• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Śmiertelny Nokturn > Czarna Popielnica
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
31-05-2025, 23:07

Czarna Popielnica
Ukryta we wnęce między dwoma zrujnowanymi kamienicami na Nokturnie, stara, żeliwna misa o osmolonych krawędziach, w której ogień zdaje się płonąc bezustannie. To miejsce, gdzie czarodzieje pozbywają się niechcianych przedmiotów – zarówno tych, które mogą obciążyć sumienie, jak i tych, które lepiej ukryć przed wzrokiem ciekawskich aurorów. Wystarczy wrzucić coś do wnętrza i wypowiedzieć słowa „spopielej na zawsze”, a zrodzony z czarnej magii płomień pochłonie przedmiot, zamieniając go w drobny pył. Dym, który unosi się z Popielnicy, ma mdlący zapach siarki i czegoś przypominającego spalone pióra. Plotki głoszą, że niektóre przedmioty wrzucone do Czarnej Popielnicy nigdy nie przestają płonąć – ich echo słychać w trzaskach płomieni, a czasem można dostrzec w dymie przebłyski twarzy tych, którzy chcieli ukryć zbyt wiele.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
06-01-2026, 02:28
17.03

Gdy zaczyna się myszkować w rzeczach własnej rodziny problemem staje się to, że nie można przestać.
Zawsze można przestać - mawiała mama, ale w tej kwestii Ambrose się z nią nie zgadzał. Wybiórcze nieposzanowanie prywatności byłoby niekonsekwentne, a raz znalezione brudy zostawiają obawy, że jest ich więcej. Ze wstrętem i cieniem strachu myślał o scenariuszu, w którym zaskoczyłyby go nielegalne interesy teścia i Allie. Gdyby był nieprzygotowany, jeszcze pociągnęliby go na dno za sobą. Albo Allie zdążyłaby się go jakoś pozbyć (właściwie nie miał pojęcia jak, żona nie była tak sprytna jak matka i nie znała się na ziołach, ale nie przeszkadzało mu to się martwić) i prowadziłaby oszustwa podatkowe z tym całym Adrienem (prościej byłoby nazywać go Ambrose'm Drugim, ale skupiony na swoim prywatnym śledztwie finansowym Ambrose postanowił udawać, że nie wie o swoim sobowtórze i nie zdążył jej tego zasugerować).
Allie nie była już jego problemem, a dzieci miały szczęście mieszkać gdzie indziej, ale potrzeba kontroli i rosnące obawy skupiały się na nowym celu. Odkąd matka wyznała, że pozbyła się Harolda Day, wiedział, że coś jest z nią nie tak—ale co? Pomijając moralny aspekt całej sytuacji, rzecz jasna. Ambrose wolał się skupić na logistyce i od dawna nie dawało mu spokoju to, że przeciętne gospodynie domowe z Doliny Godryka (oraz innych zakątków Anglii, w pracy rozmawiał z wieloma) nie pozbywają się raczej problemów w podobny sposób. I nie otrzymują w środku nocy listów z Londynu. I nie sprzedają eliksirów aborcyjnych, na które sama receptura była nielegalna. Ignorował to wszystko przez wiele lat, ale od rozwodu nie dało się ignorować pewnych spraw i tak oto zaczął czytać korespondencję matki i trafił na zamazany (zapewne przez nią, zapewne spodziewała się, że ktoś może to czytać) adres Śmiertelnego Nokturnu. Co jeszcze ukrywała Dolores Day...?
Niestety, nie dało się tego dowiedzieć w prosty sposób, bo na początku marca pokłócił się z matką o goździki i o to, że powinien jej kupić inne kwiaty i w akcie desperacji postanowił pomieszkać przez chwilę u Titusa. Stracił tym samym dostęp do korespondencji dopóki nie przeprosi i nie wróci (z lepszym bukietem kwiatów), ale chwilowo był zbyt uparty żeby przeprosić, a uparte podejrzenia męczyły go nadal.

Dzisiejszej nocy męczyło go jednak coś innego—wspomnienie snu, ulotnego i w jakiś sposób niewłaściwego. Bardzo rzadko śnił sny, które pamiętał; to domena Titusa. Teraz też zapamiętał jedynie urywki, ale to wystarczyło, żeby poczuł się zupełnie rozbity. Śniły mu się wakacje w Szkocji, zapach siana i promienie słońca; śniło mu się wspomnienie przerwane niegdyś przez pana Harrisona, ale dziś przez pobudkę i świadomość, że to nie miało prawa się wydarzyć. Obudził się z intensywnym jak w młodości poczuciem żalu za to, że to wszystko się tak ułożyło—ciąża, Allie, małżeństwo rozplątane zbyt późno, teściowie wtrącający się do wychowania dzieci. I coś jeszcze, coś co wtedy stracił i coś co wydawało się w tym wszystkim najważniejsze,—ale co? Poczucie wolności?
Nie rozumiał ani snu ani własnych, dziwnie rozchwianych emocji, ale rozumiał, że musi je rozchodzić. Tyle, że było przed pierwszą w nocy, a biegał dopiero o piątej rano.
Nie mógł jednak pozostać w bezruchu, a zwłaszcza nie mógł pozostać w mieszkaniu Titusa, więc uznał, że zaniedbane śledztwo w sprawie korespondencji mamy to teraz sprawa absolutnie priorytetowa i ubrany po cywilnemu teleportował się w okolice Śmiertelnego Nokturnu.
Titusowi nie zostawił żadnej wiadomości, w ramach zemsty za to, że ten chodził czasem na piwo bez niego.
Teraz zaś Ambrose chodził po Nokturnie —pewnym krokiem, bo w takich miejscach trzeba wyglądać pewnie — trochę bez celu.
To śledztwo musiał prowadzić bez Titusa, a takie śledztwa zawsze szły mu... gorzej. Nie wiedział od czego zacząć, ale nikt nie mógł wiedzieć, że matka otruła Harolda Day (ani o żadnym z jej sekretów, których nawet Ambrose jeszcze nie znał), więc rozejrzy się... sam.

Gdy się rozglądał, widział jednak wszystko. Zawsze miał do tego talent. Widział, pod jakim kątem leci tłuczek na boisku Quidditcha i widział, który z graczy knuje coś niedobrego. Widział, gdzie są ślady na scenie zbrodni i widział, jak najdyskretniej je zataić.
Teraz widział zaś dwójkę mężczyzn, którzy patrzyli—nie musiał widzieć ich min, by wiedzieć, że łakomym wzrokiem—na szczuplejszego, młodszego i samotnego mężczyznę. Widział ciemny zaułek i dalszą sekwencję zdarzeń, w której zastąpią młodemu drogę i zepchną go w kozi róg. Na Nokturnie takie sceny zapewne zdarzały się codziennie, ale—być może kierowany resztkami policyjnej moralności albo gryfońskiej brawury—i tak postanowił się wmieszać. Zwłaszcza, że to banalne. Mało ryzykowne. W takich sytuacjach wystarczy czasem być w dwójkę, a bycie wysokim nie przeszkadzało.
Zrównał kroku z młodym, w kieszeni obracając już paczkę papierosów. Drugą dłoń zacisnął na różdżce, ot tak dla pewności.
- Nie patrz w lewo, ci tam mają ochotę na twój portfel. - zwrócił się do nieznajome—
- Dunham. - jednak kogoś, kogo twarz i nazwisko kojarzył z przesłuchania w roli świadka na komendzie. Pewnie umiałby też wyrecytować miesiąc i rok. Zabawne, twarze ładnych blondynek wszystkie wyglądały tak samo, ale świadkowie zawsze byli wyryci w jego pamięci.
Dunham też był wyryty w jego pamięci, choć może z innych powodów. Widział jego twarz już wcześniej, w innym ciemnym zaułku; był wtedy z mężczyzną, który wyglądał jakby miał ochotę na coś zupełnie innego niż jego portfel. Zrozumienie zajęło wtedy Ambrose bardzo długą chwilę, zakończoną konkluzją, że nie do końca rozumie—i że może powinien się wtrącić, ale woli popatrzeć w drugą stronę. Zanim to zrobił, zdążyli wtedy skrzyżować spojrzenia.
