• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Południowy Londyn > Sala bokserska Walworth Road
Sala bokserska Walworth Road
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
14-06-2025, 18:37

Sala bokserska Walworth Road
Nowoczesna i surowa, ta sala bokserska powstała pod koniec lat 50. i szybko zyskała renomę w Londynie. Budynek z czerwonej cegły, z dużymi oknami osłoniętymi metalowymi kratami, mieści przestronne wnętrze pełne naturalnego światła. W środku stoi solidny ring otoczony linami, pod sufitem wiszą ciężkie worki treningowe, a na ścianach zawieszone są plakaty słynnych walk. Podłoga pokryta jest wytrzymałym linoleum, a w rogu znajduje się niewielka trybuna dla kibiców. Młodzi bokserzy ćwiczą pod okiem doświadczonych i wymagających trenerów, a w powietrzu czuć mieszankę potu, skóry i adrenaliny.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
12-01-2026, 20:09
Znów przewraca oczyma, a przy Day'u robi to tak często, że zastanawia się, w którym momencie nadejdą nieuniknione zawroty głowy. Jego świat to czysta pruderia, spełnienie marzeń najbardziej zaściankowej pani domu, która wychowując syna pilnuje, by ten nigdy nie zajrzał pod spódnicę koleżanki ani nie spróbował włożyć dłoni pod jej bluzkę. Idealny przykład ciemniactwa, ograniczenia i przestarzałości, które aż kłują ją w oczy; Ambrose zapewne uważa, że podczas namiętności światła muszą być zgaszone, a odgłosy przyjemności powinien wydawać tylko mężczyzna, bo tylko jemu ma być dobrze. Co za kretynizm. Każdy przejaw jego niewiedzy Maelle przypina jako łatkę pod imieniem jego matki, choć nie może się nadziwić, że żona, z którą musiał jakoś spłodzić bliźnięta, nie wtajemniczyła go w kanwy swoich potrzeb. Może odebrała identyczne wychowanie i nie wierzy, że jej rola wybiega poza rozłożenie nóg i czekanie, aż mąż skończy swoje. Przeraża ją takie życie, choć wie, że swoją otwartość i bezwstydność zawdzięcza treningowi kurtyzan i w cnotliwym świecie magipolicjanta nie jest to powodem do wyższości.
- A skąd będziesz wiedział, czy zadowoliłeś swoją kochankę? Skąd ona będzie wiedzieć, co tak naprawdę lubisz i jak sprawić ci przyjemność? Albo skąd będziecie wiedzieć, czego spróbować, chcąc na nowo rozniecić iskrę, kiedy już się sobą znudzicie? - zasypuje go pytaniami, mającymi otworzyć jego dotychczas ślepe oczy. Świat zmysłów jest bogaty i piękny, a żeby móc z niego w pełni korzystać, należy najpierw nauczyć się o nim rozmawiać. Bez tego tworzy się właśnie takie społeczeństwo, seksualnie tępe. Panująca między parami cisza i surowy konwenans wstydu buduje potrzebę istnienia burdeli, więc świetnie, niech dalej milczą, a prostytutki będą zarabiać krocie na zniechęconych mężach i sfrustrowanych żonach. - Ale fakt, po co o tym rozmawiać? Broń Merlinie. Jeszcze by ci się spodobało - rzuca z teatralnym przestrachem, a potem cmoka z politowaniem. Dolores Day pewnie spaliłaby ją na stosie.
- Na Pokątnej można dostać ubrania w barwach szkoły również dla dorosłych - przypomina mu chytrze, miażdżąc pod obcasem potencjalną wymówkę blondyna. Sweter Gryffindoru to towar szeroko dostępny, nawet Maelle ma w swojej szafie szalik w barwach Slytherinu, który co prawda zakłada rzadko, ale znajduje w nim komfort wspomnień z czasów, kiedy w życiu wszystko zdawało się prostsze. To nowy egzemplarz, stary został u Seymourów, między rzeczami, których nie spakowała przed odejściem do Dotyku Wili. A do którego domu pewnego dnia trafi jej maleństwo? Pożegna synka ze stacji King's Cross i później będzie z niecierpliwością wyczekiwać pierwszego listu o tym, gdzie przydzieliła go Tiara Przydziałów. Właśnie tak. Ćwierćwila nie akceptuje innej możliwości, nie przewiduje jej w swoim scenariuszu. Odzyska syna, kupi mu wyprawkę na Pokątnej, a po ukończeniu przez niego szkoły zabierze go na wycieczkę do jakiegoś ładnego miejsca. Tak będzie.
