• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Velouria Hall
Velouria Hall
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
01-09-2025, 21:11

Velouria Hall
Wśród starych uliczek Londynu, za iluzoryczną fasadą kamienicy, kryje się miejsce, o którym szepczą wyłącznie bardziej znaczące warstwy społeczeństwa. Wnętrze utrzymane w stylu lat 60.: wysokie sklepienia zdobione stiukami, lustra w złoconych ramach i połyskujący parkiet, na którym rozbrzmiewają kroki eleganckich par. Muzykę zapewnia niewielka orkiestra czarodziejów – skrzypce, kontrabas, fortepian i saksofon – grająca na żywo walce, klasyczne standardy oraz nowsze, bardziej swingujące aranżacje, które dodają lekkości atmosferze. Wieczory w Velourii słyną z tego, że są jednocześnie balem i tajemniczą grą pozorów. Wśród rozmów przy kryształowych kieliszkach szampana rodzą się dyskretne układy, a w cieniu kotar rozgrywają się romanse i subtelne intrygi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Irina Macnair
Śmierciożercy
Wspomnienia są jak zwłoki. Po wydobyciu nigdy nie są takie same.
Wiek
45
Zawód
kostucha, matka i rzeźbiarka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
6
5
Brak karty postaci
06-01-2026, 18:11
Kłamiesz. Krzyk w bezgłosie dewastował wszystkie myśli, krzyk buntował się przeciwko szlachetnie budowanym przez niego monumentom, krzyk, który wcale nie wybrzmiał, nie drgnął w rysie ostrej brwi, nie pozwolił sobie na obiecujące preludium zagrane w świstach głębokiego wdechu – lecz ona wiedziała, że znał ją zbyt dobrze, by nie dostrzec. Gniew piętrzył się pod skórę, drażnił dobrze zlepioną z ciałem skorupę niezniszczalnej królowej. W tajemnicy swych rozważań poddawała męża najpodlejszym praktykom, przebrzydłym torturom, które raz na zawsze zmyłyby z jego ust te dziwaczne treści. Byłaby jakże naiwna, gdyby choć przez chwilę spróbowała uwierzyć w misterną demonstrację nowej hierarchii wartości starego Bułgara. Choć niesiona lekkim podmuchem wiatru czułostka zwodniczo pieściła skórę przy uchu, Irina trwała i trwać miała niezmącona, nieporuszona jego fałszywym aktem uwielbienia. Siłą i wyznaniem pragnął zawiązać wokół niej pas przynależności, który raz już przecięła z pasją godniejszą od tej, która towarzyszyła jemu, gdy wybijał wrogów. Tak sobie to wyobrażała. Lecz on sam? Kontynuował bezwstydną lawinę admiracji, skazując ją na nieznośną udrękę. Nie dała mu żadnej nadziei, nie zamierzała pozwolić sobie na choćby ślad smakowitego złudzenia, że tu i teraz mógł otulać ją szczerością.
– Ależ szkoda twoich starań, Yavorze – mruknęła ozięble, zupełnie niezachęcona jego jakże osobliwym wyznaniem. – Dwa lata nieobecności to nie jest zawsze, kochanie. Jemu też tak mówiłeś… Zawsze przy tobie, Grindelwaldzie. Jeśli Gellert się pospieszy, to może zdoła wykończyć cię, zanim zrobię to ja – zakpiła, patrząc mu prosto w oczy bez choćby drgnięcia powieki. Niechaj idzie i klęknie przed tym, który w zamęcie postanowił odkurzyć dawno porośnięty pomnik bohatera i na nowo nieść swój głos. Tyle właśnie był wart. Wierność, którą można było wyłącznie zagrzebać w głębokim dole. Ależ Gellert rozsmakowałby się w podobnych słowach, ależ chętnie poznałby historię o tym akcie pogardy. Marny mąż, fatalny ojciec i najwyraźniej niemniej kiepski Akolita. Traciła do niego jeszcze większy szacunek, gdy wyrzekał się tego. Lecz czy ona nie uczyniła dokładnie tego samego? To wydawało się nie mieć tu i teraz żadnego znaczenia. – Nie zasługujesz nawet na wspomnienie o zaufaniu, Yavorze – podsumowała sztywno, trwając w uścisku jak martwa kukła, bez najmniejszego ruchu, bez pożądanej przez niego reakcji na iskrę płynącą z dotyku czy żarzące myśli słowa. Niczym złożona do grobu, w ramionach zimnej, śmiertelnej pani. Nie poznawała go w tej nowej kreacji, nie mogła ulec choćby złudzeniu, że oto miała do czynienia z istotą zrodzoną z innych idei, o przemodelowanym systemie wartości i o celach, które dotąd wydawały się być jej obce. Nie mógł się zmienić, nie on. Mimo co rusz powracającego między jej myśli uczucia zaintrygowania wobec tego nietypowego zachowania Yavora, zbyt głośne miała w sobie podejrzenie. Pragnął ścisnąć ją czułością tkaną z manipulacji, miękkością gestu i słodyczą wiecznego oddania. Czy zaaferowany tym fantastycznym planem nie zdołał po drodze zapomnieć, z kim ma do czynienia?