- Zapalisz? Postoimy, a oni sobie pójdą. - kątem oka widział zresztą płomień Czarnej Popielnicy. Kto chciał w niej dziś coś spalić, dryblasi czy Morty?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
06-01-2026, 20:24
Ciemność wtopiła się w krajobraz miasta, jakby ktoś wylał na płótno czarną fabułę. Papieros tlił się wciśnięty między wargi, gdy wyszedł na ulice, dopiero teraz uświadamiając sobie, że w otoczeniu tarota stracił rachubę czasu. Mgła, leniwie snująca się wśród latarni, owijała chodniki mlecznym welonem, rozpraszając światło na tysiące niewyraźnych cieni. Każdy krok odbijał się echem od wilgotnych murów, a oddech mieszał się z dymem. W powietrzu unosiła się ciężka woń deszczu, miasto oddychało w rytm niekończącej się nocy. W myślach wciąż krążyły obrazy: Kochankowie, Dziesiątka Kielichów, Wieża. W tym samym czasie szorstkość zimnego powietrza owijała go jak płaszcz, przesycony wilgocią i wspomnieniami ostatniej wróżby. Tarotowe karty, wyciągane w półmroku, zdawały się wciąż do niego szeptać: wybierz, zaufaj, lecz ich szept zakłócał odgłos zbliżających się kroków. Palce prześlizgnęły się po rękojeści różdżki, gdy ktoś naruszył spokój wiolonczelisty swoim głosem.
– Doprawdy? – zmrużył oczy, lecz zgodnie z instrukcją jego wzrok nie powędrował we wskazanym przez mężczyznę kierunku – w stronę łotrów, którzy czyhali na zasobność jego portfela, mimo iż jego waga nie świadczyła o majętności wiolonczelisty. – A mówili, że to taka porządna dzielnica – dodał z lekką drwiną tańczącą na ostatnich zgłoskach, którą ukrywał niepokoj, jaki wtargnął zaraz po tym, gdy męzczyzna zrównał z nim krok.
Wiedział, że ktoś za nim podążał. Czuł ich natarczywą obecność, odkąd opuścił Gwiazdy i Proroctwa, dlatego z rozmysłem skręcił w jedną z mniej uczęszczanych zaułków; miał plan, jak rozwiązać ten problem, starannie rozważony w głowie, lecz nagłe pojawienie się prawie dwumetrowego dryblasa równie szybko go pokrzyżowało. Uśmiechnął się jednak w duchu. Nie spodziewał się, że akurat na Noktrunie trafi na obrońcę uciśnionych, którego kompas moralny nakaże stanąć w obronie pozornie słabszego ogniwa.
Tok jego myśli został przerwany przez jedno słowo. Nazwisko. Jego własne. Dunham.
To my się znamy?, chciał zapytać, lecz zdławił słowa przełyku, bo jego wzrok padł na mężczyznę, a znajome rysy twarzy, skąpane w niepokojącej czerni ognia, uświadomiły Mortiemu, że już go widział. Tamtej dzień pamiętał, jak przez mgłę. Zupełnie, jak pobyt na komisariacie. Jedyne, co na stałe pozostało nie tyle co w samym wspomnieniach, lecz w pamieci jego ciała, to ból, który wgryzł się lewe ramię i zbiegiem czasu zaczął promieniować na całe ciało. Oraz magipolicjanta, który prowadził przesłuchanie, a raczej jego głos wydobywający się z odmętów świadomości. Był opryskliwy, ponaglający, a Morty, znajdując się w stanie permanentnego otępienia, wywołanego przez zaklęcie, którego stał się ofiarą, nie mógł skupić się na pytaniach, jakie mu zadawał.
Teraz, gdy ślizgał wzrokiem po znajomych rysach, bez trudu połączył je z twarzą tamtego policjanta. Ale przez chwilę – długą na kilkanaście uderzeń serca – nie potrafił sobie przypomnieć, jak się przedstawił. Day. Tak, chyba Day. Zapamiętał, bo dzień był długi, tkwił na komisariacie przez kilka godzin, mając wrażenie, że czas nie płynie – wskazówki zegara uparcie stały w miejscu, wskazując wpół do czwartej po południu, jakby rzeczywistość zacięła się na tym jednym momencie.
Cierpiał wtedy na potworny, pulsujący ból skroni, a pomiędzy jednym a drugim łykiem kawy – raczej brunatnej cieczy, która kawę przypominała tylko z nazwy i smaku nie miała wcale – w zamglonych powidokach pamięci z ruin skupienia wynurzyła się wizja. Nie była to jednak układanka, z której dałoby się złożyć sensowny obraz. Bardziej przypominała wiotki, rozwiewający się dym papierosowy, ulatujący spomiędzy ust Daya, kiedy tamten zaciągał się raz po raz, a jego spojrzenie – zimne, przeszywające na wylot – wierciło Mortiemu dziurę w czole. Wtedy miał wrażenie, że chłód tych oczu obniżył temperaturę w całym pokoju. Paskudne uczucie. Nie chciałby go już nigdy powtórzyć.
– Domknąłeś tamtą sprawę, Day? – zapytał, by zagłuszyć ciszę i dać mu do zrozumienia, że także pamięta.
Zapadki w jego umyśle znowu przeskoczyły, a kontury twarzy Daya wynurzyły się z mroku podobnego zaułka, jak ten, w którym spotkali się dzisiaj. Pamięta tą jedną chwilę zawieszoną w kilkunastu sekundach, gdy ich oczy spotkały się w jednym punkcie. Iskra napięcia, jaka wgryzła się w sploty jego skóry, rozeszła się po ciele, pozostawiając po sobie dreszcz. Ich kontakt wzrokowy trwał o kilka uderzeń serca za długo.
Obecnie, po tym, jak tembr męskiego głosu rozproszył mgłę wspomnień, nagle myśl, jakie zaczęły się kształtować pod sklepieniem czaszki Dunhama wydały się mało przyzwoite.
- Chętnie – przytaknął, częstując się podarowanym papierosem. Obracał go przez chwilę w palcach, jakby w zadumie, kierowany rozterką, czy powinien zapalić, czy jednak lepiej odmówić sobie tej przyjemności. W końcu, z namysłem uniósł go do ust, lecz przez moment jeszcze zwlekał. Przesunął spojrzeniem po męskiej twarzy, jakby próbował odczytać coś, co zamarło w niedopowiedzeniach i mimowolnie poczuł, jak wzrasta między nimi napięcie, przesiąkając atmosferę mgiełką nieufności.- Co cię tu sprowadza? – zapytał, w jego głosie pobrzmiewała nuta ostrożnej kurtuazji, za którą kryła się mieszanka ciekawości i czujności. Inne pytanie, nieco żartobliwe, cisnęło mi się na usta – jestem o coś oskarżony? – jednak w porę ugryzł się w język, pozwalając, by zawisło niewypowiedziane gdzieś na pograniczu myśli i milczenia.
Mortiego wyjątkowo nie przywiodła tu wizja, a potrzeba, by zniszczyć to, co należało do przeszłości. Listy z więzienia, spisane ojcowską ręką, do których nawet nie zerknął i które do tej pory leżały na danie szufladzie. Nie sądził bowiem, że mężczyzna, który od niespełna dekady gnił za kratkami, mógłby zaoferować mu coś więcej ponad bukiet kłamstw, jaki zwykł sączyć się jak jad z jego gardła. Tęsknota za prawdą dawno już wygasła, ustępując miejsca sceptycyzmowi, który rozgościł się w jego duszy.
– Pamiętałbym, gdyby wynajął cię na ochroniarza – dodał jeszcze, odrobinę niefrasobliwie, dopiero teraz wsuwając papierosa między wargi. Zacisnął zęby na filtrze, z odmętów kieszeni wydobywając zapalniczkę. – Ognia?
Gdy płomień zapalniczki rozjarzył w jego dłoni i tańczył na powierzchni papierosa, światło musnęło twarz Daya – gładką, z ostrym wykrojem kości policzkowych i jasnymi oczami. Jednego był pewny – takiej twarzy się nie zapomina. W mdłym świetle, w półmroku i cieniach, jakie na nich padały, w złowrogiej ciszy, jaka wypełniała zaułek, wydawała się zbyt idealna, by mogła należeć do tego pokrytego zgnilizną zepsucia świata.