- Na ciebie też? - podchwytuje bezwstydnie, promiennie uśmiechnięta od chwili, gdy Ambrose zauważył na głos jej kobiecość. Na pewno nie próbuje z nią flirtować, nigdy tego nie robi, cóż, trudno; tancerka nie widzi powodu, żeby nie próbować flirtować z nim. Wchodzi jej to w krew i bawi ją, kiedy Day łopatologicznie odnosi się do jej słów, jakby zupełnie umknął mu kontekst. Zero głębi, zero podtekstu. Jest tak prostoduszny jak regulamin. - W jakim sensie? Chodzi ci o to, że mój urok miałby zadziałać na kobiety? Nie. Nasza magia ma ograniczenia i tak po prostu jest - odpowiada i wzrusza ramionami, dla niej to nie problem. Na dobrą sprawę zdobywanie kochanek w niczym nie różni się od zdobywania koleżanek, oba procesy są tak samo żmudne i wymagające, oba też często kończą się fiaskiem, a jeśli nie, dają wielką przyjemność. W przypadku Ambrose'a i mężczyzn będzie tak samo i należy się z tym pogodzić - aczkolwiek intryguje ją, dlaczego on w ogóle to roztrząsa. Pyta o to w swoim kontekście? Jeśli tak, podejrzenia Maelle nie są dalekie od prawdy.
- A ja myślałam, że jesteś porządnym trenerem i masz przygotowany plan, zamiast polegać na mojej domyślności - odbija piłeczkę. Po co rozmawiać o erotyce? Proszę bardzo, ta sama puenta, dwa różne przykłady. Jeśli czegoś po niej oczekiwał, powinien był chociaż przysłać sowę z instruktażem i to nie jej wina, że tego nie zrobił. Teraz Ambrose może mieć pretensje tylko do siebie, a Maelle musi tuszować jego błędy i korzystając z jego bloku oraz późniejszej instrukcji wykonuje kilka prostych ćwiczeń rozciągających i rozgrzewających mięśnie. Następnie zsuwa spojrzenie w dół jego pasa i ocenia analogiczną wysokość, a potem wymierza kopniaka w worek treningowy jeszcze niżej, niż polecił. - Dla was, mężczyzn, dziesięć centymetrów to magicznym trafem zawsze dwadzieścia - kąsa z lisią obłudą, przekonana, że blondyn znów jej nie zrozumie, by po chwili poprawić zamach odrobinę wyżej. Na pewno nie robi tego zgodnie z bokserską modłą, ale nie ma prawa wiedzieć, jak tego dokonać bez przygotowania. - Pokażesz mi wreszcie kilka prawidłowych ruchów, czy będę przez resztę wieczoru uderzać na ślepo? - niecierpliwi się w końcu. Jest głodna samoobronnych nowinek, które może przekazać jej Day, nie zaś zwykłego upustu emocji i napięć przy wypełnionym ścinkami przeciwniku, który nawet jej nie odda.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
16-01-2026, 19:20
Maelle zdecydowanie przeceniała wyobraźnię Ambrose'a—nie założył nawet, jakie oświetlenie powinno towarzyszyć obowiązkom małżeńskim (choć, ze swoim umiłowaniem do detali i porządku: powinien). Może dlatego, że niechcący rozpoczął swoje małżeństwo pod wpływem; w sposób, jaki Dolores Day uznałaby za najbardziej z plugawych. I nie uszło mu to na sucho, oczywiście, że nie. Nie dość, że na świecie pojawiły się dwie żywe konsekwencje jego pomyłek, a zabawa skończyła się ślubem, to matka się o wszystkim dowiedziała. Jeśli Dolores z Titusem byli w czymś zgodni to w tym, że Allie zachowała się jak dziwka (oraz w tym, że ziemniaki z koperkiem są dobre, a parkiet ułożony w jodełkę nie jest abominacją i że rozmowy o niczym są potrzebne... no dobrze, chyba byli zgodni w wielu rzeczach). Ambrose słuchał tego ze spokojem i potakiwał, ale w głębi duszy zastanawiał się jak świadczyło to o nim i co powiedzieliby o jego zachowaniu, gdyby nie mieli oporów. Przecież chyba nie był od Allie lepszy, to w połowie jego dzieci. Matka powiedziała jedynie, że był głupszy.
Właściwie, jakoś nie myślał tak o Maelle. Coś w sytuacji, w której znajdowała się gdy ją poznał było jasne—dług za dług, seks za pieniądze, bilans zysków i strat, strat, strat. Aura ćwierćwili łagodziła jego irytację gdy próbowała flirtować czy rozprawiać o sztuce miłości, ale przede wszystkim uspokajało go to, że wiedzieli o sobie wiele i byli tacy sami. W jego rozumowaniu wyrównywało to szalę: Maelle świadomie rozmawiała z Ambrose'm, z potomkiem wil. Za dziwkarskie uważał zachowanie kobiet, które widziały tylko jego twarz i wzrost i nic więcej.
