• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, Hadrian Street 24 > Sypialnia
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
04-01-2026, 12:27

Sypialnia
Pokój nie wykorzystuje pełni swojego potencjału. Przestronny mieści obecnie głównie łóżko, biurko i szafę z ubraniami, przez co wydaje się przeraźliwie pusty. Właściciel mieszkania nie podjął się jednak trudu urządzenia go w sposób przytulniejszy od momentu zakupu lokum, a nie przyjmując w pokoju tym żadnych gości - uniknął konieczności tłumaczenia się z ascetycznego charakteru przestrzeni.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
08-01-2026, 21:48
8.03

Pod mieszkaniem Titusa doznał dziwnego deja vu, chociaż nigdy nie doświadczał takich uczuć. Doświadczał ich Titus i to dzięki niemu Ambrose w ogóle poznał to słowo. Gdy uniósł dłoń by zapukać do drzwi, przypomniał mu się inny dzień, sprzed wielu lat. Wtedy było popołudnie, a nie wczesny wieczór (jak teraz), a Titus mieszkał w Manchesterze. Wtedy, podobnie jak dzisiaj, Ambrose teleportował się pod budynek gdy zupełnie nie wiedział co robić i nie radził sobie z własnymi emocjami, ale wtedy—gdy Allie zgubiła ich dziecko—to rozstrojenie było przynajmniej uzasadnione. Teraz, gdy zdał sobie sprawę, że zamierza zapukać do drzwi z taką samą natarczywością... prawie cofnął rękę. Nie powinien. Przecież nic się nie stało. Przecież był dorosły i to nic takiego, że musiał mieszkać z własną matką, mógłby zresztą mieszkać gdzie indziej gdyby codziennie dolatywał do parcy z Cardiff (może to ma jakiś sens?) albo wprowadził się do kawalerki własnych dzieci (chyba nie byłyby zachwycone). One też mogłyby mieszkać z własną babką, ale jakoś próbował je od tego uchronić, ot tak. A samemu powinien sobie poradzić. Dorosły człowiek powinien umieć wytyczyć granice własnej matce. Albo powinien umieć porozmawiać  o tym z przyjacielem, ale to nie wchodzi w grę gdy przyjaciel samemu nie ma matki, mówi do twojej matki Dolly i pod żadnym pozorem nie może się dowiedzieć o wykradanych noworodkach czy otrutym mężu.
Mimo wszystko, i tak stał pod drzwiami mieszkania tego przyjaciela. Ilekroć chciał poczuć się lepiej lub bezpieczniej, szukał obecności Titusa—ale gdy czuł się źle, nie miał czasu ani energii zastanawiać się dlaczego to robi, więc się nie zastanawiał. To pewnie istota braterskich relacji.
Zapukał, a dzięki chwili refleksji zdołał zapukać raz, a nie kilka razy (jak w Manchesterze). Za to dość donośnie.
Wyglądał... inaczej niż na co dzień w pracy. Po pierwsze, nie miał munduru. Po drugie, jego koszula była odrobinę pomięta (!). Po trzecie, miał trochę czerwone i przekrwione oczy co na pewno dało wytłumaczyć się jakimiś marcowymi alergiami. Po czwarte, miał czerwony policzek, czego tłumaczyć nie miał zamiaru, może Titus nie zauważy.
Co najważniejsze, miał ze sobą rulon o centymetr wyższy od samego siebie (!) – ogromny, perski dywan. Albo perski. Matka mówiła, że był z Persji, ale on już nie wiedział w co jej wierzyć, co jej dzisiaj wytknął gdy ona wytknęła mu, że kupił jej tandente kwiaty (goździki), a potem kłótnia trochę eskalowała.
- Hej - przelotnie spojrzał na twarz Titusa i nieco uważniej w punkt ponad jego ramieniem. Właściwie, nie zastanawiał się, czy Tite będzie dzisiaj zajęty. Co, jeśli w środku jest jakaś dziewczyna? (Wtedy musi się ulotnić, żeby nie psuć mu wieczoru). Albo Chris Flowers? (Nie był pewien, co by wtedy zrobił, zrobiło mu się nieprzyjemnie na samą myśl). - Nie przeszkadzam? - Ambrose nigdy nie pytał o takie rzeczy, co dowodziło, że sytuacja jest poważna. - To nic poważnego, ale po...różniłem się trochę z matką i może mógłbym... przenocować? - nie nocowali w jednym miejscu od wakacji w Szkocji. Odchrząknął. - Wziąłem dywan, więc mogę przespać się na dywanie. - wziął też dywan na złość mamie i bo był jego, a nie jej, ale funkcja dodatkowa zawsze była przydatna. Titus miał co prawda kanapę, Ambrose bywał tu wielokrotnie, ale może trzymał na kanapie pomięte kurtki (właściwie nie może, a na pewno) albo... była zajęta.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
09-01-2026, 10:41
W roku 1946 Titus miał niepowtarzalną okazję uratować dziecko przyjaciela z wielkiej opresji mugolskiego świata. Piękne, wzniosłe chwile, które pozwalały poczuć w sercu prawdziwe, policyjne powołanie nie trwały długo – Harrison mieszkał wtedy w wynajętym pokoju w ciasnym mieszkaniu z trzema mugolakami i z różnych powodów nie mógł nawet podzielić się z nimi historią wskazującą na to, że być może znalazł na tym świecie swoje nowe, lepsze miejsce. Na klatce mówiono o nich (z pominięciem Titusa – znano na pamieć jego szkocki akcent) jak o cyganach, ale ci gotowi byli bić mówiących tak w najbardziej lubiany przez siebie sposób – mocno i długo.
Rumuńscy uchodźcy bali się wojny, Petru Grozy i mówili o polityce lokalnej tak, jakby ta miała doprowadzić do upadku wszystkich wartości moralnych. Krytykowali mundurowców i Merlin świadkiem Titusowi – był to czas kiedy nauczył się kłamać najlepiej w życiu. Nigdy nie wyszedł do domu i nigdy nie wszedł do domu w mundurze, nigdy nie upijał się w ich towarzystwie (pomijając już ten prześmieszny język, którego naleciałości czyniły rozmowę nieprzyjemną, niemal nie do przejścia w stanie alkoholowego upojenia), nigdy nie spotykał się też z nimi poza domem – czując uczucie żenady nad ich polityczną zawziętością (czemu robili to w Wielkiej Brytanii? W końcu po szkole mogli ponownie wrócić do kraju…).