Litanię rodzicielskiej krzywdy łączyć próbował z subtelnością pocałunków. Ależ obrzydliwe, ależ brutalne i niestosowne. Z wielką łatwością gniótł powagę sprawy, okrywając listę przewinień finezyjnego dotyku. Kiedy to robił, niemal się dławiła, balansując przy tym po wyjątkowo cienkiej granicy – zupełnie jakby mimo tak silnych starań nie zgasło zupełnie wszystko to, co miało być już wyłącznie pieśnią przeszłości. – Zamilcz, Karkaroff, nim zupełnie się pogrążysz – poradziła mu więc w godnej intencji, próbując odsunąć się od męża, jakby był przypadkowym oprychem. Namolny i wybitnie obleśny w swych wirtuozerskich intrygach. Równocześnie zaczynała odczuwać znużenie, narastała w niej potrzeba natychmiastowego przerwania upokarzającego i jego i ją przedstawienia. On wolał jednak złapać znów i zbliżyć dwa ciała jeszcze bardziej. Dobrotliwie scalić porwane brutalnie uczucia, rozpieścić się w osobliwości tego spotkania. I zakpić z niej znów. Nie zdołał nasycić się muśnięciem, nie zdołał podgrzać jej lodowatych warg, nie zdołał roztopić kamiennego serca. Nie zdołał, bo wbiła mu pięść w brzuch, a później pazury w brodę, dążąc do odlepienia natręta od pokusy, do której nie miał prawa się już zbliżyć. Pogwałcić każdą z najbardziej bezwstydnych jego fantazji, zniweczyć wszystko, co tak skrzętnie planował pod płaszczem stęsknionego wybranka. – Ośmiel się raz jeszcze, a sprawię, że nawet sama śmierć nie zechce zabrać cię ze sobą – zagroziła, próbując odciągnąć zaciskające się na jej szyi palce. Palce niemal identyczne do tych synowskich, które niedawno wydały na tym samym kawałku jej ciała brutalny sąd. – Spotkanie skończone – obwieściła i – jeśli jej na to pozwolił – odeszła i opuściła lokal z głową wzniesioną w dumie. Pozbawiona skazy i zauważalnego śladu po tymże incydencie.
Nie zasługiwał na kolejne minuty w jej towarzystwie.
Nie czuła zupełnie niczego. Ani gdy ją całował, ani gdy ważył w dłoniach groźbę jej krzywdy. W środku trwała niezmiennie pusta, ogarnięta rosnącą bezczułością i wyżerającą sukcesywnie resztki dawanych nostalgii mocą. Nie miał z nią szans. A już na pewno nie tak.


zt x2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
28-02-2026, 17:25
17 maja 1962

Stojąc w centralnej części Velouria Hall, spogląda na zegarek zawieszony na złotej bransolecie. Jest wręcz niegodziwie za wcześnie. Spędzi kolejne dziesięć minut czekając na swoje spotkanie i opierając się o kontuar, odmawiając barmanowi podjęcia decyzji. Mierzy się z myślą, że być może ktoś taki jak Mortimer Dunham czekać powinien na nią – był młody, miał jeszcze czas i posiadał umiejętności, które być może pozwoliłby mu przewidzieć z pewną dokładnością o której Sanderson pojawi się na miejscu. Silniejsze pozostaje natomiast przeświadczenie, które spójne pozostaje chyba z wiosennym przesileniem, jakoby to nie poczekał na nią nawet moment, gdyby tylko się spóźniła. I chociaż w naturalnych warunkach pewnie oburzyłaby się takim brakiem szacunku dla jej czasu – dzisiaj nawet by jej to nie zdziwiło.
