• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Hadrian Street 24 > Łazienka
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
04-01-2026, 12:26

Łazienka
Podłączona do kanalizacji i wodociągu łazienka pełni swoją funkcję. Na tym można byłoby zakończyć, bo pomieszczenie nie jest ani ładne, ani przestronne, ani szczególnie zadbane. Sprzątane raz na jakiś czas, posiada na armaturze czy ścianach wanny ślady kamienia, na lustrze zarysowania i zacieki, a ślady na suficie sugerują, że była niegdyś zalana przez starszą sąsiadkę z góry.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
06-01-2026, 21:17
16.03

Deszcz zaczął padać na tyle niespodziewanie, że nawet zaklęcia—które i tak musiał zdjąć gdy znaleźli się w mugolskiej dzielnicy—nie uchroniłyby loków Maelle przed zmoknięciem, a koszuli Ambrose'a przed wilgocią. Zawyrokował, że nie odprowadzi jej tak do domu (mogliby się też teleportować, ale wieczorami upierał się na odprowadzenie Maelle pod same drzwi) i że powinni po prostu przeczekać, a potem pochwalił się, że chwilowo mieszka nie w Dolinie Godryka, a bliżej, tam zdążymy dobiec zanim naprawdę się rozpada. Więc pobiegli w stronę Hadrian Street, ale nie zdążyli i rozpadało się jeszcze bardziej. W normalnych okolicznościach by go to zirytowało, ale przy Maelle łatwiej było dostrzegać weselszą stronę świata, więc w bramie złapał oddech i wybuchnął śmiechem.
- Wygrałem! - wygrywał każdy wyścig, a Seymour pewnie wytknie mu dłuższe nogi, ale zwycięstwo i tak zawsze smakowało dobrze.
Śmiech mogło być słychać jeszcze z mieszkania i z klatki, gdy opowiadał Maelle jak jego teściowa zmoczyła kiedyś na deszczu swoje futro i że jego mama wiedziałaby jak je odratować od wilgoci, ale jakoś jej nie powiedzieli.
Otworzył zamaszyście drzwi i uśmiechnął (!) się szerzej, widząc, że Titus jest w domu, a nie na pieprzonym piwie z pieprzonym Chrisem Flowersem (lub tym drugim).
- Heej! - przywitał się z Titusem z rzadkim entuzjazmem, który przejawiał przeważnie po zwycięskim meczu Srok z Montrose, ale dziś nie było żadnego meczu. Już od dawna chciał ich sobie przedstawić, choć za każdym razem to odwlekał—właściwie nie był pewny dlaczego. Może dlatego, że Maelle była podobna do jego córki i w pewien sposób od niego samego. Wszystko co przykuwało uwagę w nim—jasne włosy, symetryczne rysy twarzy, rodzaj wdzięku—na niej zdawało się jeszcze intensywniejsze, piękniejsze, młodsze. Obawiał się, że ćwierćwila może być krzyczącą wręcz poszlaką: "zastanów się czemu jest taka wyjątkowa, a potem zastanów się nad Day'em!"
W swoich obawach nie uwzględnił dwóch rzeczy, zupełnie na nie ślepy: po pierwsze, siły uroku samej Maelle; a po drugie tego, że—młodziutka, blond i drobna—w oczach Titusa mogła być bardziej podobna do najładniejszej dziewczyny z Gryffindoru (choć stokrotnie ładniejsza niż Allie) niż do wysokiego magipolicjanta.
Tak czy siak, teraz ich sobie przedstawi, a że miał dobry humor to pójdzie to wyśmienicie! Na pewno się polubią, bo lubił ich obydwoje.
- Maelle, to mój partner, Titus! - policyjny oczywiście, ale to było tak oczywiste, że nie dodał tego zaprowadzając dziewczynę do mieszkania... cóż, nie sprecyzował czy swojego czy Titusa.
- Tite, to Maelle. - oznajmił. - Jest tancerką- zawahał się i zerknął na Maelle. - tańca artystycznego. - sprecyzował dżentelmeńsko, choć bardzo niewiele brakowało by wyjaśnił Titusowi czym jest burleska. Może jeszcze to zrobi, gdy odnajdzie w jego oczach potwierdzenie.
Nie doprecyzował skąd zna Maelle, bo to tyczyło się przeszłości samej ćwierćwili i jego mamy, a obydwie miały prawo do swoich tajemnic.
- Zmokliśmy w drodze do mieszkania Maelle. - doprecyzował za to w ramach wyjaśnienia faktu, że zaprosił tutaj dwudziestojednoletnią ćwierćwilę, która prawdopodobnie wyglądała jeszcze młodziej.
Jako, że sprawa została wyjaśniona zupełnie klarownie i logicznie, przeniósł uwagę z Titusa na ich (ich!) wspólnego gościa.
- Napijesz się herbaty?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
07-01-2026, 15:02
Minęło raptem kilka dni od szokujących wydarzeń zaszłych w trakcie zaprzysiężenia nowego Ministra Magii. Raptem kilka dni, w których Titus zastanawiać się miał jak bardzo właściwie obchodzi go to, że najwyższy stopniem przełożony w jego organizacji jest mugolakiem. Kilka osób w jego otoczeniu mogło się tym popodniecać (na przykład rzeczony i bardzo lubian yw szerokim gronie Chris Flowers, dobry znajomek z Edynburga), kilka mogło się powkurwiać (jacyś supremiści czystokrwiści z którymi niewiele miał przecież wspólnego), a on sam… Chyba chciał po prostu po raz kolejny obejrzeć Siedmiu Wspaniałych. Jeżeli Grindelwald zrówna ich wszystkich z ziemią, przynajmniej przed tym wszystkim przypomni sobie jeszcze raz ten zajebisty, obejrzany kilka razy kinowy hit.
Ambrose nie został uwzględniony w planie – to nie był pierwszy wieczór, który ten spędza poza domem (i tak nie chciał traktować go jak matka i dopytywać o ścieżki po których się szlajał – gdy ostatnio ktoś traktował go w opryskliwie matczyny sposób, ten uciekł z dywanem do kogoś innego), a Harrison i tak doskonale przyzwyczajony był do kinowej samotności. Oczywiście, że chciałby przeżywać emocje z kimś i oczywiście, że kupiłby bilet na miejscu, gdyby tylko przyjaciel nie wrócił do domu za późno… Ale wrócił na styk.
