• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Zbocza Black Mountains
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
07-09-2025, 13:16

Zbocza Black Mountains
Na granicy z Anglią rozciągają się Black Mountains – rozległe wzgórza, których ciemne stoki porastają wrzosy i niskie krzewy. W pogodny dzień krajobraz wydaje się nieskończony, ale gdy nadciąga burza, zbocza zmieniają się w ponure, niemal czarne ściany. Wąskie ścieżki prowadzą wśród kamieni i strumieni, a wiatr świszczy nad graniami niczym ostrze. Miejscowi mówią, że to ziemia, która pamięta wszystkie kroki – i że echo na stokach Black Mountains nie zawsze należy do człowieka. To góry dla tych, którzy nie boją się samotności.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
12-12-2025, 18:58
4 kwietnia 1962


Teleportacja zawsze zostawiała po sobie krótki moment dezorientacji — jakby świat przez ułamek sekundy zapominał, w jakiej kolejności powinien się ułożyć. Tym razem Amodeus pojawił się na stromym zboczu bez najmniejszego szelestu, dokładnie tam, gdzie wskazywał zaznaczony na starej mapie punkt orientacyjny. Kilka metrów poniżej linii świerków, na naturalnym wypłaszczeniu terenu, z którego rozciągał się widok na dolinę i fragment kamiennego trawersu prowadzącego wyżej.
Zima jeszcze nie odpuściła całkiem, choć kalendarz uparcie twierdził, że jest już wiosna. Śnieg zalegał w cieniu skał — zbity, poszarzały, niechętny topnieniu — a powietrze było ostre i czyste, pozbawione jakiejkolwiek nuty gościnności. Otrzepał płaszcz z drobinek lodowego pyłu, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby, po czym rozejrzał się uważnie, upewniając, że miejsce jest stabilne i nie kryje w sobie żadnych nieprzyjemnych niespodzianek.
Lucinda miała dołączyć do niego lada moment.
Czekając, pozwolił myślom wrócić do tego, co zaprowadziło ich aż tutaj — znacznie wcześniej niż dzisiejszy poranek. Wszystko zaczęło się podczas świąt, w bibliotece, w tej części rodzinnych zbiorów, które latami pozostawały nietknięte. Notatki po babce — albo po kimś jeszcze wcześniejszym, bo linia własności była niejasna — wsunięte pomiędzy tomy, których nikt nie katalogował od dekad.
Zapiski były fragmentaryczne, lecz dalekie od chaosu. Pełne odniesień do legendy o czarownicy żyjącej w górach, z dala od centrów magicznych. Kobiety, która zajmowała się wspomnieniami — nie snami ani iluzjami, lecz pamięcią w jej najbardziej surowej, emocjonalnej postaci. Potrafiła ją wygaszać, usuwać, czasem przywracać, korzystając zarówno z zaklęć, jak i z artefaktu, który miał przechowywać oddzielone fragmenty cudzych przeżyć.
Sprawdzali źródła.
Porównywali relacje.
Przekopywali archiwa.
To Lucinda natrafiła na mapę — starą, popękaną, z oznaczeniami, których znaczenie dawno wyszło z użycia. Nie prowadziła do wioski ani do ruin domu. Raczej do obszaru opisanego lakonicznie jako „teren pracy”.
Wtedy uznali, że to musi poczekać. Warunki były zbyt niestabilne, a Amodeus nie miał w zwyczaju ryzykować bez wyraźnej potrzeby. Ustalili, że wrócą do tematu, gdy szlaki staną się dostępne. Teraz — początkiem kwietnia — góry wciąż pozostawały nieprzyjazne, ale możliwe do przejścia.
Decyzja o wyprawie zapadła szybciej, niż by się spodziewał.
Lecz nie była podyktowana wyłącznie badawczą ciekawością.
Obraz sytuacji podczas aukcji u Traversów wracał do niego z irytującą uporczywością. Lydia, rozmawiająca… no właśnie, z kim? Z jakimś wykładowcą z Artis Mirabilis? Czego wykładowcą, tego już nie pamiętał i nie zamierzał pamiętać. Zapamiętał za to jej śmiech: zbyt swobodny, zbyt głośny, nieprzystający do miejsca ani chwili. Panna Travers, wyraźnie rozbawiona. A on? Zbyt chłodny. Zbyt ostry. Nieprzyjemny w sposób, którego nie próbował nawet maskować.
Kilka słów, które padły później, wystarczyło, by dojść do wniosku, że nie ma sensu dłużej zaprzątać jej głowy swoją osobą.
Postanowił więc oddać się temu, co znał i w pełni rozumiał — przejrzystemu, logicznemu porządkowi pracy.
Wyprawa była idealnym pretekstem, by zniknąć z pola widzenia arystokratycznych spojrzeń bez wzbudzania podejrzeń i bez podsycania plotek. Ot, kolejna wymagająca i potencjalnie niebezpieczna podróż motywowana wykonywanym zawodem. Nic więcej.
Czekając na kuzynkę, oparł się plecami o skałę i wyłuskał z srebrnego puzderka papierosa, którego zapalił niby od niechcenia. Spojrzał w dół doliny i zaciągnął się powoli. Góry nie interesowały ludzkie napięcia, zazdrości ani niedopowiedziane konflikty. Były obojętne. Stabilne. Prawdziwe.
Myśl o czarownicy i jej artefakcie nie opuszczała go od chwili, gdy po raz pierwszy natrafił na wzmianki w notatkach. Nie wracała falami ani nie narzucała się gwałtownie — była raczej stałym elementem tła, obecnym w każdym kolejnym rozważaniu. Magia ingerująca w pamięć należała do tych dziedzin, których rozsądni czarodzieje unikali z pełną świadomością ryzyka. Właśnie dlatego była tak intrygująca. Graniczna, niebezpieczna, trudna do kontrolowania — wymagała precyzji i dyscypliny, a jednocześnie obiecywała dostęp do mechanizmów, których natury wciąż do końca nie rozumiano. Amodeus nie miał złudzeń co do jej konsekwencji. Tym bardziej czuł, że musi sprawdzić, ile prawdy kryje się w legendzie.
Gdy wreszcie dostrzegł sylwetkę Lucindy wspinającą się ścieżką, uniósł głowę. Był gotów. Zdeterminowany, by odnaleźć czarownicę, artefakt albo cokolwiek, co potwierdziłoby, że opowieść nie była jedynie rodzinnym złudzeniem przekazywanym z pokolenia na pokolenie.
Cokolwiek kryło się w tych górach — zamierzał to znaleźć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
14-12-2025, 22:03
Nie interesowały jej dawne dzieje w tym najbardziej ogólnym znaczeniu tego słowa. Historia magii opowiadająca o wojnach, podbojach, wielkich czarodziejach - wszystko to było ciekawe, ale nie niosło ze sobą nic więcej prócz przeszłości. Można było się na niej uczyć, wyciągać wnioski, nie powielać błędów, których konsekwencje odczuwano do dziś, lecz ten rodzaj historii zdawał się być już zakopany. Zamknięty. Definitywnie zakończony.
Jej ciekawość uciekała gdzie indziej - ku historiom, których echo wciąż było żywe, niezależnie od czasu, w którym się narodziły. Ku opowieściom bez finału, czekającym na domknięcie, na ostatnie słowo. Na głównego bohatera. Na kogoś wystarczająco odważnego - albo wystarczająco szalonego -by je dopisać. To właśnie takie historie od zawsze budziły w niej ekscytację. Rozpalały adrenalinę. Sprawiały, że serce biło szybciej, bo gdzieś pod skórą rodziła się świadomość, że jeszcze nic nie zostało przesądzone - a finał wciąż czekał na swoją formę. Na ukształtowanie.
Bo każda historia przede wszystkim pragnęła być usłyszana, odkryta i dokończona. Każda - bez względu na intencje tych, którzy ją pisali - chciała stać się wielka. Jeśli nie dla wielu, to przynajmniej dla tych, którzy o nią zabiegali. A Lucinda zabiegała.
