• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Rezerwaty Bulstrode'ów > Biura
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
04-01-2026, 11:57

Biura
Usytuowane w najstarszym skrzydle głównego budynku, biura przypominają bardziej gabinety uczonych, niż administrację. Grube ściany z kamienia tłumią hałas z zewnątrz, a wnętrze wypełniają szafy kartotekowe, księgi, raporty i zwoje zabezpieczone przed wilgocią i ogniem. Na ścianach wiszą mapy rezerwatów i ryciny wymarłych gatunków. Biurka są masywne, otoczone stosami notatek i kałamarzy, zaś w powietrzu unosi się woń atramentu oraz wosku. To centrum ewidencji stworzeń, wniosków terenowych i kontaktów z Ministerstwem oraz handlarzami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
04-01-2026, 19:49
|05.04.1962

Z planami rejsów oraz całą dokumentacją pod pachą zjawił się w rezerwacie Bulstrodów. Czuł się jak petent, który nie ma pewności czy jego podanie nie zostanie odrzucone z trzema pieczątkami. Nie mógł jednak rezygnować z takich spotkań. Chciał zbudować swoją sieć klientów i kontaktów, dzięki którym będzie mógł pływać na własnych zasadach. Kapitan Fernsby miał wielkie ambicje, a nie uwzględniały pływania wiecznie pod kimś. W planach było wykupienie “Złotej Łani” i posiadanie kilku stałych klientów oraz przyjmowanie mniejszych zleceń na bieżąco oraz współpraca z Ministerstwem Magii przy patrolowaniu morskich granic, utrzymywania kontaktów z trytonami oraz łapania morskich przemytników. Kto jak kto, ale należało pilnować swoich interesów. Przemytem zajmował się on, zresztą jak większość magicznych kapitanów. Nie wchodzili sobie w paradę ale też eliminowali tych, którzy zbytnio się rozochocili.
Odezwał się do Bradforda Bulstrode, ponieważ słyszał, że to człowiek konkretny, ukierunkowany na działanie i nie będzie owijał w bawełnę. Z takimi ludźmi prościej się pracowało, dlatego też teraz stał w biurze gdzie został zaprowadzony przez pracownika rezerwatu. Miał oczekiwać na pana Bulstrode, który zaraz się zjawi. Te parę chwil dało mu czas na przygotowanie się. Jeżeli uda mu się przekonać tego czarodzieja do współpracy to mógł zyskać cennego klienta. Teczka leżała otwarta na biurku, ciężka od dokumentów, które znał niemal na pamięć, a mimo to przeglądał je raz jeszcze celem upewnienia się, że o niczym nie zapomniał. Był przekonany, że jako kapitan statku pływającego po całym świecie może zapewnić rezerwatowi dostawy, których inni przewoźnicy nie byli w stanie zagwarantować. Rzadkie składniki pasz, specjalistyczne narzędzia, substancje potrzebne do opieki nad magicznymi stworzeniami. Wszystko to mógł przywieźć przy okazji regularnych rejsów, bez angażowania kilku pośredników. Dla Bulstrode’a oznaczało to oszczędność i uproszczenie logistyki: albo wysyłałby jednego ze swoich ludzi do portu w Cardiff po odbiór towaru, albo kapitan posyłałby kogoś z załogi prosto do rezerwatu. Ale był jeszcze ten drugi aspekt, znacznie cięższy. Przemyt magicznych stworzeń. Ministerstwo oficjalnie z nim walczyło, lecz port uczył brutalnej prawdy, że zbyt wielu urzędników reagowało za późno. Kapitan widział na własne oczy istoty wyciągane z ładowni półżywe, zakatowane długą podróżą, trzymane w skrzyniach, które nigdy nie powinny były służyć do przewozu żywych istot. Wiedział, że system zawodzi.