To co było jednak powodem do dumy każdego, czującego jakąkolwiek misję mundurowca, sprowadziło na głowę Titusa problem mieszkaniowy. Prawda wyszła na jaw, a nie wchodząc w szczegóły – z domu musiał wyprowadzić się wtedy dość szybko, bo trójka zawziętych chłopców ze wschodu natłukła i Titusowi, i Ambrose’mu – a że żaden z nich nie wywieszał białej flagi chętnie – ze wszystkiego wyszli poobijani. Trzech na dwóch – to musiało się tak skończyć.
Kiedy ostatni raz otwierał drzwi przyjacielowi w podobnym, rozbitym stanie – byli młodzi, byli w Manchesterze, Harrison był okrutnie biedny, a Day przerażony jak nigdy dotąd. Teraz też nie wyglądał jak zawsze. Wyglądał gorzej, ale tylko gorzej, bo ktoś taki jak Ambrose nigdy nie wyglądał źle. Gorzej wystarcza jednak by stwierdzić, że nie przyszedł tu po to by porozmawiać o Quidditchu.
– Hej – odpowiada lustrzanie, cofając się do środka mieszkania. – Nie – dodaje. Nawet gdyby przeszkadzał – Harrison i tak znalazłby dla niego chwilę.
Niech wejdą do środka, niech sąsiedzi nie słuchają… Tego wszystkiego. I tak jeszcze kilka chwil temu magipolicjant walił kijem miotły w sufit, próbując uspokoić hałasującego uciążliwie sąsiada. Tak jakoś wyszło, że atmosfera na klatce bywała ostatnio odrobinę napięta.
Gdy stali w salonie, Harrison wpatrywał się w obity policzek Ambrose’go, ale nie skomentował go. Tak samo jak nie skomentował zaczerwienionych oczu. Dopiero gdy napotkał się z refleksją, że z nieodgadnioną miną gapi się jak sroka w gnat – przenosi uwagę na perski rulon.
– A myślałem, że to taki wielki papieros… – mówi roztargniony, niby żartem – ale dość niezręcznym – próbując wywalić tą niezręczność z głowy gdzieś na zewnątrz – tam gdzie będzie dla niej więcej miejsca. – Rozłożysz sobie koło pieca i skulisz się do snu jak prawdziwy pies?
W tym domu psy sypiają jednak w łóżku.
– Rosie, nie żartuj… – wzdycha prędko, bo znając życie – żartował tylko Titus. Z tym całym papierosem, piecem, dywanem, psem... – Zanieś do sypialni i siadaj – mówi, wskazując na kanapę, a zgodnie z przewidywaniami – w międzyczasie na prędce zbiera jeansowe kurtki i niewyprasowane koszule rzucone na jej oparcie. Miejsce na każdą z nich znalazłoby się w szafie, ale Harrison… Dbał o porządek przestrzeni w swój własny sposób.
– Chcesz napić się piwa? – pyta, ale zna odpowiedź. Z tylnej kieszeni spodni wyjmuje paczkę papierosów, a rzucając ją na blat stolika, podnosi spojrzenie na wyłaniającą się z sypialni postać. Policzek bladłby szybciej, gdyby Ambrose nie był porcelanowo blady. – ...albo przyłożysz zimne z lodówki do… No wiesz – kładzie dłoń na własnej twarzy. – Nie musisz go pić.
Znika za winklem, byle otworzyć freonową chłodziarkę. Buczące urządzenie mieści w sobie głównie jedzenie, ale i dwie brązowe butelki Newcastle’a. Wyjmuje jedną z nich na blat, niezależnie czy – zgodnie ze znaną tendencją – Ambrose odmówi.
– Miękki jest? – próbuje rozładować atmosferę. – Ten cały dywan?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
11-01-2026, 06:05
Nie myślał już ani o dobijaniu się do mieszkania w Manchesterze, ani o tym jak spalił przykrywkę i lokum Titusa. Gdyby myślał za długo, zrozumiałby, że zdołał zepsuć wiele ważnych albo po prostu przydatnych spraw w życiu przyjaciela. Na jakimś poziomie to rozumiał, więc świadomie odpychał od siebie te myśli. Jeszcze zastanowiłby się, co zepsuje dzisiaj i zawahał zanim zapuka... a w odróżnieniu od Harrisona wolał słuchać faktów, nie przeczuć. Tyle, że dzisiaj nie zawiodły go tutaj ani fakty ani przeczucia, a czysta bezsilność. Jak wtedy, w Manchesterze.
Wbił wzrok w podłogę, rejestrując brak dywanu; a potem w swój dywan—udając, że spojrzenie Titusa nie pali go teraz jeszcze bardziej niż czerwony policzek.
- Tak wygląda, prawda? - westchnął poważnie, spoglądając na dywan krytycznie. - Ale jak się go rozwinie, to jest bardziej kolorowy. Pamiętasz, jak sami skręcaliśmy papierosy— w Dolinie Godryka i w Szkocji, gdy nie mieli gdzie kupić paczki fajek i podkradali tytoń sąsiadowi. Urwał i odchrząknął. Nieważne.
- Co? - zamrugał z roztargnieniem. Titus zdążył go już nauczyć, że na magipolicjantów woła się psy i gliny, choć nie mają wiele wspólnego ani z psami ani z gliną; zrozumiałby więc żart gdyby... był w lepszej formie. Ale chyba nie był. Z wdzięcznością przyjął klarowniejsze polecenia i zawlókł dywan do sypialni, gdzie ostrożnie położył rulon na ziemi. Powinien go rozwinąć, ale nie spytał o pozwolenie gospodarza, może to tylko tymczasowo. Może dywan ma po prostu nie zagracać, a potem zabierze go z powrotem i może mógłby wynająć pokój w tanim hotelu albo wrócić do matki z lepszymi kwiatami albo coś. Titus kazał mu nie żartować, ale nie powiedział przecież jednoznacznie, że może tu spać i właściwie gdzie. Ale może ściąganie rzeczy z kanapy było jakimś optymistycznym sygnałem? Mógłby mu wyprasować te koszule, w ramach podziękowania... Zerknął na nie krytycznie, a potem usiadł.