- O czym ty mówisz? - zdziwił się. - Przecież nie mam kochanki, wiedziałabyś. - wytknął. - Wydaje mi się, że są strasznie czasochłonne. I nieprzewidyhwalne. - westchnął. Rozważał nawet taką opcję gdy chciał na stałe wynieść się z sypialni Allie, ale prostsze okazało się umiejętne sprawianie pozorów i nocowanie u mamy.  Nawet ta fanka z Czarownicy miała się z nim tylko obłapiać, a nie całować, strasznie to upierdliwe. Skonsternował się lekko w odpowiedzi na te wszystkie pytania, a jego twarz musnął lekki rumieniec. - A co, jeśli po prostu nic nie lubię, rozważałaś to? - przewrócił oczami. Seks nie może być przecież centrum życia, bez przesady.
Nie przyzna się przecież, że nie wiedział co lubi. Wiedział, że nie lubił się całować.
- No to może na Pokątnej. - przyznał z bladym uśmiechem, usiłując zdławić wyrzut sumienia. To tylko strój, nie będzie aż tak drogi; ale mógłby odłożyć tą kwotę dla dzieci...
Miał na tyle serca by nigdy nie powiedzieć jeszcze Maelle, że jeśli odnajdzie syna, to zmartwienia wcale się nie skończą. Dopiero się zaczną. Gdy już go znajdzie (sam Ambrose miotał się czasem między tymi myślami) będzie musiał jej powiedzieć o tylu rzeczach... żeby trzymała bahanocyd na górnej półce.... i żeby trzymała perfumy w zamkniętej szafce... i żeby zawsze miała oczy dookoła głowy w mugolskich dzielnicach...
- Tak, mam przy tobie dobry humor. - odpowiedział bezpardonowo w kwestii uroku ćwierćwili, rozwiewając zarazem jej nadzieje na flirciarską lub choćby poetycko dwuznaczną odpowiedź. - Trudno to czasem stwierdzić, więc domyślam się, jak znienacka działamy na innych, ale chyba już umiem to rozpoznawać. Ale też po prostu cię lubię, a to się zlewa. A mój? - zaintrygował się. W przeciwieństwie do Maelle, zastanawiał się nad tym poważniej, raczej chłodno i naukowo. - Tak, na.... koleżanki. - zmieszał się nagle, chłód gdzieś uleciał. - Skąd wiesz, że tak po prostu jest? Bo tak piszą w książkach, ale próbowałaś? - na dobrą metę, on też nie próbował, ale...
...jakieś to niezręczne, lepiej będzie posłuchać czy Maelle próbowała. To ona była w końcu obeznana i odważna, przynajmniej w tych kwestiach.
Miał na myśli oczywiście zmuszanie koleżanek do odstąpienia sobie wyboru torebki w sklepie, czy czegoś takiego. To, czego jeszcze mogła próbować piękna i odważna kobieta z innymi kobietami (i w burdelu) jakoś... nigdy nie przyszło mu do głowy.
- No już, zaraz zaczniemy plan. - westchnął. - Chociaż ostrzegam, że niektórzy nie lubią moich planów. - mruknął, pamiętając jak płakały dzieci na treningach i jak doprowadził do płaczu własnego syna. - Uprzedź mnie jakbyś miała się rozpłakać, okej? - dorósł i nie chciał już tego powtarzać, nie z nią. Choć jakaś kompetytywna część jego natury podpowiadała mu, że przecież nie powinien być dla niej miękki, bo żaden prawdziwy napastnik taki nie będzie.
- Za nisko, skopałabyś mu udo. - wytknął, gdy kopnęła worek. - Ale przynajmniej siła jest dobra. Nie rozumiem, o co chodzi z tymi centymetrami, po prostu słuchaj gdzie mówię. - szturchnął worek w odpowiednie miejsce. A potem, w odpowiedzi na jej prośby o demonstrację, nie odpowiedział już nic, tylko po prostu kopnął worek. Kolanem, z całej siły. - Jeśli cię przyszpili albo jesteście w bezpośrednim zwarciu, kolanem jest najprościej. - pouczył, beznamiętnie jak na kogoś, kto właśnie wyobrażał sobie próbę przemocy fizycznej i (jeśli Maelle będzie w takiej sytuacji) pewnie seksualnej. - Ale zanim do tego dojdzie, skuteczniej będzie w twarz, celuj w nos albo w oczy. Na worku ich nie narysujemy, ale pokażę ci jak ułożyć dłoń... - zaczął i nie zapowiadało się na to, że szybko skończy.
Będą tutaj dopóki Maelle nie straci dechu ze zmęczenia albo sama nie przerwie treningu.

/zt x 2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Mitch Macnair
Śmierciożercy
Wiek
27
Zawód
Architekt i budowniczy
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
8
10
Brak karty postaci
16-02-2026, 19:51
05.05.

