• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Ogród Whitehall
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
07-06-2025, 15:04

Ogród Whitehall
Otoczony historycznymi budynkami ogród kusi porządnie przystrzyżonymi trawnikami, rabatami kwiatów – przede wszystkim tulipanów, hiacyntów i narcyzów – które rozkwitają wiosną, napełniając powietrze delikatnym zapachem. Drewniane ławki rozmieszczone pod rozłożystymi drzewami zachęcają do chwili odpoczynku i zadumy. Spacerowicze – urzędnicy po pracy, artyści szukający inspiracji lub zupełnie przypadkowi przechodnie – zatrzymują się tu, by na chwilę odciąć się od miejskiego zgiełku. Słychać szelest liści, śpiew ptaków i odgłosy miasta w oddali. Latem promienie słońca prześwitują przez korony drzew, tworząc ciepłą, niemal złotą poświatę. To miejsce, gdzie czas zdaje się zwalniać, a codzienność nabiera łagodniejszego rytmu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
04-01-2026, 22:20
29 kwietnia 1962

Ostatnie spotkanie wydawało się jedynie preludium do dzisiejszej rozmowy – przebiegło przecież szybko, bez pieczętujących decyzji, bez ostatecznych obietnic; przebiegło tak, by chciała wykonać kolejny krok i by mogła poznać postać rzemieślnika lepiej – byle zadać mu więcej pytań, byle doszukać się może cech wspólnych pomiędzy nim, a nią w jego wieku. Być może podejście to było dla niej zgubą i być może chęć zaufania osobie bez doświadczenia sprowadzi na nią nieszczęście, ale Sanderson autentycznie uwierzyć miała, że potrzebowała ludzi takich jak Lysander Hatley – młodych, z olejem w głowie i z ambicją przebijającą sufit podziemi Towarzystwa Naukowego. Wierzyła też, że potrzebuje ludzi bez zobowiązań, bez tak silnie ukształtowanej drabiny wartości i młodych… Na tyle by postrzegali w niej autorytet, który zakwestionują tylko rzadko, może nigdy.
Gdy siedzi na ławce w Whitehall, zauważa zmierzającego tu mężczyznę z daleka – przecież łatwo jest go rozpoznać. Dopiero gdy znajduje się w odpowiednio bliskiej odległości, Sanderson unosi dłoń i wita go mało wylewnym – niemal papieskim – gestem i sztywnym uśmiechem. Przesiadywanie w parku wydaje się czynnością nietypową, ale przedziwnie przyjemną. Pół dnia spędziła dziś w szpitalu, wykonując obchód po oddziale i zapisując zalecenia dla pacjentów na czas jej własnej nieobecności, zaś drugie pół dnia poświęciła na czas z synem – jak zwykle w to jedno popołudnie każdego tygodnia. Wieczór zaś… Wieczór zaś miała dla siebie, nawet jeżeli w czas dla siebie wepchnąć miała towarzystwo angażowanego do pracy zawodowej mężczyznę. Nawet jeżeli pracę pozornie zostawiła za sobą – raporty miesięczne wypełniając już z odpowiednim wyprzedzeniem kilka dni temu.
Ubrana w fioletowy komplet i nienagannie uczesana sugeruje całym swoim jestestwem, że nie skończy dzisiejszego dnia w półmroku biblioteki czy w zimnych murach laboratorium i że z pewnością nie chce skończyć go w domu. Pewnie skończy dziś na hokerze barowym w klubie, obserwując tańczących ludzi i prowadząc z barmanem trzeźwą rozmowę, którą każdy człowiek przeprowadziłby dopiero po pijaku – gdy wszelkie opory opadają, a pan za kontuarem wydaje się najlepszym przyjacielem.
Lubiła robić to pod koniec miesiąca. Lubiła podsumować miesiąc z losowym mężczyzną polerującym szkło, a potem o tym zapomnieć.
– Usiądziesz? – zaproponowała, gdy się zbliżył. W propozycji nie przewidziano wiele miejsca na odmowę – Sanderson siedziała już bowiem, a mowa ciała nie sugerowała, by miała zamiar zaraz podnieść się z miejsca i rozpocząć spacer. Zarzuciła nawet nogę na nogę i przekręciła się na siedzisku w stronę Hatley’a, kiedy ten zajął już miejsce. – Dokończyłeś już projekt nad którym ostatnio pracowałeś? – pytanie rzucone na zachętę, ale przecież nie będą po raz kolejny rozkładać go na czynniki pierwsze. Dopiero gdy odpowiedział mogli kontynuować rozmowę – tak zwyczajną i prozaiczną. – Masz jeszcze jakieś plany na wieczór? Poza naszym spotkaniem.
W końcu na podstawie tego też oceni jego zaangażowanie. Zwykle nie umawiała się z członkami zespołu na wieczorny spacer – zwykle też nie widywała się z nimi sam na sam poza murami College’u, uważając, że ponad dwadzieścia godzin w tygodniu to czas, który wystarcza na rozmówienie się na wszelkie potrzebne tematy.
Nie spodziewa się jednak by musiała wpasowywać się w jego napięty grafik. Spodziewała się, że nie pożałuje jej czasu.
– Jak spędzasz wolny czas? Jesteś młody, robicie coś czego nie robią osoby w moim wieku? – zaznacza różnicę wieku, może różnicę pozycji, jednocześnie zwracając się do niego na ty, wciąż po imieniu. – Relaksujecie się idąc na całość? – pyta, intensyfikując spojrzenie, chociaż w tym pojawia się przewrotna iskra.