Harrison wiązał właśnie buty, kiedy na klatce usłyszał głośny śmiech rozwodnika. I jakiejś panny. No pewnie, że jakaś panna się do niego szczerzyła – panny chichotały czasami nad każdym słowem partnera, wlepiając w niego maślane spojrzenie. To norma.
Szykował się, że za trzydzieści sekund zgadnie która sąsiadka zaczepia Day’a i zapyta go czy przedstawił się jej jako kuzyn Harrisona... Ale ta sytuacja to nie norma. Albo norma o której nie wiedział.
Drzwi otwierają się, a blond głowy są dwie, nie jedna. Harrison czuje, że się tego spodziewał, ale uczucie odrzuca – racjonalnie patrząc na porządek wszechświata bowiem… Z rzeczy których się nie spodziewał, tej nie spodziewał się niemal najbardziej. Nie sądził, że przyjmując pod dach wieloletniego przyjaciela, przyjmuje go z całym dobrodziejstwem kobiecego inwentarza. Albo może mógł się tego spodziewać, ale wierzyć chciał… Że może jednak tak nie będzie?
Szczególnie kiedy sprowadzona do mieszkania kobieta chyba ledwo skończyła Hogwart i była dziwacznie podobna do tej, z którą Ambrose po Hogwarcie skończył. Allie była najładniejsza na roku, ale to Maelle budzi w partnerze tak entuzjastyczny ton. I uśmiech. Ten pieprzony uśmiech.
Nie wiedział czy wszystko to bardziej go smuci, straszy czy irytuje.
Harrison jeży się mentalnie, wstając z kanapy i chwytając papierosa zza ucha. Zatyka nim usta, byle ukryć rodzący się, niejadnoznaczny wyraz na wyjątkowo skołowanej twarzy. Nerwowo odgarnia włosy sprzed oczu i instynktownie przystaje za oparciem fotela, mimo woli szukając drogi ucieczki z całego tego… Zamieszania.
– Dobry wieczór – wydobywa z siebie, na chwilę wyjmując nikotynową tutkę z ust. Zostali już sobie przedstawieni, nie musiał zatem doświadczać tego zaszczytu.
Dopiero teraz wkurwia siebie samego chęcią ucieczki z własnego domu. Powinien umieć postawić na swoim!
– Tancerką – powtarza po partnerze, z uznaniem szczerozłotym, kiwając głową. No tak, przecież, że tancerką. No przecież, że tańca artystycznego. Nie mógł uwierzyć, że Ambrose używał w tym wypadku tak wyszukanego określenia – zwykł w końcu nazywać kobiety określeniami wybitnie nieeleganckimi. Harrison też nie był w tej kwestii bez winy – zbyt wiele razy coś na temat Allie wymsknęło się z jego kłamliwych ust, by wciąż nazywać to przypadkiem. – A skoro szliście do mieszkania Maelle – co nie jest moim interesem – to co sprawiło, że znaleźliście się… W moim? – podkreśla ostatnie słowo boleśnie, zerkając natarczywie na Day’a, a wyjątkowo – omijając spojrzenie młodej dziewczyny. Spomiędzy słów wyrwać da się strzępek irytacji. – Akurat… Zbierałem się na spacer. Czekałem tylko aż wrócisz.
Tani blef ląduje na talerzu. To nawet nie do końca kłamstwo, tylko… Nagięcie rzeczywistości?
Dobrze, zgoda, co tu kryć – to zwyczajne kłamstwo.
– Zakładam, że wygodniej będzie się wam dyskutować beze mnie – wyciąga z kieszeni zapalniczkę i odpala papierosa. Drżąca dłoń radzi sobie z ogniem. Harrison podnosi wzrok na oczy Maelle dopiero wtedy, kiedy otacza się słusznym woalem dymu. Miała pewnie najpiękniejsze oczy jakie w życiu widział – bliźniaczo podobne do upiornie jasnego spojrzenia współlokatora na chwilę. Patrzy w nie może nieco za długo, na kilkanaście sekund tracąc poczucie czasu. Sprowadza się na ziemię dopiero kolejnym zdaniem, rzuconym z impetem w kierunku kuchni. – Rosie, piłeś coś? Wesoło ci.
Tak, to pytanie jest złośliwe.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
12-01-2026, 10:23
Łzy deszczu burzą misterną fryzurę, po której pozostały wilgotne, obejmujące twarz strąki. To nic, w gruncie rzeczy nie stała się tragedia, Maelle nie musi już wracać do pracy, więc przez resztę wieczoru może mościć się na kanapie pod ciepłym kocem i mruczeć z zadowolenia, rozgrzewana po nagłej ulewie. Tym razem biegną w kierunku mieszkania, w którym aktualnie zadomowił się Ambrose; lokum należy do jego kolegi z pracy, bohatera niezliczonych opowieści i anegdot umykających spomiędzy warg blondyna przy dowolnej okazji, bo w jego arsenale nigdy nie brakuje wstawek o Titusie i mandatach. Słuchała o Harrisonie tak często, że ma wrażenie, jakby ten stał się też jej przyjacielem, choć nigdy nie widziała go na oczy. Dziś ma się to zmienić, a ćwierćwila nie odczuwa ni grama zdenerwowania czy skrępowania niezapowiedzianą wizytą. To tylko mężczyzna. Jeśli będzie trzeba, owinie go sobie wokół palca, choć przy Day'u mogłaby mieć skrupuły, w końcu wydaje się terytorialny, gdy chodzi o Titusa.
- Dałam ci fory, żebyś nie wypadł na miernotę przy koledze - stwierdza beztrosko, w jej oczach czai się lisi błysk. Zwycięstwo nad Ambrose'm i jego niemożliwie długimi nogami graniczyłoby z cudem, więc nie robiła sobie nadziei, mimo że jej własne ciało odznacza się większą gibkością, a ruchy zawsze wypadają żwawiej niż gesty magipolicjanta. No nic, łyka swoją wersję z grzeszną przyjemnością, bo to musi być prawda. Wspaniałomyślnie pozwoliła mu wygrać, więc niech Ambrose cieszy się swoim zaaranżowanym zwycięstwem, zresztą jest przy tym wręcz rozczulający, czarująco uśmiechnięty. Mężczyźni lubią triumfować, wie o tym doskonale. To ich napędza, to daje im siłę, to ich wyzwala.
