• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Pokątna > Pracownia "Howell's Hand"
Pracownia "Howell's Hand"
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
21-09-2025, 13:51

Howell’s Hand
Niewielki lokal przy ulicy Pokątnej. Jedno pomieszczenie, które zostało podzielone prowizoryczną półścianką dla nadania właścicielowi odrobiny prywatności podczas pracy. Pomoc znajdą tu wszyscy ci, których los zmusił do korzystania z protez. Oprócz szerokiego ich asortymentu, przybytek oferuje prace naprawcze i serwisowe.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#21
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
11-12-2025, 16:30
Gwałtowny błysk pojawia się w oku uzdrowicielki, kiedy młody rzemieślnik wspomina o swoich warunkach – nie wskazujących na jednoznaczną odmowę. Sanderson przekonana jest, że praca w zespole badawczym jest w tej branży nieco wartościowsza (co jest wyłącznie jej opinią), jednak nie odmawia sensowności rozwijania własnego biznesu i zarabiania na wykonywanych zleceniach. Rozumie, że Lysander chce poświęcić dużo uwagi "Howell's Hand"– nakreślił to i przy ostatnim spotkaniu. Moira nie może mieć pojęcia jak potoczy się ich współpraca i co ostatecznie mogłoby wygrać walkę o większość jego uwagi, ale w swoim może samolubnym przekonaniu sądzi… Że znajdzie dobre miejsce dla młodego twórcy. Że jeżeli jego ambicje pasują do renomy jego szkolnego domu i jeżeli nie był ostatnio gołosłowny – będzie w stanie prawdziwie postarać się dla wspólnego sukcesu.
Był pracowity – siedział tu do późna. Był zaradny - prowadził w końcu własny biznes. Biznes, który wydawał się choć trochę rentowny – właściciel nie wyglądał w końcu na zabiedzonego.
Chce mu zaufać, dlatego daje mu szansę. Chce mu zaufać, dlatego kontynuuje tę rozmowę.
– To sporo, ale chcę wierzyć, że dajemy równie wiele – przyznaje. Oczywiście, że nie unikną chłodnych kalkulacji – oboje chyba mają do tego skłonności. – Na samym początku chciałabym, być asystował mi i zrozumiał sposób działania zespołu. Stosowaną metodologię, przyjęte założenia, potem podział na konkretne grupy i ich odpowiedzialność. Ale najsampierw chciałabym po prostu spędzić razem trochę czasu. Lubię dobrze wiedzieć kim jest osoba z którą pracuję – szczególnie, jeżeli współpraca ta miałaby trwać dłużej niż pojedyncze zlecenie - oferuje, nawet jeżeli cześci oferty nie wypiada na głos, skracając dzielący ich, a wyznaczany ramami grzecznościowych zwrotów, dystans. Wciąż nie wyzbywa się jednak odpowiedniego szacunku. Gryzie ją jedynie to, że ona zwraca się do niego po imieniu, zaś on wciąż stosuje formy grzecznościowe. Nie sprzyja to współpracy bez barier, ale i na przełamanie tej przeszkody przyjdzie przecież czas. – Przyniosłam ze sobą pudełko starych protez wzrokowych – opartych na technikach rozwijanych przez nasz zespół, ale na to chyba za wcześnie. Nie są to wszystkie prototypy i modele, ale gdy już zdecydujemy się na współpracę, chciałabym byś przyjrzał się im i zrozumiał zastosowane tam mechanizmy – pochyla się do blatu, byle przesunąć pudełko przed siebie. Opiera na nim dwie dłonie. Rozmowa nie potoczyła się dziś w ten sposób, by chciała je pokazać od razu. Całe szczęście nie ważą one wiele – poradzi sobie z dźwiganiem nich w drodze powrotnej. Od dźwigania coraz ciężkiego syna, stawała się z wiekiem – paradoksalnie – coraz silniejsza.
– Widzę, że jesteś dziś zajęty, więc pozwolę ci kontynuować pracę, ale chciałabym spotkać się jeszcze przed końcem miesiąca. W ostatni dzień wybieram się do Hogwartu, ale w przeddzień Zjazdu mam wolny wieczór – mówi, pokazując ludzką twarz. Tak, również zdarza jej się spacerować czy robić rzeczy wyłącznie dla przyjemności. Rozmawiać – ach, jakie to ludzkie – też jej się zdarza. I tak, nie poświęca całej życiowej energii na pracę w laboratorium i w szpitalu… Chociaż faktycznie jest to nieczęste.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#22
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
29-12-2025, 23:37
Nie łudzę się nawet, że zdołamy osiągnąć porozumienie w każdym aspekcie pracy. Kompromis? Być może. Lecz to zweryfikuje dopiero czas i praktyka. Wzajemne poznanie okazuje się więc koniecznością, nie tylko fanaberią, zbędnym zapełniaczem czasu, którego żadne z nas nie posiada wszak w nadmiarze. Każdy ruch kalkulujemy, sprawdzamy jakie owoce przyniesie w odległej perspektywie; nie ma tu miejsca na pomyłki albo zbytnie szafowanie posiadanymi zasobami. To pozwala mi w rezultacie osiągnąć pewien rodzaj spokoju — bo sytuację traktujemy jak najbardziej poważnie. Z szacunkiem do swoich oczekiwań.
Przyglądam się jej raz jeszcze spod przymkniętych powiek. Myślę sobie, że musi czuć pewien rozdźwięk pomiędzy tym, co teraz się dzieje, a tym, czego doświadczyła podczas spotkania w Podziemiach. śmiem jednak roztaczać przed sobą wizję, że zmiana ta działa na moją korzyść. Bo nawet przy szczerych chęciach wkradania się w łaski tych, których oceniam jako użytecznych, potrafię nieco przesadzać. Zbytnia odwaga, być może postrzegana niekiedy jako przejaw szczeniackiej brawury, potrafi zniechęcać. Ja po latach nie zawsze potrafię ją przystopować, jakby tamten dzieciak, odziany w barwy Slytherinu, nie całkiem jeszcze rozmył się w zyskanej dojrzałości i doświadczeniu.
Plan Moiry jest jak najbardziej sensowny i daje mi komfort czasu — mogę dokładnie przemyśleć ostateczną decyzję, którą umotywuję zyskanymi doświadczeniami. To mi odpowiada, dlatego kiwam głową, pieczętując propozycję. Spotkanie w ramach mniej oficjalnego (być może) poznania się, również nie stanowi problemu. Ponownie, jest mi na rękę. Nie wiem jeszcze natomiast, co z tego wyniknie, czy to ryzykowne? Będę chciał uzyskać jak najwięcej, wydrzeć choć odrobinę więcej ustępstw, jeśli uznam, że jest to warte poświęcenia. Trybiki maszyny w doskonale znanym mi mechanizmie znów zaczynają przeskakiwać, wybijając miarowy rytm, którym podążam bez namysłu.
— Wygląda więc na to, że jesteśmy w pewnym sensie umówieni — mówię całkiem wprost, bez zbędnego przeciągania. Jeśli tylko znajdzie czas, chętnie się z nią spotkam.
Ukłucie zawodu spada zaś na mnie w momencie, kiedy zwraca się w stronę pudełka i mówi mi o jego zawartości. Nie muszę chyba tłumaczyć, że jest to rzecz, którą z niecierpliwością przestudiowałbym w zaciszu pracowni. Zdaje się jednak, że Miora ma inny plan i mogę się jedynie domyślać czy jest to zachowanie intencjonalne czy też nie. Czy nie wykazałem wystarczającego entuzjazmu czy też wszystko potoczyło się tak, że postanowiła zarzucić kolejną przynętę. Zbliżyć mnie do „nagrody”, by następnie szarpnąć za wędkę w oczekiwaniu, iż podążę za nią posłusznie. Moje palce poruszają się z lekką nerwowością — rwą się aż, by dotknąć pudełka. Muszę jednak poczekać. Muszę tłumić w sobie pragnienie. Zagryzam dolną wargę. Nie lubię dyskomfortu porażki. Nawet tak drobnej w obliczu tego, co udało się nam dzisiaj przedyskutować.
Wyznaczenie dokładnej daty spotkania sprawia, że gorycz rozczarowania zostaje zrównoważona słodyczą perspektywy.
Odpycham się na moim krześle, jak na komendę, robię przy tym dość zamaszysty, nieco przerysowany ukłon w kierunku pani doktor.
— Dziękuję za wyrozumiałość. — Odnoszę się do kwestii pracy, którą mam jeszcze dzisiaj do wykonania. Satysfakcja przebija przez kolejne słowa. Daję znać, że złożona propozycja wywołuje we mnie coś w rodzaju ekscytacji. — Czekam więc na wieczór naszego spotkania. Tymczasem, pozwoli pani, że faktycznie zajmę się przerwanym zajęciem. — Kolejny ruch oddala mnie od kontuaru i pozwala na ponowne zanurzenie się w składaniu szkieletu protezy. Zdaje się, że zupełnie nie dostrzegam momentu, w którym Sanderson opuszcza Howell’s Hand.


