• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Czarna Studnia (Lancashire)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
15-06-2025, 11:55

Czarna Studnia (Lancashire)
Na skraju odludnych wrzosowisk Lancashire, wśród zdziczałych jałowców i kamiennych murków, kryje się Czarna Studnia – głębokie, opuszczone ujęcie wody, wyłożone czarnym łupkiem. Mugole omijają ją szerokim łukiem, choć wielu nie potrafi powiedzieć dlaczego. Czarodzieje wiedzą: to miejsce starych czarów, gdzie czasem słychać szepty z głębin. Woda ze studni wzmacnia eliksiry związane z pamięcią, snami i zaklęciami mentalnymi, ale bywa kapryśna – czasem działa jak katalizator, czasem wywołuje wizje. Dawne zapiski wspominają też o przypadkach zniknięć i omamów u czarodziejów zbyt długo przebywających w pobliżu tej studni. Mimo to, miejsce przyciąga poszukiwaczy tajemnic, rytualistów i tych, którzy chcą zajrzeć w głąb – nie tylko studni, ale i siebie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
09-02-2026, 21:37
14 maja?

Poranek był ciepły, duszny. Nie miał dziś obowiązków służbowych, ale dzień wolny od pracy nie oznaczał ani wolności, ani lenistwa - i trudno było pomyśleć, by Evander w ogóle znał smak czegoś, co w założeniu zakładało brak działania. Wstał jeszcze przed wschodem, by skorzystać z ciszy panującej w posiadłości. Po korytarzach kręciła się jedynie służba i skrzaty, córki jeszcze spały, podobnie jak wścibscy przodkowie z obrazów, które wisiały na obitych ciemną boazerią ścianach gabinetu. Przejrzał naszykowane wieczorem pergaminy zawierające dane okolicznych działek. Uważnie przestudiował mapy, wypisy z ksiąg wieczystych i miejscowe uchwały zatwierdzone przez namiestnika hrabstwa. W planach miał zakup kilku kolejnych gruntów musiał je jednak zobaczyć, zbadać potencjalne ryzyko wynikające nie tylko z pożółkłych papierów i liczb, ale i tego, co kryło się - lub nie - w trzewiach ziemii. Miał swoje podejrzenia. W Lancashire istniało wiele starych, zapomnianych żył magicznych, a takie miejsca bywały urodzajne w niepospolite surowce. Rzadkie rośliny, unikatowe złoża. Choć ich rodzinny skarbiec wydawał się bezdenny, żadna fortuna nie trwała w próżni, zwłaszcza przy horrendalnych wydatkach, które ponosili. Znał koszty wystawnego życia, a jeszcze lepiej znał rynek i rządzące nim prawa. Był to dobry czas na zakup ziemi - i nie powiedziały mu tego ani gwiazdy, ani inne wróżby, a analizy przepływu pieniądza na giełdzie. Dopił kawę - wbrew brytyjskiej modzie pijał wyłącznie czarne espresso - zagryzając ją świeżą, jeszcze ciepłą drożdżówką ze słodką kruszonką, po czym wymknął się z posiadłości tylnym wyjściem, przez ogród, kierując się na brukowaną ścieżkę wiodącą za miasto, dalej, aż po granice, gdzie zabudowa ustępowała miejsca polom. Byłoby łatwiej, gdyby się teleportował - on jednak wolał energiczny spacer, który wymagał od niego wysiłku, bo jeśli akurat nie męczył mózgu, jakieś mięśnie musiały pracować. Zaoszczędziłby na tym czasu, niewątpliwie - ale stracił na szacunku do siebie. Dbał o kondycję, dostrzegał jak wielu czarodziejów zupełnie ją bagatelizowało, co dla niego pozostawało zwyczajnie nie do przyjęcia. Wędrował długo, co najmniej godzinę. Miał ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy - sierp, niewielką saperkę, nóż, różdżkę i skórzany neseser przytroczony do pasa. W końcu zszedł z głównej ścieżki, wkraczając między jałowce i wrzosy, i brnął dalej, co jakiś czas sprawdzając kierunek świata przy pomocy różdżki. W końcu zaczął mijać pozostałości dawnych, kamiennych ogrodzeń, które nosiły znamię czasu. Wiedział, że jest blisko. Zwolnił, wyostrzając zmysły. Nie znał się na surowcach, ale znał się na wartościach - potrafił wyostrzać zmysły w sposób, które pomagały odnaleźć mu to, co mogłoby być cenne. Polegał na intuicji, a to inni mieli później weryfikować, czy dobrze trafił. Zaszedł w końcu do studni. Znał legendy mówiące o jej właściwościach, ale jego sceptycyzm nie zawierzał bezmyślnie podaniom. On lubił dowody, nie baśnie. Rozejrzał się, sięgając po kamień wielkości dłoni, który odłupał się od omszałego ogrodzenia. Nada się. Przytknął do niego koniec różdżki, wypowiadając inkantację, a zimna, ciężka materia przemieniła się w niewielki, metalowy bukłak. Stanął na krawędzi studni, kierując następnie orzechowe drewno na dno, które zionęło czernią. Za jednym ruchem nadgarstka strumień wody posłusznie ułożył się w działający wbrew prawom grawitacji lejek, zgodnie z życzeniem Croucha trafiający prosto do utworzonego przed chwilą bukłaka.
Pozostawał czujny. Nie spodziewał się, by coś miało go zaskoczyć.
Wiosna 1x: Kot na drzewie*
Na pobliskim drzewie utknął kuguchar. Siedzi zbyt wysoko, wyraźnie niepewny dalszych ruchów. Miauczy żałośnie, próbując zwrócić na siebie uwagę. Każda próba zejścia kończy się cofnięciem. Ogon nerwowo omiata gałąź. Zwierzę spogląda w dół z rosnącą paniką. Bez pomocy raczej sobie nie poradzi. Dostrzegacie też, że to drzewo jest magiczne. Używanie magii może się źle skończyć.