Od dzieciństwa snuła plany i intrygi, prowadziła własne dochodzenia, bo czuła, że właśnie w tym kryje się sens jej istnienia - w odkrywaniu tego, co inni próbowali zakryć. W ujawnianiu prawd, które miały pozostać w cieniu. W sięganiu po to, co celowo zatuszowane, zapomniane albo uznane za zbyt niewygodne.
Takie były artefakty. Na przestrzeni wieków ludzie gromadzili niezwykłe przedmioty, by później pozbywać się ich w najdziwniejszy możliwy sposób. Jedne miały zbyt wielką moc, by mogła pozostać w dłoniach maluczkich. Inne były zbyt cenne, by ktokolwiek odważył się położyć na nich dłoń. Te zwykle okazywały się wieczne - a człowiek kruchy. Nie można było zabrać ze sobą w ostateczną drogę tego, co posiadło się za życia, choć Merlin jej świadkiem, jak wielu próbowało. Świadomość, że wszelkie dobro, wszystko, co drogocenne, zostanie tu - oddane, zapomniane albo rozkradzione - rodziła w ludziach osobliwą obsesję. Chęć ukrycia. Zatracenia. Sprawienia, by coś przepadło na zawsze. I może właśnie to było w tym wszystkim najbardziej ekscytujące - granie na nosie tym, którzy poświęcili czas, by coś przed nią zataić. By coś ukryć. Bo skoro tak bardzo nie chcieli, by to zostało odnalezione, to znaczyło, że było warte odnalezienia.
Była to też swego rodzaju rodzinna scheda. Coś, co mogło rodzić się z ich krwi, coś, co mogło ją wołać właśnie dlatego, że była jedną z nich. Niewiele jednak było historii zapisanych w rodowych kronikach, które nie zostały już rozwiązane, rozpracowane, domknięte. Pokolenia pochylające się nad starymi księgami, dziennikami i legendami zrobiły swoje. Niejednokrotnie przemierzała aleje rodowej biblioteki w poszukiwaniu nowych opowieści, ale równie często odchodziła z niczym. W końcu odpuściła. Nauczyła się szukać gdzie indziej - w manuskryptach, luźnych zapiskach, niedopowiedzianych poszlakach i zapomnianych mapach. Tym większe było więc jej zaskoczenie, gdy podczas zeszłorocznych świąt razem z Amodeusem natknęli się na stare notatki ich babki. Dotyczyły legendy całkowicie jej nieznanej, a przy tym lokalnej. Legendy o czarownicy żyjącej wysoko w górach, czarownicy zafascynowanej magią pamięci. Czytając zapiski, coraz wyraźniej dochodziła do wniosku, że nie mieli do czynienia z kimś, kto stosował dobre praktyki. Raczej z czarownicą parającą się czarną magią - taką, która zatraciła się w mocy. Czy była to moc, którą posiadła sama, czy taka, którą gwarantował jej artefakt, pozostawało pytaniem bez odpowiedzi. I właśnie to pragnęła odkryć.
Od ślubu i narodzin syna rzadko wyruszała na eskapady sama lub z kimkolwiek innym niż Drew. Ten zdawał się nieustannie dmuchać na zimne, gdy chodziło o jej bezpieczeństwo, zapominając po drodze, że robiła to na długo przed ich poznaniem. Robiła to w trakcie ich relacji. I naprawdę chciała robić to nadal - mimo zobowiązań, które teraz nosiła ze sobą. Na szczęście wyprawa z kuzynem była opcją bezpieczną. Taką, dla której nie potrafił już znaleźć odpowiedniej wymówki.
Dlatego zjawiła się w umówionym miejscu niemal o umówionej godzinie. Teleportacja bywała jednak zwodnicza, więc przeniosła się kawałek dalej i resztę drogi musiała pokonać pieszo. Pogoda - choć na dole wyraźnie wiosenna - tutaj wciąż przypominała grudniową. Mokre skały i jeszcze bardziej nasiąknięte wodą podłoże utrudniały każdy krok. – Też bym zapomniała, po co tu przyszłam, gdybym miała wspinać się na tę górę sama - zaczęła, przekrzykując smagający chłodem wiatr.
Podeszła do kuzyna i uśmiechnęła się do niego promiennie, spoglądając z tym znajomym błyskiem w oku, który on również doskonale znał. Policzek dotknął policzka w czułym przytuleniu. – Dobrze cię widzieć, braciszku - powiedziała, bo czasem właśnie tak się do niego zwracała. W dzieciństwie czuła z nim więź podobną do tej, którą miała ze starszym bratem. Dzielili nie tylko wspólne korzenie, ale i wspólne pasje. Po części zdawała sobie sprawę, że te słowa mogły uderzać w tony, do których nie chciał wracać - do momentów, których wolał nie wspominać. W końcu stracił własnego. A jednak wychodziła z założenia, że to właśnie zmiany, te nagłe i nienazwane, często uniemożliwiają ludziom pójście dalej. To, jak otoczenie zaczyna się dostosowywać. Jak zmienia się sposób mówienia. Jak wszyscy nagle stają się bardziej ostrożni. Z własnego doświadczenia wiedziała, że to nie pomaga. - W końcu się doczekaliśmy, choć teraz, gdy o tym myślę, mogliśmy poczekać jeszcze miesiąc - dodała, wyciągając mapę. - Nie jestem pewna, czy dotrzemy w te wyższe pasma. - wskazała palcem interesującą ją partię. - Chociaż nie wiem, czym jest ta bledsza przestrzeń. Może to tylko wytarcie mapy, a może jakieś przejście? - rzuciła, spoglądając na kuzyna i unosząc brew w pytającym geście. Po chwili dodała ciszej: - Wszystko u ciebie w porządku?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
16-12-2025, 18:49
Amodeus patrzył na Lucindę, gdy szła ścieżką w jego stronę. Obserwował ją spokojnie, bez pośpiechu, od dawna przyzwyczajony do tego, jak porusza się w trudnym terenie. Stawiała kroki ostrożnie, lecz bez wahania, tak jak robią to ludzie, którzy znają granicę między rozsądkiem a brawurą i nie mają potrzeby jej przekraczać. Mokre kamienie i nasiąknięte podłoże były tu raczej utrudnieniem niż zagrożeniem. Góry nie ułatwiały zadania, ale też jej nie odstraszały.
Uśmiechnął się, gdy znalazła się tuż obok. Krótko, bez przesady — tym niemal niezauważalnym ruchem kącika ust, który pojawiał się rzadko i tylko w odpowiednim towarzystwie. Przyjął jej uścisk i odwzajemnił go równie naturalnie. Słowo braciszku osiadło w nim miękko; lubił je, choć nigdy nie miał potrzeby tego nazywać.
Przez moment przemknęła mu przez myśl osobliwa topografia ich pokrewieństwa: Lucinda — Selwyn z urodzenia, Nott po matce, dziś Macnair z nazwiska; on — Nott po ojcu, Selwyn po matce. Ta sama krew, inne drogi. Układ typowy dla rodów, które rzadko pozwalały sobie na przeciętność — raczej na upór, ambicję i przekonanie, że jeśli coś ma zostać zrobione, należy zrobić to do końca.
— Gdybym miał się tu dostać wyłącznie o własnych siłach, raczej bym tego nie zrobił — mruknął, zerkając na zbocze bez większego entuzjazmu. Nie widział szczególnej przyjemności w skakaniu po szczytach tylko po to, by udowodnić coś samemu sobie. Pogoda była wyraźnie niechętna, uparcie zimowa, jakby góry same zastanawiały się, czy powinni tu być. Przez chwilę przemknęła mu myśl, że może należało przesunąć wyprawę o kilka tygodni. Przez chwilę — bo skoro już tu dotarli, cofanie się nie miało sensu.
Gdy rozwinęła mapę, zerknął na nią początkowo tylko przelotnie — z przyzwyczajenia, bardziej po to, by uchwycić ogólny kontekst niż szczegóły. Dopiero po chwili pochylił się nieco bliżej, zatrzymując wzrok na bledszym fragmencie pergaminu. Linie w tym miejscu były mniej wyraźne, jakby celowo oszczędne albo wielokrotnie poprawiane.
— Faktycznie… — przerwał, zatrzymując się myślą na istocie bladego punktu. — Wydaje się zbyt dokładne, jak na zwykłe wytarcie.