Zaciągnął się w końcu, powoli i głęboko, jakby próbował w dymie odnaleźć zapomnienie. Wmawiał sobie, że przeszłość, choć uparta jak chwast, nie miała już nad nim władzy; był gotów ją spalić, kawałek po kawałku, aż nie zostanie po niej nic prócz popiół.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
08-01-2026, 01:05
Pamiętał sprawę Dunhama bardzo dobrze, a pamiętał sprawy tym lepiej, im bardziej chciał danego dnia zapomnieć o życiu osobistym. Tamtego dnia był w pracy wyjątkowo zniecierpliwiony, bo próbował wymyślić jak skutecznie rozplątać finanse własne i żony zanim samemu doniesie na nią magipolicji i zanim Allie zdradzi go z jakimś metamorfomagiem. Poza tym, akurat tamtego dnia polecono mu prowadzić przesłuchanie samemu, bez łagodzącego jego ton Titusa i jeszcze śpieszył się na mecz Srok z Montrose. Podszedł do sprawy tak samo, jak podchodził do rozmów na komisariacie z płcią piękną—ale kobiety potrafiły skupić się na jego osobie i jeszcze kończyły rozmowę w dobrym humorze, a im bardziej naciskał na Dunhama, tym bardziej rozproszony zdawał się świadek.
Przynajmniej Mortimer Dunham odciągnął wtedy jego myśli od cholernej Allie.
Dziś profil bruneta osiągnął odwrotny skutek. Wspomnienie tamtego dnia powróciło z nagłą intensywnością, przypominając o tym, że zwycięstwo było pyrrusowe. Rozwód przyniósł ulgę, ale Ambrose wspominał go z nagłą goryczą—nie udało mu się uniknąć utraty mieszkania i części oszczędności (utratą reputacji przejmował się o wiele mniej, choć męcząco było o tym słuchać od własnej mamy), a z perspektywy czasu rozumiał, że mógł wyrwać się z małżeństwa o wiele wcześniej. Że powinien był wyrwać się o wiele wcześniej. Zmarnował tyle lat na czucie się gościem we własnym domu, a chociaż nie był pewny co zrobiłby z wolnością, to kłuła go gorzka myśl, że nigdy nie chciał ani jej ani dzieci i że im też w jakiś sposób zmarnował życie. To przykry wniosek, świadomość, że wszyscy byliby szczęśliwsi gdyby bliźnięta nigdy nie zaistniały.
Idąc tą logiką, nie powinien istnieć i on: prawdopodobnie czyiś bękart, znajda zdana na łaskę akuszerki; tchórz zbyt wielki by wymóc od matki odpowiedź na temat personaliów ludzi, od których go wzięła.
Tej nocy czuł się jeszcze bardziej przegrany niż za dnia, albo po prostu znów dopuścił do siebie myśl, że jego jedna pijana pomyłka zepsuła życie trzem osobom (jemu i bliźniętom, Allie jakoś w to nie wliczył—choć czasami samemu gubił się w kalkulacjach, wspominając minę Titusa gdy ten dowiedział się o jego ślubie). Wygrani ludzie nie szukali też na Nokturnie jakichkolwiek śladów (nie)szczerości własnej matki.

Wygrani ludzie w ogóle nie pałętali się na Nokturnie. Co robił tu...Ambrose poszukał personaliów w pamięci, wspominając raport... wiolonczelista teatralny? Przypomniał sobie zawód Dunhama w samą porę, zanim z zamyślenia wytrąciła go uwaga, w której początkowo nie usłyszał ironii. Porządna dzielnica?
- To nie jest porzą— zaczął, ale w porę się opamiętał. Drwina była jednak na tyle wyraźna, a kontekst na tyle absurdalny, by po próbie powtórzenia tych słów na głos—zrozumiał. - Tu nie jest bezpiecznie w pojedynkę. - wybrnął, choć samemu był tutaj w pojedynkę.
Wzruszył lekko ramionami, spytany o wynik tamtego śledztwa. Nie wyczuł tkwiącej w słowach aluzji, bo przyzwyczaił się do tego, że każdy go pamięta—na kobiety po prostu miał taki wpływ, a większość mężczyzn zdołał kiedyś zirytować albo doprowadzić do zazdrośći o jakąś dziewczynę. Szczerze mówiąc, tęsknił za anonimowością, ale pogodził się z tym, że nigdy nie będzie mu dana. Nawet po tym, jak rzucił karierę celebryty i spróbował schować się za mundurem.
- Wizengamot się nią zajął. - odpowiedział oględnie, sygnalizując zarazem, że złapał podejrzanych. Zamrugał. Może Dunham dlatego pytał? - Są za kratkami, nie rozpoznają cię. - uspokoił go, choć dziwne, że brunet martwił się o to dopiero po takim czasie. Zawsze mógł upewnić się na komisariacie!
Nie wnikał w szczegóły, z nieco kwaśną miną. To były porachunki narkotykowe, porachunki, na które przymknąłby pewnie oko gdyby zbłądzone zaklęcie nie ugodziło przypadkowej i niewinnej ofiary. Przez jakiś czas nie czuł się po tym dobrze z tym, jak spoglądał w drugą stronę gdy widział na ulicy znajomych dilerów—ale czas stępił jego wyrzuty sumienia, by powróciły niespodziewanie dopiero dzisiaj.
Z drugiej strony—dla Dunhama też spojrzał w drugą stronę, choć wcześniej złapali dziwnie niekomfortowy kontakt wzrokowy.
Korciło go—i wtedy i teraz—by spytać, kim był dla niego tamten drugi mężczyzna; ale przecież nie mógł o to spytać, bo nie prowadził i nie prowadzi w tej sprawie śledztwa.
Widząc, jak Mortimer obraca w palcach papierosa, powiedziałby pewnie, że nie jest zatruty (w końcu kupił go w sklepie, a nie zwędził z szuflady matki), ale nawet tego nie zauważył. W zamian poczuł na sobie dziwnie ciężkie, dziwnie przenikliwe spojrzenie bruneta i ku własnemu zdziwieniu poczuł się dziwnie zakłopotany.
To pewnie dlatego, że nie miał dobrej wymówki na samotne wycieczki po Nokturnie bez munduru. To na pewno dlatego.
- To tajne. - odpowiedział, przypominając sobie o najlepszej wymówce. - Ale niezbyt pilne. - dodał prawdomównie, sekrety matki były bezpieczne od lat i mogą jeszcze poczekać. Albo to on znajdował coraz to nowsze wymówki, by się z nimi nie konfrontować, a Mortimer Dunham i przyglądający mu się dryblasi byli kolejną z nich. Uniósł brwi w odpowiedzi na dość arogancką uwagę.
- Narzekasz, czy chciałeś z nimi porozmawiać? - zapytał, na wpół serio, na wpół wymownie. Przez jego twarz przemknęło zniecierpliwienie, powinien teraz cofnąć się o krok i sobie iść—zwłaszcza, że i nieznajomi tego zniknęli—ale jakoś tego nie zrobił. W zamian spojrzał w oczy bruneta, które w ciemności Nokturnu wydawały się prawie czarne. Odbił się w nich dziwnie zimny blask ognia, tak jakby atmosfera zaułka wyssała ciepło nawet z iskier zapalniczki. Mimowolnie zastanowił się nad tym, czy Dunham miałby cieplejsze spojrzenie gdyby (zamiast zeznawać na komisariacie albo sterczeć w zaułku w podejrzanej dzielnicy) opowiadał o czymś z prawdziwym entuzjazmem.
Zawahał się nagle, bo choć stukrotnie nachylał się z papierosem do ognia oferowanego przez Titusa albo przez Maelle, to Dunham był właściwie nieznajomy. Powinien sięgnąć po własną zapalniczkę, albo zabrać mu tą jego...
...ale ostatecznie nachylił się po ogień, choć cofnął się potem bardzo prędko.