Jeśli podejmiecie próbę wspięcia się na drzewo, należy wykonać rzut k100. Spełnione PS 60 oznacza uratowanie kuguchara. Niespełnione PS oznacza upadek stworzenia i jego szybką ucieczkę. Do rzutu doliczyć należy potencjał siły oraz bonus za zdolność wspinaczki. Ratunek otwiera jednemu z was możliwość bezpłatnej adopcji kuguchara.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
10-02-2026, 15:10
Żeby wybyć za miasto - muszę mieć naprawdę dobry powód. Żyje się w Londynie - i nikt nie udowodni mi, że jest inaczej. Lwią część życia spędziłem w mieście, które pasie się jednakowo na wszystkich, których karmi. Czynsz - ha, czynsz to małe piwo, za nazywanie się londyńczykiem, bo tu wszystko jest walutą, wszystkie najlepsze kobiety są już zamężne, a każdy dobrze wyglądający gość ostatecznie okazuje się pedziem. Trudno, trudno zagnieździć się tu teraz, lecz zapuszczenie korzeni w przeszłości w jednej czy drugiej okolicy może przynieść niespodziewany prestiż. Kto wie, kiedy i czy dojdzie też do naszej części Southwark; pokapie na nasze dzieci, jeśli zdecydujemy się je mieć, a mieszkanie zatrzymamy - bo może akurat tak się złoży, że jego sprzedaż idealnie pokryje rachunki za jakiś luksusowy dom opieki. Dla Sandy, naturalnie, bo ja zamierzam być beneficjentem jej młodości nie tylko teraz, ale również później: jeśli ktoś będzie miał mnie obsługiwać i podcierać tyłek, to tylko ona, co zresztą znajdzie się w testamencie. Wszystko dla niej: pod warunkiem opieki określonej prawnymi więzami ściślej niż fakt zawarcia małżeństwa.
Tym razem powód jednak się znajduje i należy on do tych zupełnie nudnych i prozaicznych.
Mianowicie: zysk.
Siedząc na klopie jak zwykle oddaję się temu, czemu oddaje się i król w miejscu, do którego chodzi piechotą. Podczas wypróżniania towarzyszą mi krzyżówki lub książki, w zależności od długości posiedzenia oraz jego wagi; ostatnio jednak z umiarkowaną ciekawością przeglądam sobie ilustrowany przewodnik pod tytułem “Magiczne Miejsca Anglii”. Jeśli wierzyć dedykacji na pierwszej stronie, prezent dla Henrietty za ukończenie pierwszej klasy Hogwartu z wybitnymi wynikami. Jedenastolatka wzgardziła, mi - mi się przyda; ładuję do opornej już głowy nowe informacje z gatunku ciekawostek, które opowiada się na speed datingu, żeby nie dostać zaproszenia do kolejnej rundy z tą samą kandydatką. Puszczę je w obieg w czyjejś kuchni na domówce o trzeciej nad ranem, zapytam w smażalni ryb, czy ktoś o tym słyszał, albo sprawdzę na własnej skórze, metodą prób i błędów, przejeżdżając się na doświadczeniu, ulubionej metodzie badaczy i filozofów epoki oświecenia. Jakbym był laboratoryjnym szczurem: i tym (lub czymś podobnym) zajmowałem się kiedyś, dawno, by mieć co włożyć do ust. Powtórka z rozrywki? - na samym sobie zamierzam przetestować działanie wody bijącej ze źródła opisywanego w atlasach dla szkolnych dzieci. To nie mogą być już tylko legendy, zgadza się?
Trzeba było zostać w domu, gdybym wiedział - na pewno bym nie ruszał się sprzed telewizora i pracował nad wysokim rachunkiem za elektryczność. Teleportacja jest mniej przyjemna niż zwykle i kiedy wyrzuca mnie na odludnym wrzosowisku, już rozumiem, dlaczego. Nie mogę ustać na nogach i przewalam się, gębą ryję o ziemię. Teraz z perspektywy robala oglądam kwiaty, które zaczną kwitnąć dopiero za parę miesięcy. Szlag. Dźwigam się nie bez trudności - z dezaprobatą spoglądając na swą lewą nogę i rozdarte spodnie. Spod poszarpanego materiału doskonale widać, że krwawię, co więcej - czuję to z każdym nierozsądnym krokiem. Zdeptane wrzosy, mój ból, kwalifikuję się już do odwiedzenia uzdrowiciela - ewentualnie pomoże dyptam, jeśli Sandy trzyma go w naszej domowej apteczce. Chyba widziałem butelkę, gdy opatrywała Fintana, to jednak żaden gwarant, a ja na szczęście, wciąż chodzę. Jakoś. Z trudem. Ledwo. Jak zaciskam zęby, jest dobrze. Jest dobrze. JEST KURWA DOBRZE, tak przekonuję sam siebie, gramoląc się wyżej na zarośnięte wzgórze, skąd zaczynam już słyszeć kapiącą wodę - póki co jej nie widzę, zasłoniętą drzewami i zrujnowanym kawałkiem obronnego muru, który pamięta pewnie czasy Rzymian albo i nie - za to jak dobrze brzmi to w narracji. W końcu: widzę studnię. Przy niej: człowieka.
– Bosko – mruczę do siebie i doczłapuję się bliżej, kulejąc już na pełnej - zakrwawiona noga stawia coraz większy opór. Sam na pewno nie dotrę do domu, nie ma głupich, nie zaryzykuję, że z kolejną teleportacją ja trafię do londynu, a ona (noga) zostanie tutaj. – Pan widzę przygotowany na wyprawę – zagaduję do nieznajomego, ciężko klapiąc pod murkiem, gdzie ten zbiera wodę. – Mi się nie pofarciło – dyszę, wskazując sugestywnie na rozdarte spodnie, barwiona w kolorze czerwonego wina krokodyla łuska (sztuczna) pękła i widać, jak po goleni płynęła krew, obecnie już zaschnięta. – Ma pan może coś na ten? – no co, zapytać nie zaszkodzi. Popisu elokwencji nie daję, lecz ciężko w takich warunkach: po pierwsze, piecze mnie. Po drugie, trują tu jakieś jęki i piski – Słyszy pan miauczenie, czy ja już schodzę? - upewniam się, do końca rozdzierając spodnie prostym Diffindo. Ugh. Wygląda gorzej niż myślałem. I robi mi się odrobinę słabo.