Zapamiętał układ terenu, proporcje odległości, relację między zaznaczonymi punktami. Nie potrzebował więcej. Reszta przyjdzie w ruchu.
Jej pytanie padło zaraz potem, naturalnie, bez nacisku.
Amodeus uniósł wzrok znad mapy i przez moment patrzył w zbocze przed nimi, jakby odpowiedź wymagała krótkiego namysłu. Uśmiech, który pojawił się na jego ustach, był krótki i nieco krzywy.
— Co u mnie? — powtórzył spokojnie. — Poza pewną błękitnokrwistą panną, która najwyraźniej uznała, że burzenie cudzej krwi to sport towarzyski… niewiele. Analizuję stare klątwy, jadam kolacje z wartościowymi przyjaciółmi Augustusa — ironię było czuć na kilometr — i wysłuchuję biadolenia matki, że powinienem się ożenić.
Wzruszył lekko ramionami, jakby zamykał temat równie szybko, jak go otworzył. Choć kwestia ożenku stawała się coraz bardziej namacalna, sam Nott nie bardzo wiedział, co właściwie o niej myśleć.
— Chodźmy — dodał po chwili.
Ruszył pierwszy, instynktownie wybierając trasę, która wydawała się najmniej zdradliwa. Nie mówił, że idzie przodem — zaznaczył to samym ruchem. Testował podłoże, zwalniał tam, gdzie było to konieczne, czasem zmieniając tor marszu o kilka kroków, by ominąć luźniejsze kamienie. Co jakiś czas upewniał się spojrzeniem, że Lucinda trzyma się blisko. Nie dlatego, że tego potrzebowała — raczej z przyzwyczajenia, którego nigdy nie próbował w sobie zwalczać.
Szli przez dłuższą chwilę w milczeniu. Droga prowadziła łagodnie w górę, ale była zdradliwa w swojej monotonii; wystarczyło jedno potknięcie, by stracić rytm. Amodeus trzymał tempo, które nie wymuszało pośpiechu, ale też nie pozwalało się rozproszyć. Góry były ciche, jakby obserwowały, bez zamiaru ingerencji.
Dopiero gdy wiatr na moment zelżał, odezwał się ponownie, nie odwracając głowy.
— A Drew? — rzucił lekko, jakby pytanie przyszło mu do głowy mimochodem. — Długo protestował?
Uniósł brew i zerknął na nią kątem oka, po czym znów skupił wzrok na ścieżce.
— Góry bywają kapryśne — dodał ciszej. — Ale spokojnie. Postaram się nie oddać cię w gorszym stanie, niż cię zastałem.
Zatrzymał się na moment, tylko po to, by wybrać lepsze obejście skalnego uskoku. Spojrzał w dół doliny, jakby coś go rozbawiło w tej myśli, po czym ruszył dalej, prowadząc ją ku zwężającemu się odcinkowi szlaku. Skały układały się tam w naturalną barierę, zmuszając do spowolnienia i większej uwagi.
Szli wyżej, tam, gdzie każdy krok miał znaczenie. Na razie była to tylko droga — czas na rozmowę, orientację i oswojenie terenu.
Na wszystko inne miała przyjść jeszcze pora.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
28-12-2025, 15:35
Od wieków rodzinom błękitnokrwistym przyświecała jedna, nadrzędna idea - by geny, swoje własne, czyste i rzekomo najbardziej szlachetne, zachować wyłącznie dla tych równie czystych i równie szlachetnych. Gdyby więc spojrzeć na drzewa genealogiczne wszystkich rodów ze skorowidza, szybko okazałoby się, że każdy był ze sobą pokoleniowo spokrewniony. Nikt jednak o tym nie mówił i nikt zdawał się o tym nie pamiętać. Przekraczało to pewne konwenanse, zahaczało o tematy tabu, więc łatwiej było udawać, że problem nie istnieje.
Dlatego tych najbliższych członków rodziny traktowała z innym rodzajem troski, z innym rodzajem czułości. A jeszcze inaczej traktowała samego Amodeusa - bo ich pokrewieństwo było niepodważalne. Łączyła ich krew i to nie tylko ze strony jednego rodzica, lecz z obu. Może właśnie dlatego, przez pryzmat tej bliskości, było jej do niego bliżej niż do innych kuzynów i kuzynek.
A może dlatego, że zdawało jej się, iż to oni byli tym pokoleniem, które niosło zmianę w błękitnokrwistych szeregach. Przynajmniej tak chciała sobie wmawiać i w to właśnie wierzyć. Znała ten świat od podszewki - wiedziała, z czym wiążą się konserwatywne poglądy, jakie ciężary i ograniczenia za sobą niosą. I po części pragnęła w końcu widzieć arystokratyczną część społeczeństwa jako idącą z duchem czasu, a nie zatrzymaną w okowach praw i zasad obowiązujących od zarania dziejów. Wciąż zgodnie z tradycją, ale jednak inaczej. Opartą na rodzinie i wartościach, a nie wyłącznie na polityce i regulaminach. Wiedziała, że to naiwna mrzonka - a mimo to podejrzewała, że zmiany i tak zachodzą. Same, powoli, niemal niezauważalnie. Wciąż zbyt małe, zbyt ostrożne, ale jednak obecne. Z każdym kolejnym pokoleniem.
Kącik ust drgnął jej w uśmiechu na jego słowa. - Och, naprawdę? - zapytała z udawanym zaskoczeniem. - Myślę, że byś to zrobił, gdyby stała za tym odpowiednia motywacja - odparła, tym razem uśmiechając się nieco szerzej, w czystym rozbawieniu. Już dawno pojęła, że istnieje naprawdę niewiele rzeczy, których człowiek nie jest w stanie zrobić, jeśli stoi za nimi coś, czego potrzebuje, czego pragnie albo czego się obawia. Niejednokrotnie sama znajdowała się przecież w takich punktach zwrotnych własnego życia - momentach, w których była przekonana, że nic nie zdoła jej przekonać. A jednak raz po raz przekraczała granice. Własne i cudze.
Kiedy kuzyn potwierdził jej przypuszczenia co do mapy, ciężar spadł jej z ramion, a podekscytowanie stało się jeszcze bardziej wyczuwalne. Bo może ta wyprawa wcale nie pójdzie na marne. Może nie wybrali się zbyt wcześnie. Pogoda mogła okazać się jedną z wielu przeszkód na ich drodze - nie tą najważniejszą, nie tą najtrudniejszą. - Chciałabym to sprawdzić - powiedziała, jakby i tak nie wybrzmiało to już wystarczająco mocno w ich wcześniejszych gdybaniach. Zamknęła mapę i wsunęła ją bezpiecznie do przewieszonej przez ramię skórzanej torby.
Wsłuchała się w jego odpowiedź i choć w słowach Amodeusa pobrzmiewała ironia, a sam temat próbował zbyć wzruszeniem ramion - dokładnie tak, jak ona sama często miała w zwyczaju - wiedziała, że kryje się za tym coś więcej. Emocje. Przeżycia. Te, o które nie zamierzała pytać. - Błękitnokrwista panna burząca krew? To brzmi jak coś, co się nie zdarza - odparła, a jej uśmiech nabrał ostrzejszego, bardziej kąśliwego rysu. Sama przecież była właśnie taką arystokratką. - Kto to? - zapytała z naturalną ciekawością. Oczywiście, jeśli nie chciał, nie musiał mówić, ale pojmowała, że sam fakt, iż o tym wspomniał, nie był dziełem przypadku. - Czy to tylko czcze biadolenie, czy tym razem coś rzeczywiście za tym stoi? - Nott i tak miał jeszcze to szczęście, że rodzina nie przymuszała go do niczego wprost. Był jednak w wieku, w którym posiadanie przynajmniej jednego dziedzica zdawało się czymś całkowicie logicznym. Nie zamierzała go za to oceniać - sama przecież przez lata uciekała od tego tematu jak od ognia. Miała jednak nadzieję, że kandydatka, która się pojawi, będzie dla niego kimś więcej niż tylko żoną. Kimś, kto zajmie w jego życiu miejsce prawdziwe. Choć przecież było to raczej rzadkie. Raczej niemożliwe.