Czy mogę spodziewać się, że kiedykolwiek spóźnisz się do pracy bo zabalujesz? Mogłaby zapytać.
- Bo tak robiło się za moich czasów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
11-01-2026, 22:41
Koniec miesiąca przychodzi prędko, bez zbędnych przeciągnięć i zastojów, zwłaszcza jeśli chodzi o moją pracę. Nie mogę narzekać: kilka nowych zleceń, trochę serwisów. Zdaje się, że wszystko to przemawia jednoznacznie za moją rosnącą rozpoznawalnością. Jest ona na tyle widoczna, abym nie musiał się nudzić i abym każdy dzień niezmiennie witał w pracowni, a żegnał nadgodzinami. To powinno niepokić doktor Sanderson, gdyż przez moment mam w głowie myśl nieposkromioną: może nie potrzebuję wcale jej kurateli? Może nie potrzebuję zespołu i badań, bo przecież sam radzę sobie naprawdę dobrze. Może nawet wyjdę w końcu na zero z bankiem i będę żył opływając w niezmącony spokój? Jest to jednak na tyle niewyraźnie uczucie, że nie zamierzam ostatecznie zerwać daty naszego spotkania. Pojawiam się w wyznaczonym miejscu, o czasie, który powinien ją usatysfkacjonować. Bo choć sama już czeka, ja nie narażam się na spóźnienie, przychodzę dokładnie w punkt.
Zdaje się, że obserwuje mnie od czasu, kiedy tylko wyłaniam się z alejki. Ciężko przeoczyć rubinową marynarkę. Wiosenne powietrze pierwszy raz nie niesie w sobie ciężkiego wspomnienia chłodniejszych miesięcy. Jest przyjemnie, rześko… na swój sposób słodko, gdyż kwiaty ścielą się gęsto na plamach żywo zielonej trawy. Sceneria jest urocza, kojąca zmysły i nie dziwi mnie, dlaczego tak wielu mieszkańców Londynu szuka tu równowagi po godzinach pracy. Sam rzadko mam na to czas, więc pozwalam teraz zmysłom przez moment czerpać z dobrodziejstw natury. Nie znam Londynu od tej strony, za bardzo pochłania mnie Howell’s Hand. Podchodzę żywym, sprężystym krokiem. Broszka w kształcie jaszczurki podskakuje niczym żywa w miejscu guzika spinającego ze sobą poły marynarki. Włosy mam może nieco mniej starannie ułożone od tych Sanderson, ale wciąż potrafią nadać szyku. Zwłaszcza w kontraście do tego, co mogła obserwować podczas spotkania w pracowni. Na próżno szukać dzisiaj niechlujnie podwiniętych rękawów i brudnych brzegów swetra.
Uśmiecham się pogodnie, serwuję jej coś kontrastującego do jej własnego, raczej zachowawczego powitania. Bez zbędnych przedłużeń siadam na ławce tuż obok i lekko kieruję całą sylwetkę ku kobiecie.
— Jeszcze nad nim pracuję. Miałem kilka pilnych zgłoszeń, więc musiałem nieco przebudować plan tego miesiąca. — Odpowiadam jej zgodnie z prawdą. Nadal trzymam się zdania, że w kwestiach zawodowych chcę być zupełnie transparentny. Co tyczy się reszty… myślę, że się okaże. Choć też nie mam powodów by nadmiernie się pilnować. — Myślę, że potraktowałem to spotkanie na tyle poważnie, żeby nie wciskać dodatkowych punktów, które mąciły by mój spokój. —
Jeśli ona zaś traktuje to inaczej, nie moja w tym rzecz. Nie jestem aż na tyle rozchwytywanym człowiekiem. Jeśli gdzieś jeszcze później się wybiorę, to zapewne spontanicznie.
Uwaga na temat wieku nie uchodzi mojej czujności. Chce mi o tym przypomnieć, zapewne w jakimś konkretnym celu. Różnimy się, nadal mam świadomość jej wieloletniego doświadczenia, przy którym moje marnieje. Nie odbiera mi to jednak odwagi.
— Przyznam szczerze, że Londyn jest dla mnie nadal stosunkowo nowym miejscem. W Cardiff moje życie było może… bardziej bogatsze? — śmieję się mimowolnie. — Tu zaś przybyłem w konkretnym celu, którym jest moja praca. Początkowo zajmuje ona większość czasu, więc pewnie może się pani spodziewać, że na przyjemności pozostaje go naprawdę niewiele. — Uważnie obserwuję jej reakcję, mrużę oczy. Pyta konkretnie o nic konkretnego. Bo pod iściem na całość można ukryć wiele. Patrzy intensywnie, więc nie odmawiam jej tego samego. Przypatruję się ni to złośliwie ni drapieżnie.
— Za pani czasów… — wzdycham. — Zna to pani z autopsji czy tylko z obserwacji? — Pytam, skoro jest tak bardzo ciekawa.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
14-01-2026, 15:05
Jako mieszkanka Londynu od zawsze – korzystająca z dobrodziejstw teleportacji nawet w czasie własnych studiów – nigdy nie poczuła tęsknoty za czymś mniej głośnym, mniej ruchliwym czy mniej betonowym. Pozostawała w ciągłym ruchu, ale jego oś ciężkości znajdowała się w centrum angielskiej społeczności, a z wiekiem i z natłokiem obowiązków związanych z przewodzeniem zespołowi – coraz rzadziej ma okazję wyruszać do innych brytyjskich miast, nie wspominając o podróżach na Stary Kontynent, którego stałą bywalczynią bywała jeszcze kilka lat temu.