| rzut na nieudaną teleportację
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
13-02-2026, 00:16
Wokół było słychać jedynie szum traw i odległe odgłosy ptaków. Zdał sobie sprawę, że ktoś się zbliżał, zanim jeszcze dostrzegł jegomościa. Krok miał nierówny, głośny, jakby ciągnął po ziemi worek ziemniaków. Odruchowo przerwał działanie zaklęcia, wsuwając różdżkę w specjalnie zaprojektowany mankiet koszuli - na tyle, by jednym płynnym ruchem dobyć jej na powrót gdyby zaszła taka potrzeba. Perspektywa towarzystwa była mu nie w smak. Na tym zapomnianym końcu mapy trudno był znaleźć się z winy przypadku, a Evander nie był osobą, która lubiła być zaskakiwana. W jego świecie istniało miejsce wyłącznie na porządek, nawet kiedy życie nieustannie udowadniało mu, że śnił zbyt wydumanie. Zastygł w bezruchu, obserwując zbliżającego się mężczyznę. Ten wyraźnie utykał, ale w jego aurze było coś nieposkromionego, jakiś szarlatan lub inny diabeł, który kazał mu tę przywarę ignorować. Może przez ten dziarski krok, może przez błysk szaleństwa, który czaił się w jego oku, z daleka chmurnym, niepokornym. Crouch dopiero po chwili spostrzegł, że specyficzny chód nie był chyba następstwem kalectwa, a wypadku. Przesiąknięta krwią nogawka biła czerwienią z daleka, to go nie wystraszyło - ale z pewnością zwiększyło czujność. Był tu pierwszy, nie zrealizował jeszcze planu dnia, a intruz nie miał prawa tego zmienić. Liczył, że widząc go zawróci, pójdzie dalej - ale ten szedł prosto na Evandera, z zaparciem, którego nie rozumiał, i które go ciekawiło. Przybysz wydał mu się dziwny - nie tylko z racji ekstrawaganckiego ubioru, ale i zachowania. Kiedy mężczyzna zaczął mówić, Crouch nie był do końca pewien, czy zwraca się do niego, czy raczej bredzi do siebie. Czy był w szoku, czy jedynie kolejnym wariatem zniszczonym przez używki, z mózgiem, które ktoś wyprasował żelazkiem. Przyglądał mu się z góry, mniej z zaciekawienia, bardziej z pragmatyzmu. Nie ufał obcym, ale bynajmniej nie był strachliwy. Czujny co najwyżej - i z wybitną alergią na głupotę.
- Dzień dobry - odpowiedział nieznajomemu z chłodem okraszonym wyższością, nie wdając się z nim w gadkę, czy też raczej monolog. Budował dystans między sobą a tym wyjątkowym okazem włóczęgi, który wydał mu się tak absurdalnie oderwany od rzeczywistości, że musiał się zastanowić, czy to rzekome miejsce mocy zwyczajnie nie drwi z jego zmysłów. - Jak pan tu trafił? - Spytał uprzejmie, ignorując bełkot, którym zarzucał go obcy. Evandera interesowały fakty - a te, jak na razie, nijak pasowały mu do elementów układanki. Do czasu, aż mężczyzna sięgnął po… różdżkę. Nie mógł widzieć tej, którą chwilę wcześniej schował Crouch, nie miał podstaw domyślać się, że ten był czarodziejem. A jednak mimo tego sięgnął po magię zupełnie bezpretensjonalnie - co było albo nonszalancją, albo skutkiem szoku pourazowego, co łączyłoby się z krwistą plamą. Jednocześnie istniała też szansa, że nieznajomy dziwak był po prostu głupi. - Widzę, że nie przejmuje się pan kodeksem tajności - zauważył. W jego głosie podziw mieszał się z zaskoczeniem. Z jednej strony chciał, aby świat właśnie tak wyglądał. Marzyła mu się wolność w korzystaniu z magii - i zdarzało się, że sięgał po różdżkę w sytuacjach, gdy prawo mu tego zabraniało, nigdy jednak nie robił tego tak ostatencyjnie i wręcz nierozważnie. Wszystko miał zawsze przekalkulowane, pan dwanaście paragrafów w rękawie, przygotowany na obronę z kodeksu, zanim jeszcze zdążyłby go złamać myślą. Nienachalnie podążył wzrokiem za rozdzierającym się materiałem, który odsłonił paskudną ranę. Nie była zupełnie świeża, krew zdążyła już zastygnąć - i to budziło ciekawość urzędnika, może też trochę podejrzliwości. Sposób, w jaki myślał, mimowolnie podsuwał mu scenariusze, a kiedy ekscentryk zaczął prawić o miałczeniu, był niemal przekonany, że to jedynie dywersja, by go rozproszyć i ugrać coś na jego nieuwadze. Aż w końcu sam zaczął je słyszeć, początkowo biorąc dźwięk za urojenie, będące efektem placebo. Miauczenie jednak narastało, aż w końcu uniósł brodę, wędrując wzrokiem po okolicznych drzewach. Nie szukał długo. Tłuste kocisko szamotało się na drzewie wyrastającym zaraz za studnią. - Słyszę - przyznał w końcu rację dziwakowi, szybko wracając do niego uwagą. - Kuguchar - wyjaśnił krótko. Stworzenie miało zbyt bujną sierść, by należeć do zwykłych kotów - i zbyt dużo pecha, by trafić dziś na kogokolwiek innego. Zastanawiał się, jakie istniało prawdopodobieństwo, że w jednej chwili znajdzie się w otoczeniu dwóch nie do końca bystrych istot, które ewidentnie potrzebowały pomocy. I obie miały w tym wyjątkowego pecha trafić na Croucha. Jednak bez względu na to jak bardzo było mu to nie w smak, miał przed sobą rannego czarodzieja. Nie powinien był go zostawiać, ustęp pierwszy artykułu dwieście siedemdziesiątego trzeciego stanowił wyraźnie, że poszkodowanemu należało udzielić niezbędnej pomocy. - Pan potrzebuje pomocy - stwierdził to wreszcie na głos - nie pytał. On oznajmił. I było w tym coś niepokojącego.
Jego własne plany musiały poczekać.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
13-02-2026, 12:12
Dziura w nodze, podarte ulubione spodnie - co z tego, że kosztowały z trzydzieści pensów - Sandy wyhaczyła je w lumpeksie w ostatni dzień, gdzie kilogram ciuchów chodzi za funta, pięknie. Bardziej niż ta poharatana łydka faktycznie ubolewam nad ubraniem, bo to już nie pierwszy raz: a każda kolejna krawiecka naprawa, nawet za pomocą magii, sprawia, że wyglądają tylko gorzej. No nic: zawrócić się nie opłaca, więc tak tarabnię się pod górę: mina skwaszona, noga we krwi - już z góry zakładam, że wspinaczka tego warta nie będzie. A biorąc pod uwagę towarzystwo ponuraka w ludzkiej postaci (nie mam złudzeń, mierząc wystrojonego bruneta, który pewnie jest alchemikiem albo tego typu szarlatanem) - może być tylko gorzej.
– Dzień dobry? No jak dla kogo – komentuję kwaśno, ale kiwam głową na powitanie, niech mu już będzie. Wyczuwam, że od chłopa aż wieje chłodem (a jak na początek maja i na to, że nie pada, pogodę mamy iście wakacyjną) - przeszkodziłem mu pewnie w sam na sam na łonie natury czy dawaniu w szyję gdzieś, gdzie nie przyuważy tego najdroższa małżonka.
– Teleportowałem się – odpowiadam, wzruszając ramionami, co za durne pytanie. Odwracam głowę i spluwam, niesamowicie wielkodusznie, gdyż dochodzę do wniosku, że elegancki paniczyk nie będzie zbyt uradowany widokiem mojej śliny pod swoimi stopami. – No ale tak do Londynu już raczej nie wrócę – dodaję, bardziej do siebie niż do niego, trzeba było wziąć auto - no i pewnie bym wziął, gdyby nie to, że to jakieś sześć godzin jazdy i to na dodatek po jakichś wertepach, do których moja Marlenka definitywnie nie została stworzona.