To eleganckie miejsce – zna je, a widząc grupę kobiet podchodzących do baru w lejących się sukniach, tylko sobie o tym przypomina. Jedna z nich – najstarsza, najwyższa i o fryzurze na chłopca – posyła Sanderson szeroki uśmiech. Znają się – jeszcze ze studiów. Holly wyszła dobrze za mąż i zapomniała o karierze. Moira wyszła za mąż i rozwinęła karierę. Różniło je wiele, ale tamta widocznie cieszyła się, że widzi znajomą po latach. Sanderson nie daje się wciągnąć w kobiece grono – godzi się przedstawić córce znajomej, ale później prosi, by nie zwracać na nią uwagi i bawić się dobrze. Była umówiona. Zapewnienie o tym, że chętnie poznają też jej znajome nie trafia na podatny grunt. Mężczyzna tylko popsułby im żeński wieczór. Nawet jeżeli był mężczyzną przystojnym, młodym i – prawdopodobnie – nieżonatym.
Nim na dobre oddalą się od niej, kątem oka zauważa już wchodzącego do lokalu jasnowidza. Spina się nieco – co z zewnątrz widać pewnie jedynie w nerwowym poprawieniu kołnierza noszonej garsonki. Ubrana w ciemno-szmaragdowy komplet nie rzuca się w oczy tak, jak kobiety połyskujące niemal balowymi kreacjami – ale przecież dobrze wiedzieli kogo szukali, nie musieli wysyłać sobie sygnałów dymnych czy świetlnych. Boi się co zrobi, kiedy znowu poczuje się… Dziwnie. Boi się, że Mortiego Dunhama otaczać musi coś nietypowego i wpływającego na jej zachowanie. Było to niebezpieczne, ale było też… Niewyczuwalne. Przynajmniej teraz, kiedy stanął tuż obok, a ona wzrokiem przemknęła po jego ubiorze – od stól do głów. Potem bez specjalnego wstydu zawiesiła wzrok na jego twarzy. Coś się zmieniło, prawda? Chyba tak. Albo jeszcze poczuje to znowu?
– Nie rezerwowałam stolika – mówi w ramach powitania, gesty ograniczając tylko do pozornie grzecznościowego, ale chyba znaczącego strącenia niemal niewidocznego paprocha z urbania młodszego mężczyzny. Większość nazwałaby ten dotyk nienachalnym, a ona jedynie… Sondującym. Sondującym zachowania jej własnego ciała. – Podobno tutaj albo się stoi, albo się pije… Albo się tańczy – albo próbuje nie podeptać partnera, bo poruszanie się w rytm muzyki z kimś przecież nieznajomym – nawet jeżeli przez chwilę wydawał jej się kiedyś przedziwnie bliskim – nie było proste. – Zaschło ci w gardle? – proponuje więc kolejkę. – Na spotkanie wybrałeś naprawdę eleganckie miejsce. Grywasz tu? Czy tylko w Arkadii? Bywałam tam wielokrotnie, chociaż głównie przed laty – przyznaje. Kiedy nie była matką i kiedy miała przy sobie męża – dużo częściej korzystali z rozrywek takich jak teatr. Teraz bywała tam sporadycznie. Może trochę niewinnych pytań pozwoli przygotować grunt pod bezpośrednie pytanie o to, czym właściwie było ich edynburskie spotkanie… I czemu to teraz nie zaczynało się tak… Magicznie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
05-03-2026, 21:32
Powinien zjawić się na miejscu wcześniej.
Powinien przewidzieć, że Moira, ze względu na praktykowany zawód, który wymagał od niej punktualności, wypracowała sobie chirurgiczną precyzyjnie.
Powinien czekać na nią przed drzwiami, z bukietem kwiatów.
Powinien. Wiedział o tym, gdy pokonywał kolejne metry kwadratowe okrego od deszczu chodnika. Ta myśl prześladowała go, gdy utknął na przejściu dla pieszych. Zerknął na zegarek; miał wrażenie, że wskazówki tego wieczoru były wyjątkowo niecierpliwe.
Dwie minuty pieszej wędrówki dzieliły go od Velouria Hall i osiem minut spóźnienia. Nie chciał się spóźnić. Nie dzisiaj. Czuł podskórnie, że Moira Sanderson zasługiwała na szacunek.