- Przyszedłeś do Czarnej Popielnicy czy to przypadek? - odezwał się, przecinając głosem ciężką ciszę. - Kiedyś korciło mnie tu spalić obrączkę ślubną, ale nie ma co igrać z dziwną magią, a własny kominek działa podobnie. - zaoferował własną prawdę (albo raczej protekcjonalną radę), nonszalancko obojętnym tonem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
08-01-2026, 23:05
Czuł na sobie jego oceniające spojrzenie, ostre jak wiatr spacerujący po pustych ulicach tuż przed świtem. I ciężar słów, które nie padły, ale usiłowały wpędzić go w poczucie winny, wciskały mu się pod skórę, zmuszał do wciągania powietrza krótkimi, spiętymi haustami.
Co robisz, Mortimierze Dunhamie? To nie miejsce dla ciebie. To nie twoja przestrzeń, nie twój świat, tu czeka na ciebie tylko śmierć.
Morty, choć kupił mieszkanie, w którym mógłby się poczuć swobodnie, nigdy nie odnalazł miejsca, które mógł nazwać swoim domem. Przestrzenie, które przemierzał, pozostawały dla niego jedynie tłem – niemym, zimnym szkieletem, pustym obiciem dla jego ciała, a nie duszy. Czasem łapał się na tym, że czuje się jak włóczęga, niesiony kaprysami miasta, innym razem jak przybłęda, przypadkowy gość w życiu innych ludzi. Jedyne, co odróżniało go od bezpańskiego kundla, to posiadanie imienia, nazwiska, tej mglistej wizytówki, która pozwalała mu nie zniknąć w tłumie. Ale dom? Domu nie miał.
Bywało, że próbował szukać przynależności w miejscach, które coś dla niego znaczyły. Choćby teatr, do którego przylgnęła cząstka jego duszy. Scena, na której mógł oddychać muzyką, czasem była mu bliższa niż własne łóżko. Zdarzało się, że stawała się dla niego powietrzem, którym żył. Czasem łapał się na tym, że oddychał nie tyle co nią, ale dzięki niej.
Nokturn też nie sprawiał, że czuł się nieswojo. Zawsze ciągnęło go do zła. Zawsze tkwił w nim mrok. Ten głęboko ukryty, niewidoczny na pierwszy rzut oka. Ten, który tłoczy się w klatce żeber. Pożerał od środki. Jątrzył się. Był jak robaczywe jabłko – z zewnątrz może jeszcze lśniące, lecz w środku już dawno toczyła go zgnilizna.
- Doceniam twoją troskę o obywateli - zapewnił, a w tonie jego głosu nie wybrzmiała nawet pojedyncza nuta fałszu. Każdy chciał się poczuć doceniony. Morty nie miał nic przeciwko, żeby Day poczuł się dzisiaj jak bohater, który wybawił go z tarapatów. - Wiem, że z moich słów wybrzmiewa pewność siebie, ale nie wiem, co bym bez ciebie zrobił. Dziękuję, że przepędziłeś tych łotrzyków. I oszczędziłeś mi brutalnie konfrontacji z rzeczywistością.
Pan policjant był na bakier z aluzjami. Dunham nie bał się, że ktokolwiek go rozpozna. Nie myślał o tej sprawie. Nie spędzała mu sen z powiek. Aż do dziś. Znalazł się tam - powiedzmy - czystym przypadkiem. Był losową ofiarą zaklęcia. Jego twarz pewnie nawet nie zapadła im w pamięć, bo kto by pamiętał o kimś, kto znika anonimowo w tłumie?
- Wiec może powinniśmy znieść toast za triumf sprawiedliwości? - zaproponował, bo to było silniejsze od niego, chociaż nie sądził, że Day przyjmie zaproszenie. Sprawiał wrażenie kogoś, kto unikał kontaktów międzyludzkich. Mrukliwy gbur. - Jestem ci winny jedną kolejkę za ratunek.
Nie lubił zaciągać długów, zwłaszcza długów wdzięczności. Bywało, że obciążały jego sumienie. Wolał spłacać je od ręki, choć po prawdziwe nie spodziewał się, że Day kiedykolwiek upomnij się o rekompensatę. Interweniował nie dlatego, że musiał, ale dlatego, że chciał.
- No tak, dla dobra śledztwa nie możesz wyjawiać szczegółów - powstrzymał się przed prychnięciem.
Zapalniczka spełniła swoją funkcje, ale Morty, przez chwilowy kontakt wzrokowy, jaki nawiązali, był gotowy na moment zapomnieć o jej istnieniu. Było w tych jasnoniebieskich oczach coś... niepokojącego. Niebezpieczeństwo, jakie potrafiło czyhać tylko w ciemnych zaułkach. Nie potrafił rozgryźć enigmę, jaka za tym się kryła. I może w ogóle nie powinien próbować?
- Ależ skąd. Dobrze cię widzieć poza murami komisariatu. I bez munduru. - Wydajesz się bardziej przyjazny, chciał dodać, lecz wrodzony oportunizm odwiódł go od tego pomysłu. Na pewno był mniej służbowy. – I nie wiem czy miałby o czym z nimi rozmawiać - wyjawił z postnym błyskiem płonącym na krawędzi źrenic. Crucio raczej nie zachęca do rozmowy. I nie rozwiązuje języka. – Nie wydaję mi się, że znają Axur, re d'Ormus Salieriego, ale pozory czasem wprowadzają w błąd.
Odnotował jego zawahanie. I to, jak się potem odsunął. Jakby bliższa obecność wiolonczelisty mogłaby go oparzyć. Zwykła przezorność, mechanizm nabyty w pracy? A może lęk, że Dunham okaże się nie tym za kogo się podaje?
- Śmieszne – rzucił lekko. - Mówię Day, a przecież dzień już się skończył. Zdradzisz, jak masz na imię?
Wydawało mu się, że cisza, jaka zapadła, miała konsystencje słomy, lecz jej nie przerwał. Zaciągnął się jeden, a potem drugi raz papierosem, na moment zatrzymując wzrok na czarnej popielnicy, która rzucała na ich sylwetki mroczny cień ognia.
- Przypadek - skłamał gładko. – Jest tu taki sklep, Gwiazdy i Proroctwa. Kojarzysz może? - Podejrzewał, że nie. Day nie wyglądał na kogoś, kto wierzy w los, chociaż Morty miał dla niego złą wiadomość - przeznaczenie dopadnie każdego, prędzej czy później. Nie ważne, czy to ślepy zaułek, zatłoczony park, księgarnia czy herbaciarnia. – Bywam tam czasem, na sesjach tarota. Wpadnij kiedyś, ale fakt, nie o to pytałeś. Poczekaj chwile, zaraz dobiję do brzegu - zaciągnął się papierosem, podtrzymując dym w płucach kilka sekund dłużej niż wypadało. Trochę się z nim droczył. Pamiętał, że Day się złościł, gdy nie udzielał na jego pytań konkretnych odpowiedzi. Chcesz mieć to z głowy? Chcesz stąd wyjdź? To mów!, warczał, a Morty chciał jak najszybciej opuścić salę przesłuchań i te niewygodne krzesło, ale przez te głupie zaklęcie, które go drasnęło, nie był zdolny wywlec z plątaniny myśli żadnych interesujących policjanta konkretów. Był zbyt zamroczony, a pan mam-kij-włożony-w-tyłek-tak-głęboko-że-zaraz-wyjdzie-mi-gardłem nie okazał mu litości, ani zrozumienia. – Nie planowałem, ze tu zajrzę. -Listy ciężące w kieszeni były świadkami jego kłamstwa. – Zasiedziałem się tam. I wybrałem drogę na skróty by wrócić spacerem do mieszkania. Tędy jest krócej na Pokątną - wytłumaczył, chociaż powinien parsknąć z rozbawieniem i zapytać: to przesłuchanie? – I jaki los spotkał tę obrączkę? Masz ją jeszcze? - Co się stało z jego żoną? Umarła? Zostawiła go dla kochanka, a może to on porzucił ją bez słowa?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
11-01-2026, 03:43
Niektórzy ludzie cenili wymowną ciszę, bo pozostawała miejsce na wiele niedomówień i na to, co niedopowiedziane. Ambrose cenił ciszę, bo była cicha; ale nigdy za bycie metodą komunikacji. Jej ciężar zawsze zdawał mu się inny niż rozmówcom, niedopowiedziane aluzje mu umykały, a w dwuznacznościach rejestrował nie to znaczenie, co trzeba. Dziś, na przykład, wyłożył Dunhamowi zwykły fakt—Nokturn nie był bezpieczny, przecież każdy o tym wiedział—pozostając nieświadomy, że Mortimer wyczytał między słowami próbę wpędzenia w poczucie winy i ciekawość.