Wycieczki za miasto traktowała jak wizytę w skansenie, nigdy nie rozważając przeniesienia się z Londynu na stałe. Krótkie wizyty w Kornwalii czy na ulubionym wybrzeżu Morza Północnego w Essex były miłe, pozwalały jej poradzić sobie z trudem przebywania we własnej głowie po narodzinach syna czy późniejszej, rychłej śmierci męża, jednak nigdy nie przyciągały jej tak, jak usystematyzowana praca.
To choroba, tak. Ale jeżeli miała na coś umrzeć – skutki pracoholizmu będą dla niej chyba najznośniejsze.
– Pilne zgłoszenia to awarie twoich projektów, awarie projektów innych rzemieślników, nagłe wypadki…? – docieka, bo akurat w jej kontekście i w kontekście potencjalnej współpracy, dociekliwość ma znaczenie. Z pozoru Lysander wyglądała na bardzo zdolnego, młodego twórcę – ale przecież mogła się mylić. Mógł nie tworzyć przedmiotów niezawodnych i o ile rozumiała trudności w integracji i konieczność zmiany zastosowanych technologii, byle osiągnąć jak najwyższy komfort użytkowania – chciała mieć pewność, że nie jest gotowa zaufać komuś zawodzącemu częściej niż to mile widziane.
Mógł być ślicznym, młodym mężczyzną, ale niestety niewiele korzyści byłoby z samej możliwości obserwowania go przy pracy. Szczególnie przy pracy asystenckiej.
– Wyobrażam sobie – zgadza się, kiwając głową. – Wyobrażam sobie, że nie masz zbyt wiele czasu dla siebie. Dlaczego Cardiff, to twoje rodzinne miasto? – dopytuje. Skoro mieli się lepiej poznać, a ona sama nie czuje oporów przed stawianiem się w pozycji niemal dziennikarsko-dociekliwej, będzie to robić. Człowiek składa się w końcu z wielu elementów – jego zdolności i spryt to tylko niektóre z nich. To z jakiego domu wyrósł, kim byli jego rodzice, jakie relacje miał w rodzeństwem. Sama Sanderson nie świeciła w tej kwestii przykładem i mogła dawać znaki co braku umiejętności założenia własnej, ale przecież tak długo jak wciąż znajdowała się przy pewnego rodzaju władzy, jej odchylania od normy nie miały aż takiego znaczenia.
– Z autopsji, a potem z obserwacji – odpowiada, bo przecież nie ma powodu by kłamać. Obecnie – gdy miała ku temu okazję – również nie żałowała sobie. Człowiek wiecznie spięty i podążający za ambitnymi celami prędzej czy później potrzebował przecież chwili resetu – dla umysłu, ale i dla ciała. – Nie będę już krążyć wokół tematu. Chodziło mi bardziej o to, na jakim etapie życia się znajdujesz. Po ludziach w twoim wieku, dorastających w większej wolności wyboru, spodziewam się zarówno chęci utrzymania niezależności i hedonizmu, jak i chęci założenia rodziny, by wreszcie osiąść w jednym miejscu – a nie szukała właściwie ani jednego, ani drugiego. Większość naukowców z jej zespołu to osoby niemal pozbawione życia prywatnego – jednak Lysander był młodym przedsiębiorcą – coś już trzymało go w miejscu, może nawet skuteczniej niż zrobiłaby to rodzina.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
14-01-2026, 20:00
Każde z moich słów zdaje się mieć pewną wagę i zdaje się być rozpatrywane w kontekście wspólnej pracy. Mogłem się tego spodziewać, a jednak zapytanie początkowo wprawia mnie w rozbawienie. Choć jak powiadają — przezorny zawsze ubezpieczony. Moira chce wiedzieć jak najwięcej o mnie, mojej pracy i o tym, z jakimi problemami się zmagam w trakcie jej wykonywania. Zbyt ogólnikowe hasła mogą więc budzić niepewność i pani doktor faktycznie może chcieć doprecyzowania.
— Nie lubię rozprawiać o moich klientach, bo należy im się pewien szacunek, lecz nagminnie wielu z nich nie stosuje się do podstawowych zasad użytkowania protez. Choćby były one wytłuszczone i podkreślone czerwonym atramentem. I o ile nie można mieć pretensji do dzieci, to starsi… cóż — wzdycham. To jedna z tych rzeczy, których nie znoszę. Nie lubię ciągłego tłumaczenia i pouczania. Jedyny plus jest taki, że zarabiam później dodatkowo. — Poza tym, nieprzewidziane, nowe zlecenia, które wymagają dość pilnego pochylenia się nad nimi. W takich sytuacjach ludzki los wygrywa z własnymi ambicjami — wyjaśniam. Poza tym, z tego się utrzymuję, nie zaś z niekończących się badań i dłubaniny nad prototypami. Moira to rozumie. Przecież o to właśnie rozbija się cała sprawa. Nie mam możliwości, by podchodzić do tych kwestii z większą swobodą, a potencjalnie pomoc z jej strony może wiele ułatwić.