ztx2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#23
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
30-12-2025, 20:33
15 kwietnia 1962

Rzadko zbaczała ze swoich zwyczajnych ścieżek, więcej: gorliwie starała się, by nie mieć czasu na podobne dygresje, znając zbyt dobrze swoje zgubne skłonności, by w nie popadać z paskudną rozpustnością, to znaczy – z kim lub z czym popadnie i do ostatniego słowa; w pisarstwie zresztą tak samo, jak w życiu lub odwrotnie. Źle wprawdzie znosiła niedokończone sprawy, tak jak źle znosiła niedokończone myśli, a myśli – tak jak zdania – miały tę właściwość często dążyć do myśli kolejnej. I tak list od pani Millborrow z prośbą o eliksir spokoju zaprowadził ją rankiem do Cardiff (tę dygresję mogła jeszcze przed sobą usprawiedliwić, ostatni raz widziała się z nią lata temu, jeszcze przed wyjazdem do Pragi), gdzie skłoniona parszywą pogodą zgodziła się usiąść przy filiżance kawy i ciepłej szarlotce, skąd od słowa do słowa dotarła przypadkiem do rozżalonej szklistości kobiecego spojrzenia – a dalej, podążając za okruchami wyznań popełnianych przez wdowę coraz chętniej, do nazwiska ściśle z tym żalem sprzężonego.
Proszę mi wybaczyć, znaliśmy się na pewno w szkole, ale ledwo go pamiętam – skłamała, dostrzegając, że wdowie oko zaczyna wysychać w zwiastunie rychłej zmiany tematu, gdy ze spowiedniczego nastroju wyrwało ją grzmienie za oknem; i znów – patrzyło na nią szkło i bezdenna żałość, kiedy pani Millborrow przypominała jej i sobie o jego atutach, zaletach i – do czasu – doskonałych manierach, a ona czuła się tylko trochę winna, tłumaczyła sobie w końcu, że robiła to przecież w szlachetnej intencji doprowadzenia wątku do końca. Lysandra Hatleya tymczasem nie tylko pamiętała, ale wiedziała też, gdzie go szukać – zdarzyło jej się zasłyszeć w szpitalnym korytarzu o Howell's Hand, nie miała dotąd jednak powodu (należałoby rzecz zapewne: szczęśliwie, jakkolwiek to niegrzeczne), by w jego pracowni zawitać; sam argument zobaczenia się z nim nie był zarazem powodem wystarczającym – Lysander należał do tej kategorii ludzi, o których nie mogłaby zapomnieć (był tak jaskrawy w swoim sposobie bycia i co najważniejsze – tak skutecznie ją w przeszłości rozgniewał), ale których nie spodziewała się też nigdy więcej w życiu spotkać na dłużej niż wymiana spojrzeń na ulicy. Zdawało jej się wprawdzie, że należał do innej części rzeczywistości – pełnej barw, które się ze sobą nie gryzły, choć powinny, śmiechu (niezawsze szczerego) i dwuznaczności (czasem tylko figlarnych, częściej niebezpiecznych). Wolała nie myśleć, jak Hatley mógłby opisać tę część, do której należała ona.
Tym sposobem dotarła w końcu pod drzwi Howell's Hands, przynosząc ze sobą uwerturę nadmorskiej burzy osiadłą na zmokłych włosach, wgryzioną zapachem w wełnę płaszcza i przebłyskującą w chmurnym spojrzeniu, wyraźnie poszukującym konfrontacji. W gruncie rzeczy nie była do końca pewna, czy przychodziła tutaj dla pani Millborrow, dla zwykłej potrzeby wyszarpania z tej płaczliwej historii pointy (która jej się wcale nie należała), czy może przez to, że sama czuła się, jakby ją oszukał – bo dotąd naiwnie sądziła, że swojej pracowni dorobił się sposobem uczciwym i czuła nawet coś na kształt dumy; wyobrażała sobie, że należała do nielicznej grupy osób, która znała stojące za jego sukcesem niechlubne początki (w istocie nie miała o jego początkach najmniejszego pojęcia, przyłapała go zwyczajnie z dłonią w cudzej kieszeni).
Do pracowni wtargnęła bez przystanku, jakby obawiała się, że inaczej zdąży się przed nią zabarykadować, w środku panował jednak spokój: nikt nie szykował się na sztorm ani wojnę, nikt nie zbierał w pośpiechu narzędzi i kosztowności do walizki, by zbiec przed nadchodzącym wyrokiem, tym razem może na drugi koniec kontynentu. Zaskoczone spojrzenie starszego mężczyzny czekającego przy przejściu za półściankę wytrącił ją trochę z impetu – zauważyła, że nie ma lewej dłoni i jej złość wydawała jej się nagle zupełnie nie na miejscu, zatrzymała się pośrodku pomieszczenia, zupełnie nieadekwatna ze swoim wzburzeniem, czując się jak bełtwa wyrzucona przez sztorm na piach, gdzie jej parzydła stawały się przedziwną zabawką dla dzieci, od której nie sposób oderwać wzroku, choć jest odrażająca.
Najpierw usłyszała jego głos, mówił coś do starszego mężczyzny; potem zza półścianki wychyliła się głowa, spostrzegła znajomą, zmienioną nieznacznie przez upływ czasu, twarz – to ją otrzeźwiło, odzyskała wreszcie rezon, zacisnęła dłoń mocniej na cienkich rękawiczkach.
– Hatley – odezwała się, śpieszna, by wyprzedzić moment, w którym dostrzegłby jej niezrozumiałą obecność pierwszy. Wydawało jej się, że czyniło to newralgiczną różnicę w konfrontacji: domagać się uwagi, zamiast ją jedynie przyjmować. Nie była pewna, czy ją w pierwszej chwili rozpoznał, nie była też pewna w chwili drugiej, ale nie zamierzała braku rozpoznania brać mu za złe – miała wrażenie, że po wszystkim, co wydarzyło się w ostatnich latach, nie mogła być dłużej tą samą osobą; zamierzała mu się za to – dosadnie – przypomnieć.
Pokonała pozostały skrawek podłogi, wystukując obcasami stanowczy rytm na drewnie; znów pochmurna, rozdrażniona i zogniskowana na Lysandrze, jak przepuszczone przez lupę słońce.
– Wybaczy pan – szepnęła z chłodną uprzejmością, wsuwając się w przestrzeń pomiędzy nim a klientem, by w wyjątkowo niedbałej konspiracji wycedzić: – Czy ty znasz wstyd, Hatley, czy musiałabym cię strzelić w pysk, żebyś się przynajmniej jednym policzkiem zaczerwienił? – zderzenie się z jego spojrzeniem było przyjemne w prawdziwie paskudny sposób; jakby nie patrzyła na człowieka, a historię, z której oczu mogła wyłuskać sobie satysfakcjonujący finał. – Nic się nie zmieniłeś. I może ja też niewystarczająco, skoro się jeszcze ceremonialnie pytam. Ale na miłość boską, jak nisko można upaść? – Jakkolwiek niedomówienie dawało jej satysfakcjonującą przewagę, sprostowała wreszcie: – Widziałam się z panią Millborrow.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#24
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
09-01-2026, 23:00
Przecieram sennie oczy. Skupiam się znów na pracy, którą wykonuję. Czuję, że ostatnie dni pozbawione łaski nieprzerwanego snu odciskają się na mnie wyraźnie. Kątem oka obserwuję w wypolerowanym metalu kładące się pod oczami cienie. Jak dobrze, że dłonie suną pewnie w wyćwiczonych ruchach i nie muszę się tłumaczyć z niezdarności. Brak uważności jest jednak najgorszym, co mogę sobie zafundować prowadząc serwis wysłużonej protezy. Serwis, a właściwie oględziny, od których zależy czy odeślę mojego klienta bez kończyny do domu czy też uda mi się wszystko nastawić w mniej niż kwadrans. Nie przepadam za tego typu presją, jest ona jednak wliczona w koszta. Nie zawsze mogę pozwolić sobie na komfort czasu, dlatego teraz muszę dokładnie zapoznać się z usterką, jednym uchem słuchając uwag mężczyzny oczekującego ledwo pół metra dalej. Zegar odmierza, kolejne tik-tak…
Spoglądam na szczupłą sylwetkę obleczoną w stary wypłowiały płaszcz. Stoi tak i czeka, obserwując każdy mój ruch, a szpakowate, ułożone elegancko włosy, połyskują w świetle rzucanym zza jego pleców. Wszystko ślamazarnie brnie do przodu, ja mocując się z mechanizmem układam w głowie to, jak najbardziej elegancko i bez nietaktu powiedzieć mojemu klientowi, że użytkowanie protezy bez rękawicy ochronnej przy pracy alchemicznej nie jest rzeczą najmądrzejszą już u swych podstaw. Jednym jest to, że faktycznie nie odczuje fizycznych niedogodności, jeśli z nieuwagą coś rozleje na miękką powłokę szkieletu, a drugim, że „martwa tkanka” stopów metali również ma swoje ograniczenia. Rozumiem nieuważność lecz podstawy bezpieczeństwa i higieny pracy obowiązują, na litość Boską, bez wyjątku. Czasami los podsuwa mi tak absurdalne sytuacje, że powoli przestaje mnie cokolwiek dziwić. Zaklęcie czy dwa i łatam przetopioną skórę. Po kilku kolejnych minutach, w połowie zdania rzucanego w kierunku pana Bakera, okazuje się, że ten miesiąc (jak i miniony) stawia sobie na celu miażdżenie moich niemal wszystkich przekonań na temat funkcjonowania świata.