– Kodeks tajności? – prawie prycham – mugole tu nie przychodzą. Tak czytałem – w ilustrowanym albumie dla dzieci między 10 a 13 rokiem życia, czym decyduję się nie chwalić. Źródło tych informacji pozostanie tajemnicą. – Po drugie, ministerstwo nie musi wiedzieć o jednym czy drugim Obliviate, hm? – nawet z zakrwawioną nogi wspinam się na góry, tu szczyt bezczelności, tam szczyt kozaczenia. Może mam do czynienia z tajniakiem w cywilu, ale prawda jest po mojej stronie: nic nie zrobiłem (jeszcze) i za rękę nikt mnie nie złapał. – Rzuconym na mugola – uściśliam, tak na wszelki wypadek, żeby mi się nie nastroszył, bo czuję w kościach (w tym tej jednej na wierzchu - no dobra, nie jest na wierzchu, ale dramatyzuję tak, jak robię pompki - dla sportu), że sprowokowany nieźle dałby mi w bambuko. Przynajmniej… póki jestem w takim stanie. Święty ze mnie żaden, zdarzyło się - robić takie rzeczy, oczywiście z konieczności, oczywiście w sytuacji podbramkowej, oczywiście podstawiony pod ścianą. Prowadzić auto uczyłem się metodą prób i błędów, skrzynia biegów była sekretem wiekuistym, więc różdżka chodziła na prawo i lewo: w najlepszym-najgorszym okresie uważałem się za mistrza modyfikowania pamięci. Zawsze niechętnie, zawsze z dozą współczucia: miałem taki nawyk, że nieszczęśnikom zostawiałem jakiegoś cukierasa - ot tak, na osłodę, żeby skoczył im poziom cukru i nie byli skołowani dłużej niż to absolutnie konieczne.
Patrzę w górę - i faktycznie nad naszymi głowami dostrzegam puchate kocisko, które pewnie liże masło, wszędzie zostawia sierść i gdybym miał je w domu, tylko karcący wzrok Sandy powstrzymywałby mnie przed wymierzeniem mu wychowawczego kopniaka. Kuguchar miauczy coraz głośniej: a to ci pech. Mój nowy towarzysz-włóczykij nie pali się, by nadejść mu z pomocą, a ja… nawet z dwiema zdrowymi nogami też bym tego nie zrobił. Chyba że wypatrzę na jego szyjce obróżkę ze złotą blaszką i adresem właściciela: wtedy, to co innego, bo policzę sobie za uciekiniera jak za zboże. Tu za fatygę, tu za narażenie własnego życia, tu za sto innych niedogodności, zaczynając od alergii na sierść, kończąc na śladach pazurów na przedramieniu. – No jak widać – odpowiadam, krzywiąc się, bo znowu coś zapiekło. – Boli jak skurwysyn – dodaję, uważniej przyglądając się ranie, po czym łapie mnie olśnienie i cały zadowolony wyjmuję zza pazuchy niepozorną piersiówkę. Najpierw łyk na odwagę, a później leję alkoholem po zaoranej nodze, starając się przy tym nie pisnąć falsetem - jest ciężko. – Pan to może się zna na magii leczniczej? – nie wygląda, ale zapytać nie zaszkodzi. – Jak nie, to żaden problem, przedzwonię do mojej i ona mi już zaraz powie, co robić – dodaję. Dwukierunkowe lusterko zacznie na siebie zarabiać i posłuży w końcu do rzeczy ważnych i potrzebnych. Ważniejszych od nowego koloru włosów Betty i tego, że z naszego budynku wynosili na noszach pana Ottomasa. Za pierwszym razem nawet wyjrzałem za firankę, ale to byłby już jego trzeci zawał w ciągu trzech miesięcy. Nuda.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
14-02-2026, 16:39
Dobre wychowanie i ogłada nie należały do mocnych stron dziwnego przybysza. Odbierał go jako niekrzesanego i buńczucznego, i choć nie zdążył go jeszcze poznać, ta krótka konfrontacja pozwoliła, by w myślach Croucha już podpisał na siebie szkic aktu oskarżenia, który czekał na wypełnienie luk. Trzeba było jednak znacznie więcej, by sprowokować Evandera. Nigdy do końca nie przywykł do tego, że otaczający go ludzie nie grzeszyli rozumem - ale nauczył się z tym faktem żyć. Nie było uniesienia brwi, nie było arogancji. Jedynie wyrachowana cisza i chłód tak starannie wypracowany, że mógł uchodzić za naturalny stan skupienia. Zignorował pasywno-agresywną zaczepkę nieznajomego, bo co do zasady nie widział potrzeby wykłócania się z chłopstwem o rację. Ta nie była kwestią debaty - on wiedział, po której stronie leżała. Nie musiał tego udowadniać.
Odpowiedź włóczęgi z zakolami nie do końca mu pasowała, oczekiwał nieco więcej danych, więcej struktury i mięsa, ale winić mógł jedynie siebie. Być może gdyby słowa dobrał lepiej, dowiedziałby się czegoś bardziej istotnego - wiedział to przecież, umiejętność tą szlifował przy każdej rozprawie, która trafiała na jego biurko. Czyhał na jego nieostrożność, mówił na tyle dużo, że musiał się w końcu zdradzić mimochodem. Londyn. Nie spodobało mu się, że ktoś z tak daleka kręcił się po jego okolicy, tym bardziej wydał się zaciekawiony - czarodziej musiał mieć konkretny powód, aby się tutaj pojawić. I zatajał to. Gadał o wszystkim, wydawał się nie kryć z niczym, a jednak to, co najistotniejsze, pozostawiał poza zasięgiem. Crouch wychwytywał podobne, subtelne niuanse, za długo siedział z nosem w rozprawach, by nie poznać się na blefie, na sztuce odwracania uwagi. Być może ten, którego brał za człowieka, który nie prowadzi żadnych kalkulacji, miał już dawno wszystko policzone - jak on.