Skinęła głową i ruszyła za nim. Szli jedno za drugim, bo kamienista droga okazała się jeszcze bardziej śliska niż przypuszczała. Dookoła wiał przejmujący wiatr - na szczęście nie uderzał ich prosto w twarze, bo wtedy wędrówka mogłaby okazać się prawdziwą udręką. Dokładnie zapamiętała trasę, choć ten odcinek nie był jeszcze szczególnie skomplikowany. W myślach próbowała wykalkulować, czego powinni się spodziewać, gdy w końcu dotrą do dawnego domu starej wiedźmy. Czy cokolwiek z tego miejsca jeszcze pozostało? Czy ciekawość zostanie w jakikolwiek sposób zaspokojona, czy wrócą do domów z poczuciem niedosytu?
- Był niepocieszony, że nie może nam towarzyszyć - odparła, ale uśmiechnęła się z rozbawieniem. - Ale mi też dobrze zrobi wyjście na chwilę z roli żony, wiesz? - dodała, stawiając pewny krok na kolejnym luźnym kamieniu. - Nie żeby to było właściwie możliwe, ale znasz mnie… jestem wolnym duchem i kiedy czasem nie zaczerpnę powietrza po swojemu, zaczynam lekko… świrować. - nie musiała udawać, że jest inaczej - znał ją przecież od zawsze. Już jako dziecko robiła wszystko po swojemu, a gdy tylko czuła, że coś jest jej zabraniane, robiła to jeszcze dwa razy mocniej. Taki miała charakter. Wzruszyła ramionami. O swoje własne bezpieczeństwo nie martwiła się wcale. Znała własne możliwości, ale też wiedziała, że jest w dobrych rękach. - Ja też postaram się oddać cię w nie gorszym stanie - dodała z lekką kąśliwością, ale wdzięcznością w głosie.
W końcu dotarli do skalnej półki, którą rozpoznała natychmiast - dokładnie takiej, jaką zapamiętała z mapy. Byli już blisko jaśniejszego punktu, a po jej plecach przebiegł dreszcz. Jakby ciało zareagowało szybciej niż myśl, instynktownie, na unoszącą się w powietrzu… magię. - Czujesz to? - zapytała kuzyna, gdy opuszkami palców przesunęła po chropowatej, zimnej powierzchni kamienia. - Za tą skałą musi znajdować się to… przejście. - albo inne cholerstwo, które ktoś intencjonalnie zaznaczył na mapie. Wyciągnęła różdżkę i wspięła się na skalną półkę, która przez chwilę zdawała się zamierzać wygrać to starcie samą swoją wysokością. Serce uderzało jej szybciej, gdy balansowała na krawędzi, nim w końcu zeszła na kamienistą polanę pod nimi. - Jak myślisz, czego powinniśmy się spodziewać? - zapytała, nie spuszczając wzroku z otaczających ich skał.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
03-01-2026, 20:49
Szlak nie dawał im wiele miejsca na wygodę czy próżność. Prędzej czy później góry zawsze odsłaniały swoje prawdziwe oblicze, odbierając człowiekowi złudzenie, że to on dyktuje warunki. Pozostawiały jedynie to, co niepodważalne — ciężar kroku, uważność podeszwy szukającej przyczepności na wilgotnym kamieniu, oddech, który w zimnym powietrzu stawał się widoczny tylko na moment, jak myśl, której nie zdążono zatrzymać.
Amodeus, mimo pewnego kroku, poruszał się z wyraźną ostrożnością. Kamienista droga pięła się w górę wąskim pasmem, raz zwężając się do tego stopnia, że musieli iść gęsiego, raz rozszerzając się na tyle, by na moment mogli zrównać kroki. Każdy metr wymagał uwagi. Chłód wciskał się pod mankiety płaszcza, odnajdywał szczeliny przy kołnierzu, pracował cierpliwie i metodycznie. Nie był to mróz gwałtowny — raczej wilgotne zimno, które osiadało na dłoniach i nadgarstkach, przestawało być tłem i zaczynało domagać się uwagi.
Słowa Lucindy o odpowiedniej motywacji wybrzmiewały w jego głowie jeszcze przez chwilę. Nie budziły w nim potrzeby polemiki. Motywacja bywała pojęciem zdradliwym — zbyt często stawała się usprawiedliwieniem decyzji, których konsekwencje trzeba było potem dźwigać w samotności. Amodeus widział dość sytuacji, w których pragnienie i strach zawierały sojusz szybciej, niż rozsądek zdążył dojść do głosu.
— Kto to?
Głos Lucindy przeciął powietrze wyraźnie,.
Miał pełną świadomość, że chwila szczerości przyniesie konsekwencje. Bezpieczne określenie, którym posłużył się wcześniej, nie zniknęło — osiadło między nimi jak niedomknięte zdanie.
Pozwolił sobie na powolne wypuszczenie powietrza.
Czego właściwie się spodziewał? Że odpuści?
Ta myśl pojawiła się równie naturalnie jak kolejne kroki na śliskim zboczu.
Przez kilka chwil milczał, jakby ważył, czy warto dokładać nazwisko do krajobrazu, który i tak miał dość ostrych krawędzi. W końcu odezwał się, nie odwracając głowy, tonem pozornie lekkim, choć tempo kroków zdradzało skupienie:
— Nie jestem do końca pewien, czy jedno podejście wystarczy tej historii — rzucił półżartem, omijając zdradliwie osunięty kamień. — To raczej jedna z tych opowieści, do których potrzebny jest wygodny fotel i coś mocniejszego pod ręką… — a przynajmniej on będzie tego potrzebował. Zwłaszcza po ostatniej rozmowie w ogrodzie, po której cieżko było stwierdzić czy ciąg dalszy tej historii w ogóle nastąpi.
Myśl o ożenku wracała do niego regularnie, choć zawsze mimowolnie. W ich świecie nikt nie zaczynał od musisz Najpierw było wypada, potem rozsądnie byłoby. A na końcu temat siadał przy stole jak trzeci gość — niby nic nie je, a zawsze obsłużony jest jako pierwszy.
Nie próbował udawać, że go to nie dotyczy. Takie rzeczy nie znikały od ignorowania; przeciwnie — stawały się bardziej namacalne, bardziej natarczywe niż chłód pod kołnierzem.
Potrafił wyobrazić sobie siebie w tej roli. Myśl nie była obca ani odpychająca — przeciwnie, miała w sobie coś uspokajającego. Zwłaszcza gdy po drugiej stronie stołu widział Lydię. Nie sama instytucja małżeństwa była problemem, lecz presja, z jaką próbowano mu ją narzucić. Jakby jedyną rzeczą, która należała wyłącznie do niego, ktoś postanowił obrócić w narzędzie cudzych oczekiwań. Jakby uczucia dało się przeliczyć na układ, a bliskość sprowadzić do transakcji.
Komentarz Lucindy o potrzebie wyjścia z roli żony spotkał się z wyraźniejszym uśmiechem. Pamiętał ich wcześniejsze wyprawy, ten rodzaj wolności, który nie wymagał tłumaczeń. Choć sam nie dźwigał ciężaru bycia ojcem, potrafił — a przynajmniej lubił wierzyć, że potrafi — zrozumieć tę tęsknotę za momentami, w których nie było się od nikogo zależnym.
— W takim razie powinniśmy organizować takie eskapady częściej — rzucił, zerkając na nią przez ramię. — Zanim okaże się, że to nie było tylko moje czcze gadanie.
Jej kąśliwa obietnica, że odda go w nie gorszym stanie, ściągnęła na jego usta ledwie zarysowany uśmiech.
Wraz z wysokością zmieniała się faktura świata. Ścieżka, dotąd jedynie śliska, zaczęła wymagać bezwzględnej uwagi. Kamienie nie leżały już jak luźne przeszkody — układały się w nierówne stopnie, wymuszały krótszy krok i świadome przenoszenie ciężaru. Wiatr, który wcześniej tylko przeszywał, teraz zdawał się obchodzić ich z każdej strony, jakby szukał słabości.