— Teraz wszystko powinno działać musi pan jednak… — zawieszone na krańcu języka pouczenie zastyga martwo, a ja otwieram szerzej oczy. Znajoma sylwetka, bo musi być przecież znajoma, skoro potrafię dopasować do niej konkretne zdarzenia z przeszłości, niczym senna mara sunie w głąb mojego azylu, rozdzierając świętą przestrzeń między specjalistą a klientem tak gwałtownie, że nie mam czasu nawet dokładnie przemyśleć czy w ogóle mam powód, żeby czegokolwiek się obawiać. W ostatnich czasach przypominam zająca kryjącego się za miedzą, czekającego tylko na moment, w którym serce rozpadnie się na dwa w porywie zbyt silnych emocji. Nie podoba mi się ów stan. Bardzo nie podoba. Niestety, powoli zaczynam powątpiewać, że Londyn będzie dla mnie oazą spokoju, a duchy przeszłości przestaną wypełzać z najmniej spodziewanego zakamarka.
Każde słowo, które kobieta artykułuje sprawia, że powieki unoszą mi się wyżej i wyżej do momentu, w którym czuję nieprzyjemne szczypanie i wyraźny opór mięśni. Jedynym, co mnie w tym momencie ratuje jest tylko to, że nieco przysłania samą sobą moją twarz przed panem Bakerem. Muszę jednak coś zrobić, bo jeśli sytuacja zabrnie za daleko, niepotrzebne niedomówienia zaczną krążyć powoli w organizmie miasta, które jest obecnie moim chlebodawcą.
Na dźwięk nazwiska Millborrow uderza mnie otrzeźwienie i dziwna złość, której wyrazu jeszcze nie potrafię dać lecz pracuje ona na tyle odważnie, żebym wreszcie zebrał się w sobie i próbował choć na moment odwrócić sytuację. Wciskam więc w jej ręce miękką protezę dłoni, z kwaśnym uśmiechem zwiastującym tyle tylko, że nie zamierzam oddawać jej pełni władzy nad sytuacją. Nie mam jeszcze w głowie przestrzeni na głębsze zastanowienie. Nad zrozumienie czego, u licha, ode mnie oczekuje, tak paskudnie wciskając się w moje ułożone, na pewno odległe od kłopotu jakim była Renate, życie. Czy postradała zmysły?
— Zaraz omówimy wszystko, moja droga, pozwól najpierw jednak, że obsłużę mojego klienta jak należy. Proteza zintegruje się po nasunięciu na rękę pana Thomasa. Bądź tak uprzejma, a ja wypiszę kartę serwisową. — Odwracam się bezceremonialnie, pomimo ścisku niechęci w żołądku. Nurkuję w papiery, a tak naprawdę staram się ogarnąć narastające napięcie. — Proszę uważnie przeczytać jeszcze raz wszystkie wskazówki dotyczące użytkowania, które panu zapisuję. Rozumiem, że czasami w natłoku codzienności można się zapomnieć, ale od tego zależy żywotność mechanizmu — mówię, wypisując dokładnie to, co udało mi się dzisiaj zrobić. — Teoretycznie nie powinienem, bo usterka wychodzi poza naszą umowę, ale z racji… z racji na niedogodności… — wysuwam głowę zza cienkiej ścianki oddzielającej główną część pracowni od mojego biurka po to tylko, żeby obrzucić Natašę wymownym spojrzeniem. — Wliczę to na mój koszt.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#25
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
17-01-2026, 13:31
Przez całą drogę do Londynu czuła się, jakby uprzedzająca burzę duszność utknęła jej w gardle i płucach, ciężka i naelektryzowana. Słowa, układane dla niego z gniewną pasją, przeskakiwały między nerwami niecierpliwymi iskrami, podburzając ją jeszcze w tym zamkniętym obiegu wzbierającej w milczeniu złości: od lewej skroni, przez zaciśniętą na rękawiczkach dłoń, do skroni prawej i przez napiętą linię brwi, pomiędzy którymi gromadziła się dotkliwie. Wreszcie zaiskrzyły nie w niej, ale w tej przestrzeni pomiędzy nimi, ściśniętej przemyślnie do momentu, w którym wyczuła fizyczny wręcz opór przed kolejnym krokiem, tym silniejszy, im dłużej na siebie patrzyli, jakby rozpoznawali w sobie dwa magnetyczne bieguny jednakiej – rozgniewanej i nieustępliwej – natury. Drażniący zapach dymu, obok burzy osiadły na jej ubraniu i zmysłach po teleportacji siecią Fiuu, wydawał się w tej sytuacji prawie liryczny. Nie czuła się tymczasem wcale lżej, upuściwszy sobie zepsutej krwi złośliwością, a im dłużej milczał (nie mogła to być więcej niż chwila, a jednak się niecierpliwiła), tym bardziej cierpki stawał się jej posmak i tym bardziej osobista stawała się krzywda, która w istocie wcale jej nie dotyczyła, poza tym że stała się jej przypadkowym, spóźnionym świadkiem. Przez krótki moment, pomiędzy mrugnięciami, między jego źrenicą i własną, czuła się tak, jakby istotnie nie zmienili się wcale – już kiedyś przecież tak na niego patrzyła, on też tak kiedyś na nią patrzył, przeszłość zdawała jej się przez moment namacalna, oddalona o ledwie pojedynczy ruch dłoni, którą wtedy zacisnęła mu na nadgarstku; być może odważyłaby się po to wspomnienie sięgnąć, gdyby nie czuła za swoimi plecami obecności świadka. Rozdrażnienie świerzbiło ją wprawdzie w koniuszkach palców – i może nawet chciała, by Hatley sprowokował ją pochopnym słowem, sprawdzając szczerość jej niespełnionej groźby. Może chciała – właściwie – by sprowokowało ją cokolwiek, byleby mogła udowodnić swoją gotowość do czynu; wciąż jeszcze nie uspokoiła się po tym jak podczas zaprzysiężenia Leacha niebo eksplodowało czerwienią.
Lysander tymczasem zdawał się zdecydowany postąpić jej nie tylko wbrew, ale na złość tym większą – w jej ręce i wyegzekwowaną, wyczekiwaną niecierpliwie, bezpośredniość wcisnął protezę, na której odruchowo, spolegliwie, zamknęła palce. Zaskoczył ją, a kiedy spostrzegła cień kwaśnego uśmiechu na jego ustach i zrozumiała, że wyszarpana sobie przewaga wymyka jej się właśnie z palców, było już za późno na to, by się dziecinnie unosić dumą i protestować, nie upokarzając się przy tym; w każdym razie bardziej niż on to zrobił. Zawstydzenie zapiekło pod skórą – znalazła się w potrzasku, w którego zęby sidła wsunęła się sama; powinna pamiętać, że Hatley najbardziej niebezpieczny był wtedy, kiedy było się przy nim za blisko. Pieszczotliwe moja droga prześlizgnęło się gładko, jak śliski obrus wprawnie szarpnięty spod zastawy, nie wzruszając nic – tylko w naczyniach jej ciała wzburzyła się krew.
Odwrócił się pierwszy, on teraz prowadził przedstawienie; ona za nim, niezdolna spojrzeć panu Thomasowi dłużej w twarz niż na szybkość przepraszającego błysku źrenic. Lysander używał go sprytnie, myślała z przełykaną irytacją, ale miał przecież w tym wprawę.
– Proszę pozwolić – mruknęła, chowając się pod spokorniałością, przeciw której buntowało się w niej wszystko. Przytuliwszy protezę łokciem do boku, dłońmi zaczęła podwijać pusty rękaw starszego mężczyzny, by odsłonić nagi kikut; z wprawą i bez wzruszenia, w końcu przyzwyczaiła się w hospicjum do ciał ludzi, na których historia odcisnęła piętno. Znalazła w tym geście znów przeszłość, w marszczeniach podciąganego materiału, usłyszane kiedyś westchnięcie i słowa uśmiechniętego mężczyzny: ma pani zimne palce, wypowiedziane jeszcze zanim dosięgnęła pozostałej po wypadku części ramienia. Starała się tymczasem nie dotknąć skóry pana Thomasa; czuła się dzisiaj jeszcze zimniejsza niż była wtedy.
Głos Lysandra igrał jeszcze z jej nerwami, pociągając mocniej, kiedy wysunął głowę zza ścianki. Z racji niedogodności, osiadło na skórze, jakby na karku położył jej szorstką dłoń. Zerknęła na niego pochmurnie, zagryzając na języku złośliwą odpowiedź, wyciągając zamiast tego protezę spod ramienia, by nasunąć ją na ciało. Tak jak Hatley zapowiadał, zintegrowała się natychmiast, poczuła, jak jej ciężar przestaje opierać się w jej rękach, obciążając zamiast tego ramię i przez chwilę złość zatarła się, przykryta mimowiedną fascynacją. Przyglądanie się byłoby jednak niegrzeczne, pospiesznie rozwinęła więc rękaw, zapinając wprawnie guziki mankietu na nadgarstku protezy i odsunęła się, by klient mógł włożyć na siebie swój płaszcz.
Podążyła za nim, kiedy się żegnał – by zatrzymać się przy zamkniętych za nim drzwiach, jakby chciała odciąć Lysandrowi drogę ucieczki. Zostali wreszcie sami; powietrze w środku, pachnące skórą i metalem, ścięło się natychmiast, niebuforowane dłużej przez obecność osoby trzeciej.