Miał czas. Zawsze wydawało mu się, że ma czas, niezależnie od tego, jak bliski był godziny umówionego spotkania. Tym razem też miał czas. Powtarzał to, jak mantrę, gdy ucichł ostatni akord, po tym jak smyczek niespodziewanie wyślizgnął się spomiędzy jego palców, bo on - znowu! - zanurzył się w otchłani refleksji, jakie w ostatnim czasie bezwstydnie wybijały go z rytmu codzienności. Jak Pan zapatruje się na kwestie wyłączności?, echo słów Rafaela wciąż odbijały się echem do ścian jego czaszki, a potem kolejne chcę ciebie a nie jego, które przychodziły wraz z przyjemnym dreszczem i zdawało mu się, że chciały rozszarpać go od środka. Potrafiłby stworzyć z kimś coś trwałego, stałego, opartego na zaufaniu?
Wsunął dłonie do kieszeni płaszcza, czując, jak wiatr owiał swoich chłodem policzki. Wzdrygnął się. Miał ochotę zapalić, ale tym razem palce nie zacisnęły się na papierośnicy, zamiast tego nadał swoim krokom żywszego tempa.
Powinien teleportować się przed drzwi Velouria Hall, ale tego też nie uczynił; nie przepadał za teleportacją, więc rezygnował z niej, jeśli nie była ostatecznością.
W końcu z lekkiej mgły, jaka spowiła miasto, wynurzyła się fasada znajomego budynku. Poczuł, jak ulga odcisnęła na jego ustach grymas, który mógł uchodzić za atrapę uśmiechu. Wchodząc do środka, przywitał się z saksofonistką, którego minął w drzwiach. Mężczyzna otworzył usta, aby, jak Morty podejrzewał, wdać się w nim krótką rozmowę, lecz Dunham nie czekał, aż rozwinie swoją myśl. Zgadamy się kiedy indziej, ktoś już na mnie czeka, powiedział z przeczuciem, który graniczył z pewnością. Instynkt - to coś, ten impuls, jaki zazwyczaj nadał cel bicia jego sercu, podpowiadał mu, że kobieta, którą spotkał dwa miesiące temu w Szkocji była już w środku i oczekiwała jego przybycia.
Przeczucie go nie zawiodło. Ściągnęła na siebie jego uwagę, gdy tylko rozejrzał się po wnętrzu lokalu, w poszukiwaniu jej obecności. I już na niego czekała, otoczona samotnością, którą planował zastąpić swoim towarzystwem. Przedarł się zatem przez rzekę elegancko ubranych kobiet; poczuł, że przykuwa ich spojrzenia, lecz sam nie zadał sobie nawet trudu, aby odwzajemnić je choćby na ułamki sekund.
Miał wrażenie, że urok, jaki roztaczało tamto spotkanie, znikł; rozpłynął się gdzieś w chłodzie tamtego wieczora; w słowach, jakie do siebie szeptali; w adoracji, którą od siebie otrzymali. Czując, jak prześwietla go spojrzeniem, poprawił krawat; ubrał się adekwatnie do tego miejsca, elegancko. Ona wyglądał też inaczej, bardziej zjawiskowo, a mimo to było inaczej, zupełnie inaczej niż wtedy, gdy ją poznał. Zwyczajnie.
- To ja powinienem o nią zadbać, w końcu zjawiłaś się tu na moje zaproszenie - rzekł, miękko wypowiadając każde słowo, jakby recytował wiersz, a nie stwierdzał czysty, pozbawiony empirycznych uniesień fakt. Nakreślił na wargach ścieżkę uśmiechu, gdy Moira nienachalnym, prostym gestem strąciła paproch z jego rękawa. – Taniec do Boccheriniego byłby przyjemnym zwieńczeniem tego wieczoru - przyznał – ale na razie sprawdzimy, co może zaoferować nam barman - zgodził się na jej propozycje, bo dopiero teraz zorientował się, że naprawdę zaschło mu w gardle. - Jest nieoczywiste - powiedział, ofiarując jej swoje ramię w drodze do baru. – Zupełnie jak charakter naszej znajomości - dodał, torując im drogę przez tłum.
Wysoki standard. Tym kryterium się sugerował, wybierając Veluria Hall na miejsce spotkania. Wydawało mu się bowiem, że kobieta taka jaka Moira Sanderon zerkała jedynie do lokali objętych prestiżem i wytwornością.
