"20 galeonów, że przynajmniej potknie się na mój widok." oznajmiła w końcu, gdy Jacqueline kolejny raz skomentowała, że młody Delacour wpatrywał się w jej plecy. "Przyjmujesz, Jacqueline?" jej kieliszek i tak był pusty, więc... Dziewczyny z roziskrzonymi oczami przyjęły zakład, więc odwróciła się, całkiem grzecznie i ruszyła po kolejny kieliszek szampana, dbając o to, by przejść w niezbyt dużej odległości od grupki Francuzów.
Z zamyślenia odrywa mnie czyjś głos. Ktoś za mną woła, ale przebija się do mojego zamyślenia dopiero po chwili, więc zatrzymuję się i odwracam w stronę głosu. Jego właścicielem jest mężczyzna, na oko mogący być w wieku mojego ojca lub coś koło tego. Przez chwilę próbuję zrozumieć, co się właściwie stało, a potem dostrzegam na jego dłoni moją broszę. Wędruję dłonią do szala, rozwiniętego i powiewającego za mną i czuję, jak delikatnie pieką mnie policzki. Cholera jasna!
- Najmocniej pana przepraszam. – uśmiecham się nieśmiało, trochę przepraszająco. – Nie słyszałam pana, zamyśliłam się. – przyznaję szczerze, od razu też sięgając po broszkę, by nie stał z wyciągniętą ręką jak jakiś idiota. Przynajmniej z boku tak by to mogło wyglądać.