- Przecież wiesz, że nie. - odmówił piwa, ale bez zwyczajowej irytacji takimi pytaniami, zdawał się na to zbyt zmęczony. Podniósł wzrok i wzdrygnął się odruchowo dopiero wtedy, gdy Titus wspomniał na głos to, o czym mieli nie mówić. I jeszcze pokazał, więc nie było pola dla dwuznaczności. - Nic się nie stało. - skłamał zupełnie bez przekonania, a jego obydwa policzki zrobiły się ze wstydu tak czerwone, że problem prawie się rozwiązał. Zgarbił się lekko i wydawał się przez to na kanapie o wiele niższy niż zwykle.
Sięgnął z wdzięcznością po paczkę fajek, ale ostatecznie zawahał się i jego palce zastygły na moment nad blatem. Ostatecznie chwycił za tą cholerną butelkę piwa i przystawił ją do rozgrzanego policzka. Może faktycznie tak trochę lepiej. Przymknął oczy, mając nadzieję, że nie będzie już musiał nic mówić; ale Titus zadał mu pytanie.
- Miękki, da się chyba na nim przespać. Jeszcze nie próbowałem. - wymamrotał. Cisza nagle zdała się cięższa.
- Śniło ci się ostatnio coś... ciekawego? Opowiesz? - wypalił w desperacji, z kiepsko maskowaną nadzieją. Lubił słuchać o snach Titusa. Lubił w ogóle słuchać jego głosu. Lubił zapominać na ten krótki moment, co działo się u niego samego—niezależnie czy chodziło o brak akceptacji wśród innych kolegów, czy o żałosną sytuację mieszkaniową trzydziestosześciolatka. Korciło go spytać, czy w tych snach gęsi dziobały czasem kormorany (gdy zasłużyły) albo małego jelenia (gdy nie zasłużył), ale podejrzewał, że odpowiedź tylko go dobije.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
11-01-2026, 21:04
Zajmuje miejsce obok przyjaciela, opierając się łokciem o rzuconą tam, haftowaną poduszkę – przedmiot talizman, podróżujący z nim od czasu pobytu w Dolinie Godryka przed kilkunastoma laty. Stara się patrzeć na framugę drzwi, na czerwone kalosze ustawione w kącie pomieszczenia, na komodę z umieszczoną na niej miseczką na klucze… Ale nawet mimo woli i tak spojrzeniem wraca do zatroskanej twarzy Day’a. Patrzy jak ten zaciska palce na butelce, ociekającej kroplami lodowatej wilgoci. Zauważa, jak mężczyzna napina się pod ciężarem ofiarowanej mu uwagi. Harrison nie czuje jednak by osobiście był w stanie zignorować to wszystko i znieść ten dziwaczny moment w ciszy. Oczywiście, że oczekiwał odpowiedzi – bał się jednak, że zadając odpowiednie pytania wypłoszy z przestrzeni tej zatroskanego mężczyznę. Nie był najlepszy w tego typu rozmowach – wiedział jednak, że Ambrose pozostawał w nich jeszcze gorszy.
Titus - w całej swojej trosce – nie miał zamiaru go teraz porzucić.
– Nie pozwolę ci spać na dywanie, wiesz jak rozbolałaby mnie głowa od komentarzy o bolesnym odcinku piersiowym kręgosłupa? – stwierdza na wstępie, dość bezpośrednio. Wyczuwa, że nie jest to czas na wyszukane żarty, metafory i historyjki po nitce do kłębka. Zna partnera od kilkudziesięciu lat – byłby głupcem, gdyby wciąż naiwnie wierzył w to, że ten jedynie udaje niedomyślność, byle zadrwić, zgnoić i rozzłościć. – Położysz się w łóżku, o ile zniesiesz utrudnienie w postaci kilkudniowej pościeli – teraz już nie może odmówić sobie okazji na drobną drwinę, choć tak ewidentną i przypieczętowaną oczywistym uśmiechem, by nie pozostawić wiele przestrzeni na domysły. – I tak ostatnio mam… Problemy ze snem.
Problem ma na imię Guy. Na nazwisko Sebastian. Mieszka piętro wyżej i zostanie prawdopodobnie mistrzem pojedynków roku 1962. Dlaczego? Dlatego, że magipolicjant od Hogwartu nie usłyszał tak wielu powtarzających się inkantacji. Wentylacja prawdę ci powie – a prawda o mężczyźnie wydawała się spisana urokami i ochroną przed czarną magią. Harrison próbował kilka razy przypuścić czy mężczyzna posiada przed sobą… Obiekt testów. I wciąż myślał o tym od czasu do czasu, bojąc się, że sąsiad wyżywać mógł się na czymś czującym więcej niż manekin treningowy.