Rozmowa mimochodem schodzi na temat, który również zdawał się nieunikniony. Wpleciona między wiersze drobnostka. Krótkie pytanie, które w pewnym sensie obnażyć może największy i najbardziej newralgiczny punkt mojego życia. Nie jest to jednak jednocześnie coś, o czym w ogóle nie rozmawiam. Mogę się wstydzić i ten zaszyty w głębi duszy wstyd może napędzać większość moich działań lecz lawirując w pół prawdach umiem utkać taki obraz, który nie będzie specjalnie sprzeczny z rzeczywistością, ale i nie przepełniony nadmierną szczerością. Dostanie coś pomiędzy i to powinno wystarczyć. Nie sądzę, że będzie chciała grzebać dalej.
— Nie, moja rodzina mieszka w Ipswich. Mieszkała — prostuję niespiesznie, w sposób, który może sugerować, iż sam nieco się wciąż w tym gubię. — Cardiff zdarzyło się nieco później. Wujek był marynarzem, zabrał mnie i mojego brata po wojnie właśnie tam. — Lloydowi raczej daleko do marynarza w tradycyjnym słowa tego znaczeniu. Pozostanę jednak oficjalny… i póki co wylewny na tyle, na ile potrzeba. Nie precyzuję też, którą wojnę mam bardziej na myśli czy mugolską czy też naszą… W sercu noszę blizny po obu…
Doceniam wreszcie i większą precyzję z jej strony, chce być dobrze zrozumiana, bo wiele od tego zależy. Tak jak już odczułem to kilka minut wcześniej, nawet podczas nieoficjalnej rozmowy, każde słowo ma znaczenie.
— Czyli obecnie tylko obserwatorka? — dopytuję. Zupełnie szczerze zaciekawiony. Wszystko działa w obie strony i choć pewnie nie powinienem się obawiać, że przyjdzie pewnego dnia ledwo żywa po nocy pełnej wrażeń, to jednak chcę wiedzieć, kim jest Moira Sanderson, gdy praca schodzi na dalszy plan. Zapewne to rzadkość, ale na Merlina, czterdzieści lat i wdowieństwo niczego nie przesądzają. — Boi się pani, że coś lub ktoś stanie pani… naszej pracy… na przeszkodzie? — śmieję się i opieram o ławkę, by spojrzeć w niebo rozdarte różową łuną. — Myślę, że wie pani doskonale na jakim etapie jestem i co jest dla mnie ważne. Założenie rodziny to wzniosła rzecz, lubię obserwować kwitnące życie, jednak zdaje się, że nikt we mnie nie zaszczepił podobnego dążenia. Lub sam go nie odkryłem jeszcze. Co się tyczy pierwszego… Lubię otaczać się ładnymi rzeczami i ludźmi… ale czy można nazwać to już hedonizmem? — Wzdycham i myślę przez moment. — Myślę, że wciąż szukam. I obecnie Howell’s Hand jest moim przystankiem oraz czymś w co szczerze wierzę. Jak dalej sprawy się potoczą... — Wzruszam ramionami. Powinna poczuć, że wiele zależy od niej. Mniejsza już czy to prawda czy też mój blef.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
18-01-2026, 16:42
Uśmiecha się dość mechanicznie, kiedy narzeka na pacjentów (klientów?), jednocześnie nie chcąc narzekać na pacjentów. Rozumiała tajemnicę lekarską, rozumiała jej powagę i wstyd który mogłaby potencjalnie czuć, gdyby jej medyk objawił światu jej tajemnice (chociaż większość jej lekarzy to również jej dobrzy znajomi…). Rozumiała też jednak, że dopóki nie padały tu nazwiska, mogliby przecież…
– To godne poszanowania – stwierdza na wstępie. – obchodzenie się z tematem niezbornych klientów w tak elegancki sposób. Ale między nami nie musisz czuć się jakkolwiek ograniczany. Gdybyś chciał ponarzekać, nie wymieniając nazwisk i imion – rzecz jasna – chętnie wysłucham i zapomnę – albo nie zapomnę, mogłaby powiedzieć, ale w rzeczywistości zapomniałaby o każdym przypadku, który nie pozostawał wyjątkowy, szczególny, godny chwili wytężonej uwagi. – Osoby zwracające się po pomoc do zespołu to niezwykle wdzięczni pacjenci, nigdy nie powiem o nich złego słowa, ale sam mówiłeś, że praktykowałeś leczenie w Cardiff. Obcowanie z pacjentami, często ignorującymi wszelkie zalecenia, to… – wykonuje dłonią prosty gest, jakby samą siebie zmusić chciała do oddychania powoli, spokojnie; do ukojenia się i nie drążenia tego jakże irytującego tematu. To tylko gra – widać to w końcu gołym okiem. Sanderson irytuje się na pacjentów – zdarza się jej to często, nawet jeżeli werbalizuje to rzadko – ale siedząc tutaj na ławce, zupełnie oderwana od szpitalnej rutyny, doskonale radzi sobie z emocjami.
Gdy lekko mota się w temacie swojego pochodzenia, Sanderson przygląda się jedynie jego oczom. Nie wygląda na typowego mieszkańca wysp – świadoma jest jednak, że Imperium Brytyjskie posiadało wpływy długie i szerokie. Część przepisów pozwalała na swobodny przepływ obywateli całej Wspólnoty Narodów, co zazębiałoby się z zakończeniem… Każdej wojny. I tej mugolskiej, i tej czarodziejskiej.
– Kiedyś spędzałam prawie każde wakacje w twoich rodzinnych okolicach. No, prawie. Nieco bardziej na wschód – pozwala sobie na dygresję. Nie dopytuje dalej – wujek marynarz sugerować mógł, że rodzina posiadała zagraniczne naleciałości. Była jednak jedną z ostatnich osób, której przeszkadzałyby zagraniczne korzenie. I tak ponad połowa jej zespołu mówiła po angielsku z zagranicznym akcentem. I często bardzo nieskładnie.