Po drodze przez klatkę schodową Maelle opuszcza płaszcz do połowy ramion, zgrzana biegiem do bramy, i odkleja kosmyki włosów od policzków, odrzucając je do tyłu. Przez otwarte w zaproszeniu drzwi przechodzi bez wstydu, omiatając wzrokiem kawalerkę. Nic specjalnego, typowa męska jaskinia, urządzona bez smaku i fantazji. Surowość spoziera z każdego kąta i każdego mebla, obecność dwóch samców jest aż nazbyt widoczna, jakby obrali za punkt honoru stworzenie najnudniejszej przestrzeni w Londynie. Spodziewała się czegoś innego? Skądże znowu.
- Cześć - rzuca miękko do Harrisona, przedstawiona przez Ambrose'a. Jej spojrzenie osiada na łagodnych rysach długowłosego czarodzieja, na czekoladowych oczach nakrytych nieco napiętymi brwiami, na sylwetce podnoszącej się z kanapy, smukłej i zaskakująco niskiej. Przy policyjnym partnerze musi wyglądać komicznie albo żałośnie, ale Maelle nie daje po sobie poznać istnienia tej myśli, wręcz przeciwnie: na jej ustach rozlewa się aksamitny uśmiech, pierwsze kuszenie, mające za zadanie zburzyć mury, którymi chce otoczyć się Titus. - Deszcz - krótko potwierdza wyjaśnienie blondyna i sięga przez ramię, żeby tym razem przełożyć zmoknięte perłowe pukle do przodu. Potem zsuwa płaszcz z ramion i podaje go Ambrose'owi, niech poczuje się gospodarzem na własnym terytorium. Cóż, prawie własnym. - Dziękuję, że mogę się tutaj wysuszyć. Dużo o tobie słyszałam, Titusie. Dużo dobrego - mówi szczerze, znacząco zerkając na Day'a. To on odpowiada za całe spektrum wiedzy ćwierćwili, jego źródło opowieści o przyjacielu nigdy nie wysycha. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam - dodaje z niby zatroskanym westchnieniem. Wie, że przeszkadza, Harrison zdaje się trochę kolczasty, ale to nie wadzi w odgrywaniu roli bezbronnej i czarującej damy w potrzebie; ta taktyka zawsze się sprawdza. Zawsze dostaje dzięki temu to, czego chce. - Teraz nie wychodź, zmokniesz i zmarzniesz. Jeszcze nabawisz się przeziębienia i Ambrose zapłacze się z tęsknoty, jeśli weźmiesz kilka dni wolnego na wypoczynek - zaczepia, uśmiechając się krzywo. Kiwnięciem głowy przyjmuje propozycję herbaty, po czym ściąga buty, żeby nie nanosić do środka wilgoci, i boso przemierza pomieszczenie w kierunku kanapy, z której przed momentem wstał Harrison. - Skąd taki wniosek? - patrzy na wątpiącego w potrzebę swojego towarzystwa Titusa i przechyla lekko głowę do ramienia. Maelle wie, że po części Ambrose chce pochwalić się swoim przyjacielem, a będzie to niemożliwe bez jego przyjaciela. Na jej sercu leży zadowolenie Day'a, nie drugiego magipolicjanta, więc woli, żeby ten nie ewakuował się w panice.
Uwagę przyciąga przydomek, którym niższy czarodziej traktuje wyższego. Jej brwi nieznacznie unoszą się ku górze, a głowa przechyla w kierunku blondyna, śledząc go spojrzeniem. - Rosie - przeciąga zgłoski, smakując je na języku. Żaden normalny mężczyzna nie zwróciłby się tak do drugiego, jest w tym zbyt wielka poufałość i infantylizacja, co znaczy, że ich stosunki muszą być... bliskie. Intrygujące. - Ciekawy pseudonim dla kogoś, kto dorównuje gabarytami Wieży Astronomicznej - komentuje z uśmiechem i pozwala sobie usiąść, bo zakłada, że może. Naigrywałaby się z Day'a i pytania o piciu, gdyby nie to, że wie, jak ten unika alkoholu. Wydaje się być to dla niego zapalnikiem i punktem drażniącym poczucie honoru, więc tym razem mu odpuszcza.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
12-01-2026, 17:06
- Przecież nie widział wyścigu. Chyba. - roześmiał się, ale i tak kontrolnie zerknął w górę. Titus kibicował mu niegdyś w każdym meczu i każdym wyścigu. Przywykł do świadomości, że przyjaciel zawsze jest na trybunach, po jego stronie—a potem musiał od niej odwyknąć, gdy zaczął grać profesjonalnie, a Harrison profesjonalnie zajmował się gospodarstwem w Szkocji.
Gdy zaliczył najpoważniejszą w swojej karierze kontuzję, po upadku i tak szukał Titusa wzrokiem na trybunach, mimo, że doskonale wiedział, że go tam nie ma. Może był wtedy w szoku.
Byłby też w szoku gdyby Maelle wygrała z nim wyścig, choć zapomniał, że miała na to realną szansę—biegał codziennie, ale dla wytrzymałości, nie szybkości; a w latanie na miotle wkładał głownie siłę. Nie przewidział, że to jej treningi taneczne w połączeniu z lżejszą wagą mogą dać sporą przewagę w sprincie przez deszcz.
W progu złapał się na myśli, że podoba mu się mieszkanie Titusa. Podobało mu się, że może tutaj wracać, że może tutaj przyprowadzić Maelle (do Doliny Godryka by jej... nie przyprowadził. Nie tylko dlatego, że to nie po drodze) i że wchodząc widzi nie mamę i nie puste ściany (jak w Cardiff), a przyjaciela. I papierosa. Z uznaniem spojrzał jak Titus go zapala i uznał, że samemu też ma ochotę.
- No przecież mówię, że deszcz. - odpowiedział ze zdziwieniem na pytanie Harrisona, powtarzając jak echo to, co powtórzyła już Maelle. Trzy razy wyjaśnili już Titusowi czemu tutaj są, miał nadzieję, że teraz dotrze.
Do niego samego nie dotarło, że Harrison wymownie podkreślił, że to jego mieszkanie. Zamrugał, nie rozumiejąc dlaczego Titus patrzy na niego tak natarczywie. Tak samo jak wtedy, gdy brali łapówki albo negocjowali z dilerami. Zapomniał o czymś? Nie, na bank nie mieli dziś ani patrolu ani umówionej fuchy. Przecież Ambrose nie zapominał. Przyjaciel ostrzegał go też spojrzeniem, gdy Day powiedział coś nie tak, ale bez jaj, przecież dziś nie powiedział nic nie tak. Nie przy Maelle, przy niej nie musiał się pilnować. I przy Titusie też nie.
