• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Cardiff > Sklep magibotaniczny "Senny Fruwokwiat"
Sklep magibotaniczny "Senny Fruwokwiat"
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
12-09-2025, 11:47

Sklep magibotaniczny "Senny Fruwokwiat"
Zaprasza do niego duży drewniany szyld w kształcie fruwokwiatu w amarantowym kolorze, ozdobiony złotawym napisem układającym się w nazwę przybytku. Po przekroczeniu drzwi wejście nowego klienta zapowiada wesoły dzwonek, ani za głośny, ani za cichy, a od pierwszego kroku w nozdrza uderza bukiet przepięknych kwiatowych woni. Główne pomieszczenie składa się z różnych alejek, stworzonych w sposób organiczny - poprzez ułożenie donic oraz podłużnych drewnianych stołów zastawionych mniejszymi naczyniami. W każdej donicy pyszni się zdrowa roślina, a choć zdecydowana większość z nich to gatunki magiczne, to w swojej ofercie sklep posiada też różne rodzaje pozbawione czarodziejskich właściwości. Opłatę można uiścić przy ladzie, na której dumnie spoczywa tytułowy bohater - leniwie kołyszący się w tę i we w tę fruwokwiat. Stricte pracownicza część sklepu to tylna sala, gdzie znaleźć można gatunki wymagające szczególnej opieki, a dalej także całkiem spory segment szklarniowy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#31
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
22-01-2026, 23:53
Dyplomatycznie nie odpowiedział, że urodziny bywały najlepszym czasem w jego życiu—nie zamierzał spierać się o to, jak rozumieli wagę tego dnia, skoro Leonie podchodziła do tego całkowicie inaczej i jeszcze wyjaśnienia kosztowały ją tyle zakłopotania. - