które wystawiają na pośmiewisko, sprawiają, że wytykają cię palcami i załatwiają noszenie upokarzającego przezwiska już do końca edukacji albo i nawet do końca życia. Ekipa już się nie zbiera, żeby haratać w gałę, Grubego nie wołają na bramkę, ba, Gruby już dawno nie jest gruby, ale ksywkę przypominającą mu dzień po dniu, że kiedyś osiągnął masę młodego hipopotama, nosi dalej. Oczywiście, że nie z dumą. Z rezygnacją. Z przyzwyczajeniem. Jeśli Gruby akurat jest katolikiem, to może nawet z myślą, że robi dokładnie to, co Jezus i właśnie nadstawia drugi policzek. W imię Ojca, i Syna, i Ducha…
Czasami mógłbym wziąć przykład z Grubego. Posegregować na dwie oddzielne kupki: mówienie - srebro, milczenie - złoto. Przełknąć i przemielić w ustach czy to złośliwość, czy konkluzję, która w szerszym gronie okaże się zbyt kontrowersyjna: na przykład o tym, że seks z kuzynami jest zupełnie normalny, a może nawet zdrowy, bo już w młodym wieku pozwala obalić wiele szkodliwych mitów. Niestety, towarzyszące temu uczucie bardzo, a właściwie wręcz jeden do jeden, przypomina trzymanie w buzi zalążka bełta na ostatnim zakręcie do kibla. Już prawie jesteś przy muszli, ale odbija ci się tak potężnie, podświadomość każe ci zatrzymać to w mordzie, z żołądka idzie sygnał, że zaraz nadciągnie kolejna porcja, nie ma wyjścia, trzeba łykać. A skoro to ja podejmuję decyzję i warunków nie dyktuje mi rosnąca w ustach już raz przetrawiona papa, oczywiście, że mówię dalej. Z tym że: całkiem zdroworozsądkowo decyduję o krótkiej pauzie, podczas której spoglądam na Manon i zdzieram z jej buziuni wszystkie informacje, włącznie z naskórkiem. Jej brwi układają się w nieprzystępną, nastroszoną linię. Bruzdy dookoła nosa - dyskretnie wącham się pod pachą, przysięgam, nie mam pojęcia, co to znaczy.
–No i na co te nerwy, szefowa? – czy te oczy mogą kłamać, chyba nie. Czy ja mógłbym serce złamać? I te pe… – gdybym nie był ciebie pewny, palcem bym nie kiwnął. Dostałaś dobrą rekomendację – prostuję, bo panienka bierze zbyt do siebie scenariusze czysto hipotetyczne, scenariusze, których naprawdę nie miałbym ochoty realizować. Na tym polega cała bolączka układania się z babami: niesłownemu kmiotowi starczy złamać w pierwszej kolejności nos, w drugiej rękę, w trzeciej nogę. Dupce: no niestety, kodeks zabrania i w takiej sytuacji przewiduje upomnienie, a te z kolei w liczbie trzy oznaczają przekazanie sprawy do specjalistów w odbiorze zaległych długów. Windykacyjni eksperci za to w pompie mają płeć klienta, byleby to, co kto ma między nogami, zgadzałoby się z tym, co oni mają w papierach. Alex, Taylor, Robin - oto urzędnicze koszmarki, wymagające każdorazowo double-checkingu.
– Dziękuję – gdybym stał, uchyliłbym kapelusza, a tak, popisuję się dobrymi manierami tylko i wyłącznie w okrojonym, werbalnym wydaniu. Manon chichocze, to dźwięk, który przypomina mi bicie dzwonu oraz porządek mszy świętej (to czyńcie, na moją pamiątkę), trochę się wkurwiam, bo nie staram się być zabawny, ale wytrawne martini rozpuszcza tę goryczkę nieporozumienia - zainicjowanego, dla równowagi, przeze mnie. – Nie uważasz, że dla ich własnego dobra, dziewczynki mogłyby marzyć o czymś innym? – zagaduję, ciekaw jej zdania, tej Zosi-Samosi, sufrażystki promującej modę na noszenie spodni. Gdyby to było za jej czasów - stałaby pierwsza w kolejce po wydanie karty do głosowania, kiedy tylko kobietom nadano czynne prawo wyborcze. – ślub na pierwszym miejscu to źle poukładane priorytety. Ale to już dzięki matkom. I ojcom – i głupim pomysłom osiemnastolatków, którzy pierwszy raz powąchali cipkę i stwierdzili, że chcą to robić z nią do końca życia. Taaa…
Chcę powiedzieć coś jeszcze, ale pierwsze trzy słowa giną w burzy oklasków, którą młodzież nagradza hałasujący zespół. Nie dołączam się do tych oklasków nawet z grzeczności, za to wypieram myśl, która ewidentnie nie była wcale tak ważna czy błyskotliwa, by podzielić się nią z Manon. To bardzo powszechne, ale ja zwykle zanim gonić za tymi ideami, daję im się rozpłynąć. Może do mnie wrócą, a może nie: to wszystko uczy mnie pokory i godzenia się z tym, że i ja mam swoje ograniczenia, które nie dotyczą ciała lub nie wynikają z braku dostępu do edukacji. Umowa  jest zawarta: zabrakło tylko plucia na dłoń i sklejenia ich z ciepłym mlaśnięciem, dyplom z nauk ekonomicznych służyłby mi jedynie jako tacka do okazjonalnego wciągania. – Lista się nie kończy. Lubisz świecidełka czy raczej coś w stylu wypchanych zwierzątek? – w co drugim domu w Tampie, Bostonie czy Detroit, biali ludzie mieli postawionego w salonie swojego pupila, z którego przedwczesnym odejściem nie potrafili się pogodzić. Za pierwszym razem próbowałem nawet pogłaskać Fafika, dziwiłem się, że taki jest spokojny, zacząłem nawet rozważać, że może pies to nie taki głupi pomysł. A potem zorientowałem się, że ten tam już dawno był martwy. Przez kilka tygodni miałem koszmary, śniły mi się paciorkowate oczka, psi duch pozbawiony ciała, z którym inne psy w psim niebie nie chcą się bawić z powodu zawstydzającej golizny. No i teraz mam dylemat - kolczyki czy jednak taksydermia?
– Słuchaj, Manon – zaczynam, a drugą część zdania kończę już tuż przy jej uszku. Następnie podaję jej dłoń, jeśli zechce ją przyjąć, by zeskoczyć z niestabilnego, barowego stołka i otwieram drzwi, wpuszczając do środka pubu zimne powietrze. Nawet nie mrugam okiem, gdy okazuje się, że na zewnątrz zacina deszcz, to normalne, a teraz - filmowe. – Panie przodem – w tym płaszczu nawet nie zobaczę jej tyłka, więc tak, obchodzę się smakiem. Jeszcze przez chwilę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 18:26 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.