- Spacer w taką pogodę? Maelle ma rację, z okna tego nie widać, ale za bardzo pada. - przytaknął, pedantycznie wieszając płaszcz Maelle na wieszaku. Równie pedantycznie powiesił swój i wymamrotał zaklęcia osuszające. - Poza tym, mam klucze. - zmrużył lekko oczy, bo dlaczego Titus miałby na niego czekać? - Masz rację, nienawidzę pracować bez Titusa. - przyznał rację (!!!) Maelle, ze spokojem machając różdżką by zagotować wodę na herbatę w nieswoim czajniku. Potem usiadł na kanapie i wyciągnął przed siebie długie nogi. Nie podejrzewał, że Maelle przejrzała jego cichy entuzjazm (wszelkie pozytywne emocje Ambrose okazywał raczej cicho) odnośnie przedstawienia sobie przyjaciela i przyjaciółki (tak powinien ją nazywać?), ale rozgrywała to idealnie i nadal był w doskonałym humorze.  Uniósł lekko brwi, gdy Titus uznał, że będzie im wygodniej bez niego. Co to w ogóle za wniosek? Kanapa i mieszkanie były tak samo wygodne niezależnie od tego, czy byli tu w trójkę czy w dwójkę. Maelle rozsądnie zapytała o to wprost, a Ambrose kiwnął głową.
- No właśnie, zresztą od dawna chciałem was sobie przedstawić. - wyznał prostolinijnie. - Poznałem Maelle - pod burdelem, o czym nie powie Titusowi, bo zawstydzi Maelle; oraz prowadząc śledztwo w sprawie własnego pochodzenia, o czym również nie powie Titusowi; bo sam się wstydził. Pomiędzy tymi niedomówieniami—coraz cięższymi, im bardziej Dolores Day martwiła Ambrose'a (a ostatnio robiła to ciągle)—znalazł jednak miejsce na prawdę. - gdy ktoś próbował ją zastraszyć, łamiąc ciszę nocną. - w ferworze opowieści zapomniał sprecyzować płeć tego ktosia i tak oto z zazdrosnej żony jakiegoś czarodzieja zrobił się tajemniczy napastnik, od którego magipolicjant bohatersko ją ocalił. Przypadkowo, oczywiście—Day'owi brakowało wyobraźni na to, by snuć tak heroiczne narracje celowo. - Jeszcze przed rozwodem. - umieścił moment w czasie. Brakło mu też wyobraźni na to, by pomyśleć, że poprzez taką chronologię rzuca podejrzenia na przyczyny swojego rozwodu. Może te przyczyny były młode, długonogie i srebrnowłose?
- Mogę odpalić? - zwrócił się do Titusa, widząc, że ten już wyjął zapalniczkę. W razie oporu odpalił papierosa własną, ale nie widział powodu dlaczego miałby to robić.
- A Titusa znam całe życie, ale już o tym wiesz. Nazywa mnie tak jeszcze od Hogwartu. Od Amb-ROSE. - wyjaśnił genezę pseudonimu, ale nie poprawił Maelle i nie zakazał jej tego powtarzać. - Zapalisz? - zwrócił się do Maelle, zaciągając się papierosem. Wypuścił dym z ust i podał siedzącej obok siebie ćwierćwili tego samego papierosa—za pierwszym razem gdy zabrała mu peta był nieco urażony, ale z biegiem czasu przywykł już do dzielenia się akurat z nią. Zresztą, była mała i paliła mało, szkoda było marnować na nią całego papierosa jeśli miała zaciągnąć się tylko kilka razy. Podniósł wzrok na Titusa, który wyjątkowo nad nim górował, bo nie siedział. - Piłem kawę. Przecież wiesz, że nie piję. - przewrócił oczyma, ale z irytacją mniejszą niż zwykle. Naprawdę miał dobry humor. - Chyba, że ty coś chcesz? - rzucił do Maelle, bo faktycznie mógł zaproponować jej coś innego niż herbatę. Pogodził się już z tym, że świat nie był równie odpowiedzialny jak on sam i że niektórzy pili czasem przy nim, ale bez niego.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
12-01-2026, 20:18
A nawet jeżeli chce uciekać spojrzeniem od wizerunku Maelle – niemal nie jest w stanie odlepić od niej oczu. Nie jest jeszcze tak bardzo świadom, że pada ofiarą czegoś, co z innej strony obserwował niemal nagminnie, niekiedy codziennie i z podejrzliwością pewnie mniejszą, niż się temu należała. Nie jest świadom, że na wizję zarzucono mu filtr łagodności, który z każdą kolejną chwilą zmiękczał spięte mięśnie twarzy, czyniąc ją gładszą i niewinniejszą, a podejście do sprawy – przystępniejszym.
Pewnie gdyby pozostał w pokoju z blondynką – tak zwyczajnie, sam na sam i gdyby nie przewidywał obecnie w głowie dokładnego czasu, po którym skończy przylepiona do boku Day’a – mógłby zamilknąć, zagapić się na nią i utknąć w tej pozycji kilka chwil. Nie miał jednak odpowiednich warunków, bo anomalie zachodzące w mieszkaniu wytrącają go ze wszelkiej równowagi.
– To ciekawe, ja nie słyszałem o tobie niczego – rewanżuje się młodej kobiecie. – Mi? Nie, skąd – oczywiście, że nie przeszkadzasz. Prycha złośliwie, bo nie znajduje w głowie żadnych środków mogących powstrzymać ten nagły objaw frustracji.
Dogadali się, prawda? Z tą całą drwiną z deszczu. Nie było żadnego mieszkania Maelle, w tej sprawie też się dogadali, to pewne. Harrison nie mógł uwierzyć, że będzie żałował, że przyjął pod własny dach najlepszego przyjaciela, a jednak właśnie to się działo. Uczucie starsze od kariery w magipolicji – wypierał to, ale niepewność i zazdrość smakowała tak samo niezależnie czy miało się lat szesnaście, dwadzieścia sześć czy trzydzieści sześć.
Powinien wyprosić ich obydwoje, ale nie umie znaleźć na to słów.