– Może zmiana miejsca zrobi mi dobrze. Jeśli kanapa też nie będzie mi sprzyjać, kolejną noc spędzę na dywanie – nawija, opierając policzek na dłoni i próbując odwrócić uwagę Day’a od czegokolwiek, o czym nie chciał rozmawiać. Od czegoś, co się nie stało. Nic się nie stało. – Chyba… Że to jutra już się – albo, nieważne – urywa z niezręcznym uśmiechem. Zmieni temat. – Przez mojego nadaktywnego sąsiada nie śpię tak głęboko, by śnić – żali się. Tęskni za... tym wszystkim, co odwiedza go w snach. - Ale nawet kiedy ostatnio, pewnie tydzień temu, miewałem jakikolwiek, zawsze były upiornie powtarzalne. Trzy noce z rzędu widziałem papugi siedzące w porośniętej bluszczem, olbrzymiej klatce – mówi, przeciagając ostatnie sylaby w zamyśleniu. Spogląda ku Ambrose, by przerwać opowieść na moment. – Daj butelkę, już na pewno ją rozgrzałeś, a chciałbym się napić – ponagla go, by wyciągnąć z kieszeni zapalniczkę. Wspaniały to wynalazek mugolskiej technologii – zapali papierosa, zostanie otwieraczem do butelek… – Te papugi – na jednym drążku. Dwie krzyczą tak, że piasek wysypany na dole klatki podskakuje. Trzecia ma wszystko gdzieś – nawet dziobana, nawet gdy dwie inne wyrywają jej pióra… To wszystko jest jakieś dziwaczne – krzywi się nieznacznie, zerkając ku Day’owi z pytaniem w spojrzeniu. Spojrzenie lżeje jednak do niewyrażonej troski, a dopiero kiedy znowu przydługo przygląda się jego twarzy, przypomina sobie poruszony przez niego temat. – Serio pamiętasz wciąż te durne skręty sprzed dwudziestu lat? – sam nie zapomniał, ale rzadko o tym myślał. – Bez filtra, absolutnie obrzydliwe. Ale kręciłeś je idealnie proste, do dziś nie wiem jak… – uśmiecha się szerzej. – Spróbowałbym znowu – mówi wbrew własnemu przekonaniu o nieprzyjemnym smaku smolistego tytoniu. Wierzy, że sentyment doda wspomnieniu odpowiedniej słodyczy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
12-01-2026, 14:59
Nie chciał teraz patrzeć ani na Titusa ani na poduszki haftowane przez mamę—kiedyś ucieszyło go, że podarowała je przyjacielowi; choć podobny prezent od Jenevy Young uznał za zdradę—więc wlepił wzrok we wściekle czerwone kalosze. Titus nie mógł nosić ich do munduru, zwracałyby uwagę, ale prywatnie... nie wyglądał w nich na tyle źle, na ile źle można wyglądać w czerwonych kaloszach. Ambrose usiłował na tym skupić uwagę, ale bezskutecznie. Czerwienił się coraz bardziej, czując wbity w siebie wzrok Harrisona. Zwykle i tak czuł gdy ludzie na niego patrzyli, bo robili to często, a on za tym nie przepadał. Ale Tite robił to inaczej. Zawsze dostrzegał zadrapania czy kontuzje po meczach i czasem zawieszał na nich wzrok jeszcze zanim do nabuzowanego adrenaliną Day'a dotarło, że w ogóle oberwał. Jako pierwszy dostrzegł siniaki, z którymi Rosie przyjechał do Hogwartu po wakacjach, nieświadomie motywując Day'a by przed innymi ukrywać je lepiej (długo wstydził się po tym rozbierać, właściwie sama niechęć do nagości pozostała mu do dzisiaj; o czym Titus chyba nie wiedział, bo niechęć ta nikła w męskiej szatni czy podczas przerzucania siana w Szkocji). I oczywiście dostrzegł teraz to cholerne zaczerwienienie. Może Ambrose powinien był poczekać z tą gorączkową teleportacją, może powinien był najpierw polatać na miotle, ale trudno latać na miotle z dywanem.
Właściwie, Day'owi powinien odpowiadać ten rodzaj spojrzenia. Wolał, żeby ludzie zwracali na jego (nieliczne niestety) blizny niż na to jak wyjątkowo przystojną ma twarz; czego nie zepsuła nawet ładnie zaleczona szrama na podbródku po upadku z miotły czy cienka linia na brwi, w miejscu, w którym sprał go Malcolm Young (ją podleczyła mama, nie uzdrowiciel, więc ślad pozostał). Ale spojrzenie Harrisona zawsze zdawało się cięższe niż po prostu zauważanie tych rzeczy, jakby widział więcej albo chciał o coś spytać. W inny dzień Ambrose nie wytrzymałby i kazał mu spytać, ale dziś wolał już to niezręczne milczenie.
Zapełnione zresztą zaraz potokiem słów Titusa. Odetchnął z ulgą, bo chyba właśnie tego potrzebował.
- Nie narzekałbym jako twój gość. - odpowiedział poważnie. - Zniosę. - dodał, obrzydzenie cudzą pościelą i ubraniami i sztućcami i papierosami jakoś nie obejmowało Titusa Harrisona. Przecież dzielili w Hogwarcie łóżko i czekoladowe żaby i mundurki (dopóki Ambrose nie urósł), jak bracia. Nie zastanowił się nad tym, czy na kanapie będzie Titusowi niewygodnie, przecież to tylko jedna noc. - Problemy ze snem? - podchwycił, mrużąc oczy. Teraz on przyjrzał się Titusowi, ale Ambrose nigdy nie potrafił patrzeć na ludzi po prostu troską. Od razu kalkulował, jak rozwiązać ich problemy albo kto jest im winien. Kiedyś Allie zabroniła mu stanowczo rozmawiać z rodzicami innych dzieci, ale to było już po tym, jak prawie pobił na Kings Cross ojca gówniarza, który dokuczał jego synowi.
- Sąsiada? - podchwycił, z ulgą przyjmując zmianę tematu od myślenia o jutrze. Jutro powinien wrócić do Doliny Godryka, ale tak bardzo nie chciał tam wracać. - Tite, no wiesz? Jesteś policjantem, wystarczy poczekać do dwudziestej drugiej i wlepić mu mandat. - westchnął, nie rozumiejąc dlaczego ktoś tak skory do przyjmowania łapówek jest tak nieskory do (nad)używania swojego autorytetu. - Wziąłem mundur - oczywiście, że wziął mundur. I miotłę. I dywan. - więc jeśli nie chcesz wlepiać grzywny znajomemu albo znowu ukrywasz swoją pracę - naprawdę nie spodziewał się, że Titus robił to przed tamtymi Rumunami - to ja mu go wlepię, w zamian za nocleg. - zarządził, ujmując propozycję dość kurtuazyjnie. Kochał wlepiać mandaty, nie potrzebował do tego zachęty.
- Papugi? - powtórzył z szeroko otwartymi oczyma. W opowieściach Titusa przewijały się różne zwierzęta, ale papugi to jakaś nowość. Słuchał dalej, uśmiechając się mimowolnie (!), aż wybuchnął śmiechem (!). Sny Harrisona zawsze wprawiały go w dobry humor. - Wszystko gdzieś... myślisz, że dlaczego była tak obojętna? - zapytał wesoło, a jego uśmiech zelżał dopiero, gdy zdał sobie sprawę, że Titus znowu patrzy na jego policzek. Oddał mu butelkę z piwem i prędko sięgnął po papierosa.