– Grywałem, dawniej, gdy stawiłem swoje pierwsze kroki na scenie magicznego Londynu, obecnie występuję tylko w Arkadii - lecz świadomość, że utknął w miejscu coraz bardziej go uwierała; wchodziła pod skórę, wywołując nieznośne poczucie porażki. Było gorzkie, jak świadomość, że może tylko na tyle było go stać, że może ten wielki talent, jaki posiadł, był niczym więcej jak pospolitą przeciętnością. Nie chciał o tym myśleć. Nie w jej obecności, czując w nozdrzach zapach jej perfum. – Może to dobry moment, aby nadrobić zaległości? - zasugerował, – Powiem nieskromnie, jakby to była całkowicie moja zasługa, chociaż zupełnie nią nie jest, że oferuje dużo więcej niż kiedyś.
Co może nam zaoferować ta znajomość, Moiro?, echo tych słów zdawało się unosić nad tłumem wytwornie ufryzowanych głów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
10-03-2026, 23:07
Chciałaby skłamać, że umknęło jej jego spóźnienie – ale przecież nie była skłonna do tego typu nieszczerych uprzejmości. Przemilczy temat, wracając do niego być może później, gdy poczuje się na powrót nieco swobodniej. Obecnie nie może nawet wiedzieć czy jako jedyna czuje się dotknięta całym tym uczuciem… Zwyczajności. To przykre, prawda? Przykre, że minęło.
Przykre i niezręczne, ale gdy poświęci mu więcej czasu i gdy przyjrzy się uważniej jego twarzy, jego mimice, emocjach zapisanych w jego oczach – zauważy przecież prędzej czy później, że nie mają w sobie już tego, co początkowo ją do niego przyciągnęło. Wciąż był mężczyzną młodym i przystojnym – zadbanym, o dłoniach muzyka, wciąż miał barwę głosu przyjemną dla uszu – kojarzącą się z szeptem, który za moment zdołał zawrócić jej w głowie. Wciąż byłby przemiłym towarzystwem, ba – pewnie wciąż będzie nim tego wieczora – ale ostatnio to wszystko było uczuciem niespodziewanym, innym, pociągającym – za razem rozgrzewającym, a i zupełnie niewinnym. Teraz zauważała jego zewnętrzny urok – wtedy czuła, jakby wejrzała do głębi.
Ale chyba dociera do niej, że… Minęło. Albo gorzej – pozwoliła temu minąć przez zaniechanie kontaktu z Dunhamem przez okres długich tygodni, kiedy właściwie wątpiła, by wszystkie te wspomnienia były naturalne. To był jakiś urok? Zaklęcie? I czymkolwiek to było… Nosił to na sobie Morty czy ona? A może przedmiot albo zaklęcie zamknąć dało się w konkretnym miejscu? Z biegiem nocy przecież odczuwalne było mniej, ale ona wypijała też coraz więcej wina.
Ujmuje zaproponowane jej ramię – to zarazem dobry sposób na nieurwanie rozmowy, jak i na schowanie się za torującym drogę mężczyzną.
– Nieoczywiste, właśnie… – zaczyna, bo rozmawianie z jego ramieniem wydaje się jednak w jakiś sposób niekomfortowe. Wolałaby chyba przystanąć chociaż przy barze – na chwilę spojrzeć w głąb hebanowych oczu i upewnić się, że nie chce zarzucić tej nieoczywistości nieprawdziwości nieco zbyt pochopnie. A gdy przystają wreszcie i gdy może już poświęcić więcej uwagi jego twarzy – gubiąc się nieco we własnych myślach (rzadkie, te niemal katalogowała) – temat Arkadii odciąga jej uwagę. – Dla artysty celem jest grać w jak największej liczbie placówek, czy zagościć na stałe w jednej i być z niej sławnym? – to sensowne pytanie, szczególnie z ust kogoś, kto nie miał szczerego pojęcia o muzycznym świecie – kogoś, kto ograniczał kontakt z profesjonalnymi grajkami do gromkich oklasków po występie i zderzenia się spojrzeniem z dyrygentem w trakcie ukłonów. – Nie ujmuj sobie zasług. Jestem w obecnych czasach tak zapracowana, by moja obecność w Arkadii była tylko i wyłącznie twoją zasługą.