– Na twój koszt, co za szczodrość – wycedziła z siebie zagryzaną dotąd wstrzemięźliwie myśl, odzyskując rezon. Czuła na policzkach gorący rumieniec; nie zdążyła nawet rozpiąć płaszcza, kiedy weszła tutaj z chłodu i pod warstwą wełnianego płaszcza znów robiło jej się duszno. – Nie powinno cię chyba zaskoczyć, że wydaje mi się wątpliwe, żeby cokolwiek w tym miejscu twoim kosztem istotnie było – parsknęła, sięgając palcami do guzika pod szyją, by go z z nieadekwatną agresywnością wyszarpać z pętelki. – Czy to zresztą nie ironiczne, to wszystko? Te protezy tworzone za pieniądze ludzi, którym poodgryzałeś dłonie po tym, jak ci je przez dobroć albo w każdym razie w dobrym interesie podali? – zmięte rękawiczki upuściła ze zdenerwowaniem na kawałek blatu, obok drobnych metalowych części i skrawków skóry; mówiła do niego z rozpędem i stanowczością, jakby musiała się przebijać do niego przez gruby lód dzielącego ich dystansu i jego domyślnej oporności. – Muszę oddać ci przynajmniej sprawiedliwość, że oszczędziłeś jej obrączkę po zmarłym mężu, chociaż podejrzewam, że nie zawdzięcza tego wcale twojej empatii. Masz do nieżyjącego mężczyzny więcej szacunku niż do pozostawionej po nim wdowy czy po prostu nie było okazji? – wymierzyła weń grot wyzywającego pytania, nie próbując tym razem podchodzić do niego bliżej; nie zamierzała popełnić znów tego błędu tak pochopnie. Pochmurna linia jej brwi zdawała się złagodnieć w krótkim antrakcie, za krótkim jednak, by był zaproszeniem go do zabrania głosu. – Umiałabym wiele zrozumieć, Hatley – dodała lżej, stojąc znów pomiędzy fragmentami jego życia jak drzazga pod skórą. Nie była naiwna ani idealistyczna; sądziła, że nie potępiałaby go tak bardzo, gdyby oszukał człowieka, którego pieniądze inaczej zostałyby zmarnotrawione na przedsięwzięcia, z którymi się nie zgadzała. – Ale czym zasłużyła sobie na to pani Millborrow?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#26
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
18-01-2026, 20:38
Mój teren, moje zasady — próbuję sobie wmówić, że ta maksyma odnosi się dokładnie do obecnej sytuacji, a ja panuję nad każdym, nawet najmniejszym szczegółem owego zamieszania. I przynajmniej na ten moment nic nie wyprowadza mnie z owego poczucia: mogę odetchnąć odrobinę spokojniej, może nie całkiem swobodnie, ale płuca zdają się pełniejsze niż przed minutą. Tyle wystarcza mi, żeby złość odparowała. Tyle wystarcza, żebym poświęcił się na moment porzuconej pracy przy usterce pana Thomasa. Kilka długich szlaczków pisma, dokładne wyjaśnienie co z czym i dlaczego to konieczne do prawidłowego funkcjonowania protezy. W międzyczasie słyszę charakterystyczny „klik”, kiedy opracowany chirurgicznie kikut scala się z moim dziełem. Kilka sekund i będzie poruszał się jak dawniej dzięki połączeniom mięśniowo-nerwowym. Słyszę oddech ulgi mojego klienta. Dostał to, czego oczekiwał. Może nawet i więcej, bo dobrowolnie zrzekam się wynagrodzenia, byle tylko nie posłał dziwnych plotek dalej w miasto. Może dla Natašy to obrzydliwe, może przypomina moment ofiarowania łapówki, dla mnie to jednak gwarant, że mój azyl pozostanie azylem jeszcze przynajmniej przez jakiś czas. Nie chcę znów uciekać. Męczy mnie to, potrzebuję przystanku. Stawiając kropkę na arkuszu, podnoszę się z krzesła i wkładam kartę do szarej koperty z zamiarem przekazania jej Bakerowi. Zadowolony nie pyta o wiele więcej, tylko żegna się i wychodzi. Nie powinien robić mi kłopotów — całe szczęście ma jeszcze nieco taktu, zwłaszcza po dzisiejszych przeprawach z doszczętnie zniszczonym przez nieuwagę mechanizmem.
Zerkam co jakiś czas na Doherty. Przyniosła sztorm w połach płaszcza; burzowe chmury i połyskujące, niczym szpady gotowe do ataku, ostrza wyładowań elektrycznych. Przyniosła wściekłość i niezrozumienie. Mogę jedynie domyślać się, jaką wersję historii przedstawiła jej Millborrow. I jak bardzo bym się nie starał, nawet te najłagodniejsze scenariusze zdają się być moim wyrokiem śmierci. Nie odzywam się wciąż, podążam za starszym mężczyzną do samych drzwi, tak jak i ona. Chyba obawia się, że ucieknę. Nie zamierzam jednak dać jej takiej satysfakcji. Zatrzymuję się i dzieli nas odległość łokcia, może mniej. Wyciągam dłoń, by uchwycić kluczyk, który przekręcam. Czuję niespokojny oddech. Tabliczkę obracam na „zamknięte”, nadal niewiele robiąc sobie z tego, że Doherty stoi tuż przede mną. To, co wywołuje w ludziach dyskomfort, mnie nie obchodzi zbytnio. Przynajmniej w tym aspekcie. Zwykłem zacierać granice, przełażąc przez nie w butach bez pytania.  Uśmiecham się wątpiąc, że uśmiech ten jest cokolwiek przyjemnym.
Rozmowa jest nieunikniona. Nataša nie wyjdzie stąd póki nie wyrzuci z siebie całej frustracji i póki nie wydusi ze mnie słów skruchy. Tyle, że nie mam ich zbyt wiele. Nie jestem oprawcą, choć i do ofiary mi daleko. Historia ta, w pełnej swej krasie, ma tyle niuansów, że braknie nam wieczoru na jej analizę. Nie chodzi jednak i o to, żeby przekonywać ją do czegoś, w co i tak nie uwierzy, bo nasza znajomość nie należy do tych gładkich, przyjemnych, nacechowanych sentymentem. Ma zdanie na mój temat, co gorsza — nie tak odległe od prawdy.
Wycofuję się powoli, zwiększam dystans. Robię to dopóki nie natrafiam plecami na kontuar, o który opieram się łokciem. I ona podchodzi, rzuca swoje rękawiczki na blat. Patrzę na nie, a w uszach dudnią słowa, zarzuty, wątpliwości, gorzkie osądy. Przyjmuję je nad wyraz spokojnie, ale w środku nerwy trzeszczą napinane raz po raz. Ochrania je wyuczona cierpliwość, narzucona przemocą w dzieciństwie przez Lloyda. Cierpliwość czy wyparcie?
Wzdycham.
— Renate upadła niżej ode mnie, skoro wysługuje się tobą — stwierdzam, podnosząc oczy na rozeźloną twarz Doherty. Rumieńce poprzecinane drobniutką siateczką bardziej wyraźnych naczyń krwionośnych, oczy zastygłe w zacięciu — jej współczucie do wdowy wylewa się z ciała, gestów, słów. Może powinienem się zaśmiać, tymczasem jest mi jej żal. Nim jednak do żalu przejdę, muszę rozplątać ten cały bajzel. — Jeśli jesteś taką purystką, na następny raz pamiętaj, że sprawy prywatne powinny takimi pozostać, dla dobra pacjentów. Wiem, że zależy ci na tym, aby mnie upodlić lecz Baker nie powinien tego słyszeć. Możesz wątpić w moje motywy, ale to człowiek okaleczony, potrzebujący pomocy nie zaś wątpliwych komentarzy rzucanych w trakcie próby jej uzyskania. — Nie zamierzam oszczędzać jej karcących słów. Zachowała się w sposób, który nawet dla mnie jest czymś nie do przyjęcia.