Zresztą – za kilka chwil i tak utyka w pozycji, w której stojąc za oparciem fotela (o które – swoją drogą – ociężale opiera się łokciami) – tuż naprzeciwko zajmowanej przez blondwłosych kanapy – dochodzi do wniosku, że w domu gościć musiał pewnie dwójkę najpiękniejszych ludzi na ziemi. I że wcale nie dziwi się, że dwójka ta postanowiła…
Postanowiła nawiedzić jego mieszkanie i obnosić się ze wszystkim, z czym obnosić się mogli. Ponownie czuje, że coś się w nim gotuje, nawet jeżeli nie wie właściwie jakiego widoku spodziewa się dalej. Wciąż nie zauważa, że wpatruje się w Maelle jak sroka w gnat. Wciąż wciąga do ust dym, by wypuścić go niemal od razu – uspokajając się samą jednostajną czynnością – nie smołą osiadającą w płucach.
Po co kłamał na temat spaceru? Teraz to wszystko nie miało sensu.
Dobrotliwie oświecony w kwestii ich poznania – tylko na moment przestaje przyglądać się Seymour. Wciska papierosa pomiędzy wargi i wreszcie zauważa w Ambrose’m coś, co wszyscy zauważali pewnie od zawsze. Czy zawsze wszystkich irytowało to, że kobiety lubiły go bardziej? Że patrzyły na niego i w pierwszej kolejności odnosiły się do niego?
Całe życie miał to gdzieś, całe życie było mu to nawet na rękę.
Ta myśl nawet do końca nie należy do niego, ale obecnie wydaje się… Przeraźliwie własna.
– Odniosłem wrażenie– – zbiera się w sobie, byle nie dać nogi mimo wszystko. By nie rzucić komentarza o tym, że nie jest z cukru i przecież w Anglii nikt nie przejmował się deszczem… – ale nieważne, zostanę.
Nie umie nawet skłamać. Rzuca zapalniczkę lobem ku przyjacielowi, bo chociaż czuję w sobie gwałtowną falę złości – nawet ona nie sprawi, że zachce z całej siły miotnąć w niego kawałkiem twardego metalu. Nie był już nastolatkiem, nie jest już tak niewyżyty jak kiedyś – obecnie chociaż w pewnym, najmniejszym stopniu panował już nad emocjami – szczególnie przy zupełnie obcych mu ludziach.
Nic nie było go jednak w stanie przygotować na to, co wydarzyło się chwilę później, bo kiedy papieros powędrował z ust partnera, do ust jego młodziutkiej koleżanki, Harrison pokiwał głową. No przecież, to jasne. Czemu właściwie jeszcze w to wątpił, skoro czuł to od samego poaczątku?
Chciałby spytać, jak długo to trwa, ale chyba się domyśla. Nie przypominał sobie by Ambrose, dajmy na to, pił chętnie z jednego kubka z kimkolwiek – może poza nim samym, ale dopisywał wiele znaczenia wspomnianej znajomości od zawsze; palenie jednego papierosa z ust do ust wydawało się jeszcze intymniejsze.
Niech i spijają sobie ten koniak, piwo, herbatę - cokolwiek - z dzióbków. To totalnie nieważne.
– Nie musicie się przy mnie krępować – kapituluje. Przecież los tak chciał. Los chciał by jego partner był psem na baby, nawet pomimo swojego chłodnego wzroku, szorstkiego usposobienia, niekiedy zerowej wrażliwości; los chciał, by umiał owinąć sobie wokół palca najładniejsze kobiety i by mógł przyprowadzić je do swojego domu – nawet tego tymczasowego. Titus znał już złośliwość fatum – był jej naocznym świadkiem i niekiedy jej cierpliwą ofiarą. – Widzę… – co tu się święci. Ponownie zaciąga się papierosem, ale popiół na końcu skręta spieszy się do popielnicy. Jak na złość – Harrison nie może znaleźć w sobie siły, by się tam przemieścić. – Że w ogóle nie macie przed sobą oporów.
Drzwi do łazienki wyglądają jak światełko w tunelu. Zerka ku nim coraz to bardziej nerwowo.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
12-01-2026, 21:51
Nie mówi już nic, jedynie wzrusza ramionami, wspinając się po stopniach na klatce schodowej kamieniczki. Ambrose wielokrotnie powtarzał, jak cudownie obserwuje Titus, więc to prawdopodobne, że nawet jeśli nie stał w oknie i nie śledził przebiegu ich wyścigu, i tak jest go w jakiś metafizyczny sposób świadomy. Dziś Day nie ma się czego wstydzić, w końcu zwyciężył (jakby zwycięstwo nad mniejszą i zdecydowanie kształtniejszą blondynką było osiągnięciem), ale nie chce zasiewać w jego wyobraźni napięcia i ambicji, żeby nie czuł się w obowiązku imponować koledze w każdym przejawie rywalizacji z innymi.
Harrison okazuje się zaskakującym gospodarzem. Ćwierćwila wyobrażała sobie poczciwego, ale skrytego w sobie człowieka, który od wejścia nie przypuści na nią prychającego natarcia, tymczasem on zaczyna zachowywać się jak kot, któremu ktoś nieuważnie nastąpił na ogon. To nic, że w jego spojrzeniu kryje się znajoma adoracja i łakomość, to nic, że śledzi ją wzrokiem, niezdolny go od niej oderwać; i tak nie podoba się jej ani ton, którym do niej mówi, ani brak manier, bo nawet jeśli faktycznie niczego o niej nie słyszał od przyjaciela, mógłby chociaż nakarmić ją słodkim kąskiem kurtuazji i coś zmyślić. Bogowie, to przez jego wzrost? Jest taki niski, tak bardzo nie odrósł jeszcze od ziemi... Pewnie przez to zgorzkniał, ale to nie jej problem. Gdyby nie kolczaste powitanie, pewnie szybko by go polubiła, tymczasem ma ochotę wykorzystać kilka nowo poznanych praktyk z hali bokserskiej i kopnąć go w dupę.
- Pech - odpowiada Titusowi miękko, sięgając przy tym przez ramię, żeby zgarnąć przez nie zmoknięte od deszczu włosy. Nie jest tu za ciepło, ale to nic, wystarczy jedno zaklęcie osuszające, żeby dała sobie z tym radę, póki co jednak Maelle nie zawraca sobie tym głowy, wychodząc z założenia - być może mylnego -, że ma na to czas, skoro odwiedza przyjaciela bliskiego jej sercu człowieka. - Jeszcze zacznę myśleć, że się mnie wstydzisz - rzuca Ambrose'owi lisie spojrzenie, przeczuwając, że ten zaraz pospieszy z pomocą i wyjaśni, że to nie tak. To dobrze, bo przez zimne powitanie niższego czarodzieja ćwierćwila chyba potrzebuje połechtania ego, bądź co bądź wiązała z tym spotkaniem sporo nadziei. Może nie ma z czym. Może postać wyidealizowana w głowie Day'a nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, a tak naprawdę Harrison to złośliwy gbur.