- Pan z Londynu? Wybrał pan dość osobliwe miejsce jak na spacer o tej porze - zauważył miękko, z wyuczoną kurtuazją, która w jego ustach zawsze brzmiała jak elegancko zapakowana insynuacja. Liczył na to, że kolorowy dziwak połknie przynętę i tym razem chlapnie coś więcej. Aparycję miał podejrzaną, trochę parszywą, ubiór nietuzinkowy, a złoto połyskujące na nadgarstku i w gębie sugerowało pochodzenie z bieguna przeciwnego rodowi Crouchów. Znał ten schemat nowobogaczy, wyrastających w biedzie i chełpiących się pozyskanym statusem. Sądząc jednak po ubiorze, była to wyłącznie krucha fasada; gra, na którą mogli nabrać się jedynie przedstawiciele klasy średniej i robotniczej. Stare fortuny nie musiały krzyczeć. - Ma pan pomysł jak wrócić? - Jeśli nie - był gotów go w tym wyręczyć, byleby tylko pozbyć się intruza. Nie postrzegał tego w kategoriach udzielenia pomocy, a raczej konieczności usunięcia problemu z własnej drogi.
Czytał przybysza między słowami. Nie znał tego miejsca - z jednego, rzuconego na wiatr frazesu Crouch wyczytał więcej niż z całego potoku nieprzemyślanych wymiotów werbalnych. Czarodziej najpewniej nigdy wcześniej tu nie był - a jednak miał tu jakiś interes, coś, co przyciągnęło jego uwagę.
- Uważa pan, że stoi ponad prawem? - zapytał bez emocji, jakby interesowała go wyłącznie odpowiedź, nie zaś moralna ocena. Kuternoga wydał mu się człowiekiem absolutnie nieodpowiedzialnym, zbyt swobodnym z przestępstwem, a na dodatek zupełnie lekkomyślnie się tym afiszującym. Być może w innych okolicznościach urzędnik byłby nawet skłonny się z nim zgodzić - uważał za ujmę dla czarodziejów wszelkie ograniczenia w używaniu magii w obecności mugoli. Nie rozumiał figur takich jak Dumbledore czy Leach, którzy zgadzali się na degradację ich rasy, na nieustanną kontrolę, na ograniczenie wolności - i z chęcią zwiększali patrole czy miejsca w urzędzie, które wypełniali swoimi, wielkimi strażnikami tajności. Zastraszone społeczeństwo było łatwiejsze do kontrolowania, ale jeszcze łatwiejsze do utrzymania w ryzach było społeczeństwo spolaryzowane. Obecna władza nie sprzyjała jednak tak liberalnemu podejściu do magii, jakie prezentował obłąkany czarodziej, a chwalenie się tym przed obcym Evander uznał za wyrok ostateczny - przybysz nie był wyrachowany. Był głupi. Pojedynczy występek kończył się zwykle grzywną, ale recydywa zwykle skutkowała wyrokiem. Crouch absolutnie nie popierał kodeksu tajności - prawo, nawet jeśli głupie, było jednak prawem. Jego jawne łamanie było świadectwem prostactwa. Tacy jak on zwyczajnie wiedzieli jak je obchodzić, korzystając z precedensów czy konkretnych zapisów kodeksu.
Spojrzał raz jeszcze od niechcenia na kuguchara, którego miauczenie wwiercało się w czaszkę jak tępy gwóźdź. Jeśli pamięć go nie myliła, były to zwierzęta bystre, a na dodatek zawsze spadały na cztery łapy, ten najwyraźniej stanowił wypaczenie natury. Zupełnie jak jego towarzysz. Z trudem przyszło mu zachowanie kamiennej twarzy, gdy czarodziej wylał zawartość manierki na ranę - bynajmniej nie z empatii, a z alergii na skrajną bezmyślność. Nie, żeby obaj sterczeli właśnie nad studnią, z której woda zdecydowanie lepiej sprawdziłaby się do zdezynfekowania nogi. Tę uwagę zachował jednak dla siebie, z pewną satysfakcją przyglądając się, jak nieznajomy wykrzywia się z bólu, byleby tylko nie zacząć przedrzeźniać kocura. Dostrzegł jednak coś, co nie pasowało do obrazu nieodpowiedzialnego pajaca. Upór. Determinację. Nie każdy potrafił milczeć, gdy bolało.
- Nie. Ale mogę sprowadzić kogoś, kto się zna. - Nie do końca rozumiał, co mężczyzna miał na myśli mówiąc o dzwonieniu, ale nie dał tego po sobie poznać - łatkę obłąkanego przykleił mu już chwilę temu i zastanawiał się jedynie jakim dziwactwem jeszcze go zaskoczy. - Więc? - Nie był człowiekiem, który pomagał z potrzeby serca. Robił to z obowiązku - a obowiązek, w przeciwieństwie do litości, nie podlegał negocjacjom.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
14-02-2026, 23:38
– Spacer? Dobre sobie. Przecież tu się nie spaceruje – w końcu zaszczycam mężczyznę spojrzeniem dłuższym niż kilka sekundy; niech no mu się lepiej przyjrzę. Tego typu znajomości, które umieszczam w przegródce przygodne niezależnie czy dotyczą kobiet czy mężczyzn, traktuję mniej-więcej tak samo, a zatem rejestruję, by zaraz potem zapomnieć. Tyle twarzy nie jest mi potrzebnych do szczęścia, w każdej grupce i na każdym przyjęciu trafi się ktoś o imieniu Tom lub Mary, lekko przyszło, łatwo poszło, przeminęło z wiatrem. Ten tu jednak, dla odmiany, charakterystyczne ma rysy jak na mieszkańca Wysp, choć czy Anglik? Nie wiem.  Wygląda w każdym razie jakby nawykł do wydawania rozkazów i zwraca się do mnie tonem podobnym do tego, co litościwy pan do swej służby, ewentualnie prezes do niższego rangą pracownika rozpoczynającego swój pierwszy dzień i będącego kompletnym żółtodziobem. Dzieli nas z dziesięć lat na korzyść moją i mojego doświadczenia, a ten tu pudruje się grzecznością, manierami, savoire-vivre’em i całą resztą: jeśli przyniósł ze sobą drugie śniadanie, na pewno ma talerzyki do tartaletek, małe sztućce do przystawek i bawełniane ściereczki do polerowania owoców. – Jeszcze nie. Ale bywało gorzej – kolejny raz wzruszam ramionami, niezmiernie uradowany tym, że kiedy siedzę i się nie ruszam: noga nie boli. Od biedy przywołam Błędnego Rycerza, choć doprawdy, magiczna komunikacja miejska może co najwyżej possać pałę i wypolerować jajca mugolskiemu metru. Szybkość: tyle i tylko ją wyróżnia, bo wygoda, niezawodność, a nawet czystość, wszystko stoi po stronie techniki niemagicznej, skonstruowanej względem socjalnych potrzeb rosnącego i rozwijającego się społeczeństwa.