A Ambrose nie był właściwie ciekawy, co Dunham tutaj robi. Nie dzisiaj, nie na tej ulicy, nie w tym ciemnym zaułku.
Zawodowa obowiązkowość kazała mu być zainteresowanym tym, co brunet robił gdy trafiło go zbłąkane zaklęcie, ale już go o to bardzo skrupulantnie przemaglował.
A jeśli był czegoś szczerze ciekawy, to tego co Dunham robił w innym zaułku, innej nocy, z innym mężczyzną. Tej ciekawości jednak nie zaspokoi, bo po pierwsze nie miał ani pretekstu ani pomysłu jak; a po drugie coś go w tej ciekawości uwierało. Jakby nie powinien być zainteresowany albo nie powinien był wtedy patrzeć, choć przecież gdy był w mundurze to Londyn był jego miastem i mógł patrzeć wszędzie. Coś uwierało go na tyle mocno, że do dziś nie spytał o tamtą sytuację Titusa, choć przecież rozmawiali ze sobą o wszystkim i przyjaciel lepiej rozumiał takie rzeczy (Ambrose nie określiłby jednym słowem jakie, ale Tite zawsze śmiał się z dowcipów, których Day nie rozumiał i które miały jakiś specyficzny podtekst, wymagający wytłumaczenia i późniejszego zdziwienia Ambrose'a, że przecież te części anatomiczne nie wyglądają wcale jak ten owoc). Zresztą, nie wiedział czemu połączył akurat tamtą sytuacją z akurat tamtymi dowcipami, to mogło być zupełnie bez związku. Nie wiedział, dlaczego czuł się dzisiaj tak rozbity.
To nie powinno było się wydarzyć — raz jeszcze przemknęły mu przez myśl słowa, z którymi się obudził. Ale co nie powinno było się wydarzyć? To, o czym śnił? To, co prawie zobaczył w ciemnym zaułku? Czy dzisiejsza interwencja, przecięcie dróg z nieznajomym-znajomym?

Na szczęście albo nieszczęście, Dunham mówił tyle, by uniemożliwić magipolicjantowi zamyślenie. Ambrose zmrużył lekko oczy, przypatrując się brunetowi z góry, z mieszanką zaskoczenia i podejrzliwości. Choć jego głos brzmiał prawdomównie, to Day często nie czuł fałszu czy przekąsu tam, gdzie powinien—i o ile nabierał się na takie rzeczy gdy był młodszy i próżny, to teraz był już świadomy swoich wad. Dlatego lubił pracować z Titusem, wystarczyło skrzyżować spojrzenia z partnerem by wiedzieć, jak zareagować.
Teraz nie wiedział. Słowa bruneta wydały mu się zbyt miłe, zbyt kwieciste, więc po prostu kiwnął głową i w milczeniu przyjął podziękowanie. To moja praca — mógłby powiedzieć w innych okolicznościach, ale teraz właściwie nie był w pracy.
- Toast? - sekundę zajęło mu zrozumienie, że Dunham mówi poważnie. W jego spojrzeniu pojawił się porozumiewawczy błysk, to rozumiał. Długi wdzięczności, zasadę oko za oko, chęć pozbycia się wyimaginowanego długu. To byłoby takie proste, ale... - Nie piję. - odmówił bezwzględnie, ale wydał się nieco mniej spięty niż przed chwilą; bo tą sytuację mógł nawigować z całą klarownością. Nie pił od dnia, w którym otrzymał list o ciąży Allie, wyciągając nauczkę ze swoich błędów.
Przyjęcie od kogoś ognia nie było chyba błędem, ale i tak kpina o śledztwie gdzieś mu umknęła, a moment zdał się jakiś ciężki; znów skrzyżowali spojrzenia na kilka sekund zbyt długo, jak wtedy. Zaciągnął się głębiej dymem i odwrócił wzrok, w samą porę by nie okazać zaskoczenia gdy Dunham uznał, że dobrze go widzieć. Zacisnął lekko usta, bo nie lubił drwiny. - Chyba po prostu lepiej niż na komisariacie. - sprostował chłodno, bo dobrze to nie znaczy lepiej. - Ja też nie znam. - skwitował krótko, powstrzymując cisnące się na usta a za mną rozmawiasz, mówiąc właściwie aż za dużo. - Wolę Mozarta. - dodał, bo matka zadbała by nie był w kwestii nazwisk kompozytorów zupełnie niewyedukowany. Nie, żeby lubił koncerty i takie tam, wręcz przeciwnie—to już nie był świat jego matki, a świat jego teściów, w którym miał grać rolę przystojnego i utalentowanego zięcia; rolę, na którą nigdy się nie zgodził. Ku wielkiemu oburzeniu całej rodziny, Allie chodziła więc na takie okazje sama.
Odsunął się z myślą, że może lepiej skończyć już tą rozmowę, ale wtedy—
—dowcip Dunhama wydał się tak absurdalny i dosłowny—a Day rozumiał chyba dowcipy tylko tak absurdalne i dosłowne i jasne jak dzień—że kąciki jego ust lekko zadrżały; co było najbliższe śmiechowi na jaki mógłby sobie pozwolić w towarzystwie kogoś obcego. Rozbawienie nie zadźwięczało też w jego głosie, gdy przyznał, nieco ciszej niż wcześniej: - Ambrose Day. - ale było coś niekomfortowego i wręcz intymnego w podzieleniu się tym imieniem tu i teraz. Dzisiaj, gdy szukał na Nokturnie prawd i kłamstw i gdy myślał o własnej matce. O tym, że tak właściwie nie była jego matką; a to nie było tak naprawdę ani jego imię ani jego nazwisko. Nazwałam cię tak, bo to imię brzmi jak nektar bogów, odpowiednie dla wyjątkowego chłopca, ale czy wzięłaby go w ogóle ze sobą i nazwała jakkolwiek gdyby nie był wyjątkowy?
- Nie. - odpowiedział lakonicznie w kwestii sklepu, poniekąd wdzięczny, że paplanina Dunhama i papierosowy dym odciągają go od myśli o matce. Dziś nie złościło go kluczenie wokół tematu, właściwie poza jedną kwestią temat niezbyt go interesował. Zarejestrował za to, że tembr głosu bruneta jest właściwie bardzo miły dla ucha; zupełnie inny od skrzekliwych monologów matki czy irytującego pisku Allie.
Kupił kłamstwo Dunhama, bo nie szukał w jego opowieści kłamstw. Wypuścił dym z płuc, strzepnął popiół z końcówki papierosa i wreszcie znów skrzyżował z brunetem spojrzenia. Tym razem świadomie na sekundę zbyt długo. - Sprzedałem. - odpowiedział prowokująco w kwestii obrączki, zastanawiając się czy prawda go zaskoczy. Dunham nie spytał o snute w wyobraźni alternatywy, a szkoda: może dowiedziałby się, że Allie miała kochanka, a potem Ambrose zostawił ją bez słowa, a potem jej reputacja umarła, a kwestia wolności wciąż była sprawą w zawieszeniu. - Lepiej być pragmatycznym niż sentymentalnym. - zerknął na popielnicę, choć to niedorzeczne się tłumaczyć. To była jego obrączka i to nie sprawa Dunhama. I Allie nigdy nie budziła w nim sentymentu, nie takiego jak to, co nigdy nie miało prawa się wydarzyć.