Uśmiecha się jedynie przebiegle na jego dociekanie.
– Nie tylko, ale w przewadze… Dopytujesz, bo chciałbyś zobaczyć mnie w akcji, Lysandrze? Gwarantuję ci, że nie nie ustępuję werwą młodszym koleżankom – mówi prędko i z pewną drapieżną manierą, próbując go zawstydzić. Dalsze tłumaczenie przyjmuje ze skinieniem głowy. To dość… Znana postawa. Sama przecież była wyznawczynią podobnej. Wcale nie chciała zakładać rodziny i na własnej skórze poznała ograniczenia wynikające z zaistniałej pomyłki. Nie zamierzała kłócić się z tym, że posiadanie dziecka… Otwierało niektóre drzwi. Wiedziała jednak, że przez drzwi te przechodzić raczej nie chciała. Większość matek w jej wieku posiadało dzieci nastoletnie, nie kilkuletnie. Nie umiała nawiązywać z nimi odpowiednich relacji. – Nie wiem czy to hedonistyczne. Wydaje się za to dość ludzkie. Jeśli mogę sobie pozwolić na taki komentarz – w twoim wieku też nie czułam potrzeby zakładania rodziny. Mam lat czterdzieści i wiele się w tej kwestii nie zmieniło – uśmiecha się ukradkiem. – Może dożyjemy czasów, kiedy status matrymonialny czy dzietność nie będą powodem do wytykania ludzi na salonach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
19-01-2026, 19:43
Nie szukam spowiednika, moja dusza nie potrzebuje oczyszczenia, podobnie jak i głowa zaprzątnięta sprawami bieżącymi. Mówię o moich klientach tylko i wyłącznie dlatego, aby zobrazować jej prawdę o problemach z utrzymaniem terminów, jeśli chodzi o pracę własną. Uśmiecham się więc nieznacznie, kiwam niemal niezauważalnie głową, aby przyjąć ofertę, nic więcej. Nie mówię, że zamierzam korzystać ale też nie jestem na tyle nieuprzejmym, żeby odrzucać wyciągniętą rękę. Kiedyś porozmawiamy… kiedyś… bliżej nieokreślone kiedyś, zawieszenie sprawy w próżni. I wilk syty, i owca cała.
Wysłuchuję dokładnie tego, co sama ma mi do powiedzenia w kwestii pacjentów; próbuję wyobrazić ją sobie przy pracy, to jak się do nich odnosi, jak wyglądają ich rozmowy, w jaki sposób przekazuje konkretne informacje. Nie tylko ona chce zrozumieć, ja też potrzebuję wiedzieć. Sprawdzamy więc czy zbieżność naszych opinii będzie do przyjęcia czy mamy kompatybilne wyobrażenia na temat pracy i świata. To drugie jest może nieco mniej istotne ale jestem daleki od stwierdzenia, że przy odrobinie dobrych chęci każdy z każdym może się dogadać. Są kwestie, których nie da się przeskoczyć.
— Zdaje się, że nie ma warunków idealnych, a praca na żywym organizmie ma swoje trudy. — Opieram się znów lekko o żebra ławki. Zamykam temat spokojnie, bez oznak, że w ogóle chcę dalej o tym rozprawiać. Bo przecież praca miała być dzisiaj ostatnią z rzeczy poddawanych dyskusji.
Uprzejmie komentuje również kwestię mojego rodzinnego miasta. Widać, że nie potrzebuje większej ilości informacji, przynajmniej na ten moment. To mnie cieszy, bo sam nie chcę się zbytnio uzewnętrzniać na pierwszym takim spotkaniu. Nie sądzę też, żeby to miało aż tak ogromne znaczenie.
— Och, musi więc pani mieć więcej wiedzy na temat tamtego regionu ode mnie. Nie odwiedzałem Ipswich, ani nie bywałem w pobliżu, odkąd je opuściłem w dzieciństwie. — Kwituję rzeczowo, nie pozostawiając cienia wątpliwości, iż jest mi to kwestia zupełnie obojętna. Nic, co powodowałoby jakikolwiek sentyment. Wypieram tamte fragmenty mojej historii, bowiem są bardzo bolesne. Zapewne mugloska część rodziny jeszcze tam mieszka…
Przysuwam się nieco bliżej niemal jak na komendę lub rzucone mimochodem wyzwanie. Uśmiech drga wciąż, nie chowam go ani na chwilę, wyraźnie zachęcony bardziej swobodnym przepływem słów.