Słysząc otwierające się drzwi podniósł głowę znad dokumentów. -Witam. - Zwrócił się do Bradforda Bulstrode podając mu dłoń do uścisku. -Kapitan Kenneth Fernsby, dziękuję, że znalazł pan dla mnie czas. - Długi, ciemny płaszcz z ciężkiej, niemal wojskowej tkaniny opadał mu do połowy łydek, rozszerzając się lekko przy każdym kroku. Rząd metalowych guzików biegł wzdłuż przodu, nie tylko funkcjonalnych, ale i dekoracyjnych, nadawały sylwetce surowej elegancji i podkreślały prostą, zdecydowaną linię kroju. Wysoki kołnierz, częściowo uniesiony, chronił szyję przed wiatrem i dodawał mu nieco drapieżnego charakteru. Pod płaszczem nosił koszulę w ciemnym odcieniu, na piersi spoczywał delikatny łańcuszek. W uchu pyszniła się czarna perła. W talii płaszcz był lekko dopasowany, a szeroki pas z solidną klamrą sugerował praktyczność: miejsce na kaburę z różdżką, sakiewkę albo drobne narzędzia, które zawsze warto mieć pod ręką. Spodnie były wąskie, ciemne, wciągnięte w wysokie, skórzane buty przystosowane bardziej do wilgotnych desek nabrzeża niż do salonowych posadzek. Całość nie wyglądała ani bogato, ani zaniedbanie. Raczej jak strój człowieka, który inwestuje w rzeczy trwałe i sprawdzone. -Pozwolę sobie od razu przejść do rzeczy. - Wskazał na dokumentację jaką zabrał ze sobą. -Przychodzę z propozycją współpracy. Jedną linię dostaw, bez zbędnych pośredników. Rzeczy potrzebne rezerwatowi, także te, których nie dostaniesz od pierwszego lepszego przewoźnika. Mogę brać na pokład przy okazji rejsów. Albo mój człowiek wyskoczy z towarem w Cardiff, albo ty poślesz swojego. Prosto, czysto, bez dryfowania w papierach. - Zrobił krótką pauzę. -Pływam po wszystkich akwenach, od Cardiff po Sentosę i Nową Zelandię. Złota Łania ma dobrą stępkę, załogę, która wie, co to robota, i kapitana, który doprowadza ładunek do brzegu, nawet jeśli pogoda próbuje go zawrócić. - Zawiesił spojrzenie na mężczyźnie czekając na jego reakcję.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Bradford Bulstrode
Czarodzieje
Wiek
35
Zawód
magizoolog, behawiorysta
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
16
12
Brak karty postaci
13-01-2026, 11:20
Dzień zaczął się wcześnie i nie pozostawił miejsca na złudzenia, że potoczy się zgodnie z planem. Lecznica od rana była w ruchu — jeden z młodych osobników nie reagował na standardową terapię, inny wymagał zmiany zaklęć stabilizujących, bo stres po transporcie wciąż odbijał się na jego kondycji. Bradford krążył między stanowiskami, wydając krótkie polecenia, konsultując się z personelem, samemu zaglądając do kart leczenia i nanosząc poprawki tam, gdzie procedura nie nadążała za rzeczywistością. Rezerwat rzadko pozwalał na rutynę, bo każde stworzenie miało własny rytm, własne granice i własne sposoby przypominania, że teoria bywa jedynie punktem wyjścia. Czas przeciekał między palcami szybciej, niż by sobie życzył. Spotkanie w biurze istniało gdzieś na marginesie świadomości — zapisane, zaplanowane, ale podporządkowane temu, co działo się tu i teraz. Kiedy wreszcie ktoś odnalazł go w lecznicy z informacją, że kapitan Fernsby już czeka, Bradford skinął głową bez komentarza. Otarł dłonie z resztek eliksiru, zdjął rękawice i rzucił je na blat, po drodze zatrzymując się tylko na chwilę, by zmienić strój. Rozwinął rękawy czarnej koszuli i narzucił czystą, pozbawioną plam krwi tweedową marynarkę. Przelotnie zerknął jeszcze na tarczę zegarka schowanego w kieszonce kamizelki, po czym ruszył pospiesznym krokiem, a stukot butów o wysokiej cholewie odbijał się po korytarzu.