- Mówiłeś o tarocie. - znów zagłuszył własne myśli, tym razem tym pomysłem. - Możesz mi powróżyć zamiast kolejki. Moja matka zna tarota, ale nigdy nie chciała postawić mi kart. Pewnie bała się, że zobaczy w nich jak sprzedaję obrączkę ślubną. - zażartował, ale tak monotonnym głosem, że niekoniecznie było to oczywiste.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
18-01-2026, 14:30
Znał różne rodzaje ciszy. Ta, która koiła i zastępowała słowa. Ta, która wpędzała go w poczucie winny. Ta, która ciążyła, jak kamień utwierdzony do szyi topielca. Ta, która postępowała wraz z nadejściem ciszy. I ta, którą słyszał w czterech kątach mieszkania - cicha, kojąca, ta, która wręczała ulgę jego myślom.
Cisza, jaka chwilowo zapadła między nimi, była zupełnie różna od tych, które Morty poznał. Wyczuwał w niej coś obcego, czegoś czego nie potrafił zdefiniować. Przyniosła niepokój, jaki wspinał się z wprawą alpinisty po klatce żeber i jednocześnie dreszcz - przenikliwy i przyjemny. Uwierała go na tyle mocno, że musiał sięgnąć palcami do szyi, aby się upewnić, ze żadne palce niepostrzeżenie nie zaczęły wbijać się w jego skórę.
Nie było żadnych palców. Była natomiast ciekawość zrodzona we mgle ciszy.
Pamiętał tamten dzień, tamten wieczór? Pamiętał tamtą uliczką, nieco bardziej atrakcyjną od tej? Pamiętał tamtą wymianą spojrzeń? Sugestywne uniesie brwi? Parabolę uśmiechu, jaka ukształtowała się na ustach Mortimera?
Nie sądził. To trwało ledwie chwile zamkniętą w pięciu uderzeniach, jednym uniesie brwi, jednym uśmiech i jednym, cichym westchnieniu, jaki wydarł się z ust.
Co było później pozostało miedzy nimi a tamtym mężczyzną. Mężczyzną, którego kiedyś nazwał kochankiem, a teraz był tylko balastem na jego niewyzbytym ze skrupułów sumieniu. Kimś, kto umarł. Kolejną ofiarą klątwy, po jaką sięgnął na strychu rodzinnego domostwa, który dawno przeszedł w obce ręce.
Ucisk w klatce piersiowej nie zdążył się objawiać, bowiem Ambrose wyznał mu, że żyje w abstynencji, tonem bezwzględnie chłodnym, jakby kryła się za tym dłuższa historia, może tragedia? Większa podatności na wpływ alkoholu? Niegdysiejsza tendencja do zatapiania smutków na dnie kieliszka? Może niechciana ciąża popełniona pod wpływem? Lub cokolwiek innego?
Nie zapytał jednak, nie drążył tematu. Bywał złośliwy, sardoniczny, nie do zniesienia, ale nie chciał przecież przyprawić stróża prawa o ból głowy. Z takim, jak on lepiej żyć w zgodzie.
Day odpowiedział mu w swoim stylu - jak zwykle lakonicznie, krótko na temat. Pierwsze pominął, drugie musiał zaszczycić komentarzem.
- Naprawdę? Myślałem ktoś o takich szlachetnych rysach twarzy jak ty, obcuje ze sztuką na co dzień - stwierdził, chociaż właściwie nie poczynił żadnych założeń w tych kierunku, natomiast w przestrzeni umysłu zakończył zdanie, które krążyło mu po głowie - a może nie powinienem spodziewać się tego rodzaju eteryczności po mężczyźnie, który zakłada mundur?
Przez moment chciał kontynuować temat, lecz porzucił ten zamiar, tym bardziej, że jego gra słów została pozytywnie odebrana.
- Ambrose - powtórzył z nieco przerysowaną emfazą, sprawdzając, jak smakuje jego imię pod językiem; spodziewał się, że będzie słodki jak nektar bogów, lecz zamiast tego otrzymał zwyczajności, chociaż stojący obok mężczyzna odbiegł przecież od konceptu zwyczajności. – Ambrozja. Mityczne źródło nieśmiertlności, wiecznej młodości i siły - nie mógł pozbyć się maniery przepisywania wszystkiemu znaczenia; uważał się w końcu za wieszcza. – Wiesz, że koncept nieśmiertelności, który tak fascynuje alchemików, mógł narodzić się z tego źródła? - zapytał, z niefrasobliwym, ciut chochliczym uśmiechem wspinającym się na wargi. – Ambrozja bogów jest poza zasięgiem śmiertelnych, dlatego marzymy o nieśmiertelności - zacytował; czy już uważał go za szaleńca, który odmówił leczenia, a powinien poszukać miejsca na oddziale zamkniętym szpitala Św. Munga?
Droczył się z nim, celowo, z premedytacją; chciał ujrzeć w nim coś więcej poza irytacją, jakiej doświadczył na posterunku i spokojem, jaki obecnie od niego bil. Chciał zobaczyć, jakie koloru były jego emocje. Wszakże to budziło jego fascynacje - uczucia, jakich czasem sam doświadczał w nadmiarze.
Mówił, bo w słowach łatwo było ukryć emocje, zgubić myśli, jakie tłoczyły się pod kopułą czaszki. Listy. Czuł ich ciężar w kieszeni. Miał się ich pozbyć, lecz widocznie los chciał inaczej.
Czego chcesz ode mnie, Przeznaczenie? Mam je przeczytać? Rozczulić się na losem niegodziwca?
Nie sądził, że ojciec długo zniesie jego milczenie. Być może był jedynym, co mu zostało. Żaden z jego kumpli po wyjściu z więźnia nie przywita go ciepłym uściskiem dłoni i dobrym słowem. Danny miał racje. Gdy opuści jego mury, zrobi wszystko, żeby odnaleźć syna.
Nie, jakie zakłóciło przebieg jego myśli, były odpowiedzią, której się właściwie spodziewał. Nie zakładał bowiem, że Day wsłuchiwał w głos przeznaczenia. Zbyt twardo stąpał po ziemi, aby sięgać spojrzeniem gwiazd rozsianych na niebie.
- Sprzedałeś - sparafrazował. – Więc tak Ambrose Day pozbywa się ze swojego życia sentymentów? - szkoda, wielka szkoda! Liczył na coś bardziej spektakularnego, chociaż z drugiej strony zastrzyk gotówki po latach niewoli w związku małżeńskim, które jak ciasna obręcz zaciskała się coraz ciaśniej na szyi, wydawała się może nie satysfakcjonującą, ale na pewno rekompensatą.
Morty nie był aż tak wielkim wielbicielem pragmatyzmu, uważał bowiem że czasem prowadzi do stagnacji, a niczego nie obawiał się tak, jak jej.
- Mówiłem - przytaknął; a wiec słuchałeś, co mówiłem?, mówiło jego spojrzenie, a raczej psotny błysk jaki zajaśniał na krawędzi źrenic.
Dopiero teraz ślad zakończenia wstąpił na twarz Mortiego. Nie spodziewał się, że zainteresowanie Ambrose skoncentruje się na tarocie.
- Powróżę ci, ale nie tu - zgodził po chwili, gdy już otrzeźwiał i uwolnił się spod delikatnych objęć zaskoczenia. – Ten zalatujący szczynami zaułek nie sprzyja stawianiu kart.
Nie wiedział, jak intepretować jego słowa o matce, która odmówiła mu tarota. Jego twarz nie zdradzała niczego.
- Matki zazwyczaj nie są wielbicielkami żon swoich synów. Twoja nie startowała po tytuł wrednej teściowej?
Nie wiedzieć czemu wyobraził sobie, jak trzyma go pod swoim despotycznym butem, ojaja nad nim, gdy się skaleczy ociera mu smarki z nosa, gdy płacze, puchnie z dumy, gdy opowiada o nim swoim koleżankom, czasem koloryzując, ale to nie ma właściwego znaczenia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
21-01-2026, 01:48
Pamiętał przede wszystkim to, co wtedy zobaczył. Kilka uderzeń serca, w trakcie których usiłował zrozumieć to, co widzi i bez powodzenia spróbował nazwać to, co łączyło tamtych mężczyzn. W trakcie których zrozumiał też, że chyba powinien zainterweniować, ale powziął decyzję by odwrócić wzrok i ruszyć dalej. Właściwie nie wiedział czemu, choć miało z tym coś wspólnego dziwnie prowokujące spojrzenie Mortimera Dunhama (drugi z mężczyzn był odwrócony tyłem) i śmiałość cienia jego uśmiechu i irracjonalne zakłopotanie, jakie poczuł wtedy sam Ambrose.