- Dziewiętnastu i pół lat. - poprawił Titusa machinalnie. - Wystarczy porządnie zwinąć początek... - zmrużył oczy, podejrzewajc, że Harrison i tak nie skręciłby papierosów prosto, pomimo instrukcji. - Samemu ci je skręcę, w podziękowaniu za nocleg. Jeśli masz tu tytoń, a jak nie to skołuję jutro. - faktycznie były gorsze niż to, co palili teraz, ale też... przypomniałby sobie ten smak, na zawsze spleciony w jego wspomnieniach z zapachem suchej, rozgrzanej w słońcu słomy. - Jasne, że pamiętam. - przewrócił oczami. - To były najlepsze... - wakacje w jego życiu. - to było zanim wszystko się spierdoliło. - zanim samemu spierdolił swoje życie, przez cholerny koniak. Spojrzał na butelkę piwa prawie oskarżycielsko, ale próbował nie myśleć o tamtym wspomnieniu, gorzkim i palącym jak mocny alkohol; a w dodatku urywanym. O wiele jaśniej i w jaśniejszych barwach pamiętał popołudnie w Szkocji, zanim dostał list od Allie. Beztroski moment w słońcu, przerwany krzykiem pana Harrisona.
- On cię kochał, stary Harrison. - wyrwało mu się nagle. - I nigdy nie bił cię bez powodu. - nawet gdy trochę się tam... obijali. - Wiem, że wszystko przepadło, ale fajnie, że masz przynajmniej... - że kochał cię ktoś, choć nigdy nie byłeś jego - fajnie, że go znałeś. Znaliśmy. - wymamrotał, odpalając papierosa na cześć pana Harrisona. Ten ręcznie skręcany byłby lepszym hołdem, no ale trudno.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
12-01-2026, 18:52
I Harrison zagapił się na własne kalosze – jakby ich intensywna barwa odciągała uwagę najskuteczniej. Nosił je tylko na ryby albo na krótki spacer do sklepu deszczową porą, chociaż mieszkając w Wielkiej Brytanii świadom był, że deszczowe pory stanowiły znaczną część wszystkich pór roku. Śmiał się kiedyś, że gdyby wędkując w Loch Ness został wciągnięty pod wodę przez tamtejszego potwora (tak, wierzył w tę legendę, w końcu wychował się w Szkocji – tam każdy chociaż trochę w nią wierzył, nawet jeżeli się nie przyznawał) – przynajmniej czerwona guma widoczna będzie na powierzchni. W końcu mityczna istota nie jadała ubrań, wyplułaby je, uznając za ciężkostrawne.
Gdy Ambrose opiera spojrzenie na Titusie, dziwiąc się chyba, że sąsiedzi potrafią sprawiać problemy (musiał do tej pory trafiać naprawdę dobrze…), Harrison kiwa głową, jednak szybko zaczyna kręcić ją w innej osi. Ooo nie. Nie.
– Nie – mówi od razu. – Nie, nie będę wlepiał mu mandatu. Wiesz jak to psuje relacje sąsiedzkie? – krytykuje ten absurdalny pomysł, niemal z przerażonym spojrzeniem. Tak, nie jest nawet zły – bardziej boi się możliwych konsekwencji. To jego mieszkanie. Jego mieszkanie na dłużej – kupione, własne, stopniowo remontowane. To jego dom; nie miał zamiaru porzucać domu ze względu na jakieś niewyjaśnione waśni, na problemy międzyludzkie, nie i jeszcze raz nie. Przerabiał to zbyt wiele razy, by przerabiać to znowu. – A jeżeli chcesz tu nocować, też tego nie zrobisz. Możemy spróbować z nim pogadać, ale na pewno nie w mundurze i na pewno nie z drukiem mandatu w łapie – oddycha głębiej, próbując nie dać się porwać wizjom, które naturalnie zaczynają przebijać się do jego umysłu. Harrison nauczył się już żyć w społeczeństwie, czego Ambrose’mu czasami wciąż brakowało; widział możliwe zagrożenia.
Zmieniał miejsce zamieszkania zbyt wiele razy, by nie nabrał w tym wprawy.
Temat papug pozostawał tak samo drażniący – jasnowidz czuł, że wizja jest ważna, jednak nie wyczuwał w niej nic… Ważnego. Nie umiał przypisać twarzy do żadnego ujrzanego tam zwierzęcia. Nie umiał zauważyć wskazówek w scenerii. Nie rozumiał nic z krzyku papug, którym wyobraźnia poskąpiła tym razem odpowiedniego, ludzkiego głosu. Nieco zmieszał się na uśmiech Day’a i parsknięcie. Wiedział, że Rosie nie jest świadom powagi niektórych obrazów widzianych przez przyjaciela w snach – sam Harrison nie umiał też jednoznacznie stwierdzić czy posiadał wyłącznie bujną wyobraźnię, skorelowaną z dobrą intuicją… Czy przedziwny dar. Zgadywał, że to drugie. Ale co im wszystkim po zgadywaniu…
– Też nie daje mi to spokoju. Miała puste spojrzenie, jakby pozostawała tylko kukłą – odpowiada poważnie na pytanie, które mogło nie nosić na sobie znamion powagi. Wiedział, że Day rzadko dopytywał o cokolwiek bez większego celu – pewnie chciał zrozumieć, wyobrazić sobie obraz lepiej i czerpać z tego rozrywkę. Harrison nie mógł ulec jednak wrażeniu, że w sennych marach niewiele było z zabawy. I że nie powinni się z tego śmiać.
Kapsel odskakuje pchnięty zapalniczką, a Harrison zawiesza się w połowie myśli, kiedy Ambrose podchwytuje temat.
Precyzja czasowa nie ma dla niego znaczenia, a poprawiony w cztery oczy nie boczy się nawet – nie czując nawet cienia upokorzenia.
Upokarzające wydają się dopiero przywołane do serca uczucia.
Sam to zaczął – powinien liczyć się z konsekwencjami. Nie spodziewał się jednak, że od papierosów… Tak gładko przemkną ku przyszywanemu ojcu. I temu, że wszystko się spierdoliło. I że wszystko przepadło. I że rodzice bili swoje dzieci. Nawet te w pełni dorosłe, zasługujące na podstawowy szacunek.
Harrison odłożył butelkę na blat, nie opróżniając nawet łyka.