— Kapitan Fernsby, tak? Przepraszam za zwłokę. Rezerwat rzadko respektuje grafiki spotkań, a dziś szczególnie. — Uścisnął jego dłoń na powitanie i wskazał miejsce w fotelu, samemu zajmując to po drugiej stronie biurka. — Słyszałem o panu. Wystarczająco, żeby nie kazać panu czekać w dłużej, niż to konieczne. — Kącik ust uniósł się lekko, kiedy osadzał wzrok na czarodzieju. Przed zgodą na spotkanie, poświęcił chwilę, aby wypytać o referencje. Przyszły szwagier przytaknął, że kapitan zdobył jego zaufanie i od jakiegoś już czasu zleca mu transporty, z których ten wywiązuje się bez zastrzeżeń. Wprawdzie rezerwaty Bulstrode’ów nie mogły narzekać na brak podwykonawców, lecz biznes ma to do siebie, że nie może opierać się o stagnację i wygodne rozwiązania. Małe inwestycje pewnie tak, ale imperia podobne do nich, musiały się rozwijać, szukać nowych dostawców, lepszych szlaków handlowych i intratnych umów.
Obrzucił przelotnym wzrokiem otwartą na biurku dokumentację, ale nie pochylił się na nią, tylko zasłuchał w słowach kapitana, usadawiając wygodniej w fotelu. Fernsby od razu przeszedł do rzeczy, za co Bradford był mu niezmiernie wdzięczny. Już podczas wymiany listów, dał mu się poznać, jako osoba, która wie, że czas jest na wagę złota i nie należy go marnotrawić. Teraz również skupił się na sednie sprawy, szczęśliwie nie wybiegając za daleko w swych przewidywaniach. Wychwycił taktyczną przerwę, która dała mu przestrzeń, by się wypowiedzieć i zdradzić, co chodzi mu po głowie.
— Proszę mi powiedzieć jedną rzecz na początek. Nie co pan przewozi, tylko jak. Ministerstwo zostawmy na później. Na tym etapie interesuje mnie wyłącznie to, co realnie kontroluje pan sam, a nie to, co obiecuje system. — Proste pytanie miało na celu sprawdzenie, czy rozmawia z kapitanem, który rzeczywiście panuje nad swoim statkiem, czy tylko sprawnie porusza się w cudzych układach. Pytał o koszty i decyzyjność, o procedury i ludzi, realny łańcuch odpowiedzialności, czyli miejsca, w których da się coś skontrolować, albo gdzie wszystko zaczyna się wymykać spod ręki. Rezerwat funkcjonował na cienkiej granicy między koniecznością a ryzykiem. Bradford wiedział z doświadczenia, że każdy transport prędzej czy później trafia na moment próby, sztorm, opóźnienie, kontrolę, nieprzewidziany problem z ładunkiem. W takich chwilach nie liczyły się obietnice ani pieczątki, tylko to, czy kapitan podejmuje decyzje sam, czy chowa się za procedurami, które przestają działać w sytuacjach granicznych. — Rezerwat Bulstrode’ów nie działa w trybie im szybciej, tym lepiej. Jeśli proponuje pan skróty, chcę wiedzieć, gdzie one biegną i co się na nich traci. — Bo przecież nigdy nie mogło być tak, by dostać wszystko, bez żadnych skutków ubocznych — a może pan Fernsby miał na to swoje sposoby? Bulstrode odsuwał na moment Ministerstwo na bok, lecz nie dlatego, że je lekceważył — przeciwnie, znał jego ograniczenia aż za dobrze. System reagował wolno, wybiórczo i często dopiero wtedy, gdy szkody były już nieodwracalne.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
15-01-2026, 16:09