– A pan co, książkę pisze? Czy może to przesłuchanie? – tik-tak, tik-tak, wyciągam zza pazuchy papierosa i odpalam go srebrną zapalniczką. Dwa buchy i złagodnieję jak ta lala, więc pozwalam sobie zakopcić na świeżym powietrzu. W zdrowym ciele zdrowy duch: no właśnie - jam żywym przykładem powiedzonka, które na szkolnych korytarzach zachęca trzecioklasistów do grania w krokieta. Nie, żeby jedno z tych hasełek specjalnie na młodzież działało… – To byłoby bardzo nierozsądne, nieprawdaż? – pytanie retoryczne, a może nie, w ilości moja elokwencja przyćmiewa jego, więc produkuję, ile fabryka daje. – Duma, proszę pana, duma. To ludzi gubi – obwieszczam, dodatkowo w głowie robię przegląd kolejnych grzechów głównych, do których mogę zacząć referować. Wyrzuty sumienia w gratisie, rzadko kiedy coś dają darmo, a jeśli już, no to właśnie takiego gorącego ziemniaka. Zaciągam się, coś świszczy i nie jestem w stanie rzec, czy to wiatr, czy moje płuca czy może kot-mazgaj, który nie potrafi sam zleźć z drzewa. Miałem nadzieję na arykotkratę z dobrego domu, ale chyba pudło: ten kuguchar to jakiś dzikus, który nie zaadaptował się do warunków i chciał się schronić przed swoim kugucharzym stadem. Obrali go za najsłabszego w miocie, wygnali, zaszył się na drzewie, no i klops, bo nikt nigdy mu nie pokazał, jak z takiego wysokiego się schodzi.
– Nie, nie, to nie będzie konieczne – odmawiam, pociągając jeszcze jednego łyka z piersiówki, a niedopałek papierosa posyłając gdzieś w trawę. Z kieszeni dobywam lusterko i łączę się z Sandy: ona jak zwykle odbiera po dłuższej chwili, więc zbiera cięgi, że nosi je przy dupie i jak ma poprawić sobie makijaż, to od razu, ale kiedy dzwonię, to nie raczy się zorientować. – Słuchaj mała, nie dramatyzuj tylko, ale trochę się rozszczepiłem – mówię jej, kiedy już skończyła nadawać, że przecież zawsze odbiera na czas i że przesadzam i że w ogóle to ona chciałaby iść na randkę, bo dawno nigdzie nie wychodziliśmy tylko w dwoje. Udaje mi się nawet pokazać jej moją nogę i w lusterku widzę, jak usta Sandy układają się w śliczne, okrąglutkie O. Przejmuje się: wiem, że tak i natychmiast podaje mi fachową instrukcję postępowania włącznie z medyczną inkantacją. – Jaka jest szansa, że będą amputować, jak spierdolę? – pytam, a jej “jeden procent” i to powiedziany tak bez przekonania sprawiają, że owszem, decyduję się ryzykować, bo należę do tych, co chcą zjeść ciastko i mieć ciastko. Rozłączam się, bo mimo wszystko wolę, żeby tego nie widziała i mruczę Episkey, przykładając różdżkę do odkażonej alkoholem rany.  Niechlujnie, bo niechlujnie, ale zasklepia się: należy mi się naklejka dzielnego pacjenta, choć wizyta u uzdrowiciela nadal jest konieczna, jedynie odłożona na później. – Widzi pan, siostra Sandy nigdy nie zawodzi – rechoczę całkiem zadowolony, zwracając się do nieznajomego, który tak niechętnie oferował mi pomoc. Na pewno widział buziunię mojej lubej - a ja mogę w końcu stać o własnych siłach, niestety niższy od niego, nad czym próbuję panować, wykorzystując nierówności terenu. – Rozumiem, że nie ma pan nic przeciwko? – i nie czekając na odpowiedź, stukam różdżką o kant studni, wyczarowując szklaną butelkę, do której pieczołowicie zbieram wodę tryskającą ze zbiornika. Dasz bór; my się bogacimy, a kot na drzewie nie przestaje jękliwie narzekać. Chyba jednak ma obróżkę i nagle zaczyna mi wyglądać jak kanapka z hajsem, którym obeżrę się na podwieczorek o siedemnastej.

udany rzut na Episkey
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
03-03-2026, 21:25
- Rozumiem - odpowiedział spokojnie, gdy nieznajomy wreszcie zaszczycił go spojrzeniem dłuższym niż uprzejmy obowiązek. Evander przyjął je bez mrugnięcia. Nie było w nim ani zaczepki, ani potrzeby odwetu - jedynie chłodne, wyważone zainteresowanie, jakim obdarza się przedmiot o nieznanej jeszcze funkcji. Nie obawiał się oceny. Obcy nie niósł w sobie niczego, co mogłoby go dosięgnąć. - Co w takim razie pana tu sprowadza? - pytanie padło bez nacisku, niemal uprzejmie, ale było w tym coś ostatecznego. Był tu pierwszy - miał przywilej o to zapytać. Przez chwilę rozważał zbyć jego słowa milczeniem, bo cisza bywała surowsza niż riposta. Odnosił wrażenie, że ten obcy próbował Croucha przegadać, produkując się z pasją, która nie udzielała się urzędnikowi. Takie słowa, wystrzeliwane niczym salwy na dzień flagi albo niepodległości, paradne jak pokazy musztry, zwykle bywały tylko tym - laurką, głośną manifestacją, a nie zaś celnym strzałem. Odstawił na bok uprzejmości, będąc już niemal pewnym, że czarodziejowi, który się do niego przyplątał, ktoś w dzieciństwie lewitował nad głową ciężkie przedmioty. Nieudolnie, rzecz jasna. Myśli te zachował dla siebie, na wierzch wywlekając cień uśmiechu, gdy nieznajomy przyznał się do zaradności, w którą Crouch jednak nieco powątpiewał. To jednak nie było jego problemem - liczyło się jedynie, by zostawił go samego. Pozwolił mu mówić dalej, bo znał już takich ludzi. Mówili szybko, jakby cisza mogła ich zdradzić.
- Bynajmniej. Podsumowałem jedynie pańskie słowa - przyznał sucho, unosząc brew, gdy mężczyzna sięgnął po papierosa. Nawet w tak powszechnym geście widać było różnicę klasową między nimi - papieros wyjęty ukradkiem, pomięty, odpalony w sposób, który sugerował wytrącenie urzędnika z równowagi - bezskuteczne. Trzeba było o wiele więcej, by Evander stracił kontrolę, by dał się rozproszyć, rozdrażnić. Widział chaos, widział brak wychowania, a do tego - brak konsekwencji. Słowa sprzed chwili nie przystawały do tych obecnych. Obcy sam sobie przeczył, lecz czynił to z taką swobodą, jakby liczył, że nikt nie będzie śledził ciągu jego myśli. Evander nie był jednak nikim - i nie był też kimś, by go poprawiać. Pozwolił mu płynąć w tym potoku słów, była w tym pewna metoda. Gdy człowiek czuł przyzwolenie, mówił więcej. A gdy mówił więcej - odsłaniał się. Przybysz był mu zupełnie obojętny, w przeciwieństwie to obsesyjnej potrzeby kontroli. Nieznajomy zaś wydawał się w mówieniu ekspertem: nie w znaczeniu jakościowym, a ilościowym. - To co pan mówi wydaje się ciekawe - odezwał się wreszcie głosem naznaczonym poprawną ciekawością. - Co konkretnie pan ma na myśli?