Czas pokaże, o ile ten nie schowa się za kanapę.
Mimo wszystko posyła Ambrose'owi uśmiech, bo wie, że dla niego ta okazja również wiele znaczy. Nie jest mu obojętna, gnom bez kapelusza to natomiast jego najbliższy i wieloletni kompan, więc na pewno zależy mu, żeby ich zderzenie przebiegło pozytywnie. Choćby z tego powodu próbuje trzymać język za zębami a magię w sobie, bo przecież zajęłoby jej to chwilę, żeby wszyć w Titusa sznureczki wilej magii i sprawić, żeby przeprosił ją za swoją wcześniejszą postawę; przecież nie zrobiła nic złego, próbowała wręcz być miła już od samego wejścia.
- Najgorszy element opowieści to to złamanie ciszy nocnej, co? - droczy się z blondynem, bo coraz trudniej nawiązać jej rozmowę z gospodarzem, z którego gardła dobiegają połamane zdania. Zapada się w poduszce kanapy, a nogi podciąga wyżej i układa je obok siebie, zziębnięte od koszmaru pogody za oknem. Najchętniej sięgnęłaby po koc, ale nie ufa do końca niczemu, co nasiąkło bakteriami z typowo męskiego mieszkania. Starzy kawalerzy i rozwodnicy raczej nie są przykładem dbania o czystość, nawet mimo pedantycznych skłonności Ambrose'a. Od kiedy on tu mieszka? Krótko, za krótko, żeby zrobić z tym miejscem porządek. - Och, naprawdę? - pyta z teatralnym zdziwieniem, kiedy ten tłumaczy genezę skrótu użytego przez przyjaciela. Przy okazji jej spojrzenie znów sięga oblicza drugiego magipolicjanta we wspólnej konspiracji, to ostatnia próba, którą póki co podejmie, żeby nawiązać z nim nić porozumienia. - Wiedziałeś, Titusie, że Rosie wzięło się od Ambrose? Nie wpadłabym na to. Jak dobrze, że wyjaśniłeś - zarzeka się zaczepnie, wracając do blondyna, a po chwili na jej twarzy pręży się łuk szerokiego uśmiechu. Przyjmuje papierosa i zaciąga się nim dwa razy, zanim zwitek wędruje z powrotem do jego rąk; Maelle nie przepada za papierosami, ale czasem musi się czymś poratować, żeby porywcza natura wilich przodkiń pozostała w niej zamknięta. Może powinna też skorzystać z propozycji alkoholu, ale nie ufa temu, że nie będzie jedyną osobą w towarzystwie, która będzie sączyć jakiś trunek, skoro Day nie pije, a Titus nie czuje się przy niej swobodnie. - Nie chciałabym was ograbiać z alkoholu - dziękuje zatem, po czym jej głowa przechyla się odrobinę, przypomina ptaka, którego uwaga została przez coś raptownie przykuta. - Krępować przed czym? - pyta zdziwiona, mrugając na słowa gospodarza. Nie krępowała się, kiedy kładła bose stopy na kanapie, ale trochę za późno, żeby miał o to pretensje, więc o co chodzi? - Nie mamy, to prawda - potwierdza, lekko mrużąc oczy, nieufnie, niepewnie. Czarodziej zachowuje się coraz dziwniej, co w naturalnej kolei rzeczy budzi jej napięcie, bo nie jest w stanie przewidzieć jego następnego ruchu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
12-01-2026, 22:22
Dopiero teraz, pod ciężarem uwag Maelle i Titusa—udowadniały mu paradoks tej sytuacji, bo nie wstydził się jej, ale faktycznie mu o niej nie mówił—do Ambrose'a zaczęło docierać, że sytuacja jest lekko niezręczna. Ale tylko lekka. I to pewnie przez to niemówienie, nic więcej.
- No co ty! - zwrócił się do Maelle z uprzejmości. Faktycznie, trochę się wstydził, ale to nie jej wina. Nie jej profesji ani wieku, ale krwi, która płynęła w ich żyłach. Zbliżył się do Seymour, bo obydwoje byli wyjątkowi, ale Titus był chyba jedyną osobą na świecie, która traktowała go normalnie.  - Mówiłem ci ostatnio, że idę na boks robić za trenera. - wytknął, Titus nie spytał wtedy co prawda, czyjego trenera, ale to nie wina Ambrose'a, że nie dociekał albo że akurat był rozkojarzony. Tak samo z tym zasranym Adrianem Tonks, przecież to chyba proste skojarzyć, że wyglądał tak samo jak ja to synonim na metamorfomaga i że typ wyglądał dosłownie jak Ambrose. Zresztą Day tego nie ukrywał, bo między wierszami powiedział to Titusowi, a Maelle i mamie całkiem wprost.
Chyba wybrnął, bo Maelle (na pewno całkiem szczerze) się uśmiechnęła, a on rzecz jasna ten uśmiech odwzajemnił, bo też nie był na jej aurę i dobre samopoczucie obojętny. A rozmowa i tak szła lepiej niż poszłaby przy Dolores Day...
- Z całą resztą poza ciszą nocną byś sobie poradziła. - roześmiał się, na sekundę zapominając o tym, że przed Titusem leipiej nie wspominać o tym, jak Maelle radzi sobie z problemami. Akurat tamten łatwiej było rozwiązać jemu, ale nie wątpił, że w razie potrzeby rzuciłaby urok na innego mężczyznę i znalazła rycerza, godnego przepędzić od niej rozwrzeszczaną czarownicę.  Spoważniał trochę, gdy podchwycił spojrzenie Harrisona. Znów dziwnie intensywne, ale zarazem inne niż zwykle. W jakiś sposób znajome, ale Titus nigdy nie patrzył na Ambrose'a z tego rodzaju zazdrosną irytację i Day nie potrafił nazwać tego uczucia. - Zostań, Tite. - poprosił łagodniej, łapiąc zapalniczkę. Zostań, przecież przyszliśmy do ciebie—chciałby powiedzieć, ale nie potrafił przecież ani rozładowywać napięcia ani odpowiednio ciepło przedstawiać sobie przyjaciół. Robił, co mógł. - Masz, zmarzniesz... - zerknął na nogi Maelle i wolną ręką sięgnął po koc, który wylądował na jej stopach czy tego chciała czy nie. Pozostawał całkowicie nieświadomy tego, jakie rzeczy myślała ćwierćwila o ich mieszkaniu i jakie rzeczy myślał Titus o jego relacji z Maelle; był jednak mgliście świadomy tego, że blondynka jakoś się zjeżyła, a Harrison uparcie stał zamiast siadać.