Dotarcie do skalnej półki nie zajęło wiele czasu — i dobrze. Amodeus nie lubił trwonić go na walkę z pogodą. Zawiesił wzrok najpierw na Lucindzie, której postawa uległa wyraźnej zmianie, jakby ciało wyprzedzało myśl, a potem przeniósł spojrzenie na skałę przed nimi.
Uczucie było zbyt wyraźne, by można je było pomylić z czymkolwiek innym. To nie był zwykły niepokój ani reakcja na wysokość. Przestrzeń rezonowała cicho, głęboko, jakby odpowiadała na samą ich obecność.
— Czuję — powiedział cicho. Głos miał niższy niż wcześniej, pozbawiony ekscytacji, skupiony. — Jeśli ktoś zaznaczył to miejsce na mapie z taką precyzją, nie zrobił tego po to, żeby było nam łatwiej.
Ostrożnie, Lucindo
Przemknęło mu przez myśl. Nie jako ostrzeżenie, lecz instynkt. Ten sam, który wielokrotnie wcześniej kazał mu zwalniać krok tam, gdzie inni przyspieszali.
Oparł dłonie o skałę. Kamień pod palcami był zimny i chropowaty; wilgoć wnikała w skórę powoli, uparcie, jakby miejsce nie chciało pozostać jedynie biernym elementem krajobrazu. Wspiął się na półkę bez pośpiechu, z wyczuciem, przenosząc ciężar ciała ostrożnie, niemal ceremonialnie — a potem zeskoczył na kamienistą polanę po drugiej stronie.
Przez chwilę stał bez ruchu.
Przestrzeń była niewielka, zamknięta ostrym rysunkiem skał, jakby wycięta z reszty świata zbyt dokładnym narzędziem. Nie było tu nic spektakularnego — żadnych run, żadnych oczywistych śladów ingerencji — a jednak miejsce sprawiało wrażenie… obciążonego. Magia nie unosiła się lekko, nie pulsowała ani nie migotała na granicy percepcji. Była ciężka, osadzona głęboko w strukturze przestrzeni, jak coś, co zapuściło tu korzenie i od dawna nie miało potrzeby się poruszać.
Czuł ją wyraźnie. Nie na poziomie emocji, lecz głębiej — w napięciu mięśni, w delikatnym ucisku gdzieś pod mostkiem, w tej osobliwej reakcji organizmu, która pojawiała się zawsze wtedy, gdy obcował z magią starszą od własnych nawyków i definicji. Rezonowała nie tylko z otoczeniem. Rezonowała z nim.
— Zaraz się przekonamy — mruknął pod nosem.
Różdżka wysunęła się z rękawa gładkim, wyuczonym ruchem. Orzechowe drewno było chłodne, niemal neutralne w dotyku, jakby samo czekało na decyzję. Uniósł ją przed siebie, nieco niżej, niż robił to zwykle — ostrożnie, bez teatralnych gestów.
— Sensorem Malum.
Powietrze zadrżało ledwie dostrzegalnie. Nie jak uderzenie, raczej jak napięcie struny, której nikt jeszcze nie poruszył. Nic więcej się nie wydarzyło.
Zmarszczył brwi. Przesunął kciukiem po rękojeści, poprawił chwyt, jakby chciał upewnić się, że nie popełnił błędu wynikającego z pośpiechu. Odchrząknął cicho — odruchowo, niemal niezauważalnie — i powtórzył inkantację, tym razem wyraźniej, z pełnym skupieniem, pozwalając magii popłynąć głębiej.
— Sensorem Malum.
Jeśli czarna magia była tu obecna, wkrótce mieli się o tym przekonać.


1 próba nieudana ( 2+22 = 24/65)
2 próba udana: ( 97+ 22=119/65)
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
14-01-2026, 21:52
Głowiła się nad lekkomyślnością ludzi, którzy z taką nonszalancją - a czasami wręcz głupotą - podchodzili do żywiołów i natury. Dla kogoś, kto grzał już wystarczająco ciepłe miejsce za biurkiem w Ministerstwie Magii, wszystko, co związane z dzikością świata, mogło wydawać się błahe. Proste. Bezpieczne. Dopiero doświadczenie na własnej skórze uczyło tego, co w górach, w wodzie, w lasach i na stepach było najważniejsze: szacunku. Szacunku dla pogody, która zmienia się szybciej niż podejmowane decyzje. Szacunku dla faktu, że na tej ogromnej mapie świata byli zaledwie gośćmi - drobnym elementem czegoś, co istniało długo przed nimi i będzie istnieć długo po nich. Niejednokrotnie słyszała, jak ludzie pochylający się nad najnowszym wydaniem gazety komentowali tragiczne wyprawy - poszukiwaczy artefaktów, wędrowców, zwykłych marzycieli. Zawsze pojawiały się te same słowa: mogli się lepiej przygotować, źle wybrali porę, powinni byli wiedzieć. Najbardziej jednak nie znosiła tych wypowiedzi, w których pobrzmiewała udawana mądrość - ton znawcy, który nigdy nie musiał patrzeć w oczy zbliżającej się wichurze ani czuć ziemi osuwającej się spod stóp. Iluzja kompetencji była dla nich tarczą. Łatwą. Wygodną. Każdy przy biurku wiedział przecież lepiej.
Ona nauczyła się szacunku dawno temu. Chyba w chwili, gdy po raz pierwszy zobaczyła twarz starego francuskiego poszukiwacza, przeciętą szeroką blizną. Jego ciało było mapą błędów i małych zdarzeń - śladów po tym, co przeżył. Wtedy zrozumiała, że to zawód równie kuszący, co bezlitośnie niebezpieczny. Nie podejmowała decyzji pod wpływem chwili. Nie biegła na oślep w nieznane. Ryzyko było wpisane w ten zawód jak stała. Bez niego nie dało się niczego odkryć. Ale nawet ryzyko należało odpowiednio kalkulować. Nie chciała zostać jedynie nazwiskiem na kamiennej tabliczce przy szlaku. Pragnęła czegoś więcej. Właściwie to znacznie więcej. A świat mógł ją zmiażdżyć jak robaka. Przygwoździć ciężarem złych decyzji. Odebrać jej oddech jednym, fatalnym krokiem. Mógł - jeśli tylko dałoby mu się do tego powód.
Widziała jego wahanie, gdy zapytała o tę tajemniczą błękitnokrwistą. Może pragnęła wykorzystać chwilę, w której byli razem - rzadką przestrzeń, gdzie można było podzielić się okruchami życia zwykle rozszarpanymi przez obowiązki i czas przeciekający przez palce. A może po prostu stosowała wobec niego tę samą zasadę, którą narzucała sobie. Bo szlak rządził się innymi prawami. Każda wyprawa, każdy marsz w stronę nieznanego niósł w sobie ryzyko. I właśnie tam, pośród kamieni, wiatru i zmęczenia, obnażanie własnych pragnień, lęków i bolączek miało inną wagę. Było czystsze. Bardziej prawdziwe. Nigdy nie wracała później do tematów poruszonych w takich warunkach. To, co zostało wypowiedziane na szlaku, należało do szlaku. Dlatego przyjęła jego unikającą odpowiedź bez nacisku, choć czuła, że za tym milczeniem kryje się coś znacznie bardziej skomplikowanego. Nie była typem, który wierci dziury w cudzych wnętrznościach - sama zresztą unikała takich ludzi. Uniosła kącik ust w uśmiechu, choć nie mógł tego dostrzec. - Może w takim razie powinieneś w końcu nas odwiedzić w Suffolk? - zapytała, przyspieszając nieco kroku. - Nie tylko dlatego, że jestem ciekawa tej historii, ale czasem zmiana otoczenia naprawdę pomaga. Znajdzie się wygodny fotel, coś mocniejszego do szklanki, a i Walden na pewno ucieszy się na widok wujka - dodała zachęcająco. Bo prawda była taka, że Walden lubił wszelkie towarzystwo. Dźwięki rozmów były dla niego dźwiękami obecności - a to właśnie obecność stanowiła jego największą atrakcję.