Kiedy zbłąkany czarodziej wyrzucił swojego pęta w trawę, Crouch bez pośpiechu wyjął z wewnętrznej kieszeni papierośnicę - gładką, srebrną i chłodną jak jego spojrzenie. Otworzył ją jednym ruchem kciuka, wybrał papierosa i wsunął go między wargi. Zapalił dopiero po chwili. Dym uniósł się wolno, ciężko, jakby nie miał zamiaru ustąpić miejsca temu drugiemu. Patrzył na niego przez mleczne opary, nie tyle w twarz, co na sposób, w jaki poruszał rękami czy napinał szczękę. Gdy tamten wyciągnął lusterko dwukierunkowe, spojrzał na nie krótko, po czym odwrócił wzrok. Nie słyszał słów - nie musiał. Wystarczyła mu zmiana tonu głosu, krótkie rozluźnienie ciała. Gest, w którym było więcej poufałości niż ostrożności. Kobieta po drugiej stronie musiała być kimś bliskim - albo kimś, komu nieznajomy pozwalał wierzyć, że jest bliska. Nie był ciekawy rozmowy, która go nie dotyczyła. Cudze dramaty nie wzruszały go, dopóki nie stawały się jego problemem. Gdy obcy czarodziej przytknął różdżkę do nogi, był pełen sceptycyzmu, ale nie zamierzał interweniować. Choć nie wyglądał mu na kogoś wprawionego w magii leczniczej, ta usłuchała go, zasklepiając nogę. Ulga nie była może najwłaściwszym określeniem odczuć Croucha - bardziej cieszyło go zniknięcie zbędnej odpowiedzialności. Nie zamierzał brać na siebie odpowiedzialności za opiekę nad człowiekiem, który z taką łatwością igrał z własnym ciałem. Kiedy tamten wstał o własnych siłach, skinął głową niemal niezauważalnie. - Rozsądne - skomentował jedynie. Nie był to komplement, raczej zamknięcie tematu. Zignorował jego zaczepkę o Sandy, choć nieznajomy brzmiał, jakby bardzo chciał się nią pochwalić. Wycieranie sobie twarzy innymi. Znał ten mechanizm. Dostrzegał go u ludzi, którzy sami nie mieli nic ciekawego sobą do zaoferowania. - Nie widzę przeszkód - odparł krótko, bez protekcjonalności - choć przybysz chyba i tak nie zamierzał się liczyć z żadnymi słowami, jakby żył w innej rzeczywistości, równoległej, za grubą szybą.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
08-03-2026, 21:58
Nie lubię rudych Irlandczyków i osób urodzonych w kwietniu. Nie znoszę starych-malutkich, właścicieli psów o posturze szczurów, zezowatych (bo nigdy nie wiem, gdzie się patrzą) i ludzi, którzy mówią po angielsku z francuskim akcentem. Nie przepadam też za mleczarzami (bez powodu), no i tych, co z jakiegoś powodu uważają się za lepszych ode mnie.
Pan - wybaczy, ale nie usłyszałem nazwiska - wypełnia sobą tę ostatnią kategorię, tak mi się przynajmniej wydaje. Coś w jego spojrzeniu, coś w jego tonie, coś w tym, jak wyjmuje własną papierośnicę i zaciąga się porządnym, grubaśnym papierosem, każe mi sądzić - że on sądzi, że każda poświęcona mi sekunda to sekunda na dobre stracona. Wpieniam się, słusznie czy nie, niejako do konwersacji zmuszony, podczas gdy dzieli nas więcej niż pochodzenie z Marsa i Wenus.
– Zapewne dokładnie to samo, co pana – odpowiadam, mój naturalny czar, bum, pryska jak bańka wydmuchiwana przez słomkę z okręgiem na końcu i zostają po niej tylko szczypiące w oczy mydliny. – Jak się uczyć, to najlepiej na błędach, nie? – ciekawość, plotki, eksperymenty poznawcze, może właśnie marnuję cenne popołudnie, a może odkrywam prawdziwą żyłę złota. Sam, bo sukcesami dzielę się niechętnie: czy raczej, niczym chętnie się nie dzielę. On - pan uprzejmy, pan zachowawczy, realnie jest przeszkodą, którą powinno usunąć się jak kamień, który wpadł pod kosiarkę.
– Mhm – potakuję bez przekonania, papieros w ustach podskakuje, zaraz sięgam po kolejnego, nie z potrzeby, a dla smaka. Zejdzie mi tu dłużej, już to wiem, a prowiantu nie mam ze sobą. Szybki szpil, taa, jasne: oto właśnie nauka dla mnie. Cokolwiek robisz, zawsze zabieraj kanapki na drogę albo chociaż czekoladowego batonika. Gdy spada mi cukier bywam… trudny. Sandy już to rozgryzła i nosi w torebce kukułki i iryski, specjalnie dla mnie, choć moim zdaniem też je podjada. Ostatnio jest jakaś taka jakby ciut okrąglejsza. Na mężczyznę spoglądam z ukosa, wciąż siedząc na murku, by nie nadwyrężać nogi. Tu boli jak cholera - do pierwszego rozszczepienia, wyobrażałem to sobie jako coś zabawnego, ot, noga pozbawiona kawałka mięsa w środkowej części. Boki zrywać, tak, tak, ale do czasu. W slapstickowym rankingu jednak wyżej stawiam niewidomego, który pomimo białej laski i tak przydzwonił głową w tablicę z rozkładem jazdy, ponieważ nie była ustawiona wprost, a na szerokość wystawała ponad bryłę słupa.