– Czemu… – wspominasz mojego ojca?. Ojca – też dobre. Kogoś w wieku dziadka, kto zlitował się nad mugolakiem z okolicy, okazał mu całe serce, dał mu najlepsze możliwe życie, a potem - wraz ze śmiercią - zabrał wszystko. Nie winił za nic pana Harrisona – oczywiście, że nie – tak już w końcu musiało być. Harrison nie czuł jednak, by ten wieczór – kiedy sypiał fatalnie, kiedy czuł się rozdrażniony nawet najmniejszym niepowodzeniem… Był dobry na wspomnienia tak nieprzyjemnie bolesne.
Tak, stary Harrison go kochał. Stara Harrisonowa też go kochała. Kochał go Malcolm Young – chociaż była to miłość inna od rodzicielskiej. Kochali się z Jenevą, nawet jeżeli miłość ta nie przekroczyła nigdy granicy miłości romantycznej. Dzieciństwo nie nauczyło go miłości, ale od pierwszej chwili na gospodarstwie Harrisonów zaznał jej odpowiednio wiele.
– On też bardzo lubił ciebie, wciskałem mu kit, że może po szkole przyjedziesz do nas na dłużej – zwierzył się, bo przecież nie krył tego i przed laty, licząc, że Day pozostanie w jego życiu na dłużej i bliżej. Na to nie pozwoliła zaś rzeczywistość. – Słusznie nie wierzył w takiego pracownika za darmo – próbował poprawić nastrój. Może mógłby położyć rękę na ramieniu Day’a i może mógłby okazać mu fizyczne wsparcie, gdyby nie czuł, że i tak znajdował się na granicy własnego niezaspokojenia. – I tak zawsze bałeś się koni. Wiesz jak śmieszyło go, że ktoś twojej postury bał się wałacha?
Do licha, tylko nie płacz - na szczęście umie się opanować, emocje są już zleżałe, mniej drażniące.
Poprawił włosy wchodzące mu przed oczy i sam sięgnął po paczkę papierosów, byle dołączyć do dziwacznego, składanego ojcu hołdu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
16-01-2026, 18:02
Zamrugał z zaskoczeniem i zmarszczył brwi ze szczerą konsternacją.
- Jak jesteś taki praworządny to możesz poczekać aż będziesz na służbie, albo naprawdę ja to zrobię. - wytknął, nie rozumiejąc czemu Titus nie (nad)użył swojego autorytetu już podczas pierwszej nieprzespanej nocy. Łapówki były okej, ale to już nie? Wydawało mu się, że ich kompas moralny był jasny, ale najwyraźniej wciąż istniały szare strefy. Niestety, Titus rozwiał jego etyczne wątpliwości, bo zaczął chrzanić coś o relacjach. - Nie. - odburknął, bo swoim sąsiadom wlepił mandaty. Potem przechylił lekko glowę i się poprawił. - Albo tak, matka - skrzywił się lekko. - coś o tym mówiła, ale Dolina Godryka to nie moja jurysdykcja. - westchnął. Nie chciał teraz myśleć o matce, choć i tak przypomniał sobie z jaką swobodą Dolores i Titus rozmawiali z sąsiadami. Harrison znał tego fanatyka wędkarstwa lepiej niż Ambrose, choć to Day wychował się niedaleko Figgów.
Zacisnął usta, gotów unieść się honorem. Coś niebezpiecznie lekkomyślnego zalśniło w stalowo-błękitnych oczach, gdy przez sekundę całkowicie poważnie rozważał przebranie się w mundur i wlepienie mandatu typowi z góry i obwieszczenie Titusowi, że będzie nocował u mamy.
Ale policzek nadal go piekł i nie chciał nocować dziś u mamy.
- No dobrze. - skapitulował, niezadowolony. - Chociaż kiedyś przyznasz mi rację, że w mundurze rozmawia się zdecydowanie łatwiej. - przynajmniej komuś, z kim kobiety nadmiernie się spoufalały i kogo mężczyźni nie lubili. Mundur może nie eliminował ich uczuć, ale przynajmniej powściągał ich niepożądane zachowania.
Nie widział nic niewłaściwego w egzekwowaniu ciszy nocnej, ale przynajmniej nauczył się już widzieć zmiany w mimice Titusa. Słuchał o jego snach od dwudziestu lat, lubił o nich słyszeć, przeważnie te opowieści odprężały Ambrose'a, ale...
-... to nie był dobry sen? - zgadł, łącząc słowo kukła z tym, że przyjaciel dziwnie się zasępił i nie zawtórował mu w śmiechu. Spoważniał, chcąc to uszanować. - Może jeszcze wrócą te śmieszniejsze. - mruknął, trochę bez przekonania. Bez przekonania, bo pieprzony sąsiad utrudniał Titusowi sen. I bez przekonania, bo w dawnych czasach wszystko było jakieś.... zabawniejsze. I rysujące się w jaśniejszych barwach. - O bydle uwięzionym w ruchomych piaskach, czy coś. - mruknął, rozciągając usta w założeniu pokrzepiającym, ale raczej drapieżnym uśmiechu. Zapamiętał tamten sen, zdradzony mu nieopatrznie jeszcze zanim Titus zorientował się, że Ambrose cokolwiek knuje. Ilekroć wątpił w znajdowanie dowodów na winę teścia, na zmianę przypominał sobie zarówno zupy własnej mamy, jak i ruchome piaski i wtedy czuł się... zmotywowany.
Cisza nagle stała się dziwnie cięższa, i to nie dlatego, że Ambrose najwyraźniej uważał tonące krowy za zabawne. Wspomnienie emocji przyszło mu z trudem, a Titusowi powrót do wspomnień przyszedł z równym trudem i przez chwilę siedzieli w milczeniu, które równie dobrze mogłoby ich spowić na resztę wieczoru.
- Naprawdę? - podniósł głowę, spoglądając na Titusa szeroko otwartymi oczyma. Pan Harrison... cóż, nie był kobietą. Naprawdę mógłby go lubić? Ambrose poczuł uczucie jakiejś nieokreślonej straty, choć nie potrafiłby go nazwać. Dolores trzymała wszystkich mężczyzn na tak uprzejmy dystans, że nigdy nie miał ani ojca ani nawet ojcowskiej figury w swoim życiu. Ani mentora—komendant magipolicji wiedział dużo, ale trudno nawiązać taką więź z kimś niższym od siebie i z kimś, czyja żona (swoją drogą, trochę przerażająca i autorytarna) rozprawiała z Day'em o najlepszych przepisach na szarlotkę.