I które poczuł znowu, na dźwięk słów Dunhama. Komplementu? Szyderstwa? Szlachetne rysy twarzy, spodziewałby się takich słów z ust kobiety—może nawet pozorującej nieśmiałość, trzepoczącej rzęsami i powołującej się na sztukę by za wyszukanymi synonimami ukryć pożądanie. Porównywały go już do Apolla i Dyskobola, a nawet do jakiegoś bohatera wulgarnej opery Mozarta (no dobrze, Don Giovanniego i nie raziło go, gdy matka grała na czarodziejskim gramofonie tą operę; ale potem zaczęło).
Ale mężczyzn jedynie to drażniło.
- To jest kryterium rozumienia sztuki? - wypalił, chcąc zagłuszyć własne myśli, wspomnienie tamtego zaułka, wspomnienie tamtego uśmiechu, cisnące się do wyobraźni pytanie jak wyglądał tamten drugi, odwrócony tyłem. - Uroda? - tym razem chyba samemu skrył się za ironią, choć wzrok mimowolnie pomknął ku dłoniom Dunhama, w których ten obracał papierosa. Rysy twarzy nic nie znaczyły (nie podniesie teraz wzroku na jego twarz, obiecał sobie), ale brunet miał smukłe palce; pewnie zdolne wykrzesać z instrumentów smyczkowych całą gamę niuansów. Gdyby jednak grał profesjonalnie w Quidditcha, szybko miałby powybijane palce.
Nawet powściągając złośliwość, Dunham go irytował; jakby przypadkiem trafiając na czułe punkty. Matka parała się alchemią, musiała znać te wszystkie skojarzenia—spóźniony poznał je też Ambrose. Gdy upewnił się, że jest znajdą, zaczął czytać o tym imieniu. Naiwnie poszukiwał poszlak i śladów—może nazwano go tak wcześniej? Szybko zrozumiał jednak, że albo nigdy nie miał imienia albo Dolores skazała je na zapomnienie—etymologia Ambrose’a nosiła na sobie ślady jej gustu, jej ekspertyzy, jej przekonania o jego wyjątkowości. Może nawet jej przekonania, że rodzice stają się nieśmiertelni za sprawą swoich dzieci.
Chciał się zirytować porządniej, ale poczuł tylko nieokreślony żal, rozdrapaną ranę.
- Sporo wiesz o imionach. Albo o alchemii. A Mortimer, co znaczy? - zapytał, udając ignorancję. Imię Dunhama smakowało szorstko i krótko, z wyraźnym r; bardziej twardo niż jego nazwisko i zupełnie pasując do jego delikatnych dłoni. Może bardziej do oczu, ciemnych jak noc.
- Nie powiedziałem - wytknął monotonnym, wręcz znudzonym tonem, ale w jasnych oczach błysnęło coś innego niż tylko iskry z końcówki papierosa. Przekora? Wyzwanie? - że akurat obrączka była sentymentem. - nie zauważył żadnej na dłoniach Dunhama. Zdejmował ją, gdy włóćzył się po ciemnych zaułkach z mężczyznami; czy może nigdy nie zaznał tego rodzaju niewoli?
Uniósł brwi i pierwszy raz uśmiechnął się lekko—trudno powiedzieć, czy psotnie czy ironicznie, czy z przewrotną satysfakcją—gdy po wszystkich swoich prowokacjach to Dunham nie podjął jego rękawicy.
- Rozumiem. Nie tutaj, czyli nigdzie i nigdy, bo zaraz ruszymy w swoją stronę, a w świetle dnia nie mam pretekstu by odwiedzić Gwiazdy i Proroctwa. - zakpił cicho. - Matka migała się w podobny sposób zanim odmówiła wprost. - kontynuował. - Nie jest wielbicielką ani żon ani rozwodów, to pewien paradoks. - wyjaśnił, nie wiedząc, że wyobraźnia albo przeczucie podpowiedziało Mortimerowi o Dolores Day więcej niż Ambrose chciał, by ktoś nieznajomy wiedział. - Paradoksem jest też wróżbita, który wróży tylko z kart przy zapachu kadzideł, prawda? Podobno można nawet z dłoni. Wszędzie, czy to też wymaga oprawy? Choć co ja mogę wiedzieć, nie znając się na sztuce. - westchnął teatralnie, bo najwyraźniej znał nazwiska kilku kompozytorów i więcej niż jedną metodę wróżenia.
Nie wiedział właściwie, co chce osiągnąć. Zapomnieć o przeszości, która powróciła dziś we śnie pełnym żalu? Poznać fałszywą przyszłość w ustach (jak sądził) szarlatana, która i tak wzruszy go mniej niż absurdalne sny przyjaciela, w których też nie powinien doszukiwać się drugiego sensu? (Nie znał przecież żadnych jasnowidzów).
Czy może odpłacić się pięknym za nadobne, prowokacją za prowokację? Czymś, co zmyje wspomnienie tamtego zaułka i tamtego uśmiechu i tamtego wstydu, gdy cofnął wzrok zbyt późno i ruszył w drugą stronę?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Morty Dunham
Akolici
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Wiek
26
Zawód
muzyk - wiolonczelista, wróżbita
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
15
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
10
Brak karty postaci
03-02-2026, 23:32
Nie przypuszczał, że Day wciąż żyje w przeszłości, tamtym wspomnieniem, które wróciło, gdy spojrzenie Mortiego spotkało się z jego twarzą. Czując, że przygląda mu się od dłużej chwili, uśmiech, jaki mu wtedy posłał, zrodziła spontaniczność, impuls, a nie potrzeba, by wpędzić go w zawstydzenie.
Podobnie było z komplementem, jaki mu podarował, a który nawet nie był komplementem, a stwierdzeniem faktu. Rysy twarzy Ambrose przywodziły na myśli antyczne rzeźby. I ta myśli skłoniła Duhnhama do kolejnej - jak wyglądałby ta twarz na płótnie jego obrazu? A gdyby miał go porównywać do mitycznej postaci, powiedziałby, że pewnie w młodości bliżej mu było do ulubieńca Afrodyty - Adonisa.
- Myślę, że uroda bywa wyznacznikiem kanonu piękna, ale nie kryterium rozumienia sztuki - stwierdził po chwili zadumy. – Wybacz, jeśli cię uraziłem – ilu mężczyzn komentowało jego urodę? Mógł jedynie zgadywać, że na ogół takowych nie było, a jeśli już jakiś się trafił – w to też mógł uwierzyć – miłe słowa zatrzymywał zakątkach swojego umysłu.
Kąciki ust Mortiego uniosły się ku górze. Dostrzegł gdzie wcześniej zawędrowało spojrzenie Daya i gdzie się zatrzymało na chwile dłużej niż pozwalały na to granice przyzwoitości, a teraz miał wrażenie, że celowo unikał kontaktu wzrokowego.
- O imionach - wybrał jedną z dwóch opcji, chociaż skojarzenie z ambrozją wydało mu się oczywiste, może dlatego, że w świecie sztuki pojawiało się wiele odniesień do przestarzałych wierzeń i mitów? – O alchemii wiem tylko tyle, że istnieje, a to, że ambrozja mogła ich fascynować do podniesienia starań o próbę stworzenia panaceum nieśmiertelność to teoria stworzona ze sztuki improwizacji - wyznał, chociaż nie powinien przyznawać się otwarcie do kłamstwa? Chociaż czy mógł nazwać to kłamstwem? Była to luźna myśl, przedstawiona jako gdybanie, nie naukowy, niepodważalny fakt. – Mort to śmierć - pasowało do ciemnej otchłani jego spojrzenia i tego, ile śmierć mu już odebrała. Może ją przynosił? Może zsyłał ją, chociaż nieświadomie, na każdego, kto się do niego zbliżył? Może to faktycznie sprawka klątwy? Zanim dodał coś jeszcze, zaciągnął się papierosem. Potrzebował odreagować te myśli. Myśli, które przytłaczały, ciążyły, ale i też wracały. – Lub coś martwego - dodał, obracając w palcach papierosa; czasem czuł się, jakby był martwy, jakby w coś nim umarło, jakiś element jego ja, jakiś skrawek jego duszy, ale nie on sam. Nie powinien zatonąć w otchłani tych myśli.