Myśl o częstszych eskapadach napawała ją optymizmem. Nie tylko dlatego, że w takich chwilach odzyskiwała cząstkę dawnego życia i mogła znów poczuć na własnej skórze dreszcz wolności - tej, która od zawsze nadawała rytm jej istnieniu - ale także dlatego, że ostatnie wydarzenia w ich świecie jasno pokazywały, jak niewiele rzeczy pozostawało pewnych. Choć zwykle była dobrej myśli i nie należała do tych, którzy widzą wszystko w czarnych barwach, wybór Ministra i pojawienie się Grindelwalda były dla niej wyraźnym sygnałem, że świat się zmienia. I że tej zmiany nie da się już cofnąć. A za nią mogły przyjść kolejne - te martwiły ją najbardziej. Nie wiedziała, jak długo jeszcze będą mogli cieszyć się taką swobodą. Podróżami, poszukiwaniami, zmartwieniami, które czasem dało się rozwiać jednym gestem. - Trzymam cię za słowo - odparła, przyjmując jego propozycję całkiem serio. - Kto wie, co tu znajdziemy, Amo. Może się okazać, że przez jakiś czas będziesz na mnie skazany.
Czując magię ocierającą się o jej skórę, nie potrafiła nie zgodzić się z jego stwierdzeniem. Zaznaczenie tej przestrzeni na mapie musiało być albo ostrzeżeniem, albo wskazówką i w gruncie rzeczy nie miało znaczenia które. Jeśli chcieli odkryć, co przed wiekami ukryła tu czarownica i jakich praktyk się dopuszczała, nie mogli się teraz cofnąć.
Skinęła głową, porzucając lekkie przekomarzania i rodzinne więzi. Wiedziała, że teraz zaczyna się prawdziwa praca. Różdżka w jej dłoni budowała poczucie bezpieczeństwa, nadawała pewności; robiła to przecież już dziesiątki razy. Patrzyła, jak Amodeus rzuca zaklęcie, które miało sprawdzić naturę tego dziwnego uczucia osiadającego na skórze i niemal od razu przeczuwała, z czym przyjdzie im się mierzyć. Pierwszy czar jedynie muskając opuścił jego różdżkę, nie odsłaniając niczego. Drugi był już wyraźniejszy. Powietrze przed nimi zgęstniało, odsłaniając coś, co znali aż za dobrze. Widywali to niejednokrotnie. - Wstrzymaj się - odezwała się, łapiąc go delikatnie za łokieć, na wypadek gdyby zechciał przekroczyć granicę mimo widoku gęstniejącego powietrza. - Revelo sigilla - całe to miejsce mogło być przeklęte. Zaklęcie, rzucone w pełnym skupieniu, nie wykazało jednak niczego niepokojącego. Ruszyła wzdłuż niewidzialnej linii, wodząc spojrzeniem po skałach w poszukiwaniu run, które mogłyby oznaczać, że kolejny krok okaże się tragiczny w skutkach. Niczego jednak nie znalazła. - Nie widzę run, a co za tym idzie raczej to miejsce nie jest przeklęte. Może… coś jest tu po prostu ukryte - myślała na głos, aż w końcu jej wzrok spoczął na kuzynie. - Dotarliśmy aż tutaj, Amo. Nie chciałabym się teraz wycofać. Sprawdźmy to, a w razie czego zawsze możemy zawrócić. - w jej głosie nie dało się ukryć ekscytacji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
25-01-2026, 16:01
Powietrze zgęstniało niemal niezauważalnie — nie w sposób uchwytny dla wzroku, raczej jak zmiana napięcia, jakby sama przestrzeń zaczęła stawiać opór. Amodeus poczuł to najpierw w nosie. Wilgoć nabrała metalicznej nuty, ostrej i chłodnej, przywodzącej na myśl stare kamienne wnętrza, w których magia nie była praktykowana od pokoleń, lecz osiadała warstwami, wsiąkając w ściany, w zaprawę, w powietrze. Pachniało mokrą skałą, zimnem i czymś trudniejszym do nazwania — jakby ziemia przechowywała w sobie zbyt wiele wspomnień, zbyt wiele niedomkniętych intencji, by pozostać obojętna wobec ich obecności.
Różdżka w jego dłoni wciąż była uniesiona, a napięcie zaklęcia nie opadło całkiem, gdy Lucinda chwyciła go za łokieć. Gest był lekki, wyważony — nie próbował go powstrzymać siłą, raczej sygnalizował granicę. Znał ten rodzaj dotyku. Zatrzymał się bez sprzeciwu, cofając ciężar ciała o ułamek kroku, bardziej z wyuczonego odruchu niż z realnej potrzeby.
— Spokojnie — odezwał się cicho, niemal pod nosem, nie odrywając wzroku od przestrzeni przed nimi. Kącik jego ust uniósł się ledwie zauważalnie. — Nie ruszam się z miejsca.
Nie było w tym ironii ani przekory. Doświadczenie nauczyło go, że pośpiech w takich miejscach bywa najdroższą formą lekkomyślności. Stał więc nieruchomo, pozwalając, by powietrze samo dokończyło swoją demonstrację — delikatne drżenie, jakby niewidzialna membrana została poruszona od środka. Zaklęcie nie wykazało wprost niczego konkretnego, ale Amodeus nigdy nie oczekiwał prostych odpowiedzi od miejsc, które milczały tak konsekwentnie.
Gdy Lucinda rzuciła kolejne zaklęcie, śledził uważnie każdy jej ruch. Revelo sigilla rozeszło się po skałach i ziemi cienką, niemal elegancką falą, która nie pozostawiła po sobie żadnego śladu. Brak reakcji był niemal ostentacyjny i — paradoksalnie — budził więcej niepokoju niż uspokojenia. Gdyby magia odpowiedziała, nawet ostrzegawczo, wiedzieliby, na czym stoją. Tymczasem cisza była zbyt czysta, zbyt wygodna. Jak uprzejme zaproszenie, które nie zdradza, co czeka za progiem.
Powlókł wzrokiem po otoczeniu. Skały były stare, popękane w sposób naturalny, bez śladów intencjonalnych nacięć. Ziemia na polanie miała nieregularną strukturę, miejscami zbita, miejscami naruszona przez wodę spływającą z wyższych partii. Nigdzie jednak nie dostrzegł niczego, co przypominałoby runiczne wiązania. Żadnych wzorów. Żadnych punktów kotwiczących. Żadnych oznak klasycznych zabezpieczeń. To nie przynosiło ulgi — przeciwnie, potęgowało wrażenie, że mają do czynienia z czymś, co nie potrzebowało oczywistych barier. Z czymś, co zakładało, że przyjdą tylko ci, którzy i tak wiedzą, że powinni uważać.
— Wygląda na to, że nie — odezwał się w końcu spokojnie, bardziej konstatując fakt niż wydając ocenę.
Słowa Lucindy o dalszym sprawdzaniu przyjął bez sprzeciwu, choć na moment zamilkł, jakby ważył coś cięższego niż sam kolejny krok. Myśl o cofnięciu się nie budziła w nim strachu — raczej irytujące poczucie niedomknięcia. Zbyt wiele razy widział miejsca, które pozwalały odejść tylko tym, którzy nie zadawali pytań.
Stracił już kiedyś kogoś przez pochopność. Wiedział, jak cienka bywa granica między odwagą a głupotą. Właśnie dlatego nie zamierzał działać impulsywnie. Ale równie dobrze wiedział, że bezczynność bywa inną formą błędu.
— Miałbym odpuścić sobie nowe blizny, wizytę w Mungu i kolejną historię, którą będę mógł opowiedzieć wnukom? — rzucił w końcu spokojnie, a w jego głosie zatańczyła nuta ironii. — Nie. — Kącik ust drgnął ledwie zauważalnie, w geście rozbawienia.
Zsunął różdżkę nieco niżej, nie chowając jej jednak całkiem. Ruszył powoli wzdłuż skalnej ściany, prowadząc dłoń tuż nad jej powierzchnią, nie dotykając kamienia. Wyczekiwał subtelnych zmian — oporu powietrza, mikrodrgań, niemal niewyczuwalnych przesunięć. Tam, gdzie skała była jednolita, przestrzeń pozostawała obojętna. Ale kilka stóp dalej coś się zmieniało.