Nie przywykł do nic nie robienia. Wiecznie w biegu, zawsze zajęty, pochylający się nad projektami lub wybierający się na miejsce budowy. Siedzenie bezczynnie mu nie wychodziło. Wiedział, że potrzebuje wolnego, był jednak tylko człowiekiem, który musiał czasami odpocząć, bo organizm inaczej nie wyrobi. Sam narzucił na siebie kilka dni wolnego, chociaż już kilkukrotnie łapał się na tym, że nogi same prowadziły go do pracowni. Musiał naprawdę ze sobą walczyć żeby zrobić w tył zwrot i nie wejść do pomieszczenia. Nadrabiał lektury, które odłożył jakiś czas temu, spacerował, a nawet raz postanowił popływać, ale lodowata woda w morzu bardzo szybko ostudziła jego zapały. Odwiedził kilka barów, ale jako, że teraz starał się już nie przesadzać z alkoholem tak jak jeszcze dwa miesiące temu, nie siedział tam długo. Znany mu barman wydawał się zadowolony z takiej odmiany, bo nie musiał go chociaż odprowadzać do domu pijanego w trzy dupy. Wystarczyło jednak kilka dni aby zaczęła go roznosić energia, której nie miał za bardzo gdzie spożytkować. Szukał jakiegoś rozwiązania, aż któregoś wieczora kiedy siedział w salonie, rozwalony na kanapie z książką w dłoni i papierosem w zębach, przypomniał sobie o pewnym znajomym.
Poznali się jakiś czas temu, w sumie Mitch już nie za bardzo pamiętał nawet jak. Wiedział jednak, że Caleb był bardzo uzdolnionym stolarzem i kiedy się o tym dowiedział oraz zobaczył jego twory, zaproponował mu kilka razy współprace. W jego zawodzie stolarz był mu niejednokrotnie potrzebny, bo jednak nie dało się budować tylko kamieniem, drewno zawsze było składową jego projektów czy jako szkielet budynku czy jako zwykła ozdoba. W każdym razie podczas tych kilku sposobności do wspólnej pracy naprawdę dobrze się dogadywali, wypili wspólnie kilka kolejek i Macnair polubił tego faceta. Jeśli pamięć go nie myliła, a miał ją naprawdę dobrą, Caleb kiedy wspominał, że zna się mniej więcej na walce wręcz, a on miał w tym momencie dużo energii to raz, a dwa, kto wie, może pomoże mu to z tymi wszystkimi wspomnieniami, które tak usilnie próbował od siebie odsunąć. Napisał więc do niego list z prośbą o spotkanie i mały trening. Nigdy nie zaszkodziło się nauczyć czegoś nowego, zwłaszcza, że ostatnio miał wrażenie, że zdecydowanie za mało się ruszał. Owszem, na budowach nie korzystał tylko z magii, ale też z siły własnych mięśni, ale jednak nie było to to samo co prawdziwy trening.
Kiedy przyszła pozytywna odpowiedź, szybko umówili się na konkretny termin i kiedy nadszedł ten dzień z dużą energią i pozytywnym nastawieniem pojawił się w Londynie. Nie do końca wiedział gdzie dokładnie znajduje się sala, którą zaproponował Diggory, więc przespacerował się na spokojnie, bo jednak pojawił się grubo przed czasem. W końcu jednak udało mu się trafić pod wskazany adres i wszedł do środka. Od razu uderzył go typowy zapach spoconych ciał, jego uszy zaatakowały różnego rodzaju odgłosy uderzania w różne rzeczy, jak również i pokrzykiwania i głośne rozmowy. Rozejrzał się po wnętrzu z nieskrywanym zainteresowaniem. Chyba nigdy nie był w takim miejscu, ale wystarczyło mu kilka sekund aby stwierdzić, że mu się tutaj podoba. To była bardzo ciekawa odmiana.
Przez moment stał nieopodal wejścia z torbą zarzuconą przez ramię zastanawiając się co go tutaj dzisiaj czeka, aż w końcu zrobił kilka kroków przed siebie poszukując wzrokiem znajomego. Potrzebował chwili, ale w końcu go zlokalizował, po czym z lekkim uśmiechem widniejącym na ustach ruszył w jego stronę.