Słodzi mu, przystając przy blacie barowym. Nie kłamie. Bo niezależnie od tego czym byli dla siebie, kiedy popiół niestandardowych uczuć opadł i przypominał o sobie jedynie w postaci obrazów wypalonych w pamięci, była ciekawa jego i jego zajęcia. Była gotowa znaleźć jeden wieczór w miesiącu byle obejrzeć, posłuchać, a na koniec pogratulować mu występu. Właściwie czasami wystarczyło, że stał po odpowiedniej stronie barykady.
– Wiem, że chciałeś jeszcze raz wypić ze mną herbatę, w myśl tego ja powinnam wypić kieliszek wina… Ale chyba oboje widzimy, że jedyne co obecny stan ma wspólnego z tym ze Szkocji… To my dwoje – powinien chyba wiedzieć co ma na myśli, prawda? Musi czuć to samo. Była zawiedziona w życiu tak wiele razy, by nie pomylić tego uczucia z żadnym innym… Ale ten rodzaj zawodu był chyba zupełnie inny. Nieoczywisty, to dobre słowo. – Jak bardzo byłeś sobą tamtego wieczora, Morty? – może spróbuje zbadać chociaż czy oboje pamiętają te ciepło jednako. Przez te kilka tygodni zmienić mogło się wszystko. Właściwie – zmieniło się trochę, może wiele. – Zamów mi swojego ulubionego drinka, a ja zamówię ci swojego.
Nie była smakoszką, ale skoro miała przed sobą osobę czytającą z imion i – jak się okazało – wróżącą na więcej sposobów niż jeden – może wyczyta coś z jej niewyszukanego gustu?
Ale co może oznaczać zamówiony właśnie Old Fashioned?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
22-03-2026, 14:31
Niejednokrotnie gubił się w poczucie rzeczywistości. Niejednokrotnie miał wrażenie, że dla niego czas płynie zupełnie inaczej - odmierzał go rytm jego serca, melodia, jaka wygrywał na wiolonczeli i tempo jego kroków, a nie zegarek, o którego istnieniu często zapominał, chociaż już dawno powinien wyrobić sobie nawyk jego noszenia.
Powinien przeprosić za spóźnienie, ale przeprosiny nie zaprzątały jego głowy - jakby nie uważał tego za przewiny, która zasługuje na szczególne potępienie; jakby to, że zawsze zjawiał się nie w porę, kilka lub nawet kilkanaście minut po upływie wyznaczonego terminu, zwalniało go z tej odpowiedzialności.
Czując na sobie ciężar jej przeciągłego spojrzenia. nie przygniotło go poczucie winy - ciekawość, którą rozbudziła w nim Moira tamtego chłodnego, szkockiego wieczora, nadal w nim żyła, piętrzyły się w klatce żeber, w każdej myśli, jaka obecnie nawiedzała sklepienie jego czaszki. Chociaż emocje, które czuł tamtego dnia, wyparowały, nadal wizerunek tamtego ciepła, jaki w nim zagościł, ciągle w nim tkwił, niepostrzeżenie prześlizgując się przez sploty skóry.
Nieoczywiste - słowo, które najtrafniej opisywało tamto spotkanie. Wszystko, co wydarzyło się tamtego wieczora, pod dachem szkockiej restauracji, zdawało się nierzeczywiste - jak emocje, które przechodziły i odchodziły, pozostawiając po sobie echo swojej milczącej obecności. Gdy obudził się nazajutrz nie był pewny, czy spotkana kobieta była wytworem jego wyobraźni, prelekcją jaźni, jakie wślizgnęła się pod powieki, gdy zagościł pod nimi sen, czy może ktoś, kto istniał naprawdę, w przestrzeni, którą tworzyła rzeczywistości. W murach posiadłości Medici zrozumiał, że ktoś taki, jak Moira Sanderson istniał w tym świecie naprawdę. Długo zwlekał, aby przełamać nieistniejący pakt milczenie i się z nią skontaktować, aż w końcu, pod wpływem chwili, podczas jednego z tych samotnych wieczorów, gdy szepty zdawały się najgłośniej wybrzmiewać w jego głowie, nakreślił do niej kilka słów, podejmując to ryzyko.
A teraz stali tu, otoczeni tłumem wykwitnie odzianych czarodziejów, z poczuciem rozczarowania, gdy w końcu, w niewielkim odstępie czasu, odkryli, że to, co wydarzyło się początkiem marca, było stymulujące tylko na czas jednej rozmowy.