- Kit? - upewnił się cicho. Wciskałeś to już po ślubie? Przełknął ślinę, nie rozumiejąc czemu czuje w gardle jakąś gorycz. Nie mógł jej niczym zapić, bo nie pił piwa.
- To nie - parsknął z oburzeniem, skutecznie rozbrojony drwinami Titusa. - to nie jest śmieszne! - w przeszłości zapierał się, że nie boi sie koni, ale chyba nie było już sensu. - Po pierwsze, jak mam odróżnić wałacha od ogierów i klaczy? A po drugie, wszystkie są nieprzewidywalne. Matka mówiła, że jej koleżankę jeden kopnął w głowę. - wypalił na jednym wydechu, a rumieniec emocji znów zakrył na moment ten, który sprezentowała mu matka. Wziął głębszy oddech, nie chciał o niej gadać. Czemu ciągle o niej gadał?
Kątem oka zauważył, że włosy znowu wpadają Titusowi do oczu. Przełożył papierosa do lewej dłoni, a prawą odruchowo wyciągnął, by poprawić mu fryzurę—Harrison zrobił to tak, że za sekundę znowu się rozburzą.
- To nie byłby taki znowu kit. - odezwał się, bez powodzenia próbując wsunąć kosmyk za ucho. Poddał się chyba, ale nie cofnął jeszcze dłoni. Jeśli na cokolwiek można było liczyć to na to, że Ambrose łatwo się poddaje. Jeśli na cokolwiek nie można było liczyć, to na to, że zostawi jakiś temat w spokoju z powodu niewerbalnych wskazówek. - Przyjechałbym. Pewnie nie na sezon w drużynie, ale może w zimie... mógłbym pilnować tych waszych koni z miotły. I do Montrose nie było aż tak daleko.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
17-01-2026, 18:26
Czując satysfakcję z posłuszeństwa Ambrose’a, z wielką ochotą porzucił temat grożenia mandatami własnemu sąsiadowi. Oczywiście – frustracja Harrisona działała obecnie na zasadzie “grosz do grosza” – kiedyś jeszcze zbierze się z niej niezła sumka, a kiedy to się stanie – rozliczy się z Guyem Sebastianem. Dziś jednak… Wierzy w magiczną moc własnej kanapy. Niesamowite jak wiele optymizmu i nadziei może wycisnąć z siebie człowiek, byle przeżyć kolejną zagrożoną bezsennością noc.
– Nie czułem, by był dobry – zgodził się, bo w rzeczy samej – z wiekiem coraz mniej snów wydawało mu się wyłącznie zabawnymi wytworami umysłu. – Pewnie wrócą – chociaż nie miał pewności czy faktycznie dotyczyć będą bydła uwięzionego w ruchomych piaskach. Wizja ta dopełniła się – tak sądził – w momencie skazania rodziny Allie. Wizja, która jak jedna z niewielu, wydawała się od początku dość przejrzysta, by na koniec wydała się zupełnie jasna. Nie było to częste. Zwykle liczyć musiał jedynie na swoją spostrzegawczość, czujność i umiejętność wyłapywania schematów i symboli. Zwykle nic z tego nie wychodziło. Dziś na pewno nic by z tego nie wyszło.
Nie przewidział, że nie będzie dziś sam. Dopiero po kilkunastu minutach siedzenia w mieszkaniu z Day’em zauważył, że właściwie cieszył się z tej dziwacznej niespodzianki, nawet jeżeli powody obecności mężczyzny w skromnej kawalerce… Wiele wspólnego miały z ostatnimi marami sennymi Harrisona. Jednemu dawały ułamek radości, drugiego wprawiły zaś w zadumę.
– Naprawdę – powtórzył. – No kit. Ale wiedział, że byłeś moim najlepszym przyjacielem – dodał, jakby to wyjaśnić miało całą sympatię, jaką obdarzył go stary hodowca. I chyba właściwie wyjaśniało to ją najlepiej, bowiem pan Harrison naprawdę ufał decyzjom swojego przyszywanego, rzadko buntującego się syna. Pomijając już to, że taki Day był chłopcem bardzo silnym – bardzo pożytecznym na gospodarstwie, szczególnie w późnym lecie, kiedy cała hodowla wymagała często dodatkowego, racjonalnego dokarmiania. Wysuszone słońcem łąki nie mogły zaspokoić już potrzeb żywieniowych stada, a przerzucanie paszy, intensywniejsza pielęgnacja pocących się zwierząt, dbanie o ich nawodnienie i niekiedy kąpiele... To wszystko nie zrobiło się samo. Ciężko było nie lubić go jako dodatkowych rąk do pracy. Nawet jeżeli ręce te nie potrafiły odróżnić klaczy od ogiera.
Co wciąż nakazywało Titusowi uśmiechać się szeroko w szczerym rozbawieniu.
– Co jej głowa robiła na wysokości końskiego kopniaka, Rosie? – nieco się z niego nabija, ale zna również i takie przypadki. Chociażby podczas czyszczenia końskich kopyt, szczególnie w kontakcie z niespokojnym, łatwym do spłoszenia zwierzęciem.
Gdy prostuje się do siadu, odchylając się na nowo od stolika kawowego, z którego podjął pojedynczego, mugolskiego papierosa, czuje na skroni łagodne, muśnięcie znajomych palców. Umieszczając filtr między wargami, przenosi spojrzenie na przedramię mężczyzny, byle wędrując wzdłuż niego, a później po długości całego ramienia – ostatecznie zatrzymać się na pokrytej rumieńcem twarzy. Próbuje nie dopisywać temu wszystkiemu żadnej wartości i pewnie zrobiłby to skutecznie – tak jak wiele razy w przeszłości – gdyby nie wydźwięk kolejnych słów Day’a. Spuszcza spojrzenie, byle ukryć zaskoczenie pod zasłoną rzęs.
Lepiej było myśleć, że miało się za sobą jak najmniej zmarnowanych szans.