Rzucił niedopałek na bruk i zdusił go podeszwą buta; dostanie mandant za zaśmiecenia przestrzeni publicznej.
- Mer natomiast to morza - paradoks, bo nie przepadł za morzem; zawsze się bał, że w nim utonie; czy może być gorsza śmierć, od bezradnej utraty powietrza? - Mortimer to martwe morze. Niezbyt optymistycznie, prawda?
Miał ochotę na kolejne papierosa, ale dał sobie chwilowo spokój, bo to nie organizm tęsknił za nikotyną, a on zwyczajnie szukał sposobu, by rozluźnić ten uściski, jaki pojawił się na jego żołądku. Oparł plecy o ścianę, szukając w niej tymczasowego oparcia.
- Nie powiedziałeś - uśmiechnął się mimowolnie kącikiem ust. Wydawało mu się, że spojrzenie Daya na moment zatrzymało się na jego rękach, jakby szukał tam dowodu na to, że Morty uległ instytucji małżeństwa. – Co jest więc twoim sentymentem? – pytał, lecz nie oczekiwał, że odpowiedź padnie.
Odnotował uśmiech na jego ustach, lecz nie wiedział, jak go intepretować, podejrzewał jednak, że miał ironiczny wydźwięk. Nie mierziło go to. Spotkał na swojej drodze rzeszę niedowiarków. Lub taki, co wierzyli, że coś takiego, jak przeznaczenie nie istnieje.
- Więc nie wróżysz - zaakcentował te słowa, podkreślając je lekką pauzą – tej znajomości przyszłości? - on nie kpił, choć mógłby, zwyczajnie dopytał, studiując męskie rysy twarze. Uśmiechnął się do niego niefrasobliwie, lekko unosząc ku górze kąciki ust. – Dobrze, że nie chcesz odnaleźć pretekstu, bo zmarnowałbyś tylko swój czas. W świetle dnia nie znajdziesz mnie w Gwiazdach i Proroctwach. Bywam tam raz w tygodniu, czasem dwa, ale nigdy częściej. I zawsze wieczorami - podpowiedział mu poniekąd gotowe rozwiązanie, jak sądził, wewnętrznego sporu, choć po prawdzie tylko się z nim droczył, czerpiąc przyjemność – ale nie satysfakcje – z tej rozmowy.- I nie, Ambrose, nie potrzebuje kadzideł, by postawić ci tarota. Potrzebuję kart, których aktualnie przy sobie nie mam.
I, jakby w celu zaakcentowania ich braku, Dunham wsunął dłonie do kieszeni.
- Chiromancja, tak nazywa się sztuka wróżenie z dłoni. I mogę zerknąć na twoją, jeśli stłamsisz w sobie uprzedzenie.
Skorzysta z oferty, czy ją odrzuci?
- Przemyśl to w drodze na Pokątną.
Ruszył ku wyjściu z Nokturna; nieprzeczytane listy ciążyły w obszernej kieszeni płaszcza, ale chwilowo zbagatelizował ich obecność; jak nie tym, to innym razem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
11 godzin(y) temu
- Myślisz, że kanon piękna jest jeden? - przechylił lekko głowę, z góry zakładając, że odpowiedzią będzie tak. Wiedział przecież, że samemu wpisuje się w ten kanon, czymkolwiek był dla mężczyzn: smukły, jasnowłosy i bardzo wysoki, o symetrycznych rysach twarzy. Rozumiał podobieństwo, gdy ktoś wypominał mu, że wygląda jak grecki posąg. Zarazem zastanawiał się, dlaczego ten kanon jest taki, a nie inny. Dlaczego nie obejmuje oczu Mortimera, ciemnych jak noc, i jego zadbanych dłoni? Dlaczego miałby obejmować Wenus, ale nie ma w nim miejsca na ciepło czekoladowych oczu i dołeczków w policzkach? - Nie uraziłeś. - zapewnił po chwili namysłu. A nawet jeśli, to zmazał to, upewniając się, czy go nie uraził. Niewiele osób w ogóle o to dbało. Niewiele kobiet. Dlatego wolał towarzystwo mężczyzn, ale oni nie przepadali za jego obecnością. Zmrużył lekko oczy, na dłużej zawieszając wzrok na Mortimerze. Dlaczego jeszcze nie odszedł, chociaż mógł?
Przecież go nie zatrzymywał.
- Nie pamiętam kiedy ktoś ostatnio nazwał mnie szlachetnym. - szlachetnym, nie przystojnym. Wciąż tyczyło się to rysów twarzy, ale robiło różnicę.
Pominął skinięciem głowy kłamstwa o ambrozji, których nie doszukiwał się w jego słowach. Dziś przecież go nie przesłuchiwał. Z goryczą pomyślał, że dzieci - jak ambrozja - zapewniają jakąś nieśmiertelność swoim rodzicom.
Otworzył szerzej oczy dopiero, gdy Mortimer zaczął mówić o sobie. Znaczy, o swoim imieniu.
- Nieprawda. - zaprotestował ostro, zanim w ogóle przemyślał własne słowa. I własne zachowanie, bo wyciągnął rękę, jakby chciał oprzeć palce na ramieniu Mortimera - ale w ostatniej chwili się rozmyślił i ją opuścił.
- Nie wyglądasz na martwego. Wręcz przeciwnie. - zapewnił ochryple, choć Dunham wcale go o to nie pytał. Ale Ambrose nie lubił nieprawdy, a znaczenie jego imienia było nieprawdą. W tamtym zaułku i na przedłużającym się przesłuchaniu kojarzył mu się z uparcie żarzącym się płomieniem ognia, przekorną iskrą w ciemności. - To okrutne, że ktoś nadał ci takie imię. - obrażanie matki Mortimera nie było czymś, czym Ambrose by się przejął. - Chyba, że ten ktoś nie znał się na imionach.
O sekundę za długo odwlekał odpowiedź w kwestii sentymentu. Nie chciał dzisiaj o tym myśleć, nie gdy byli z Titusem pokłóceni, ale przed oczyma i tak stanęła mu Szkocja. Ostatnie lato, zanim musiał wziąć ślub i wszystko się posypało. - Na pewno nie obrączka. Niektórzy nie biorą ślubów z miłości. - uciął szorstko temat.
- A ty? - odciął się, choć pewnie nie powinien wróżyć tej znajomości przyszłości i nie widziałby jej w inny dzień. Ale dzisiaj, dzisiejszej nocy… był rozbity. A z Mortimerem nie rozmawiało się… źle. Czasami Ambrose bywał zwyczajnie samotny i skazany na wiedzę, że wkurwia innych mężczyzn. Mortimera nie wkurwił. Jeszcze. Postanowił sprawdzić, jak dlugo Dunham wytrzyma. Jakby chciał samemu sobie przypomnieć, że to nie ma sensu, a zarazem desperacko próbować - bo Titus miał swoich kolegów od piwa i od ryb, a on miał tylko mamę i nieprawdę spowijającą jego relacje z kobietami.
- To powróż mi z ręki, nie jestem uprzedzony. - pomarudził, zrównując się z nim w kilku krokach (miał długie nogi). - Światło pod tą latarnią się nada? - ciężko położył dłoń na ramieniu Mortimera, pokazując mu latarnię uliczną pomiędzy Pokątną, a Nokturnem, miejsce niejako graniczne.
- Widziałem cię kiedyś z mężczyzną. - wypalił nagle, jakby tłumił to w sobie… w zasadzie od początku rozmowy. - Nie powinniście… inny magipolicjant nie poszedlby dalej. Jest… był… jest dla ciebie kimś ważnym? - poszukał wzroku Mortimera, ale nie wyglądał jakby pytał z powodu pożądania albo z pozycji autorytetu. Wyglądał na skupionego. - To nie przesłuchanie, nie musisz odpowiadać. - zreflektował się i spuścił wzrok, ale nie cofnął dłoni z jego ramienia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 16:43 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.