— Odgryzam dłonie, które wyciągają ku mnie z dobroci? Dobroci? Na litość… — parskam. Nikt nigdy nie był czysty w swych zamiarach względem mnie. Jakkoliwk to przykro by nie brzmiało. Co zaś tyczy się mojego szacunku do wdowy i jej męża… — Uwierz mi, jeśli ktoś w tym wszystkim był faktycznie pokrzywdzony, to właśnie Cassius. I dziwię się, że Renate w ogóle ma sumienie, by nosić obrączkę na wdowim palcu. — wyrzucam. — Ale proszę, powiedz mi proszę, czym dokładnie nasączyła twoją głowę Millborrow. Dawno nie bywałem w teatrze, a przyznam, że lubię komedie. — Zaczynam wojować złośliwością. Opieram się o blat nieco „wygodniej”. Na Merlina, nie jestem święty, ale sądzić, że Renate jest obrazem cnót jest równie szaloną rzeczą.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#27
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
22-01-2026, 23:32
Musiała powstrzymać się przed złapaniem go za rękę wyciąganą w stronę drzwi zamkniętych za klientem, choć nie obawiała się właściwie, że Hatley spróbuje za nim wyjść – zupełnie jakby sądziła, że trzyma go już w garści, przewrotnie przez to właśnie, że posmakował przedsmaku triumfu nad nią. W tym bezwarunkowym odruchu cisnącym się w kurcz palców kryła się rzecz innej natury: chęć – lub potrzeba – udowodnienia mu, że się przed nim nie cofnie i że jej ta narzucana niedbale bliskość nie dusi. Byłoby to, oczywiście, wierutne kłamstwo: skrócony dystans odczuwała dokuczliwie, przyprawiał ją o dyskomfort i niewygodną niespokojność, wpijał się w nerwy jak przyciasny kołnierz. Ta bliskość, którą egzekwował, była tym gorsza jeszcze przez swoją niefrasobliwość, gorsza niż mógłby być dotyk lub bliskość, którą jednoznacznie mogłaby nazwać świadomie intruzywną, bo z natury i wychowania nie była podobnie do niego niefrasobliwa – podczas gdy dla niego skracany dystans mógł stanowić nieuważność, bezwiedność czy naturalne przydarzenie pomiędzy ludźmi, dla niej mógł być wyłącznie następstwem świadomej intencji, nierozerwalnie związana z aktem decyzji lub nieposkromioną emocją. Jej matka była zawsze kobietą chłodną (choć w opowieściach ojca o ich wspólnej młodości wydawała się przeciwnością chłodu); zdawało jej się, że ojciec był bardziej od niej afektywny, lecz przed wojną – kiedy z niej wrócił, oboje utknęli w jakimś fizycznym poczuciu obcości. Być może matczyny chłód zdążył ją do tego czasu przesiąknąć i zwyczajnie nie potrafiła już bliskości przyjmować, ojcowskiej, platonicznej czy – przez wstydliwie długi czas – także romantycznej. Najłatwiej było ją znosić właściwie, kiedy naładowana była czymś złym: gniewem, napastliwością, drwiną czy pustym pożądaniem – kiedy mogła się jej sprzeciwić albo wyjść jej naprzeciw stanowczo, by ją sobie podporządkować; to przychodziło jej z instynktowną łatwością, kiedy można było traktować ją instrumentalnie. I chciała wyjść jej naprzeciw teraz, odruchem – tylko że naturalna nieuważność, z jaką podejmował ją Lysander, wprawiała ją w skołowanie. Gdyby na nią zareagowała, musiałaby pozwolić mu znowu triumfować i ujawnić przed nim, że ją to drażniło.
Szczęk klucza przekręcanego w zamku zaskoczył ją; zaczynała popadać w alarmistyczną czujność i nie potrafiła stwierdzić, czy to już początek paranoi – czy Hatley rzeczywiście celowo manipulował sytuacją tak, by subtelnościami zasiać w niej przekonanie o jego przewadze; czy może to wcale nie chodziło o wyrachowanie, a przeświadczenie o swojej słuszności. Na ustach zaigrał mu znów uśmiech, wzmagając jedynie węzeł niespokojności zaciskający się pod gardłem; nie odpowiedziała nań, miarkując go uważnym spojrzeniem, jakby próbowała przejrzeć, co pod tym nieprzyjemnym uśmiechem próbuje przed nią schować. Dopiero kiedy się wycofał, odzyskał wreszcie rezon, a myśli przestały krążyć i tropić z przewrażliwieniem za podstępem. Podążyła za nim chyba głównie po to, żeby sobie udowodnić, że nie sprawi jej to kłopotu, dotkliwie świadoma rysującego się miedzy nimi kontrastu: jej napięcia, jego nonszalancji, kiedy opierał się wygodnie o kontuar, podczas gdy sama nie wiedziała, co zrobić ze swoimi dłońmi.
Jego słowa otrzeźwiły ją jak policzek.
– Nie jestem tutaj z jej nakazu – odpowiedziała, z zacietrzewieniem może zbyt pośpiesznym; bo zdała sobie sprawę, że nie ma właściwie o tym pewności. Przynajmniej do tej pory wierzyła, że pani Millborrow zwierzyła się jej ze wszystkiego, szukając jedynie pocieszenia i okazji, by wyrzucić z siebie swoje słuszne rozżalenie; teraz jednak, przypominając sobie, w jaki sposób ich rozmowa się ku niemu skierowała, byłaby zdolna wskazać subtelne ślady intencjonalności, gdyby tylko chętna była je dostrzec. Wiedziała przecież, jakim człowiekiem był Lysander (a przynajmniej tak sądziła); w niewinność wdowy była skłonna uwierzyć prędzej niż przyznać mu do niej prawo. Rozpięła nerwowo kolejne guziki, szukając zajęcia dla rąk i większej swobody oddechu.
– Dla dobra pacjentów czy twojego? – wypomniała mu, wchodząc mu między słowa, ale ich ciągu ostatecznie nie przerywając. W końcu zdobyła się na to, by unieść wzajemnie kąciki ust, w uśmiechu równie nieprzyjemnym, zakrawającym o drwinę, kiedy próbował przekonać ją o swojej trosce o dobro pana Bakera. Zachowała się niegrzecznie, nie mogła się tego wyprzeć, skutecznie ją zresztą skarcił już zawstydzeniem i może nawet słusznie, nie mogła wyraźnie znieść jednak tak ostentacyjnego wojowania cudzym nieszczęściem, by ją utemperować poczuciem winy. – Pan Baker ma prawo wiedzieć, w kim pokłada swoje zaufanie. Ma prawo znać prawdę i na jej podstawie zdecydować, czy chce z twojej pomocy korzystać i czy mu nie przeszkadza, że ktoś inny opłacił ją swoją krzywdą – ostatni guzik wreszcie wyskoczył z pętelki, ale nie przyniosło jej to właściwie żadnej ulgi; w dodatku wciąż nie wiedziała, jak się w tej przestrzeni usytuować, by poczuć się w swojej skórze i złości pewniej. Lysander trwał tymczasem przed nią w nieznośnej swobodności, będąc jakby jej zaprzeczeniem, w każdym szczególe swojej osoby. Zazdrościła mu czasem tej lekkości; tego jak potrafił owijać sobie otoczenie i sytuację wokół palca, nosić je z wdziękiem, jak te lśniące filuternie błyskotki. – Czy uważasz, że ci biedni okaleczeni ludzie nie mają swojego rozumu i nie powinno ich się obarczać taką odpowiedzialnością za siebie; czy obawiasz się raczej, że odkryjesz przypadkiem, że są na świecie też tacy, którzy uczciwość stawiają ponad swoim osobistym dobrem i ci to uwłacza, że nie mógłbyś na nich zarobić? – prowokowała go złośliwością; potrzebowała w tym momencie burzliwej konfrontacji być może bardziej niż wyjaśnienia tej sytuacji, nawet jeśli się nią bezczelnie zasłaniała. Potrzebowała przekonać się, czy Lysander istotnie mógł się zmienić, zanim znów się rozejdą, do następnej wymówki, by znów spojrzeć sobie w oczy, by się nawzajem ocenić, poza słowami. – Jeśli ktoś nie ma wstydu z natury, co mi z tego, że go prywatnie skarcę? Jeśli nie istnieje żaden nacisk, który możnaby zaaplikować skutecznie od wewnątrz, jak choćby sumienie...
To, co mówił o pani Millborrow, było dla niej nieprzyjemnym zaskoczeniem; nie mogła przy tym udawać przecież, że zna ją lepiej od niego. Nie znała do końca natury relacji, jaka łączyła go z wdową, mogła jednak domyślać się, jak bardzo się do siebie zbliżyli. Mógł ją jednak przecież zwyczajnie okłamywać, wiedząc, że ma nad nią tę przewagę, a kłamstwa się po nim właściwie spodziewała, może bardziej niż nienagannej szczerości, o ile miał w danej sprawie interes; a w tej miał go niezaprzeczalnie.
– Gdybyś nie mierzył wszystkich własną miarą, może okazałoby się, że ludzi są, wbrew twojemu przekonaniu, do dobroci zdolni. Kto cię tak parszywie skrzywdził, Hatley? – pytanie, które się jej wyrwało, miało być jedynie nieupilnowaną złośliwością, zbyt późno zdała sobie sprawę, że mogło być co najmniej niestosowne, w najgorszym wypadku: rozstrzygające. Zamilkła, jak gdyby zdała sobie sprawę z jego wybrzmienia w tym samym momencie, co on; jakby spłoszyła ją własna pochopność, jakby odkryła, że trzymała w ustach zawleczkę granatu, którego nie mogła już w porę zakryć żadnym słowem, żadnym workiem piachu.
– Mówiła o tobie tak, że mogłabym uwierzyć w anioły, gdybym tylko miała w sobie krzynę skłonności do wiary i, co ważniejsze, gdybym cię wcale nie znała. Jakby sama w nie uwierzyła, zanim ją okradłeś i porzuciłeś, żeby jeszcze przez kolejne tygodnie odkrywała wciąż nowe niuanse pozostawionego przez ciebie rozboju w jej życiu. I próbowała cię jeszcze usprawiedliwiać przede mną, wyobrażasz sobie? – mówiła dalej, wyraźnie jednak ostrożniejsza niż wcześniej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#28
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
23-01-2026, 17:06
Powracam więc do czasów sprzed ucieczki. Nie chcę tego robić lecz przeszłość goni mnie wciąż i nie pozwala na ostateczne wytchnienie. Sam sobie jestem winien, a mimo to żyje w ułudzie, że to jeszcze możliwe — że odetnę się kiedyś całkiem od popełnianych błędów i zaznam spokoju. Nie jest to jednak prawdopodobnie rzecz dla mnie, bo i tu w Londynie zaczynam odruchowo poszukiwać znajomych wrażeń. Znajomego dotyku i zależności, z których w końcu nie ma innego ratunku jak ponowna ucieczka. Obrzydzenie, nerwowy dygot i pragnienie zmiany, potem spokój i wreszcie lekkie drapanie w trzewiach, które narasta, narasta i narasta — próbując znaleźć ujście. Tęsknota trawi mnie cały czas, odkąd sięgam pamięcią i odkąd ledwo odrosłem ponad blat stołu. Pragnienie akceptacji i uwagi są moją zgubą, a choć przekuwam je na swoją korzyść to nigdy nie pozostają obojętne dla kruchej struktury duszy. Ta rozpada się powoli i coraz mniej w niej ludzkich odruchów, nie tyle względem innych, a samego siebie. Dlatego tak łatwo przychodzi mi przełamywanie granic, dlatego żadna bliskość nie wywołuje dyskomfortu. Skruszone niegdyś granice nie są już żadną przeszkodą, można grabić, plądrować do woli, a mój ból będzie tylko czymś na kształt lichego ukłucia. Otrząsnę się znów i pójdę dalej. Nigdy nie pytam sam siebie — jak mi z tym jest? Co właściwie czuję? Daję i przyjmuję, jeśli jest tylko okazja, a każda niesprawiedliwość odkłada się na stosik omijany skrzętnie przez świadomość.