Nie było tam szczeliny, pęknięcia, czy widocznego przejścia. Jedynie fragment skały, przy którym powietrze reagowało z opóźnieniem, jakby potrzebowało chwili, by zdecydować, czy dopuścić obecność. Gęstsze. Cichsze. Jak miejsce, które nauczyło się cierpliwości.
— Tu — powiedział krótko, odwracając głowę w stronę Lucindy. — Spójrz.
Podszedł bliżej i pochylił się, badając powierzchnię kamienia z bliska. Gdy przesunął dłonią w powietrzu tuż przy skale, poczuł delikatne mrowienie — nie na skórze, lecz głębiej, jak reakcję pamięci, nie zmysłu. Nie było tu aktywnej magii. Nie było struktury zaklęcia. Ale stara magia rzadko bywała jawna. Częściej działała jak mechanizm pamięci.
— Pójdę pierwszy. Trzymaj się blisko — rzucił, prostując się powoli.
Nie była to deklaracja odwagi ani próba kontroli sytuacji słowem. Raczej odruch — ten sam, który kazał mu zawsze stanąć o krok dalej, zanim ktokolwiek zdążył zapytać, czy to rozsądne. Zacisnął palce na różdżce, unosząc ją na wysokość wzroku.
Wykonał pierwszy krok, a kamień ustąpił pod ciężarem obecności — jakby ściana nie była przeszkodą, a jedynie maską. Powietrze zadrżało krótko, nisko, niemal niesłyszalnie. Fragment skały rozsunął się wzdłuż niewidocznej linii, odsłaniając wąskie, ciemne przejście, które wyglądało, jakby istniało tu od zawsze — i jakby nikt nie powinien go zauważyć.
Zrobił kolejny krok, pozwalając, by ciemność połknęła go niemal natychmiast.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Lucinda Macnair
Śmierciożercy
Hope for the best, but prepare for the worst.
Wiek
28
Zawód
łamacz klątw i uroków, poszukiwacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
zamężna
Uroki
Czarna Magia
15
1
OPCM
Transmutacja
30
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
03-02-2026, 10:40
Ryzyko stanowiło nieodłączną część ich zawodu. Właściwie ktoś, kto nie karmił się szumiącą w żyłach adrenaliną, kto nie umiał docenić jej wpływu na ciało i rozum, nie mógłby zajmować się tym, czym Lucinda i Amo zajmowali się na co dzień. Każda taka wyprawa wiązała się z podejmowaniem decyzji, które w jakimś stopniu mogły zaważyć na życiu i zdrowiu. Gdzieś z tyłu głowy pojawiała się jednak myśl - głos, który bez wahania określała mianem rozsądnego - nakazujący zastanowić się nad konsekwencjami podejmowanych decyzji. Bo miała dom, męża i dziecko. Bo była odpowiedzialna nie tylko za samą siebie, ale też za innych. Za najważniejsze osoby w swoim małym świecie. Ten rozsądny głos nie był jednak wystarczająco silny, by zmusić ją do stagnacji - do życia w bezpiecznych murach Warowni. Był raczej podpowiedzią. Sprawiał, że stawała się ostrożniejsza, ale nie na tyle, by dmuchać na zimne czy w ogóle obawiać się ryzyka. Nigdy wcześniej o tym nie myślała. Nie martwiła się, bo nie spodziewała się, że kiedykolwiek przyjdzie jej zostać żoną czy matką. Nie planowała tego, nie widziała się w tej roli oczami wyobraźni. A teraz taka właśnie była rzeczywistość. I choć wiele kobiet mogło patrzeć na nią jak na szaloną, całkowicie pozbawioną rozsądku albo mało zainteresowaną własną rodziną - nie odstraszało jej to. Sama doskonale znała swoje pobudki i w życiu zaczęła kierować się zasadą, że mądrym tłumaczyć nie trzeba, a głupim po prostu nie warto.
Stanęli przed kolejnym wyborem i naprawdę nie chciała zawrócić. Nie chciała znaleźć się w sytuacji, w której mogliby jedynie bić się z myślami, czy za kamienną ścianą znajdować się mogło coś więcej. Coś prawdziwie znaczącego. Dlatego chyba ucieszyła się na widok jego zdecydowania - na spokojny, choć żartobliwy ton w głosie, gdy rozprawiał o kolejnych bliznach i Mungu.
Wytężyła własne zmysły, by znaleźć sposób na przejście na drugą stronę. Mapa przestała słać im podpowiedzi. Zdani byli już tylko na własny instynkt, zmysł i doświadczenie. Z różdżką wciąż uniesioną w gotowości przyglądała się skale, która mogła być niczym innym niż kawałkiem góry - przynajmniej dla nieuważnych, dla tych kierujących się w życiu ignorancją. Mimowolnie jej wzrok wciąż szukał run, ale czuła, że stała za tym własna potrzeba kontroli. Gdyby na nie natrafili, miałaby poczucie, że przynajmniej wie, czego może się spodziewać po drugiej stronie. W końcu runy stanowiły język, a ten - nieważne czy pisany, czy mówiony - zdolny był przynosić odpowiedzi.
Gdy usłyszała głos kuzyna nawołujący ją do spojrzenia, wiedziała, że udało mu się coś znaleźć. Kącik ust uniósł się w uśmiechu, bo szukanie przejść zawsze było najbardziej żmudną częścią wypraw. Może dlatego, że cała zabawa zaczynała się dopiero po przekroczeniu mitycznego przejścia, a może dlatego, że doskonale zdawała sobie sprawę, ile energii kosztowało ludzi ukrycie go przed wzrokiem innych. Podeszła więc prędkim, lecz ostrożnym krokiem do mężczyzny i spojrzała, jak jego dłoń delikatnie rozmywa się w miejscu wąskiej szczeliny. Niemal od razu uniosła brew w pytającym geście. - Chyba mamy zwycięzcę - zawyrokowała, a gdy wspomniał, że przejdzie pierwszy, skinęła głową w niemej zgodzie. Przyzwyczaiła się już do tego, że mężczyźni zwykle spychali ją na koniec kolejki - z ostrożności i obawy. Kierowali się w końcu myślą, że jeśli coś złego ma się wydarzyć, to niech wydarzy się im, a jej narwany charakter przyjmował to już raczej ze spokojem. Musiała im na to pozwolić. -Tylko ostrożnie - dodała jeszcze ulegając własnym obawom, nim przekroczył granicę przejścia.
Ruszyła niemal natychmiast, gdy jasne stało się, że nic nie rozrywa jego ciała na strzępy, nic nie wciąga go do środka ani nie odrzuca na zewnątrz jak nieproszonego gościa. Szczelina zaczęła się rozszerzać, dopasowując także do jej ciała, a gdy zniknęła w niej cała, uderzyło w nią dziwne uczucie. Tępy ból w okolicy potylicy rozszedł się po całej czaszce, zmieniając się w pulsowanie. Chwyciła się za głowę, gdy wypadli po drugiej stronie szczeliny. Upadła na ziemię, trzymając się za głowę, a niemy krzyk wydarł się jej z ust. W jej głowie przypominało to czyjąś obecność. Smukłe, wręcz wychudzone palce przedzierające się przez wspomnienia, kartkujące je niczym księgę, rozrywające pamięć na strzępy w poszukiwaniu… właśnie - czego? Obrazy przeskakiwały w jej myślach: objawienie się magii, pierwszy lot na miotle, pierwszy dzień w Hogwarcie, dawne poszukiwania, dzień ślubu, dzień narodzin syna. Wszystko mieszało się w kalejdoskop wspomnień. Nie wiedziała, jak długo to trwało. Jak długo skulona pozostawała w tym bólu. Zniknął dopiero, zwieńczony wyraźnym wyrwaniem, obdarciem jej z czegoś. Zniknął dopiero wtedy, gdy zabrał coś należącego do niej. Siedziała tak przez sekundę, może dwie, próbując wyrównać oddech, aż w końcu jej wzrok spoczął na kuzynie. - Co… co to było… - wyksztusiła, a niemal natychmiast jej umysł sam odnalazł odpowiedź. - Zapłata - wyszeptała, próbując pojąć, co zostało jej odebrane, choć skąd mogłaby to wiedzieć. - Zobaczyłam urywki własnych wspomnień. Przekrój zdarzeń. Jakby ktoś przeczesywał moją pamięć, chwila po chwili. - podniosła się na nogi i rozejrzała po otoczeniu. Znajdowali się w jeszcze wyższych partiach góry, wiatr smagał tu z większą siłą, ale dreszcz przebiegający po plecach nie miał nic wspólnego z zimnem. Był lękiem. Co zostało jej odebrane?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Amodeus Nott
Czarodzieje
well fed devils behave better than famished saints
Wiek
32
Zawód
Łamacz klątw; badacz run i artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
22
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
9
8
Brak karty postaci
10-02-2026, 14:03
Ciemność zamknęła się wokół niego szybciej, niż zdążył wziąć kolejny oddech.