- Diggory. - przywitał mężczyznę zbliżając się do niego i wyciągając dłoń w jego kierunku - Dobrze cię widzieć stary. - pokiwał głową mimowolnie nadal wzrokiem wodząc po pomieszczeniu z zaciekawieniem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
01-03-2026, 05:48
W porównaniu z tym, jak Caleb spędzał swój wolny czas i się wyładowywał, propozycja od Mitcha była bardzo... produktywna. Trening z architektem, którego darzył respektem? W profesjonalnej sali bokserskiej? To... lepszy sposób na spędzenie popołudnia w Londynie niż większość tego, czego Diggory dopuszczał się ostatnio po godzinach. No właśnie, podobnie jak w pracy Mitcha—w hodowli po godzinach właściwie nie istniało. Bywały dni, w których Cal był na nogach od świtu do nocy. Bywały kryzysy, podczas których nie spał wcale. Była cała lista rzeczy do zrobienia, które nieustannie miał nad głową (naprawić płot, wdrożyć nowy trening ropuch, wdrożyć w życie nową reklamę, zapoznać się z innymi hodowcami, aktywniej pozyskać klientów, znaleźć sposób na szybszą spłatę kredytu...), ale które—niestety—mógł odwlekać. Wtedy nagle miał przed sobą całe godziny wolnego czasu lub ciche wieczory. Hodowla stawała się wtedy miejscem nie do zniesienia, z każdym kątem przesiąkniętym wspomnieniami zmarłego brata. Felix umarł przez niego, a poczucie winy i utrata bliskiego, zmieszane z poczuciem zdrady—nic z tej tragedii nie wydarzyłoby się, gdyby brat był odpowiedzialny i z nim szczery—były mieszanką wybuchową. Mieszanką, którą Cal potrzebował rozchodzić, wyrzucić z siebie, zapić, utopić w agresji. Nie był dumny z tego, w jaki sposób spędzał często wieczory: bezsensowne bójki w barach, bitki i zakłady za pieniądze w podejrzanych miejscach, zbyt wiele alkoholu... Wiedział, że to niezdrowe.
Spotkanie w sali bokserskiej było przy tym bardzo zdrowe. Poczuł wdzięczność, czytając tą prośbę. Często zresztą czuł wobec Mitcha wdzięczność. Podziwem darzył jego projekty architektoniczne i w głębi duszy marzył o tym, że kiedyś będzie w takim miejscu w życiu, że będzie go na nie stać. Poprosi go o przebudowę starej werandy i babcia się ucieszy. Czy zdąży zarobić na zlecenie tak prestiżowe w ogóle za życia babci? Nie, lepiej o tym nie myśleć.
Cieszył się, że Macnair podtrzymał z nim kontakt nawet po wyjeździe do i powrocie z Afryki. Że czasami dawał mu zlecenia. Dodatkowa gotówka zawsze się przydawała, a Cal miał szczęście, bo robił w życiu to, co lubi. Kochał ropuchy i stolarstwo. W tej drugiej kwestii był samoukiem, przyuczony przez dziadka i motywowany szczerą pasją, więc tym bardziej cieszyły szanse otrzymywane od Mitcha.
Idąc do klubu bokserskiego złapał się na myśli, że może byłby szczęśliwszy gdyby po prostu był stolarzem i wykonywał zlecenia dla Mitcha (swoją drogą bardzo równego i porządnego gościa) i innych architektów. Gdyby nie miał na głowie odpowiedzialności za tyle ropuch i babcię i szwagierkę i mógł po prostu... cyzelować drewno.
Kilka lat temu nie miał takich myśli, a hodowla wydawała się spełnieniem marzeń. Teraz wydawała się więzieniem.
No nic, może kilka ciosów pozwoli mu nie myśleć. Przynajmniej na chwilę.
- Macnair. Ciebie też. - powiedział szczerze. Przywiązywał się do ludzi łatwo i szybko, zwłaszcza gdy ich szanował i byli dla niego mili. Macnair zdawał się cenić pracę, w którą Cal wkładał serce, mimo, że pewnie mógł znaleźć wielu innych stolarzy. - Dzięki za propozycję, sam lubię... - się bić? To zabrzmi idiotycznie. - Wysiłek fizyczny. - mruknął dyplomatycznie. Jakby tego wysiłku brakowało mu przy rąbaniu drewna lub gonieniu za ropuchami, ale mniejsza.