— Kuszące — stwierdzam. — Owszem, nie miałbym nic przeciw. Mamy lepiej się poznać… I tak jak pani ma pewne oczekiwania, tak i ja… mam pewne standardy… A zapewnienia? Raczej żadne z nas nie opiera swych osądów jedynie na słowach. Gdyby tak było, już dawno siedziałbym gdzieś obok pani biurka i przerzucał nieznośne papiery. — Nie kryję ciekawości ale i wyzwania rzuconego mimochodem. Nie jestem pewien czy je podejmie i czy tylko jej nie rozbawię. Ale i to będzie dla mnie wystarczającą informacją. Poczuwam się w obowiązku, aby wetknąć kij w mrowisko i raźno nim pogmerać. — Los jest przewrotny, ale rozumiem, że ciężko uciekać przed pewnymi konwenansami, zwłaszcza kobietom. Mężczyzna może być lekkomyślny, może mieć w sobie żywego Piotrusia Pana, nawet jeśli w jego żyłach płynie znakomita krew. To jeszcze uchodzi. — Potem oczy zapalają mi się żywo. — Czy nie byłoby to wspaniałe? Proszę pomyśleć, jaka energia, jaki potencjał człowieka, gdyby nie tracić czasu na takie dywagacje… gdyby zaakceptować czyjś wybór po prostu, bez starania się, by wepchnąć go mimo wszystko w jakąś formę. — Nie jestem wprawdzie przekonany czy złamanie całego porządku jest rozwiązaniem idealnym. Sądzę jednak, że właśnie Moira i inne kobiety zyskają na nim najwięcej. Bo to kobiety, jeśli nie są wciąż natarczywie podporządkowywane pewnym ideom, zyskują przestrzeń na rozwój swojego ogromnego potencjału. Co zaś z mężczyznami? Paradoksalnie możemy stracić na tym naprawdę dużo…
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
22-01-2026, 14:38
Odpowiedź na temat stolicy hrabstwa Suffolk interesuje ją za to znacznie bardziej, niż pierwotne prędkie nakreślenie swojego pochodzenia. Czyli nie bywał tam – twierdził, że nie znał tej okolicy, opuścił ją i nigdy nie wracał – być może nie miał więc rodziny innej od wujka, marynarza. Mimo wszystko – Sanderson ma w pamięci to, jak młody pozostawał – jak niewiele lat po Hogwarcie zdążył przeżyć na swoim, “na wolności”. Nie musiało to wcale oznaczać, że nie znosił swojej rodziny – nie musieli wcale mieć w tej kwestii wiele wspólnego.
– A czym zajmowała się twoja rodzina? – próbuje zaspokoić swoją ciekawość, chociaż podchodząc do tematu od nieco innej strony. Sama nie od początku wiedziała kim pragnie zostać – sądziła, że więcej czasu poświęci alchemicznym recepturom, niż faktycznej, magimedycznej pracy. Gdyby nie charyzmatyczny profesor, którego poznała już na pierwszym roku studiów na Evershire – być może nie spotkaliby się tu nigdy. Być może żyłaby zamknięta w czterech ścianach pracowni i nigdy nie garnęła się do pracy nad magiczną protetyką. – Ktoś zajmował się magimedycyną? Zaklinaniem? – pytanie doprecyzowujące, które pada z jej ust może dotyczyć zarówno perspektywy wspólnej pracy, jak i przyczynić się do ogólnego poznania. Sama nie znosiła rozmawiać o swoich krewnych – zwykle mówiąc po prostu, że ci pozostawali wyłącznie nikim ważnym i nie pomogli jej w karierze. Jeśli otrzyma dziś te pytanie – na pewno udzieli odpowiedzi zgodnej z powyższą formułą.
Ale ten dosuwa się do niej w momencie, kiedy niemal spodziewałaby się łagdonego wycofania z tematu. Lysander nie peszy się, a Moirze wydaje się w ten sposób, że poznaje go trochę lepiej. Nie jest pruderyjny – jest wręcz prowokujący. Gdyby temat był rozgrzaną blachą – położyłby na niej otwartą dłoń, by sprawdzić, w jak atrakcyjny wzór ułożą się oparzeniowe bąble?
Nie odsuwa się, a jedynie unosi kąciki ust w reakcji na jego “standardy”.
– Nie zapomniałeś się czasami? – ostrzega, taksując jego twarz, jego włosy, jego ogólną prezencję. Nosił się inaczej – może był po prostu produktem swoich czasów, a może posiadał coś, co młodsi czarodzieje mogli nazwać dobrym gustem? Wyjątkowym gustem? Sanderson nie mogła tego wiedzieć, może tego gustu nie posiadając. Miała jednak w sobie chyba… Pewien bunt. Jako jedna z niewielu lekarek na oddziale – do pracy zawsze nosiła spodnie. – Na twoim miejscu nie drwiłabym z moich zapewnień, Lysandrze. Za większością z moich słów stoją lata doświadczenia – nie są więc puste. – upomina go poważnym tonem, źrenicami śledząc ruch jego oczu. – Ale skoro chcesz porównać się do moich standardów w tej jednej, przytoczonej kwestii – możemy pójść pod rękę ku chwilowemu zapomnieniu – sili się na pewną przerysowaną poetyckość, w oczywisty sposób jedynie się z tego nabijając. Ale nie oszukuje go przecież – i tak zamówiła na ten wieczór opiekę nad dzieckiem. I tak nie musiała wracać do domu wcześnie.