- Przecież wiedział, bo sam to wymyślił... - odpowiedział za Titusa, bo drwina z jego własnej osoby też mu umknęła. W rozkojarzeniu odebrał papierosa od Maelle, niechcący muskając jej dłoń własną i zaciągnął się dymem dla uspokojenia. Może tylko mu się wydawało, że atmosfera jest jakaś napięta.  - Och, powinny tu jeszcze być koniaki od mojego byłego teścia, prawda, Titus? Polecisz jakiś? - nie miałby serca okradać go z piwa, ale koniaki były drogie i wyrafinowane, może odpowiednie dla Maelle; a wszystkie z nich systematycznie dawał Harrisonowi Ambrose.
Zamrugał powoli, bo nie zrozumiał zupełnie kolejnych słów Titusa. Zerknął pytająco najpierw na niego (odruchowo, jak zawsze; ale niestety Titus rzadko tłumaczył Ambrose'owi niejasności samego Titusa), a potem na Maelle, ale ona zdawała się równie zdziwiona. Co potwierdziły jej słowa.
- Krępować przed czym? - teraz już nawet Ambrose nie krępował się zadać tego pytania, wlepiając w Harrisona spojrzenie. - Nie rozumiem. - przyznał równie bezradnie jak w Hogwarcie. - Mogę też zrobić kawę, ale naprawdę mi nie przeszkadza jeśli napijecie się beze mnie. - zaproponował dla jasności, to w końcu przyzwoita posiadówka w mieszkaniu, a nie impreza nastolatków w stodole.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
12-01-2026, 23:29
– Oj, z pewnością się ciebie nie wstydzi – dodaje z drapieżnym przekąsem, bo nie umie opanować tych słów uciekających z jego kłamliwej jadaczki. Tym razem mówi jednak prawdę, w końcu przyprowadził ją tutaj jako pierwszą dziewczynę po Allie (której Titus szczerze nie lubił w przedziwnej, przewrotnej kolejności – najpierw za wszystko, a dopiero potem za wyłącznie ciężki do zniesienia charakter). – Nigdy nie widziałem jeszcze takiego entuzjazmu – tym razem nie prycha, ale właściwie mógłby, bo gniewny wydech czai się gdzieś z tyłu jego czaszki.
Chyba właśnie to dziwi go najbardziej. Całe te uśmiechy, szczebiotanie, wspólne palenie, widocznie wspólne treningi, nabijanie się z siebie w sposób dość złośliwy – ale taki, który przecież uchodził przyjaciołom… Harrison na chwilę chowa oczy w palcach, rozmasowuje wewnętrzne kąciki, ale trwa to na tyle krótko, by nie przyciągało uwagi. Jest zmęczony własnymi myślami i bardzo chciałby by te po prostu wyszły z jego głowy i dały mu spokój. To nie pierwszy raz w życiu kiedy chciałby być normalny. By mógł przeprowadzić tę rozmowę jak cywilizowany człowiek – by uścisnąć dłoń kobiety, z którą spotykał się jego partner – by spędzić z nimi kilka chwil bez wrażenia zaciskającego się na czaszce imadła.
Ale nie mógł, a raczej nie miał na to siły. Otoczony przez emocje niepasujące do mieszkania na Hadrian Street wydaje się zupełnie bezradny. Te emocje zostawić powinien w Hogwarcie, w Strathpeffer, a na pewno gdzieś w przeszłości. Nie powinien czuć ich tak mocno znowu, znowu i znowu.
Nie reaguje na wspomnienie lekcji boksu. Skąd mógł wiedzieć, że chodzi na lekcje boksu z kobietą, którą poznał, ratując ją z opersji? Skąd w ogóle miał się tego domyślić? Skąd mógł wiedzieć, że powinien o to zapytać?
To wszystko było już tak cholernie męczące, że gdyby tylko miał jaja i podstawową umiejętność odczytywania własnych emocji, wykrzyczałby wszystko co leżało mu na żołądku. Zamiast tego otoczył się murem, najeżył jak kot i wydawał zupełnie niezdolny do współpracy.
Wodzi spojrzeniem pomiędzy żartującą Maelle, a nierozumiejącym żartu Ambrose’m. To historia starsza od legend celtów, zabawna – to prawda, a i Titus mógłby dołączyć do koncertu niewinnych złośliwości, do których zresztą dostał zaproszenie, ale zdobywa się tylko na niemrawy uśmiech.
Po prawdzie to nawet nie jest wina tej biednej dziewczyny. Ma wielkie, piękne, błękitne oczy i twarz nastolatki. Po prawdzie Harrison czuje, że nie powinien gniewać się na kogoś takiego jak ona – piękna, niewinna, młoda. Powinien gniewać się na Ambrose’a, bo w tych warunkach… To on wydaje się drwić z niego najbardziej.
– To koniaki twojego teścia, Ambrose – zwraca się do niego pełnym imieniem, nieumyślnie zwiększając dystans. Może właśnie to było lekarstwem na wszystko. Może po prostu powinni przestać razem mieszkać i wszystko znowu wróci do normy, a głupie myśli powrócą do przeszłości. – Powinieneś wiedzieć, że skoro dawał je tobie… Do każdego pewnie napluł – coś co mogło wydawać się niewinnym żartem, jest chyba szczerym przytykiem.
Harrison czuje pulsującą w głowie złość. Nie czuje, by mógł być niezrozumiały – czuje prędzej, że oboje drwią z jego słów, doskonale domyślając się, co ma na myśli. W gardle mu zasycha, a sufit wydaje się ciążyć mu nad głową.
– Przecież widzę jak się zachowujecie – próbuje tłumaczyć cierpliwie, ale wcale nie wie czy chce o tym rozmawiać. – Ty się śmiejesz, ona ci wtóruje – nie wierzy, że musi to tłumaczyć. Czy naprawdę jest jedyną osobą, która umie to wytłumaczyć? Czy może właśnie robi z siebie nieziemskiego debila, bo ci ukartowali jakiś spisek, w którym Titus jest tylko obiektem nieśmiesznego żartu. – Te porozumiewawcze spojrzenia, żarciki. Zachowujecie się, jakbyście byli blisko, bo jesteście blisko, tak? – pyta. A popiół z wrażenia opada na obicie fotela.