- Nie mogę wypowiadać się w imieniu wszystkich muzyków, ale mogę zdradzić jedynie jaki cel przyświeca mi - przerwał cisza, jaka nastała po jej pytaniu; potrzebował chwili, aby się do nie ustosunkować; chwili na refleksje. Zawsze chciał jednego - zapisać się na kartkach historii muzyki poważnej i nie sądził, aby gra na scenie jednego teatru umożliwiła mu spełnienia tej aspiracji, nawet jeśli ten cieszył się dużym uznaniem i jeszcze większym prestiżem. – Chciałbym, aby moja muzyka wybrzmiała w różnych zakątach świata i przeżyła moją śmierć - przyznał. Uśmiechnął się lekko, niewymuszenie. Niezręczność, jakiej się spodziewał, szybko rozpadła się w kształcie, jakim przyjęła ich rozmowa. – W takim razie, skoro to tylko i wyłącznie moja zasługa, wyczekuję twojej obecności.
Przy barze było mniej tłocznie, toteż mimowolnie odczuł ulgę.
- Ty, Moiro, nie pragniesz tego samego dla swoich badań? - zapytał, zerknąwszy ku niej z żywym zainteresowaniem blaskiem rozpalonym na krawędzi źrenic. – Nie chcesz, aby stały się spuściznę dla późniejszych pokoleń?
Nie chciał jej umniejszać. Wiedział przecież, że jej zaangażowanie w obszar nauki i medycyny miało nieporównywalnie większą wartość od tego, czym zajmował się on. Mogła być obiektem jego podziwu.
- Nie musimy wiernie podążać za schematem tamtego wieczora, bowiem nikt nam go nie odbierze - kłamstwo, obliviate może je odebrać, lub legilimenta potrafiący przejrzeć strukturę ludzkiego umysłu, lecz nie widział powodu, aby ktoś miał zadać sobie tyle trudu, aby zmodyfikować ich pamięć. – Zaryzykuję stwierdzeniem, że nie bardziej niż ty - ostrożność, z jaką wypowiedział te słowo nie wynikała z braku pewności siebie, a raczej była konsekwencją tego, co wówczas czuł i czego do dzisiaj nie potrafił zdefiniować. Opętany przez to, co mu się przyśniło, kierowany przeczuciem, wylądował w Szkocji i spotkał ją, przez co nadal trwał w przekonaniu,że tamto spotkanie nie mogło przejść bez echa; nadal pielęgnował pamięci jej słowa, ciepło jej uśmiechu i tą niespodziewaną bliskość, która wyrwała nad nim ogromne wrażenie. Chociaż tamten dzień wypalił trwały ślad w jego pamięci, obecnie wydawały się tak odległe jak wspomnienia z dzieciństwa. – Myślę,że nie powinniśmy przywiązywać się do tamtych wspomnień - dodał werbalizując dopiero co powstałą myśl. - Zanim ściągnęliśmy na siebie wzajemnie swoją uwagę, spotkało cię coś nietypowego?
Przystanął na jej propozycje, wobec tego Moria zmówiła dla niego Old Fashioned, on sięgnął po nieco wyżej sytuowaną pozycje w menu - Negroni. Drink, przynajmniej wedle jego gustu, stanowił idealną równowagę między słodyczą a goryczą przelewającą się przed gardło podczas degustacji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
31-03-2026, 11:37
– I słusznie. Nie wstydzisz się i nie powinieneś wstydzić się takich ambicji, nigdy – komentuje jego zachcianki. Dla wielu byłyby snem dzieciaka. Egocentrycznymi marzeniami. Ale jaką szansę na faktyczny sukces mieli ci, którzy jego nie pragnęli? Którzy do niego nie dążyli? Którzy nie pożądali go bardziej od innych? – ... i dążyć do tego celu. Akurat ja jedna zrozumiem cię jak nikt inny, Mortimerze – mogłaby śmiać się z siebie w jego wieku – z własnych marzeń, o wyrwaniu się z biedy i bylejakości. Z perspektywy czasu mogłaby śmiać się z tego, jak od najmłodszych lat zakuwała na każdym roku Hogwartu, z walki o stypednium, ze wzorowych ocen na Evershire i z inicjatyw, które podejmowała byle pozostać na uczeni na dłużej. Z męża, którego wybrała przez wzgląd na jego dorobek i jego nazwisko, które do dziś gwarantowało jej rozpoznawalność, a którą tylko uczyniła niewyłącznie jego rozpoznawalnością. Z otaczania się starymi i zagrzybiałymi akolitami, z sypiania z wpływowymi małolatami – byle ci tylko powiedzieli ojcom coś dobrego o zespole badawczym, z podstawiania nogi tym, którzy chcieli podkopać jej pozycję na College’u.