Zupełnie nie zaskoczyło go to, że Bulstrode dokonał rozeznania w temacie jego osoby i tego czym się zajmował. Zdziwiłby się gdyby tak nie zrobił. Kenneth pozwolił sobie na bardzo śmiały krok - wysłał list z propozycją współpracy licząc się z tym, że ta zostanie odtrącona. Nie raz i nie dwa tak się właśnie wydarzyło. Jednak niczego by nie osiągnął jeżeli to by go zniechęciło. Miał przed sobą cel, do którego uparcie dążył, jak statek prujący fale do portu. Tym razem został zaproszony na spotkanie i przygotował się do niego. Nie tylko Bulstrode sprawdzał kapitana Złotej Łani, ale on sam rozeznał się w sprawie rezerwatu i tego czego takim miejscom potrzeba i z czym się zmagają. Jeżeli liczył na owocną współpracę musiał pokazać, że jest kimś z kim warto rozmawiać. Paru wyjadaczy morskich chciało go odwiedź z tej drogi. Mówili, że to nie ma sensu, że powinien łapać zlecenia w porcie, bo przecież zawsze są. Nie rozumieli jednego. Kapitan Fernsby nie chciał brać wyłącznie zleceń i wciąż ich szukać. Chciał, żeby to jego szukano, chciał mieć paru klientów na stałe, a wielu po małych sumach. Chciał mieć tych, których skrytka pękała w szwach i mogli sprawić, że i jego będzie pękata.
Witając się z czarodziejem miał cel przed oczami i choć znany był z tego, że podejmował często ryzykowne decyzje, balansował na granicy, tak teraz był przygotowany, jak do wielkiej bitwy lub ciężkiej wymiany handlowej, którą ta rozmowa, po prawdzie była. Nie mydlił oczu, nie kadził używając słodkich słówek, te zostawiał na pogaduszki w tawernie. Tutaj liczyła się korzyść, zarówno dla niego jak i dla jego rozmówcy. Uniósł spojrzenie na Bulstrode, uważne, rzeczowe, pozbawione tej demonstracyjnej bezczelności, którą zwykle rezerwował dla urzędników portowych. -Pływam sezonami, nie kalendarzem. Zimą nie obiecuję cudów, bo Morze Północne zimą jest kapryśne. Trasy są dłuższe, tempo wolniejsze, a zapas zawsze większy, niż wynikałoby to z ksiąg. Latem można sobie pozwolić na więcej manewru, ale wtedy rośnie ruch i rośnie ciekawość. Każda pora roku ma swoje koszty i wiem jak je wkalkulować, zanim jeszcze statek odejdzie od kei. - Zrobił krótki gest dłonią, jakby rozrysowywał niewidzialną mapę.-Skróty, o które pan pyta, nie są wyłącznie szlakami na trasie morskiej. - Wskazał na swoje notatki, gdzie widoczne były fragmenty map. -To okna czasowe. Zmiany wachty w konkretnych portach. Przestawione boje po sztormach, o których Ministerstwo dowiaduje się z opóźnieniem. Przepisy, które wchodzą w życie na papierze, a w praktyce zaczynają działać dopiero po miesiącu, bo nikt nie zdążył jeszcze przeszkolić ludzi. - Uśmiechnął się krótko, bez cienia rozbawienia. Zdradzał parę swoich tajemnic, ale uznał, że jak pokaże choć trochę jak pracuje, to wzbudzi większe zaufanie niż jak będzie krążył dookoła tematu bez podawania przykładów. -Jestem na bieżąco, bo muszę być. Mam informatorów w portach. To bosmani, księgowi, czasem ludzie od cum. Płacę im za aktualność informacji. Układy wypracowane latami, zrywające się, jeśli przestaną być uczciwe z obu stron. Nic, czego nie dałoby się zerwać, jeśli zajdzie taka potrzeba. - Spojrzał Bulstrodowi prosto w oczy. -Jeśli ładunek zaczyna się zachowywać inaczej, niż powinien, reaguję od razu, nawet jeśli oznacza to postój albo zmianę portu docelowego. Procedury są dobre, dopóki działają. Kiedy przestają to liczy się doświadczenie i to, czy załoga wie, że kapitan nie zrzuca winy na regulamin. - Zamilkł na chwilę ważąc ostatnie słowa jakie chciał wypowiedzieć. -Nie obiecuję braku ryzyka, tego nie potrafi nikt, kto naprawdę pływa. Obiecuję, że w chwili próby decyzja zapada zgodnie z umową i porozumieniem, bo ta jest dla mnie najważniejsza, jednak jeżeli ma to sprawić, że moja załoga ucierpi, to nie ukrywam, panie Bulstrode. Załoga wtedy jest priorytetem i jej przeżycie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Bradford Bulstrode