- To... chciałbyś się po prostu rozruszać? Poćwiczyć coś konkretnego? - upewnił się. Mimo wszystko głupio tak rozpocząć od bicia swojego zleceniodawcy i kolegi bez ustalenia... celu? Warunków? Merlinie, może bicie się w knajpach było jednak łatwiejsze.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Mitch Macnair
Śmierciożercy
Wiek
27
Zawód
Architekt i budowniczy
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
8
10
Brak karty postaci
03-03-2026, 19:22
Były czasy kiedy jedyne czym się przejmował to nauka i zdobywanie nowej wiedzy. Lata spędzone za granicą nauczyły go cierpliwości, ale również pewnego rodzaju cwaniactwa. Musiał wiedzieć w około kogo się zakręcić, z kim pogadać aby dojść do wyznaczonego celu. We Francji było to o dziwo prostsze niż w Norwegii. Francuzi, wbrew ogólnej opinii, że nie lubią anglików, przyjęli go z otwartymi ramionami, a kiedy nauczył się płynniej mówić w ich języku, już w ogóle traktowali go jak swojego. To właśnie w Paryżu poznał co to znaczy nocne życie. Wcześniej, jako przykładny Krukon, skupiał się przede wszystkim na nauce, nie w głowie mu były imprezy. Kiedy jednak opuścił rodzinne gniazdko i poszedł w świat, nie stopował się. Nie raz kończył z urwanym filmem i limem pod okiem, każde wyjście uczyło go czegoś nowego, wiedział z kim lepiej nie zadzierać, do których panienek się nie zbliżać. To była niezła szkoła życia. W Norwegii było jednak spokojniej. Skandynawowie mieli inne podejście do życia, nie takie lekkie. Zanim w ogóle mógł rozpocząć jakąkolwiek naukę, spędził pół roku na nauce języka, ponieważ jego mentor, mimo, że znał angielski płynnie, odmówił uczenia go w tym języku. Ile to nocek zarwał nad słownikami i podręcznikami zanim w ogóle wziął się do prawdziwej pracy. To też była szkoła życia, ale zdecydowanie innego sortu. Nauczyła go dokładności, uważności i poruszania się po zawiłych drogach biznesu. Ze swoich podróży wrócił bogatszy o wiedze i doświadczenia i dzięki temu mógł zacząć budować sobie markę na angielskich ziemiach. Szło mu to całkiem nieźle, zdobył już grono zaufanych klientów, którzy chętnie korzystali z jego usług, jak również nieśli jego nazwisko w świat. Wymarzona, własna firma była już na wyciągnięcie ręki.
W tym momencie jednak miał urlop i musiał się skupić na sobie. Na odpoczynku zarówno fizycznym i psychicznym, a i jedno i drugie przychodziło mu ciężko. Dlatego dał sobie spokój z tym fizycznym i był teraz tutaj. W miejscu, w którym nigdy wcześniej nie był, a które z każdą chwilą podobało mu się jeszcze bardziej.
- No to świetnie się składa. - pokiwał głową z zadowoloną miną - Bo ja też. W teorii można podciągnąć zarówno moją jak i twoją pracę do tych fizycznych, ale jednak nic nie robi tak dobrze jak prawdziwy trening. - uśmiechnął się lekko zrzucając z ramion skórzaną kurtkę i kładąc ją na pobliskiej ławeczce - Ostatnio próbowałem pływać, ale woda jest zimna jak cholera, więc szybko zrezygnowałem. Tym bardziej jestem ci wdzięczny, że przyjąłeś moje zaproszenie. - spojrzał na kumpla.
Co prawda Macnair nie miał pojęcia co dzieje się codziennie w życiu znajomego, ale też nie podejrzewał aby ten miał zamiar mu się z tego zwierzać. On sam nie był z tych, którzy zrzucają innym na barki swoje problemy, chociaż ostatnio zdecydowanie odbiło mu się to czkawką. Ostatnie miesiące były ciężkie i chociaż powiedzenie na głos tego co mu leży na sercu pomogło w jakimś stopniu, to jednak nadal miał swoje wątpliwości. Starał się z nimi walczyć, wyjść na prostą i żyć dalej, ale nie było to tak łatwe zadanie. Droga była ciężka, ale wiedział, że w końcu ją przejdzie i wszystko będzie dobrze.
- Wiesz co…no to w zasadzie mój pierwszy raz tutaj. - zaśmiał się cicho pod nosem - Więc tak naprawdę nie miał pojęcia co z czym się je. - pokręcił głową wzruszając ramionami - Chciałbym się nauczyć czegoś nowego, może nawet pojawiać się tutaj częściej. Więc może zaczniemy od podstaw co? Umiem co prawda wyprowadzić dość silny cios, ale techniki w tym brak jakiekolwiek. - powiedział lekko zakłopotany.
Patrzył na tych wszystkich ludzi zgromadzonych w sali bokserskiej czując się jak kompletny laik. Bo nim w zasadzie był, co on wiedział o boskie, oprócz tego, że ludzie dawali sobie po ryju. Z całą pewnością było w tym wszystkim więcej finezji, techniki czy strategii niż na pierwszy rzut oka można było zaobserwować. Z chęcią dowiedziałby się o co w tym wszystkim chodzi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Caleb Diggory
Czarodzieje
wejść na drzewo i patrzeć w niebo / tak zwyczajnie
Wiek
24
Zawód
hodowca magicznych ropuch
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
15
3
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
20
15
10
Brak karty postaci
12-03-2026, 04:02
- Och, twoja praca jest kreatywna. - wypalił odruchowo, bo w porównaniu ze stolarstwem uważał architekturę za sztukę wyższą, niezwiązaną z fizycznością: a z eleganckimi rysunkami, grafitem i cyrklem, nieskrępowaną wyobraźnią. Stolarstwo było zaś związane z odciskami na dłoniach, precyzją i frustracją gdy choćby minimalna krzywość zachwieje stabilnością stołu, z prostymi formami i pragmatyzmem.