A Titus sam mógłby uścisnąć sobie rękę. Co za wspaniała robota. Rzucony bumerang nigdy nie wraca do domu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
14-01-2026, 11:20
Z minuty na minutę atmosfera coraz bardziej gęstnieje. Powietrze staje się tak ciężkie, że gdyby puścić teraz zbłąkaną iskrę, wszystkie meble w mig zajęłyby się ogniem, pewnie włącznie z nią, paloną na stosie niezbyt otwartego przyjęcia przez gospodarza. Nie rozumie, czym sobie na to zasłużyła - skoro Ambrose niczego o niej nie opowiadał, Titus nie ma powodów do niechęci, nie wie czym Maelle zajmowała się wcześniej ani - na upartego - co robi obecnie. Skąd ta nieufność? Jego oczy mogą wydawać się maślane, lecz cała gra ciała przeczy typowym reakcjom, które na swojej drodze napotyka ćwierćwila. Może drży przed tym, że straci na jej rzecz najbliższego przyjaciela? Niedorzeczne, jest kobietą, na dodatek młodszą, ich relacja zawsze będzie wyglądała inaczej niż to, co łączy Harrisona z zawodowym partnerem.
Chyba że... Och. To dopiero ciekawa myśl.
Milczy, gdy niższy czarodziej sarka wobec związanego z nią potencjału wstydu i skrępowania, milczy też, gdy Ambrose dodaje swoje trzy grosze, choć temu drugiemu posyła promienny uśmiech. Biedak chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, że jego kolegę dzielą sekundy od samozapłonu i wyrywania sobie włosów z głowy, a jego niewiedzę Maelle uznaje za pokrętnie uroczą. Day naprawdę bywa dużym dzieckiem. Bardzo dużym, mniej więcej wysokości japońskiej góry, o której kiedyś słyszała, Figi czy jakoś tak. Siedząca już na kanapie, z nogami wsuniętymi pod siebie, z tłumioną wewnętrznie grozą zauważa, że blondyn sięga po koc, którego próbowała uniknąć, ale jeśli teraz mu odmówi, wyjdzie na niewdzięczną. Merlin jeden wie, co Titus robił z tym kocem.
- Dziękuję - mimo wszystko odpowiada mu miękko i pozwala Ambrose'owi narzucić pled na jej sylwetkę. - Zaraz wysuszę się zaklęciem, ale czasem lubię ten kontrast między ciepłem a zimnem, ulgę, którą można w tym znaleźć - wyjaśnia, na moment zapominając, że przysłuchuje się im Harrison. Właściwie nie obchodzi ją, co sobie na to pomyśli, bo każda chwila sprawia, że ćwierćwila jest nim coraz mniej zainteresowana. Najchętniej oparłaby się teraz o ramię przyjaciela, tyle że nie chce bardziej rozjuszać jego małego, szczekliwego plus jeden. - Czy ja też powinnam coś dla ciebie wymyślić? - przechyla głowę, owiana połyskującym lekko dymem tytoniowym. Papieros nadal spoczywa między smukłymi palcami, głowa opada do tyłu, ułożona na wezgłowiu kanapy; jest jej ciepło, jest jej wygodnie, a to odbija się na jej twarzy. - Skoro Rosie jest już zajęte, to może... Hm, Bro. Sylaba wręcz stworzona dla brata - decyduje, uśmiechnięta kocio, bawi ją, ile wariantów pseudonimów można stworzyć z imienia Ambrose'a. W przypadku Titusa byłoby to trudniejsze, bo choć wiele pomysłów pcha się już do głowy, to raczej nie byłby zachwycony porównaniem do kobiecych piersi. A może i by był, kto go zrozumie?
- Nie wiem, czy koniak to dobry pomysł. Mało dziś jadłam - przyznaje, oddając zwitek tytoniu blondynowi. Przygotowania do nowego show pochłonęły ją do reszty, umawiała z krawcową powstanie nowego kostiumu, wybierała elementy aranżacji tła, dogrywała kwestię muzyki z zespołem, który najczęściej grywał w Domu Jedwabiu, a potem przepadła w otchłani tanecznego i gimnastycznego treningu. Jej mięśnie przyjemnie po tym mrowią, przypominają, że ciało, w którym mieszka Maelle, jest nadal żywe. A bezsensowne przytyki i późniejsze pretensje Harrisona tylko to uczucie pogłębiają; ćwierćwila ma ochotę na niego warknąć, nie robi tego jednak ze względu na siedzącego obok niej blondyna i jego nadzieję na to, że nawiążą z Titusem choćby cień dobrej relacji. Czy to atak męskiej histerii? Mało brakuje do tego, żeby magipolicjant zaczął fukać i tupać, mimo że sili się na spokój i cierpliwość w tonie głosu.
- Mhm - przeciąga każdą zgłoskę krótkiego potwierdzenia, świdrując Titusa uważnym spojrzeniem. - Jesteśmy blisko, odkąd się poznaliśmy. Blisko jak brat z siostrą. Jak ojciec z córką. Jak słońce z księżycem, swoją drogą, tobie przypada rola słońca - rzuca do Ambrose'a, lekko dotykając go łokciem w bok. - Więc czy byłbyś tak miły i przestał patrzeć na mnie, jakbym miała go rozebrać i uwieść, a potem oderwać mu głowę na twoich oczach? - ociekający nagłym zimnem wzrok wraca do oblicza Harrisona. Maelle przestaje kryć swoje pretensje, ma go dosyć, jego i tego skretyniałego zachowania. Kapryśna natura wil dominuje w niej ze względu na zagęszczoną krew i przejawia się to w momencie, w którym blondynka podnosi się z kanapy, żałując, że nie może zamienić się w harpię, skoro w ten sposób widzi ją gospodarz. - Jeśli tak ci przeszkadzam, Titusie, mogę wyjść. Przyszłam tu tylko dlatego, że Ambrose za każdym razem mówi o tobie, jakby nie było na tym świecie lepszego człowieka. Może z jego wysokości gorzej wszystko widać - tym razem aksamit jej głosu zdaje się tnący, nie brakuje w nim świadomości, jak bardzo okazuje się tu niechciana, i ukłucia nieumiejętnie skrywanego rozczarowania. Postać, która dotychczas klarowała się z opowieści Day'a, najwidoczniej nie istnieje.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 20:14 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.