Renate jest jedynie jednym z tych fragmentów. Nie jest pierwsza, zapewne też nie będzie ostatnia. Zdaję sobie z tego sprawę i zdaję sobie również sprawę z tego, że zawsze wszystko działa na zasadzie transakcji wiązanych. Nie jestem dobry, przynajmniej nie w prostym tego słowa znaczeniu, jest we mnie chaos i podobny chaos do siebie przyciągam. I tylko głupcy lub ludzie bardzo naiwni doszukiwać się będą tu strony winnej. To właśnie sprowadza mnie do obecnej sytuacji. Patrzę wciąż na Doherty znad kontuaru. Niestrudzenie wyciągam kąciki ust w złośliwym grymasie, jakby nie do końca wierząc w to, co właśnie mówi. Może i Millborrow nie wysłała jej przez jasny nakaz, jednak wlała w głowę słowa, które pokierowały już wszystkim dalej bez większego wysiłku. Korzystanie z ludzkich odruchów i dobrego serca nie jest mi obce lecz w podobnych momentach przyprawia o mdłości. Może nie chciała źle, może nie taka była jej intencja, wiele jednak spraw dzieje się poprzez mechanizmy zupełnie nieświadome, warunkujące funkcjonowanie danej jednostki w świecie.
— A jednak tu jesteś. — Odrywam łokcie od blatu roboczego i rozkładam ręce chcąc ogarnąć gestem całą przestrzeń wokół nas. — Nie mam ci tego za złe, jeśli mam być zupełnie szczery — przyznaję. Nadal czuję, że w jakiś sposób zabawiono się jej kosztem. Zabawiono się również tym, że postrzega mnie jednowymiarowo przez pryzmat młodzieńczej niefrasobliwości.
Bardzo nie podoba mi się sposób, w jaki przedstawia sprawę tyczącą się klientów i potrzeby uświadamiania im jak bardzo niejednoznaczne są kwestie finansowania mojej pracy.
— Dość chętnie szafujesz słowem krzywda. Doherty na litość. — Znów czuję spazm braku zgody wędrujący przez ciało. Spinam się na moment, krzyżuję ręce na piersi. Chyba mnie ma. — Owszem, pana Bakera nie powinno to zupełnie obchodzić. Jak i mnie nie obchodzi i nie pytam, za czyje pieniądze kupuje sobie względne zdrowie. — Jestem zdecydowany. Uczono mnie, że nic co dzieje się prywatnie nie powinno mieć wpływu na pracę, bo to rokuje bardzo źle. Poza tym, mówienie, że udzielana przeze mnie pomoc okupiona jest krzywdą innych ludzi pozostaje ogromnym nadużyciem. — To obrzydliwe, doprawdy. Gdybym nie miał sumienia, tak jak próbujesz zaznaczyć, Renate nie miałaby nawet odwagi, by po tym wszystkim spojrzeć komukolwiek w oczy, a ja nie użerałbym się obecnie z Bankiem Gringotta. — Z trudem doszukuję się w głosie wcześniejszej spokojności czy beztroski. Jestem podburzony, bo porywa się na coś, o czym pojęcia nie ma, a co stanowi jedyną wartość, jakiej nie potrafię w życiu zaprzedać.
Coś jeszcze się zapala, gdy przywołuje na usta pytanie o krzywdę. Nie powstrzymuje się nawet, nie próbuje pozostawić pewnych spraw w zamkniętej przestrzeni myśli. Celuje kolejną rzeczą bez skrupułów i myślę sobie, że może to być próba złamania woli w sposób najbardziej parszywy jaki tylko mógłby mi przyjść na myśl.
Zagryzam wargę i zamiast wściekłego wyrzutu pozostawiam wszystko w ciszy. Długiej, niekomfortowej, samego mnie paraliżującej. Nie ma pojęcia, czym próbuje wojować. Nie dam się na to schwytać. Wyciągam palce, próbując zsunąć jeden z pierścieni, wściekle i z zacięciem, które mogłoby wyrwać cały paliczek bez cienia zawahania.
— Oddaj jej, jeśli tak bardzo chcesz. — Rubin odbija się od blatu i ląduje pomiędzy metalowymi szpargałami. — Chociaż wątpię, aby go przyjęła. Bo sama mi go ofiarowała. Tak jak Gibbsowi, Daviesowi i Spencerowi. Kolejno, póki poprzedni się jej nie znudził. Nie zdążyłem go sprzedać, choć może powinienem w pierwszej kolejności — wyjaśniam, a w oczach gra mi tylko i wyłącznie gorzka uraza. Układam w głowie kolejne wątki, które złożyły się na obraz owej relacji, a przede wszystkim jej zakończenia. — Może przemawiać przez nią rozczarowanie, może i ból, cokolwiek. Wierzę w to wszystko, ale obdziera opowieść z własnych grzechów. I uwierz, mam wiele za uszami, ale również mam obrzydliwą tendencję do tego, by mimo wszystko trwać jak wierny pies. Przede wszystkim przy ludziach, którzy właśnie miast dobroci wyrządzają krzywdę. Dają uwagę, by potem ją wykorzystać. Może nie powinienem czuć się przez to usprawiedliwionym, ale przepadło. — Jest mi niedobrze. Przypominam sobie moment, gdy przyszło otrzeźwienie i gdy zdałem sobie sprawę, tam w Cardiff, że nie jestem nikim nadzwyczajnym, a kolejnym nazwiskiem w tabeli ludzi uprzyjemniających Renate nudne życie ze schorowanym mężem. — Nie stroniłem od jej uwagi, nie odmawiałem, kiedy proponowała mi kolejne przysługi i poznawała z fachowcami w mej dziedzinie. To faktycznie moja zachłanność i wina i to, że mi to schlebiało, ale na Merlina, Doherty, to dorosła kobieta. Pokrzywdzona, ale dorosła. Tak samo jak Baker. I tak jak ty mówisz, że ja odmawiam mu własnego rozumu, tak i ty przeceniasz bezwolność Renate. To nie ja zostawiałem jej liściki pod tacą na leki Cassiusa w kuchni, gdy przychodziłem je rozdzielać. I to nie ja, na bogów, czyniłem dwuznaczne uwagi, kiedy tylko opuszczałem jego pokój. Ja nie jestem święty, ale nie mów mi, że ją skrzywdziłem jak nikt inny. Jeśli próbuje mnie bronić to tylko i wyłącznie dlatego, że sama ma w tym udział. Jak myślisz, dlaczego nigdy oficjalnie nie próbowała mnie odnaleźć? Postawić przed sądem? — Ostania rzecz, ostatnia, która ostatecznie ratowała moją skórę. — Czy tak zachowuje się ktoś, kto ma czyste sumienie?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#29
Nataša Doherty
Zwolennicy Dumbledore’a
with defiance, with abandon, with hysteria; like an axe dreaming its way through their throats
Wiek
27
Zawód
zielarz w Św. Mungu, alchemiczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
02-02-2026, 00:40
A jednak tu jestem, pomyślała za nim, płochliwie obserwując, jak ten prosty fakt wybrzmiewa w głuchej przestrzeni, jak zaciska się na jej gardle widmem nałożonego nań postronka cudzej woli. Półświadomym gestem sięgnęła dłonią do szorstkiej nawierzchni blatu, jakby szukając dla siebie oparcia, nie przeniosła jednak nań osi swojego ciężaru, zamiast tego biorąc na oślep pomiędzy palce drobny fragment jego pracy: zimny kawałek metalu o ząbkowanej krawędzi, pozbawiony dla niej znaczenia, dla niego być może newralgiczny. Zaczęła przewracać go w palcach, badać kształt, ostrość ząbków na wrażliwej skórze opuszki. A jednak tutaj była i nie wiedziała dłużej, czy wyłącznie dlatego, że sama chciała tutaj być, czy była ledwie cząstką puszczonego w ruch mechanizmu kobiecej zawiści i czy – jeśli mu zaufa – stanie się znów jedynie nośnikiem jego zemsty. Zimnym elementem o stępiałych ząbkach, posłusznie spełniającym swoje zadanie pod wolą wprawionych w podobnych machinacjach palców. Gdyby miała dla siebie litość, usunęłaby się z tego potrzasku, zanim upokorzą ją doszczętnie. Spiekota wstydu i jego drażliwa duszność zdawały się jednak sprawiedliwsze.