Odzwierciedlały to zresztą ich zarobki, ich edukacja, skala ich pracy... Zlecenia dla Mitcha były największymi zleceniami Cala. Wykonynwał je starannie, starał się w nie włożyć część siebie, ale opieka nad hodowlą nie pozwalała mu na pełne rozwinięcie ani—co najważniejsze—wiarę we własny talent, który chyba widział w nim Macnair. Przynajmniej wiara Mitcha dodawała mu skrzydeł. I może... nieśmiałego poczucia, że w innym życiu mógłby zająć się właśnie tym? Że miał coś swojego, coś, co nie było tylko rodzinną hodowlą ropuch...
...ale nie, praca w drewnie też nie była w pełni jego, też czuł się dłużnikiem Diggorych. Wszystkiego, co wiedział o drewnie i o ropuchach nauczył go dziadek. Ojciec... drugiego męża matki. Człowiek, z którym Cal był nawet niezwiązany więzami krwi. A jednak to Cal miał do stolarki większą smykałkę niż biologiczny wnuk pana Diggory. Czuł się przez to kukułką, uzurpatorem. Zazdrościł Mitchowi—pozytywnie, bez zawiści—podróży i edukacji, dzięki którym jego praca była prawdziwie jego.
I nie, nie chciał się zwierzać, bo chciał żeby ten człowiek miał o nim dobrą opinię. Wstydził się nawet trochę tego, gdzie nauczył się walczyć na pięści: w spelunach i w gniewie, bez finezji i zasad fair. Nie był profesjonalistą ani w boksie ani w stolarce (choć dzięki coraz większemu doświadczeniu w stolarstwie mógłby być), ale najwyraźniej Macnairowi to wystarczało. Podejdzie zatem do zadania poważnie i dokładnie, tak jak podchodził do wszystkiego gdy czuł się zobligowany puchońską lojalnością.
- I nie ma sprawy. -uśmiechnął się. Jasne, że przyjąłby jego zaproszenie. - A w razie czego... niektóre stawy u mnie w hodowli są podgrzewane. Ale chyba trochę za małe żebyś w nich pływał - samemu robił to jako chłopiec - i pełne ropuch. - zażartował, choć może nie? Pozwoliłby Mitchowi u siebie popływać, w razie czego. Musiałby go tylko przeszkolić w kwestiach bezpieczeństwa—nie tych związanych z pływaniem, a z ropuchami. Niektóre, przestraszone, mogły powalić kogoś na ziemię albo spryskać halucynogennym jadem.
- Dobra, to... - rozejrzał się po ringu, usiłując odepchnąć od siebie tremę. Był pojętnym uczniem, ale rzadko bywał czyimś nauczycielem. Chyba, że chodziło o opiekę nad zwierzętami. - Najpierw się rozgrzejmy. Kilka rundek biegiem, z piętnaście pompek. Potem zobaczymy, jakie podstawy już znasz. - zaproponował i jak powiedział, tak zrobili. W milczeniu, przerywanym jedynie odliczaniem Cala gdy robili pompki. Było w tym coś dla Cala sztywnego, bo Diggory zwykle ćwiczył swoją formę spontaniczniej: na łonie natury, na wyczerpujących górskich wędrówkach, na bójkach, które nie były ustawiane. Ale taki wysiłek też go cieszył. Pozwalał skupić się na czymś konkretnym, zapomnieć o własnych problemach.
- A teraz uderz ten worek, pokaż mi jak trzymasz pięść. Powinieneś tak, kciuk koniecznie na zewnątrz... i zawsze będzie bolało, ale jeśli ustawisz tak knyckie to będzie lepiej... - zademonstrował. - Wyżyjmy się chwilę na worku, zobaczmy kto uderzy go mocniej, a potem zaatakujesz mnie. - zaproponował i zademonstrował pierwszy cios.
1x k100 (Jak mi idzie uderzanie w worek? Siła +20):
26
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Mitch Macnair
Śmierciożercy
Wiek
27
Zawód
Architekt i budowniczy
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
0
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
8
10
Brak karty postaci
21-03-2026, 16:56
Często sam zapominał, że architektura była jego główną dziedziną. Spędzał godziny pochylony nad biurkiem, nad arkuszami papieru, rysował szkice i rozpisywał wyliczenia. W tym wypadku była to przede wszystkim praca umysłowa i jak to nazwał Caleb, właśnie kreatywna. Wielu jednak zapominało, że nie zatrzymywał się jedynie na etapie projektu. Sam brał czynny udział w procesie budowy. I owszem, przeważnie używali do tego magii, ale czasami również należało zaciągnąć do tego prace fizyczną. Nie wszystko dało się zrobić za pomocą zaklęć, były momenty kiedy trzeba było się spocić czy narazić dłonie na zranienie. Mitch nie uważał się jedynie za człowieka pracującego umysłowo, jego dłonie nosiły wiele ran, skóra nie była miękka jak u artysty, a lekko szorstka, z kilkoma pomniejszymi bliznami, które przede wszystkim pojawiły się na nich w momencie kiedy przebywał w Norwegii. Używanie narzędzi budowlanych nie było mu obce. Może nie miał takiej wprawy w ich używaniu jak Caleb, zwłaszcza jeśli chodziło o pracę w drewnie, ale jednak swoje umiał.