Czarodzieje
Wiek
35
Zawód
magizoolog, behawiorysta
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
16
12
Brak karty postaci
03-02-2026, 11:47
Bulstrode należał do czarodziejów, którzy odznaczali się przyjaznym usposobieniem, starając nie stawiać na nikim kreski przed nieco bliższym spotkaniem, opierając się wyłącznie na pogłoskach. Rodowa powściągliwość i wpajana od najmłodszego ostrożność wcale temu nie przeczyła, a zwyczajnie zmuszała do częstszej analizy i interpretacji zachowań, słów, czy gestów. Zdarzało się, że ktoś już w pierwszej chwili wywierał nań negatywne wrażenie, lecz w przypadku kapitana Fernsby nic takiego się nie wydarzyło.
Czarodziej podszedł do zadania bez ogródek ani wstydu. Przy pierwszym rzucie oka można było stwierdzić, że to człowiek interesu, który nie obawia się wyciągnąć ręki po swoje. Bulstrode spodziewał się po nim tej pewności i wcale nie czuł się zawiedziony.
— Doceniam to, że nie sprzedaje mi pan wizji bez ryzyka. Z doświadczenia wiem, że tam, gdzie ktoś obiecuje spokój na morzu, zwykle kłamie albo nigdy na nim nie był — pozwolił sobie na lekki uśmiech i okręcił trochę w fotelu. — To, co pan opisuje, brzmi jak system oparty na ludziach, nie na papierze, co ma swoje zalety, ale i cenę. Mówi pan o decyzjach podejmowanych na bieżąco. Dobrze. W takim razie musimy jasno ustalić, w którym momencie taka decyzja przestaje być wyłącznie pańską sprawą. Na tym etapie interesuje mnie, jak szczegółowe to porozumienie musi być, żeby w chwili próby nie zostało zinterpretowane zbyt swobodnie. — To znaczy na niekorzyść rezerwatu, do czego żaden z nich nie chciał dopuścić, lecz istniała niezerowa szansa, że może dojść do strat. Z tym Bradford się liczył, ale musiał też wiedzieć, gdzie i kiedy dochodzić swoich praw. — Rezerwat nie będzie ingerował w dowodzenie statkiem. Nie mam takich ambicji. — Zamachał dłonią, jakby od razu odsuwał od siebie tę myśl. Nie zamierzał wchodzić mu w kompetencje, Kenneth doskonale wiedział, co dla jego statku i załogi będzie dobre, a co zwiąże się ze zbyt dużym ryzykiem. — Ale w chwili, gdy ładunek zaczyna stanowić zagrożenie dla istot, za które odpowiadam, potrzebuję wiedzieć, kiedy i jak dostaję informację. — Nie zakładał, że od razu zleci mu przewóz magicznych stworzeń, do tego musiałby mieć pewność, że sam statek jest na tyle wytrzymały i przestronny, by pomieścić zarówno transport do rezerwatu, jak i inne, towarzyszące mu przy okazji towary. Musiałby wyznaczyć magizoologa, który byłby obecny w trasie i w razie wszelkiego wypadku, także gotowy zareagować. — Załoga jako priorytet jest dla mnie zrozumiała. Proszę jednak założyć, że w moim świecie priorytetem bywają istoty, które nie mogą same zgłosić sprzeciwu ani zejść z pokładu. — Osadził wzrok na rozmówcy, lustrując go uważnie. Sprawdzał ściągnięcie brwi, czy nerwowe drżenie, poszukując oznak zdenerwowania, lub przeciągnięcia struny. Nie miał w zwyczaju wystawiać swoich współpracowników, czy