– Mówiłem mu to kiedy jeszcze nie byłeś żonaty – doprecyzowuje, jakby to miało zmienić cały werdykt. Jakby miał wycofać się jednak i powiedzieć, że wcale by nie przyjechał. Jakby mógł żyć wciąż w błędnym przekonaniu, że musieli się wtedy rozstać, bo inaczej się nie dało. Zimno rozlewające się po całej klatce piersiowej zmusza go do oparcia palców na dłoni Day’a, jakby niemym gestem chciał poprosić go o odpuszczenie. – Chyba powinienem je skrócić – mówi już w kontekście włosów, memłając papierosa w ustach. Strzał zapalniczki, cichy odgłos zajmującego się ogniem tytoniu, a potem porcja dymu z kolejnego papierosa. – Wiem, że z Dolly bywa ciężko. Zostań tu ile potrzebujesz. Serio – proponuje. Skoro kiedyś się nie udało – może uda się teraz. Nie miał już koni do upilnowania, ale skoro Ambrose i tak za nimi nie przepadał…
A Titusowi przykrzyło się wiecznie samotne życie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
19-01-2026, 00:57
Pokiwał głową, mając nadzieję, że przyjaciela nawiedzą jeszcze milsze sny i że mu o nich opowie. Lubił o nich słuchać, już od dzieciństwa. Wydawały się takie fantastyczne i ciekawe. Potem złapał się na tym, że lubi też o nich myśleć i że lubi gdy są jakieś podobne do... życia. Ale to na pewno był przypadek, choć krowa w piasku bardzo go podbudowała.
"Byłeś moim najlepszym przyjacielem" umknęło Ambrose'owi jako czas przeszły w odniesieniu do starego Harrisona—nie do tego, jak ich przyjaźń zmieniła się po wakacjach w Szkocji.
Bo to, co dla Titusa było czymś straconym i przerywanym—dla Ambrose'a było stałe i niezmienne, nawet jeśli rozluźnienie kontaktu sprawiło mu przykrość (ktorą przekierował na Jenevę Young). Może właśnie w tym tkwił cały problem i nieświadome rozdrapywanie ran.
- Też go lubiłem. - przyznał cicho, uśmiechając się do wspomnień, które dla Titusa nie wiązały się już z uśmiechem. Ambrose wciąż był w stanie cieszyć się tamtymi wakacjami w Szkocji, pomimo żalu, że się skończyły. I że z Allie wyszło jak wyszło, ale to rozpatrywał oddzielnie; jako konsekwencję błędów na innym sianie, w innym miejscu.
- Pewnie koń kopnął tak wysoko. - wydął lekko policzki, trochę oburzony tymi żartami. - Ale - zmarszczył z namysłem brwi, a przez jego twarz przemknął szybki grymas. Wspomnienie wszystkich kłamstw o tym, co stało się z Haroldem Day. - ale może powinienem był spytać ciebie. Znasz się na koniach lepiej niż matka. - przyznał, krytykując (!) wiedzę Dolores Day na jakiś temat.
Najwyraźniej ludzie się zmieniali. Najwyraźniej synowie się zmieniali i czasem przypłacali to czerwonym policzkiem.
Nie wychwycił, że zmieniły się także wspomnienia Titusa na temat tamtych wakacji; że może przysłoniła je pewna... krowa. Harrison zasygnalizował to dopiero teraz, a Ambrose otworzył oczy nieco szerzej, a potem pokiwał z żalem głową. Nadal był na siebie zły za tamten błąd, czego dowodem było nietknięte piwo.
Nie przewidział tylko, że Titus jest zły na coś innego. Na obietnicę, którą obydwoje rozumieli chyba inaczej.
Nie zrozumiał też jego gestu, choć ktoś inny osiągnąłby efekt pożądany w tym momencie przez Titusa. Dotknięty przez kogoś innego, Ambrose cofnąłby rękę i może nawet zamknąłby się na krótką chwilę w sobie. I tak było już lepiej niż w dzieciństwie, gdy na przekroczenie sfery osobistej reagował agresją lub momentalnym cofnięciem się, podświadomie spodziewając się... tego, co w domu.
Ale Titusa znał od lat i Titus nigdy nie był równie nieprzewidywalny jak matka. Wiedział, kiedy mieli się bić, a kiedy po prostu... siedzieć na kanapie. Ten dotyk był bezpieczny.
Dlatego nic nie zrobił sobie z jego gestu, rejestrując jedynie, że Harrison ma ciepłe dłonie. Nadal próbował ułożyć jego włosy, choć właściwie to po prostu się nimi bawił. Nadal myślał o tym, co powiedział mu teraz Harrison.
I doszedł do odwrotnych wniosków.
- Szkoda gospodarstwa. - westchnął. - Na początku... faktycznie nie umiałem się im postawić, a teść ciągle próbował wypominać mi pieniądze. - skrzywił się. - Ale potem olałbym to i przyjechał. Albo przyjechałbym z dziećmi i może wyrosłyby na bardziej pracowite. I kupiłbym mieszkanie w Szkocji... to ironiczne, że to w Londynie straciłem, nie? W Szkocji nie potrzebowałbym wkładu od teścia i może nawet bym je zachował. - rozmarzył się, kultywując dokładną odwrotność odpuszczania. - Pieprzeni Harrisonowie. Nie pan Harrison. - jeśli wyczuł lekkie napięcie Titusa, to przypisał je właśnie im i utraconej ziemi. Nie temu, że samemu wziął ślub... żałował tamtych lat, ale przecież obietnice wobec pana Harrisona nie były kitem. Znalazłby sposób żeby przyjechać, tak jak znalazł sposób żeby przypieprzyć bratu Jenevy Young i żeby ku utrapieniu Allie codziennie pracować z Titusem.
- Nie ścinaj! - przestraszył się, to byłaby zmiana rutyny. - Masz w ogóle sprawdzoną fryzjerkę, która zetnie cal, a nie pięć? - może Dolores mogłaby... nie, nie mogłaby, i jeśli Ambrose się z nią nie pogodzi, to też będzie musiał znaleźć sprawdzoną fryzjerkę. - Nie są jeszcze takie długie. - demonstracyjnie zawinął kosmyk na palec, a potem spróbował odłożyć go we właściwe miejsce, muskając nadgarstkiem palce Titusa i jego policzek dłonią. - Tak się chyba utrzyma. - zawyrokował (błędnie).
Cofnął dłoń dopiero w odpowiedzi na hojną propozycję.
- Dzięki, Tite. Serio. - odchrząknął i dopiero teraz poczuł się trochę niezręcznie. - Będę sprzątać w ramach podziękowania. - orzekł, choć będzie to służyć bardziej jemu niż Harrisonowi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 20:10 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.