– Że nawet ktoś, kto pozjadał tysiąc rozumów, nie powinien zachowywać się jak ktoś, kto pozjadał tysiąc rozumów – brnę sobie w najlepsze w tłumaczenie zawiłe, ale moje, nadmuchiwane sztucznie, jakbym miał tu przy sobie stacyjkę do napełniania balonów helem, po którym nasz głos sięgnie wysokiego C i dostaniemy angaż na West Endzie. – Tak podpada się wszystkim, wie pan. Żonie, kochance, sąsiadom. Państwu. Tak, państwu też – peroruję, lekką ręką strącając popiół z papierosa na ziemię. Sru, kolejny niedopałek leci na ziemię, tego jeszcze przydeptuję obcasem buta. Ostatnia wieczerza, zanim zostanę kuternogą, oj, lubię tak podramatyzować, lecz rady niuni są na wagę złota. Słucham się, jakbym na koniec dnia miał dostać złotą gwiazdkę za wzorowe zachowanie i uwaga, bo to się opyla. Z łydki momentalnie przestaje lecieć krew, rana się zasklepia, coś tam jeszcze piecze, coś szczypie, coś czuję, że to nie tak, że ni to ze mnie koń, ni ryba, ale coś pomiędzy. Nadęciak ni piśnie: irytująco uprzejmy, ale to w taki sposób, że sam się prosi o nasranie mu na wycieraczkę. W szkole inni chłopcy pewnie nieraz próbowali spuścić jego głowę w kiblu, a może jest środkowym dzieckiem, wiecznie ignorowanym przez papę i mamę, nawet po założeniu swojej rodziny, pierdoły, które objawiają się irytująco prostym kręgosłupem i piękną postawą - nudy, bo choć zauważam, że drzewo przy którym siedzimy ma jakieś takie bujne kształty, to tajemnica, którą zabiorę ze sobą do grobu.
– Pan zamierza coś zrobić z tym sierściuchem? – pytam, kiwnąwszy głową na jęczącego w najlepsze kuguchara. – Ta częstotliwość chyba jest szkodliwa dla człowieka – mruczę, komentując narastające miauczenie. Butelkę wypełnioną wodą ze studni wkładam do torby, którą odkładam na bok, przymierzając się do szturmu na drzewo. – No, dalej, bądź grzeczny, kici-kici – uspokajam zwierzaka, a w głowie układam już treść ogłoszenia do gazety, jeśli uda mi się go pochwycić. Próbuję się z drzewem, rozsądne to w moim stanie, lecz jeśli takie coś ma mnie powstrzymać, to równie dobrze mogę położyć się już do grobu. Czy wspólne miejsce na cmentarzu to stosowny prezent dla kobiety? Tak sądzę, że Sandy w przyszłości mogłaby to docenić: fakt, że myślę o niej, o nas, poważnie.

| ps: 60 - 15 (siła) = 45
wynik <30 = haratam sobie nogę
1x k100 (wspinaczka):
17
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Evander Crouch
Akolici
You don’t become a monster. You discover you always were one.
Wiek
35
Zawód
urzędnik SAW
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
10
3
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
9
10
9
Brak karty postaci
30-03-2026, 20:27
Różnice między ludźmi rzadko ujawniały się w tym, co mówili. Słowa potrafiły wypełniać przestrzeń iluzją, jak balon który rośnie, choć w środku hula wyłącznie powietrze. Prawdziwą naturę obnażała cisza. Była cięższa od słów, trudniejsza do udźwignięcia. Wymagała hartu ducha, pokory, a te przychodziły trudniej niż kakofonia nerwowego potoku myśli. Prości ludzie nie znosili milczenia, cierpiąc na pospolitą przypadłość, odruch wręcz, który przymuszał do natychmiastowego nabicia dźwiękiem nieznośnej pustki. Bezdźwięk obnażał kontrolę, zdolność panowania nad impulsami. Nie szukał usprawiedliwień, trwając ponad wszystkim i pomimo wszystkiemu.
Więc milczał - nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia. Wybrał uprzejme potakiwanie, bo nie czuł potrzeby prowadzenia dialogu z londyńczykiem. Nie pasował mu sposób, w jaki materializował się w jego przestrzeni; głośny, arogancki, i zwyczajnie pozbawiony dobrych manier. W swojej prezencji przypominał mu raczej mugolską hołotę. Żaden czarodziej pochodzący z linii starej krwi nie potrzebował anonsowania swojej obecności w sposób ostateczny. Crouch traktował uprzejmość jak formę dyscypliny, nie znajdując aprobaty dla tych, którzy mylili swobodę z przyzwoleniem. Mierziły go rzeczy zbędne, a przypadkowe spotkanie tym właśnie było.
- Teraz rozumiem - odezwał się dopiero wtedy, gdy uznał to za wartościowe. Nie lubił marnotrawić słów na konwersacje, które niczego nie wnosiły. - Duma rzeczywiście gubi ludzi. Najczęściej tych, którzy nie mają niczego poza nią - zgodził się pozornie, z niepokojącą uprzejmością, przytykając papierosa do warg. Było już dla niego oczywistym, że przybysz nie zamierza szybko się stąd wynieść, ale to mu nie przeszkadzało. Studiując mapy znalazł jeszcze kilka podobnych miejsc w okolicy, i nie sądził, by ekscentryczny przybłęda, zwłaszcza z poharataną nogą, miał zamiar gonić za nim po wiejskich dróżkach. A nawet jeśli, to nie zamierzał mu na to pozwolić.
Miał już odejść, kiedy nieznajomy zapytał o kuguchara. Mimowolnie uniósł brwi. Nieznajomy czarodziej nie ustępował w zaskakiwaniu go w swoim myśleniu poza wszelkimi schematami, po raz kolejny skłaniając go do refleksji, że być może jednak miał do czynienia z niezrozumianym geniuszem. Podczas gdy on tkał w głowie plan opuszczenia sceny, do której już dłużej nie pasował, londyńczyk zabawiał się w suflera. Zaprzeczył krótkim gestem, wyrzucając peta na ziemię i przydeptując go czubkiem bura.
- To raczej bystre zwierzęta - powiedział wymijająco, jakby od niechcenia, ale bez szczególnego namaszczenia nonszalancją. - Może po prostu nie odpowiada mu towarzystwo - pamiętał, że kuguchary posiadały ciekawą zdolność do rozpoznawania ludzi podejrzanych, a być może ten okaz wcale nie utknął na drzewie, a jedynie wysyłał znaki? Uniósł wzrok na przerośnięte kocisko, z osobliwą mieszanką osłupienia i sceptycyzmu śledząc nieporadną próbę wspięcia się na drzewo, jaką podjął nieznajomy. Wcześniej miał może nieco wątpliwości, ale teraz był już niemal pewien, że w dzieciństwie ktoś musiał nieumiejętnie lewitować ciężkie przedmioty nad jego głową. Zgodnie z tym, co przypuszczał, kuguchar spadł - ale nie tak po prostu. Spłynął po drzewie jakby był futrzaną falą sunącą do brzegu, niknąc po chwili w zaroślach.
Do bingo brakowało mu tylko ponownie rozbryzganej nogi.
- Na mnie pora. Życzę panu miłego popołudnia - rzucił krótkie spojrzenie nieznajomemu, skinął lekko głową, po czym odwrócił się i ruszył w swoją stronę.

zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 23:16 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.