- No tak nie do końca. - pokręcił głową z lekkim rozbawieniem - To nie są dłonie umysłowca. - powiedział ze śmiechem unosząc swoje ręce.
Macnair był ostatni do oceniania ludzi. Wiedział doskonale, że każdy człowiek ma coś za uszami. Sam miał wiele, dlatego rzadko kiedy rzucał wyrokami na lewo i prawo. Był jednak również człowiekiem szczerym, często do bólu i jeśli ktoś potrzebował dobrego słowa, po tym jak zwierzał mu się ze swoich problemów, to naprawdę bardzo rzadko je otrzymywał. Mitch był człowiekiem praktycznym, wolał szukać rozwiązania jakiegoś problemu niż się nad nim zbyt długo rozczulać. Ostatnio popełnił ten błąd, rozpamiętywał moment kiedy zaszlachtował własnego ojca jak świnie za to, że odebrał mu jedyną dobrą osobę w jego życiu. Mało brakowało, że by się przez to stoczył, alkohol lał się litrami, a on nie miał umiaru. Teraz, kiedy udało mu się w końcu z tym wszystkim uporać postanowił sobie, że już nigdy więcej nie pozwoli sobie na takie zachowanie, jak również będzie odwodził innych od podobnych reakcji.
- No tymi ropuchami mnie nie zachęciłeś powiem ci. - pokręcił głową z rozbawieniem zdejmując z siebie koszulę i zostając tylko w luźnej koszulce i spodniach.
Nie był specjalnie fanem ropuch. Owszem, wiedział, że są one przydatne, zwłaszcza pozyskiwane z nich ingrediencje. Jeśli miał mieć z nimi do czynienia, to zdecydowanie wolał te małe,takie jak uczniowie kiedyś mogli przywozić ze sobą do szkoły. On sam miał wtedy jedynie sowę, bo w tamtym czasie na więcej nie było ich stać. Te wielkie ropuchy jednak powodowały i niego lekki dyskomfort, a jako, że nie znał się na magicznych stworzeniach to z całą pewnością nie wchodziłby do stawu ich pełnego, nawet pod czujnym okiem specjalisty takiego jakim był Diggory.
Informacje o rozgrzewce przyjął skinieniem głowy. Bieganie może nie stanowiło dla niego problemu, ale chyba nie koniecznie mógł to powiedzieć o pompkach. Nie pamiętał kiedy ostatnio takowe robił, więc podejrzewał, że piętnaście może być dla niego w tym momencie nie wykonalne. Nie miał jednak zamiaru mówić tego na głos i mimo wszystko dać z siebie wszystko. Moment później już ruszył obok Caleba spokojnym truchtem i zrobili kilka okrążeń w około sali. Kiedy przyszła kolej na pompki już czuł pot na plecach, ale nadal milczał. Klapnął się na ziemię i ułożył odpowiednie dłonie na posadzce, po czym zaczął odliczać. Przy szóstej już pot spływał mu po czole, a przy dziesiątej ręce mu się trzęsły. Finalnie udało mu się zrobić dwanaście.
- O matulu…odczuwam skutki długiego nie ćwiczenia. - zaśmiał się zakłopotany podnosząc się ziemi i lekko rozciągając ręce aby chociaż trochę odciążyć je od wysiłku, którego przed chwilą doświadczyły - Kciuk na zewnątrz? - uniósł brew ku górze i odruchowo zacisną pięść - Okey, to ma sens, wychodzi na to, że odruchowo mi się tak samo robi. - pokiwał głową jeszcze kilkukrotnie zaciskając dłoń aby się upewnić.
Zrobił jeden krok w tył dając przestrzeń kumplowi aby mógł pokazać co potrafi. Obserwował go jednocześnie, przyglądając się jak ustawia ciało do uderzenia. Pokiwał lekko głową w sumie sam do siebie widząc to wszystko.
- Okey…tylko mnie potem nie sponiewieraj za bardzo. - zaśmiał się cicho kiedy i on stanął przed workiem i zaciskając dłoń w pięść wyprowadził cios.
1x k100 (cios w worek siła+15):
69
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 16:55 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.