– Może nawet szczególnie, kiedy w jego żyłach płynie znakomita krew, Hatley – wtóruje mu. Bardzo cieszy się, że mają w tej kwestii podobne zdanie – wydaje jej się, że dopiero teraz trafiają na temat, który może pozwolić im na odnalezienie prawdziwie wspólnego języka. – Sami jako ludzkość nakładamy sobie tak bzdurne ograniczenia. Wartościujemy się na podstawie czegoś, co zrobić może przecież każdy człowiek – wcisnąć sobie na palce nic nie znaczące obrączki, złożyć nic nie znaczące obietnice, kopulować jak każde zwierzę, wypchnąć na świat życie jak każdy ssak… – mówi z przekąsem. Nie powiedziałaby tego członkowi rodziny – ale może powiedzieć to młodemu mężczyźnie, który widocznie nie znosił konwenansów. To prawda - Moira miewałą tematy, w których zacietrzewiona była wręcz okutnie, nie znosząc żadnych zmian. To nie był jednak jeden z nich.– Czujesz się niewolony jakąś formą, Lysandrze?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Lysander Hatley
Czarodzieje
Marność nad marnościami
Wiek
25
Zawód
twórca magicznych protez w Howell's Hand
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
7
10
Magia Lecznicza
Eliksiry
15
4
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
22-01-2026, 22:13
A jednak temat rodziny powraca niczym bumerang; cieszyłem się zbyt prędko, że to coś, co Moira chciała zbadać jedynie pobieżnie. Muszę więc zatrzymać się na moment i ubrać w słowa dzieciństwo, a właściwie podstawowe z niego fakty. Nie mam jej za złe, że poszukuje wzorców będących rodzinną schedą, wszak te stanowią oś i często determinują, jak bardzo człowiek jest przywiązany do pełnionego zawodu. Wprawdzie czasami ambicje rodziców, które są przekazywane w spadku dzieciom, często przypominają bardziej brzemię niż faktyczne szczere pragnienia, jednak na ogół, jeśli czymś nasiąkniesz za młodu, raczej z łatwością tego nie wyplenisz. Uśmiecham się łagodnie.
— Matka była akuszerką — wyznaję głosem matowym, pozbawionym emocji. Tak naprawdę coś we mnie drga; dzieję się tak ilekroć wspominam Sarah. Nadal nie akceptuję jej śmierci, choć żyję bez niej dłużej niż z nią. — Reszta rodziny raczej bez szczególnych powiązań, choć bodaj babka, również od strony matki, pracowała w szpitalu w Ipswich. Niestety, nigdy jej nie poznałem, bo zmarła na długo przed moimi narodzinami. — Pracowała i pomagała zarówno czarodziejom jak i mugolom. Podobno wtedy poznała mojego dziadka, człowieka o krwi pozbawionej potencjału magicznego. Mama nigdy o niej nie wspominała, albo też i mówiła, lecz byłem zbyt mały, żeby przwywiązywać do tego uwagę. Nie wiem, jakie stanowisko zajmowała. O rodzinie ojca nie wypowiadam się wcale. To coś, czego lepiej nie ruszać.
Moira chyba nie tego się spodziewa, kiedy niestrudzenie brnę pod prąd jej słów. Nie jestem zbyt wstydliwy, na pewno trudno mnie zniechęcić, a już na pewno nie speszyć. Trafiła kosa na kamień. Wzdycham i kręcę głową.
— Proszę mi wierzyć, rzadko decyduję się na słowa, których bym później żałował — stwierdzam odważnie. — I nie drwię z pani zapewnień w żadnym razie… — Odwracam się jeszcze mocniej w jej kierunku, zarzucam rękę na oparcie ławki, zagarniając tym samym jeszcze więcej przestrzeni. — Ja takie rzeczy traktuję śmiertelnie poważnie pani doktor, dlatego sądzę, że obecnie pani porusza się w dość niebezpiecznym kierunku z czego ja zamierzam skorzystać. — Nie kryję zamiarów, bo nie ma po co. Do pewnego momentu to wszystko gra, ale nawet ta najznakomitsza, osnuta tysiącem niedopowiedzeń, zaczyna nużyć. Pójść więc wspólnie pod rękę w Londyn? Chętnie.
Przypominam sobie porównanie, którego ostatanio użył w stosunku do sytuacji z zespołem badawczym Axel. Zastanawia mnie tylko czy faktycznie mogę sobie przypisać rolę Fausta. Przewrotnie sądzę, że wiązanie co do sprzedaży duszy jest w tym momencie o wiele bardziej złożone. Nie jest tak, że oddaję się bez zahamowań i bez baczenia na własny los. Wchodzenie w konszachty ze mną potrafi nieść równie uprzykrzające, choć spowite w słodycz, konsekwencję. Nie przeceniałbym więc tego wysublimowanego porównania. Każde z nas ma diabła za skórą.
Widzę, że przygląda się mi przez dłuższy czas, takie drobnostki nie umykają mojej uwadze, bo jestem na nie bardzo wyczulony. Czasami ciężko jest zmienić perspektywę, świat zdaje się kręcić wokół mnie, nigdy odwrotnie.
Moje słowa ją ożywiają, przynajmniej teraz zdaje się odpowiadać z pełnią poruszenia. Dobitnie, obrazowo. Chyba dobrze trafiam z moim przekazem. Kiwam, zgadzając się z tym, co mówi.