– Nie pobłażaj mi – upomniała go, zarumieniona połowicznie wciąż przez gniew. Przypominała sobie rozmowę z doktor Sanderson przed Mungiem, to uspokajające to nie pani wina, pani Doherty, żeby była jasność, wtedy pozbawione ciężaru, teraz w pamięci nieznośnie ciężkie tak samo, jak jego słowa, ciężkie od przeświadczenia, że należy obchodzić się z nią ostrożnie, wierzyć w jej niezdolność do popełnienia winy, uspokajać przezornie jej nerwy, jakby ulepiono ją z porcelany gotowej roztrzaskać się histerią pod mocniejszym naciskiem. Jeśli mówił prawdę i pani Millborrow nie była wyłączną ofiarą w tej sytuacji, powinien być wszak na nią zły – inaczej musiałby być chyba podobnie do niej naiwny, pozwalając, by ciskała w niego oskarżenia i nastawała na jego reputację tylko dlatego, że – że co? Miała dobre intencje? Szlachetnie patrzyło jej z oczu? Nie wyglądała jak ktoś, kto mógłby ciężar winy znieść; jak ktoś im podobny czy równy? Moira mogła jeszcze spoglądać na nią z wysokości swojego doświadczenia; pobłażania w oczach Lysandra nie mogła znieść.
– Nazywam rzeczywistość tak, jak ją widzę – zrewanżowała się natychmiast. Wyprostował się, skrzyżował na piersi ręce; przewracana w dłoni drobina metalu znieruchomiała, zatrzymana między palcem wskazującym a środkowym jak moneta niezdecydowana między orłem a reszką. Jego krawędzią stuknęła cicho o blat, stawiając cichą kropkę. – Oczywiście, że ciebie to nie obchodzi – powtórzyła za nim, przede wszystkim po to tylko, by nie zostawiać jego słów bez odpowiedzi, wciąż porywczo, nie próbując zagryzać myśli na języku. Częściowo choćby w odwecie za tę pobłażliwość, w prowokacji, by zaczął traktować ją jak człowieka do złośliwości zdolnego, na przekór, na złość jemu i na złość sobie, bo w gruncie rzeczy nie chciała się z nim kłócić tak małostkowo i dziecinnie.
To obrzydliwe w końcu brzmiało uczciwie. Ocierało szorstko nerwy, przyprawiało o kolejny haust zawstydzenia, pozostawiało na skórze głębszy rumiany ślad, wywierało nacisk na tę skorupę, którą obrosła, przesączało się pod nią nieprzyjemnym wrażeniem, że zdołał ją pod nią dosięgnąć, że widział, jaka potrafiła być i co w niej tkwiło, to obrzydliwe. Nie znalazła tym razem dla niego odpowiedzi, wiedząc przecież, że miał rację. Zastanawiając się, czy rzeczywiście ją miał – czy nie była po prostu okrutna, przez naiwność, przez porywczość, przez zgubną potrzebę odkupienia swojej winy przez podobne krucjaty w cudzym imieniu, nieistotne. Myśl ta spęczniała jeszcze w ciszy, która nastąpiła później, nabiegła krwią jak bolesny siniec. Gdyby miała dla siebie litość, nacięłaby tę ciszę spokorniałym słowem, jeśli nie przeprosinami, ale zamiast tego milczała razem z nim, patrząc jak puchnie ona od obustronnej złości, jej niezręczności i jego urazy, jak rozsadza płuca nieprzyjemną świadomością własnego impertynenckiego oddechu, zanim w końcu nie przełamał jej szelest jego ruchów, ostry głos, odgłos pierścienia toczącego się po blacie. W końcu w ustępliwym milczeniu pozwoliła mu mówić, bez złośliwości i bez prowokacji, bez wyłuszczania mu przed nim jego win. Chciała doprowadzić go do tego stanu, przełamać to jego swobodne opanowanie, ale nie czuła żadnej satysfakcji, jedynie narastające zwątpienie, niepewność, instynktowną czułość wobec cudzej – jego – krzywdy. Odwróciła spojrzenie, kiedy wspominał o chowanych pod tacą listach i dwuznacznych uwagach, opuszczając je na swoją dłoń, na zimny element o stępiałych ząbkach. Chyba ją miał – chyba chciała, żeby ją miał. Żeby okazał się wierny jak pies; i żeby nie tylko przy ludziach, którzy go krzywdzą.
W pierwszym odruchu chciała powiedzieć mu, że nie chce wiedzieć, jak wyglądała ich relacja – że nie ma dla niej znaczenia, kto ją sprowokował, jak daleko się w nią zapuścili ani dlaczego. Nie winiła pani Millborrow za to, że próbowała go uwieść ani jego za to, że jej uległ; ani nie miała zamiaru ich w tym świetle rozliczać. Rozumiała wprawdzie samotność i rozumiała, co potrafiła robić z człowiekiem, do czego zdolna go była skłonić i jak łatwo byłoby to osądzać. Samotność była, rzecz jasna, wyjaśnieniem domniemającym niewinności – czy mieli wobec siebie interesowne zamiary od początku, nie potrzebowała o tym wiedzieć i nie zamierzała się domyślać. Może zwyczajnie i szczerze zapałali do siebie sympatią, niezależnie od samotności; nieistotne. Nie miało to dla niej znaczenia; ale odkrywało przed nią coś nowego: zdolność pani Millborrow do rzeczy, których się po niej nie spodziewała. Zwyczajną ludzką wielowymiarowość, której jej odmawiała przez to, że patrzyła na nią być może tak, jak patrzono czasem na nią – pobłażliwie. Z przeświadczeniem, że nie mogła być zdolna do rzeczy moralnie wątpliwych lub zwyczajnie złych.
Potrzask się na niej zaciskał; zastawiony na siebie samą, przez siebie samą. Błędne koło wiecznie popełnianych błędów – tej zgubnej porywczości, skłonności do działania pod wpływem przeświadczeń, opartych choćby na niezweryfikowanej półprawdzie, i wzburzonych emocjach. Anežki też nie potrafiła przecież podejrzewać o zdolność do zdrady. Ani przyznać Vilémowi prawa do obrony, zanim wydała na niego wyrok pochopnością. Nie było to, oczywiście, to samo – wtedy w przerażeniu myślała jedynie o tym, by ratować bliskich; nie mogła powstrzymać jednak przykrego wrażenia, że wciąż deptała sobie po piętach.
– Może tak zachowuje się ktoś, kto się ciebie obawia – była to blada próba utrzymania jeszcze wcześniejszej stanowczości przeciwko niemu, pozbawiona wcześniejszego przekonania, pełna wątpliwości, w jej prawdę i w jego, w siebie, choć próbowała je jeszcze przed nim nieumiejętnie chować: w odwróconym wciąż spojrzeniu i szorstkim tonie głosu. Sięgnęła po rzucony przez niego pierścień, mimo wszystko, podejmując się dalszej gry. – Albo ktoś, kto cię jeszcze kocha i przez to nie może poważyć się na konfrontację, która nie pozostawiłaby więcej miejsca na złudzenia albo chociaż dobre wspomnienie – przetarła kciukiem rubinowe oczko, zastanawiając się istotnie: dlaczego go nie sprzedał? Czy rzeczywiście dlatego, że nie zdążył? – Nie powiem ci, że ci wierzę albo że chcę ci wierzyć. Ale bardzo – podniosła na niego błękitne spojrzenie, znów łagodniejsze, choć ostrożne, stawiając między słowami krótką pauzę: – nie chcę dowiedzieć się, że mnie okłamałeś.
Nie mogłaby chyba wtedy więcej tu wrócić. Ani zastanawiać się z ciepłą ciekawością, jak dotychczas, jak żyje mu się w tej drugiej części świata i czy znajdzie wymówkę, by to sprawdzić.
– Nie myślę o tobie wcale tak źle, jak o tobie mówię. Po prostu bluźnię, bo nie jestem święta. I szlag mnie ostatnio trafia, przez to wszystko – sam wiesz, cisnęło się na usta, ale być może nie wiedział; być może jego ten chaos cieszył, nikogo nie była dłużej pewna. Schowała pierścień do kieszeni.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#30
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
06-02-2026, 22:34
Nie rozumiem sam siebie, próbuję wprawdzie wyjaśniać dokładnie, racjonalizować każdy ruch i decyzję, a i tak ostatecznie, kiedy patrzę na wszystkie elementy z perspektywy upływającego czasu — nie rozumiem. Powinienem wcześniej przewidzieć, że gwałtowna ucieczka z Cardiff nie przyniesie ulgi, a jedynie pęczniejący strach. Bo przeszłość przecież lubi upominać się o swoje.
Renate szuka odrobiny sprawiedliwości w chaosie własnych, niekoniecznie dobrych decyzji. Chce sądzić, że nie zrobiła nic złego, a to całkiem naturalny odruch. Mało kto potrafi dźwigać ciężar grzechów w pełni świadomie. To wymaga skruchy, jasnego powiedzenia „przepraszam”, postawienia drugiej strony nieco wyżej, a o owe wyrazy uniżenia nie podejrzewam zarówno siebie ani Millborrow. Choć w niej może jest więcej elegancji, cechy wypracowanej latami praktyki oraz obycia. Mnie bliżej do szczura mieszkającego w zatęchłym, brudnym kanale, choć potrafię się maskować. Pełne przepychu ubranie oraz błyskotki nie zamaskują jednak ciągnącego się swądu. Gram bardzo nieczysto, często na najprostszych ludzkich odruchach, do których zaliczyć można litość. Nie lubię widzieć jej w cudzych oczach, a mimo to po nią sięgam, bo ten rodzaj upodlenia jest bardziej znośny od szlachetnej odpowiedzialności.