Wzdycha jedynie, ale oddech lekko drży. Gdy prędko przegląda w pamięci swoją przeszłość, nazwać może ją jazdą bez trzymanki. Większość podejmowanych inicjatyw, większość posiadanych umiejętności – wszystko to początkowo było jedynie błądzeniem we mgle. Wyznaczaniem sobie celów bez posiadania jakichkolwiek map. Czasami podążała utartymi ścieżkami, czasami zbaczała z nich i znajdowała się w niespodziewanych okolicznościach przyrody, ale ostatecznie… Ostatecznie chyba mogła polecić ambicje pozornie wygórowane.
– Im sławniejsze staną się moje badania, tym większa szansa, że komuś pomogą. Więc tak – na pewno chcę dla nich międzynarodowej, wielopokoleniowej sławy – ale nie ukrywała przecież nigdy, że chodzi również o powody typowo egoistyczne – o chęć przegonienia dokonań swojego zmarłego męża, o Medal Ministra, który chociaż znajdował się w jej mieszkaniu – nie należał zupełnie do niej. Chciała w przyszłości otrzymać własny. Musiała w przyszłości otrzymać własny.
Obecna władza… Czy doceni ją pomimo możliwie sprzecznych sympatii politycznych?
– Wtedy? Nie, nie wydarzyło się. Myślałam o tym, ale umówiona byłam na spotkanie ze sponsorem – być może liczyłam na coś więcej, ale brak zainteresowania nawet rozmową o finansowym wsparciu sprawił, że szybko zweryfikowałam swoje zachcianki – śmieje się pod nosem – ale w sposób typowo grzecznościowy – chwytając w dłoń zaproponowanego jej drinka. Drink oparty na ginie i drink oparty na szkockiej – byli lokalnymi patriotami? Może. A może nie należy dokładać drugiego dna do koktajlu, który mógł po prostu smakować lub nie. – Niezależnie jednak czy było to zaklęcie, urok czy zwyczajny powiew szaleństwa – mam wrażenie, że tamten wieczór… Coś odblokował – przechyla się ku mężczyźnie, ale nie w taki sposób, w jaki czynić to pragnęła w Szkocji. Nie w taki sposób w jaki skłaniał się ktoś, sięgający po bliskość. Pochylała się, pragnąc intymności rozmowy. Pochylała się, by odsłonięcie golizny myśli było łatwiejsze – To może naiwne i głupie wrażenie, rzadko staram się takim ulegać – ale po pierwsze – mam wrażenie, że łatwiej mi zaufać tobie nawet pomimo dzielących nas lat, krótkiej znajomości i jej nieoczywistego charakteru. Po drugie zaś – myślę, że dzięki tamtemu wieczorowi łatwiej było mi otworzyć się na bliskość z kimś innym. Fizyczną. I duchową – chociaż o tej drugiej mówiło się jakby ciężej. Myślała, że nigdy do końca nie uwolni się od myśli o Adamie Sandersonie. Że ten był z nią zbyt długo i zbyt blisko. W każdej dziedzinie życia. Możliwość uwolnienia się od jego ducha wydawała się realna dopiero od niedawna, chociaż wciąż niepewna. Mężczyzna z którym spotykała się ostatnio był człowiekiem zupełnie innym – równie wartościowym, może i wartościowszym – pozbawionym niszczycielskiej arogancji. Relacja z nim nie była już zawodową konkurencją i chociaż przez lata pozostawała uzależniona od tego uczucia – z biegiem lat tęskniła za nim coraz rzadziej.
– Wiem, że znasz moją siostrzenicę. Leonie Figg. Widziałam spojrzenia wymieniane z nią nad stołem. Jakieś żarty, których nie zrozumiałam. Razem wpadliście w… Nasze kręgi? – chciała zapytać już jakiś czas temu. Już w trakcie spotkania u Medicich, ale tego samego wieczora wracała jeszcze do przydługiej pracy na Evershire. – Jako jasnowidz wybrałeś po prostu dobrą stronę?
Gdyby posiadała ich umiejętność, zdolność czytania przyszłości – popadłaby chyba w obsesję jej poznawania. Chyba niezmienne popadała w obsesję wokół wszystkiego, co ją interesowało…
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 16:55 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.