— Nie stoi nade mną żadna rodzina, pani doktor, nikt kto mógłby próbować narzucić na mnie jakiekolwiek ograniczenia. Nikt nie oczekuje, że przyprowadzę pannę, że przedłużę żywotność rodu — wyznaję. — Jestem też na tyle mały w tym świecie, aby moje wybory nikogo nie obeszły. — To przywilej. Mógłbym rzec. — Krew jednak potrafi uwięzić o wiele mocniej i to chyba coś, przed czym nie ucieknie żadne z nas — dodaję. To coś, co więzi nas najmocniej i co grzeje opinię publiczną. Coś co dzieli społeczeństwo od zawsze. I nie chodzi mi już nawet o to, ile kto ma w sobie z mugloskiej krwi, ale o to, że są ludzie, którzy próbują separować swoje nazwiska grubą kreską. Czy przemawia przeze mnie niechęć do rodów krwi błękitnej? Być może. Ale moje pobudki wiążą się z raną czysto osobistą, nie sądzę, żeby inni czuli to w ten sam sposób.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Moira Sanderson
Akolici
It's gotta happen, happen sometime
Maybe this time I'll win
Wiek
40
Zawód
Naukowczyni, magichirurg
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
wdowa
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
5
5
Magia Lecznicza
Eliksiry
24
5
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
5
Brak karty postaci
26-01-2026, 21:42
Kiwa jedynie głową. Kariera akuszerki należała zarazem do karier w pewien sposób najwdzięczniejszych, a zarazem najbardziej niepociągających dla samej Sanderson. Nie lubi kłamać, więc woli nic nie mówić – a że woli nic nie mówić, to nie odnosi się zupełnie do wspomnienia reszty rodziny Lysandra, zauważając, że ta albo nie ma zbyt wielkiego znaczenia w kształtowaniu jego życiowej ścieżki, albo ten sam nie ma problemów z kłamstwem i po prostu zbywa temat w taki sposób, by powiedzieć coś, ale po prawdzie nie powiedzieć nic. Moira nie ma w sobie tak wiele paranoi, by trzymać się tej myśli mocno, zakłada więc, że tak samo jak ona – Hatley nie sięga do rodzinnego domu po inspiracje.
Sięga za to coraz odważniej ku jej towarzystwu – ramieniem na ławkę, wektorem twarzy w jej kierunku… Cóż, chyba sama się o to prosiła. Młodzi mężczyźni bywają właśnie tacy – cholernie uparci i skorzy do ryzyka. Nie wiedziała czy otwartość ta była tylko tanią sztuczką na kupienie jej sympatii, czy może faktycznym elementem jego usposobienia – a może jedno i drugie?
Lysander nawet swoim strojem świadczył o… Otwartości na rozwiązania niekonwencjonalne. Wyglądał po tysiąckroć lepiej niż jego zakład, a i w zakładzie nie miał na sobie tak intensywnych kolorów. To wszystko nie mogło być przypadkowe – miał o sobie wysokie mniemanie, może zbyt wysokie – poznała to w trakcie ostatnich spotkań i zauważała to dzisiaj. Nie wiedziała jeszcze czy jest mu w tym do twarzy, czy może mierzi ją konieczność użerania się z kimś o… Trudnym usposobieniu. Nieoczywistym usposobieniu.
– Niebezpiecznym kierunku, Lysandrze? – dopytuje, nie ustępując i zarzucając nogę na nogę w taki sposób, by czubek buta bez problemu sięgnąć mógł jego piszczela. Jeśli chciał dalej pochłaniać sąsiednie prowincje – musiał liczyć się z możliwym oporem lokalnych władz. – Ignoruję niebezpieczeństwa, póki te nie dyszą mi na kark – odpowiada kąśliwie, pewnie niezgodnie z prawdą, ale spójnie z ogólną narracją.
Z jego postawą… Zaczyna się właściwie zastanawiać czy ten powinien być asystentem zaklinacza, asystentem konstruktora czy może asystentem jej samej. Z pewnością ma więcej charyzmy – nawet tej prowokująco-irytującej – niżeli ćwierć jej zespołu. Z pewnością jest interpersonalnie lepszy od prawie każdego, prawdziwie oddanego pracy naukowca. Może ma więcej z Adama – może ma więcej z niej – może nie istnieje po to by pracować nad projektami własnymi dłońmi, a koordynować prace i negocjować lepsze warunki w oparciu o swoje techniczne talenty?
Doradziłaby mu to, ale nie przyszli tu po to by rozmawiać o pracy. Poza tym, może jeszcze coś by sobie… Dopowiedział. Że jego pozycja jest pewna, a przecież sama jeszcze pewna tego nie była.
– Masz rację, ale i mylisz się, Lysandrze – odpowiada na jego stwierdzenie. Tak - rodzina bywała niekiedy kulą u nogi, ciągnącą się ciężko i boleśnie. Nie – mogli przecież od tego uciec. Sanderson uciekała do tego od roku 46, znajdując pocieszenie w szeregach Akolitów. – Znam wielu światłych czarodziei dla których status krwi nie ma znaczenia. Dla których poglądy niektórych wielkich rodów to powód do migreny. Irytowało mnie to od najmłodszych lat – błękitnokrwiści chłopcy, którzy za te same zasługi, otrzymywali bardziej lukratywne nagrody. Czasami uciekali od konsekwencji, chowając się za plecami swoich wpływowych tatusiów… – uśmiecha się subtelnie, chociaż z ewidentnym przekąsem. Pauzą chce upewnić się, że wciąż słucha jej uważnie. – Wiem, że mieliśmy nie rozmawiać o pracy, ale to dygresja chyba bardziej osobista… Nigdy nie chciałabym, by ktoś w moim zespole czy na moim oddziale był traktowany inaczej ze względu na czystość krwi – widocznie chciała, żeby to wybrzmiało. – Chciałabym, by tak bzdurne tematy nie zabierały mi dobrych pracowników, a chorym szansy na leczenie – mówi, ale kończy, a po tonie czuć, że nieco się… Zagalopowała. Nie znosiła emocjonalności czy przesadnego dramatyzmu, ale widocznie w tej sytuacji, z tym młodym mężczyzną i w tym temacie… Pozwoliła sobie na drobną suspensę. – To dla mnie ważne. Jeśli mamy kiedykolwiek współpracować, a szczególnie jeżeli mamy się lepiej poznać – musisz to wiedzieć.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 20:13 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.