zleceniobiorców na próbę, acz pierwsze spotkania miały w sobie coś z badania terenu, odczytywania punktów spornych i odnajdywania elementów wspólnych. — Zakładam, że zdarzyło się panu zawrócić z ładunkiem, który przestał być opłacalny. Chciałbym wiedzieć, czy taka decyzja często zapada bez nacisku z zewnątrz. — Ot, zwykła ciekawość, dość śmiała, jak na dwóch szanujących swój czas mężczyzn, ale kapitan Fernsby na pewno nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Poza tym nie rozmawiali o stałej współpracy, a raczej, czy w ogóle operują w podobnym rozumieniu odpowiedzialności. Gdy tylko przejdą przez pierwszy filtr, kolejne pytania będą opierać się na bardziej ścisłych konkretach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Kenneth Fernsby
Czarodzieje
Wiek
31
Zawód
Kapitan "Złotej Łani", przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
12
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
11
11
12
Brak karty postaci
03-02-2026, 22:03
O wiele łatwiej było wykonywać czyjeś polecenia. Pływać tam gdzie mu kazano i zachowywać się zgodnie z ustaleniami jakie powziął ktoś inny. Tylko, że on miał dość pływania pod czyjeś dyktando. To zaś sprawiło, że podjął się zadania jakim były rozmowy z potencjalnymi zleceniodawcami. Z Xavierem Burke pracował już od jakiegoś czasu, wiedział jak z nim rozmawiać oraz jakie towary będzie dla niego przewoził. Choć ostatnio kobieta go zaskoczyła. Okazała się jednak spokojną towarzyszka podróży i dość karną. Bezpiecznie dotarła do Olso. Bulstrode okazał się równie przenikliwym rozmówcą i do tego bardzo dociekliwym. Nie mógł się mu dziwić, a jednocześnie miał cichą nadzieję, że błękitnokrwiści liczą wyłącznie pieniądze i nie zadają zbyt dużo pytań nastawieni wyłącznie na zysk. Trzeba przyznać, że mu teraz mu zaimponował. -Być może złapałbym pana na pierwszy haczyk, ale potem stracił dużo więcej. - Skomentował bez ogródek, a następnie wysłuchał pierwszego pytania. -Dla jasności. Nie wyrzucam ładunku za burtę. - Postanowił to stanowczo podkreślić, gdyż obawiał się, że to właśnie wybrzmiało w pytaniach. -Zmiany na jakie sobie pozwalam to zmiana trasy, jeżeli widzę zagrożenie czy to w postaci pogody, blokady czy patroli, na które nie chciałbym natrafić. - Spojrzał na dokumenty jakie ze sobą zabrał, to dało mu chwilę na zebranie myśli. -Każde zlecenie ma osobną umowę panie Bulstrode. Jedno to nasze porozumienie, że działam na pana zlecenie, a drugie to warunki każdego z tych zleceń. Zakładam, że towar będzie różny, zatem do każdego będą obowiązywały inne warunki przewozu i opieki. I dla każdego będą inne punkty krytyczne, w których mam obowiązek kontaktu. - Postukał palcem w mapę układając w głowie kolejny pomysł. -Przedstawiam za każdym razem plan trasy oraz porty, w których planujemy się zatrzymać. Z każdego wysyłam informację, że Łania do niego dopłynęła i jak wygląda stan towaru. Informuję też o potencjalnych zmianach i czekam wtedy na wytyczne jeżeli w umowie nie uwzględniono potencjalnego działania. - Nie mógł niczego więcej powiedzieć ani dać więcej zapewnień. Każdy rejs był inny, zależny od tego jaka panowała pogoda oraz jaki ładunek ze sobą wiózł. Magia na wiele pozwalała, ale nie miała wpływu na wszystko. Obserwował zachowanie Bradforda, jak bardzo ta odpowiedź go zawiedzie lub wzbudza