Amodeus przeszedł przez granicę z różdżką w dłoni, gotów rzucić Lumos w chwili, gdy tylko przestrzeń się ustabilizuje — lecz świat nie dał mu tej możliwości. Zamiast oczekiwanego oporu czy gwałtownego szarpnięcia przyszło coś znacznie gorszego. Ból. Nie punktowy, nie ostry, lecz rozlewający się od potylicy ku skroniom, jakby ktoś wcisnął palce w jego czaszkę i zaczął rozchylać ją od środka. Zadrżał, odruchowo napinając ramiona, ale nie było przed czym się bronić.
Obrazy przyszły natychmiast. Nie jako ciągłe wspomnienia, lecz jako fragmenty — urywki, błyski, kadry wyrwane z porządku czasu. Zobaczył siebie jako dziecko, stojącego w wysokim holu rodzinnego domu, zbyt cichym, zbyt dużym, pachnącym woskiem i chłodnym kamieniem. Później szkolne korytarze, dźwięk kroków, śmiech przyjaciół, pierwsze noce spędzone nad księgami, ambicję podszytą lękiem, że nigdy nie wystarczy. Studia. Pierwsze wyprawy. Zmęczenie, które nie miało nic wspólnego z ciałem.
Zobaczył Cassiusa.
Ten obraz uderzył najmocniej — gwałtownie, bez ostrzeżenia. Kurz, krzyk, nagły bezruch. Chwila, w której wszystko poszło źle, choć jeszcze sekundę wcześniej wydawało się pod kontrolą. Ciężar winy, który nigdy do końca go nie opuścił, choć nauczył się z nim żyć. Obraz zadrżał, jakby ktoś próbował wyrwać go z pamięci siłą.
Potem Lydia. Jej twarz, głos, spojrzenie przy kolacji, półuśmiech, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy myślała, że nikt nie patrzy. Sceny pozornie błahe — rozmowy, gesty, cisza między słowami — a jednak przechowywane głęboko, jak coś, czego nie należało dotykać zbyt często. Pojawiły się obrazy rodzinne: długie stoły, rozmowy, napięcia, rytuały, których sens znał od dziecka. Narodziny syna Lucindy — widok, który utkwił mu w pamięci bardziej, niż się spodziewał. Maleńkie dłonie, kruchość nowego życia, moment, w którym zrozumiał, jak wiele rzeczy na świecie da się stracić w jednej chwili.
Wszystko mieszało się, przenikało, rozdzierało porządek. Jakby ktoś kartkował jego życie w pośpiechu, nie dbając o chronologię ani znaczenie. Jakby szukał czegoś konkretnego — a resztę traktował jedynie jako drogę do celu.
Ból narastał.
A potem zniknął.
Nie gwałtownie. Raczej jak cofająca się fala, która zostawia po sobie pustkę. Amodeus zachwiał się, gdy grunt pod stopami znów stał się realny, gdy powietrze uderzyło w płuca ostrzejsze, rzadsze, zimniejsze. Upadł na jedno kolano, opierając dłoń o kamień; różdżka wciąż tkwiła w jego palcach, choć przez moment nie był pewien, kiedy ją uniósł. Oddychał ciężko. Czuł, że coś było nie tak.
Nie potrafił wskazać czego. Wiedział tylko, że ból zniknął razem z czymś jeszcze. Próbował sięgnąć myślą do jednego z obrazów — do czegoś, co przed chwilą było wyraźne, niemal namacalne — lecz napotykał jedynie gładką, niepokojącą pustkę. Jakby fragment został starannie wycięty, a jego miejsce wygładzone, by nie rzucało się w oczy.
Uniósł głowę.
Znajdowali się wyżej. Znacznie wyżej. Powietrze było ostrzejsze, wiatr smagał z boku, niosąc ze sobą chłód i zapach surowej skały. Góry odsłaniały tu swoje bardziej bezwzględne oblicze — mniej ścieżek, więcej pionu. Świat wyglądał inaczej, jakby po przejściu zmieniła się nie tylko przestrzeń, ale i perspektywa.
Dopiero wtedy dostrzegł Lucindę. Jej stan był aż nazbyt wymowny. Gdy podeszła, a jej słowa — poszarpane, urwane — dotarły do niego w pełni, zrozumiał, że nie był jedynym, którego to dotknęło.
Zapłata.
Słowo, które wypowiedziała, osiadło między nimi ciężko, niemal materialnie.
Podniósł się powoli, wciąż czując echo bólu gdzieś głęboko za oczami.
— Tak — odezwał się w końcu, głos miał niski, przytłumiony.
Rozejrzał się jeszcze raz, jakby szukał potwierdzenia w krajobrazie. Wiatr nie ustawał. Góry nie reagowały. Jakby to, co się wydarzyło, było dla nich zupełnie obojętne.
— Naiwnością było zakładać, że przejdziemy bez kosztu.
Zawiesił spojrzenie na Lucindzie. W jego oczach nie było paniki, ale też nie było lekkości. Raczej chłodna świadomość, że gra właśnie zmieniła zasady.
— Cokolwiek zabrali, wygląda na to, że było wystarczająco ważne… i wystarczająco użyteczne.
Odwrócił się ku niej dopiero wtedy, gdy upewnił się, że stoi stabilnie. Przez moment mierzył ją spojrzeniem — nie oceniając, raczej sprawdzając, czy ból nie zostawił po sobie czegoś więcej niż echo.
— Wszystko w porządku? Idziemy dalej?
Nie spodziewał się długiej odpowiedzi. Wystarczyło mu skinienie głowy, sposób, w jaki poprawiła chwyt na różdżce, jak przeniosła ciężar ciała. To było wystarczające potwierdzenie.
Ruszył pierwszy.
Droga zmieniała się z każdym metrem. Ścieżka przestawała być oczywista, rozpadała się na fragmenty wymagające krótkich decyzji, podejmowanych bez słów. Kamień był zimny, wilgotny, miejscami zdradliwie gładki. Wiatr wdzierał się ostrzej, bezlitośnie, smagając twarz i dłonie, wpychając się pod kołnierz płaszcza. Na tej wysokości nie było już miejsca na rytm; każdy krok należało wypracować osobno.
Amodeus szedł uważnie, testując podłoże przed każdym przeniesieniem ciężaru. Świat zwęził się do prostych rzeczy: napięcia mięśni, oddechu, przyczepności. Myśli układały się ciszej, jakby góry same narzucały tempo — wolniejsze, surowsze, pozbawione zbędnych rozproszeń. Czuł w ciele ślad przejścia, delikatne osłabienie, którego nie potrafił nazwać ani umiejscowić. Jakby coś zostało odjęte, a organizm dopiero uczył się nowej równowagi.
Szli wyżej. Krajobraz stawał się coraz bardziej nagi. Mniej skał osłaniających przed wiatrem, więcej otwartej przestrzeni, w której człowiek był tylko drobnym ruchem na tle masywu. Każde potknięcie niosło realne konsekwencje. Każde zawahanie odbijało się echem w ciele.
Nie oglądał się często, ale wiedział, że Lucinda jest blisko. Słyszał jej kroki, zsynchronizowane z jego własnymi, wyczuwał obecność w sposobie, w jaki przestrzeń za plecami pozostawała nienaruszona.
To wystarczało.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 18:27 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.