Cała sprawa z Millborrow była od początku dość problematyczna, ale też nie od razu zakładałem, że wyląduję w relacji, której rozplątywaniem potem będę musiał się zajmować. Chęć niesienia pomocy dla jej męża była czystą potrzebą serca, głęboko zakorzenioną w poczuciu, że po to właśnie zajmuję się magimedycyną i protetyką — by nieść ulgę przytłoczonym, schorowanym, pragnącym odrobiny normalności. Nie jestem drapieżnikiem, nie poświęcam swego czasu na wyszukiwanie z premedytacją potencjalnych ofiar, nie zarzucam przynęty i nie panoszę się później niczym choroba w zdrowym organizmie. No… może to ostatnie nie jest tak odległe od prawdy, ale na bogów, ja naprawdę rzadko kiedy planuję podobne przedsięwzięcia. To w rezultacie ujmuje mi nieco z przemyślności, ale i stawia ostatecznie w nieco lepszym świetle. Nie jestem nieczuły. Ja… ja po prostu umiem korzystać z nadarzającej się okazji. Czy to źle? Tego właśnie nauczono mnie w dzieciństwie, bo zależało od tego moje przetrwanie. Wtedy życie było nieco bardziej znośne, a ja miałem okazję, aby uszczknąć dla siebie nieco z obfitości, którą miał dla innych ludzi świat. Może tylko mi wmówiono, że nie zasługuję na nią po prostu? Pewnie gdybym się wysilił nieco, był mniej w gorącej wodzie kąpany, dotarłbym do tego, co mam obecnie bez większych ekscesów oraz obecnych kłopotów. Jest to jednak tylko w sferze domysłów, nie mam w sobie determinacji do sprawdzenia prawdziwości tez. Poza tym, chyba już trochę za późno. Muszę znieść, co sam sobie zgotowałem.
Dlatego nie próbuję uciec, zostaję, wpatrując się w Doherty. Wojuję z jej każdym słowem, a proste próby wybicia mnie z równowagi, tylko wprawiają w jeszcze większą złość. Tym bardziej nie zamierzam odpuścić. Parskam jedynie, kiedy mówi, że jej pobłażam. Jeśli to ją boli, niech marynuje się w owym uczuciu, dla mojego dobra. Nie dbam o to, co sobie teraz pomyśli. Sytuacja nie powinna być komfortowa również dla niej. I choć wplątała się we wszystko bez intencji mieszania w czyimkolwiek życiu, to jednak pozwoliła, żeby wyćwiczona maniera Millborrow wpłynęła na jej osąd.
Poniekąd to straszne, że łatwo o wiarę w słowa kobiety, gorzej zaś, żeby uwierzyć mężczyźnie mojego pokroju. I abstrahując tu całkiem od tego, co sam sobie zgotował męski gatunek swoją dumą i poczuciem wyższości, ostatecznie łatwiej jest jednak uwierzyć w linię obrony kobiety już nieco leciwej, owdowiałej i miękko składającej słowa przy filiżance ciepłej herbaty. Ona ma w sobie rys nieporadności, może zbytniej uczuciowości, skłonności do składania swoich dobrych intencji w dłoniach nieodpowiednich mężczyzn. Ponadto, posiadającej pieniądze oraz wpływy stanowiące tak łakomy kąsek. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja. Wyrok pisze się sam. A przecież może być w niej tyleż samo trucizny. Przypominam sobie, że przecież sam uległem jej czarowi, o ile tak to można nazwać. Miała niezwykle przyjemną naturę, wygląd kobiety dojrzałej, ale przy tym wciąż charakternej, której siwe pasma nadawały jedynie rysu wzbudzającego zaufanie. Miała oczy ciepło złote, z tych, które potrafią kochać czysto, ale też na tyle zapalczywie, żeby nie była to kwestia nudnego przywiązania. Dużo dawała, ale wymagań nigdy nie zamierzała luzować. Towarzystwo, drobne gesty, wreszcie coś, co było niebezpieczne, bo niepohamowanie zachłanne do momentu, w którym przesyt formował się w znużenie. Może mogło to trwać, ale jej macki potrafiły dusić, a potem odrywały się stopniowo pozostawiając pustą skorupę. Postanowiłem jednak uciec przed tymże momentem, by nigdy nie dowiedziała się, że i ja niczym nie różniłem się od poprzednich jej podopiecznych — że byłem w gruncie rzeczy tacy jak oni, czyli nudzący się po pewnym czasie. Została z czymś, czego nigdy nie musiała doświadczać: z brakiem oraz z tym, że została oszukana. Role się odwróciły, bo nie pozwoliłem bym naturalnie popadł w niełaskę, a później, żeby inny zdolny, młody człowiek zajął jej głowę. Czułem wtedy satysfakcję, obecnie nie jestem tego taki pewny…
Dostrzegam cień dyskomfortu na twarzy Doherty. Nie wiem, co obecnie sobie dopowiada, ale stanowi to dla niej najwyraźniej niemiłą niespodziankę. Myśleć o Renate w takich kategoriach? Och. Złość jednak wcale nie znika, wciąż nerwowo zaciskam i rozluźniam palce. Skupiam się na pierścieniu leżącym nieopodal. Palec nosi ślad jego niedawnej obecności i klnę się na własną matkę, z chęcią rozszarpałbym skórę do krwi, żeby nie pozostało na niej choćby najdrobniejsze wyżłobienie.
— Nataša, na bogów, czy ty wierzysz w ogóle w to, co właśnie mówisz? — burzę się i niemal szarpię włosy z głowy. — Boi się? Mnie? Ona? — Może tego, że mógłbym jej dobre nazwisko zmieszać z błotem? Owszem, choć takich jak Doherty jest na pęczki, więc raczej uznają mnie ponownie za kogoś, kto chce wyłudzić kolejne galeony odszkodowania. Nawet afera towarzyska byłaby z tego mierna. — Do morderców czy oprawców mi daleko, to nie moja działka. Gdybym miał ją szantażować, zrobiłbym to o wiele wcześniej, kiedy jeszcze żył jej mąż. Nie chce robić tu wiele, bo wie, że sama nie miała czystych intencji. Jak daleko jeszcze zabrniesz w tym szaleństwie, byleby ją wybielić? — Myśl o tym, że Renate mogła realnie coś do mnie czuć uwiera mnie natomiast jeszcze bardziej. Ogląda wtedy pierścień z namysłem studiuje jego kolor. Mam ochotę uderzyć w dłoń i wytrącić go, by potoczył się w najdalszy kąt pracowni. Może ja sam… może w tym całym szaleństwie najbardziej bolała mnie zdrada Millborrow, a właściwie sama o niej myśl, widmo, krążące gdzieś za plecami? Jestem zachłanny, łapczywie chwytam się ludzkiej uwagi i emocji żywionych w moim kierunku.
Nie, nie… To nie tak. To wcale nie tak.
Zaraz rozsadzi mi czaszkę.
Dlaczego ten pierścień wciąż tu jest?
— Kochała Cassiusa, tego jestem pewien — rzucam wymijająco. — Ja, czy ktokolwiek inny… to coś innego, Doherty. Nie każ mi tłumaczyć, bo tego przecież nie chcesz wiedzieć. Znów grasz nieczysto, wiesz? Rozdrapujesz coś, o czym nie masz nawet nikłego pojęcia, przez kilka jej słów i smutek. Dobrze go znam, uwierz mi. Sam potrafiłem się łapać na jego przynętę i może dlatego znalazłem się w tym bagnie.
Próbuję ostatecznie się wyciszyć, złapać oddech, uspokoić płynące wartko słowa.
— Nie potrzebuję twoich deklaracji, wydania ostatecznego werdyktu niczym ława przysięgłych czy sędzia. Może ani ja, ani Millborrow nie mamy tu pełni racji. Każde patrzy przez pryzmat swoich krzywd. Nie szukaj więc prawdy, bo oszalejesz. A tu pozostaną tylko zgliszcza. Może mogłem być bardziej wyrozumiały, sprawiedliwy, ale nie byłem. I życie przypomina mi o tym codziennie. Nic nie przyszło mi łatwo, nic tu nie jest fanaberią i próbą oszustwa kolejnych ludzi. — Wzruszam ramionami. Nawet bez jej moralnej oceny nadal będę robił swoje — W moim świecie nie ma tak wzniosłych ideałów, do których ty się próbujesz odwoływać. — Nie mam złudzeń. Ale chyba trochę jej zazdroszczę, że ona jeszcze tak potrafi, że próbuje, choć zaraz prostuje, że nie jest święta.
Kiedy chowa pierścień do kieszeni, czuję jakiś rodzaj ulgi, ale też nagłą przeszywającą tęsknotę za czymś, co odeszło bezpowrotnie. Zaciskam delikatnie wargi.
— Może nie różnimy się zatem aż tak bardzo. — Nie wiem czy to odpowiednia puenta dla naszego spotkania. Pozycja obronna topnieje. Czuję zmęczenie, które twardym głazem przygniata mi kark.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 22:04 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.