konsternację. Zależało mu na zleceniach i dobiciu targu, ale nie mógł tego robić w oparciu o fałszywe zapewnienia, które później odbiją mu się czkawką. Każdy z nich miał swoje priorytety, które stawały się pierwszorzędne w chwili kryzysu. Kolejne pytanie niczego nie ułatwiało, ale już się przekonał, że ma do czynienia z człowiekiem spokojnym, ale również bardzo dokładnym i skrupulatnym, który nie pozostawia niczego przypadkowi. -Zdarzyło się dwa razy. - Przyznał bez ogródek i wbił niebieskie spojrzenie w rozmówcę. Nie miał zamiaru kłamać. -Raz w 56 i raz w 59 roku. W jednym i drugim przypadku kontrahent postanowił mnie oszukać. - W jednym zwlekał z wypłatą częściowej kwoty za dokowanie w jednym porcie, a w drugim próbował ukartować zniszczenie towaru i obciążyć tym samym Kennetha, a samemu wyjść z twarzą. -Umowa jest dla mnie wiążąca panie Bulstrode. Nie mam interesu w tym, aby szkodzić zleceniodawcy. Byłbym skończonym durniem, gdybym umowę traktował wybiórczo. - Skrzyżował ramiona na piersi, ponieważ on sam również miał pytania do człowieka, który siedział przed nim. -Jakie towary najczęściej ściąga rezerwat zza morza, co ciężko sprowadzić drogą lądową lub powietrzną? Gdy otrzymam jakiś przykład będę mógł przedstawić potencjalną trasę, procedury i na co należy zwrócić uwagę. - Operowanie na przykładach było zdecydowanie łatwiejsze niż gadanie i teoretyzowanie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Bradford Bulstrode
Czarodzieje
Wiek
35
Zawód
magizoolog, behawiorysta
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
16
12
Brak karty postaci
04-02-2026, 09:19
Bulstrode w istocie skupiał się na zysku, bo cały i zdrowy transport zwierząt wiązał się z pieniędzmi — wydanymi bądź zdobytymi — lecz gdyby jednocześnie nie miał żadnego baczenia na istoty żywe, wyzbyłby się wrażliwości, którą tak bardzo w sobie cenił. Zbyt łatwo było zamienić odpowiedzialność w chłodną kalkulację, a on nie zamierzał pozwolić, by rachunek zysków i strat stał się jedynym kryterium decyzji. Właśnie ta granica — między koniecznością a obojętnością — odróżniała opiekuna od handlarza. Bradford musiał niejako pełnić obie te funkcje.
Odnotował w myślach, że rozmowa układa się lepiej, niż początkowo zakładał. Fernsby nie próbował sprzedawać gotowych obietnic ani zasłaniać się cudzym autorytetem. Liczby padły bez wahania, procedury zostały nazwane wprost, a granica odpowiedzialności nie była rozmywana ani przerzucana na abstrakcyjny system. Kapitan nie obiecywał bezpieczeństwa absolutnego i nie próbował zasłaniać się Ministerstwem tam, gdzie decyzje zapadały realnie na pokładzie. Mówił o swojej pracy w sposób, który zdradzał nie tylko doświadczenie, ale i odpowiedzialność, która nie wymagała stałego nadzoru z zewnątrz. Rezerwat potrzebował partnerów, którzy potrafili działać samodzielnie, a nie wykonawców czekających na instrukcje w każdej nieprzewidzianej sytuacji. Opieranie się wyłącznie na dotychczasowych, sprawdzonych dostawcach bywa wygodne, lecz z czasem staje się ograniczeniem. Szlaki handlowe się zmieniały, potrzeby rezerwatów rosły, a nowe przedsięwzięcia wymagały elastyczności, której nie zawsze dało się oczekiwać od starych układów. Fernsby reprezentował właśnie ten typ współpracy, który mógł wypełnić lukę — nie zastąpić wszystkiego, ale rozszerzyć możliwości.
— Dwa razy w ciągu kilku lat to więcej, niż zwykle przyznają ludzie, którzy chcą robić interesy. I mniej, niż przyznają ci, którzy nie muszą już niczego sprzedawać — kontynuował z lekkim uśmiechem na twarzy. Ryzyko oczywiście pozostawało, lecz nie traktował go jak argumentu zamykającego rozmowę. Wręcz przeciwnie  — świadome ryzyko, nazwane i osadzone w ramach, było często zdrowsze, niż pozorne bezpieczeństwo wynikające z rutyny. Jeśli kapitan rzeczywiście działał tak, jak twierdził, mógł okazać się wartościowym ogniwem w łańcuchu dostaw — zwłaszcza przy zleceniach, które wymagały doświadczenia i szybkiej adaptacji, a nie jedynie odhaczania kolejnych punktów w księgach. Bradford wiedział aż za dobrze, że rezerwaty, statki i żywe istoty nie cierpią próżni decyzyjnej. Wystarczyła jedna sytuacja, w której kontakt zawiedzie, umowa okaże się niepełna albo okoliczności wymuszą wybór bez dobrego wyjścia.
— Model osobnych umów przy każdym zleceniu jest mi bliski. Rezerwat działa podobnie, bo ramy są stałe, ale detale zawsze zależą od konkretnego przypadku. Odpowiadając na pańskie pytanie o towar, najczęściej nie są to rzeczy efektowne. Pasze specjalistyczne, koncentraty, dodatki mineralne, komponenty, których nie produkuje się lokalnie albo których jakość bywa nierówna. — Zwłaszcza te, których nie udało im się przez lata wyhodować w swoich warunkach, lub są zwyczajnie nieopłacalne i transport jest tańszy oraz łatwiejszy od samodzielnej produkcji. — Zdarzają się też narzędzia i materiały do zabezpieczania wybiegów, takie jak stopy metali, elementy konstrukcyjne, czasem substancje, które źle znoszą transport powietrzny albo zbyt wiele przeładunków. — Nie widział problemu w jawnym zdradzeniu typu towaru, szczególnie jeśli Kenneth miał się zająć jego bezpiecznym przemieszczeniem. Wolał zostawiać swoich partnerów z jasną instrukcją, niż opierać się na niedopowiedzeniach, które mogą z czasem — nawet całkiem dosłownie — wybuchnąć prosto w twarz. — Niekiedy potrzebny jest transport towaru ożywionego, zarówno roślin, co pojedynczych okazów stworzeń, lecz na potrzeby tej rozmowy proponuję zacząć od towaru martwego, wrażliwego, ale nie wymagającego obecności opiekuna na pokładzie. — Splótł przed sobą dłonie, a w myślach przeczesał zlecenia, które czekały na realizację. — Mógłbym panu zlecić transport partii stabilizowanych preparatów regeneracyjnych pochodzenia morskiego. Wytwarzane są na północnym wybrzeżu Skandynawii, w warunkach, których nie da się sensownie odtworzyć u nas, a jakość lokalnych zamienników bywa nierówna. Ma formę zamkniętych pojemników z żywiczną izolacją i nie reaguje aktywnie, acz źle znosi długotrwałe wahania temperatury i przy nieodpowiednim traktowaniu po drodze, traci właściwości, nadając się wyłącznie do utylizacji. Jak rozpisałby pan trasę przy założeniu, że priorytetem jest stabilność warunków, a nie maksymalne skrócenie czasu?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 18:23 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.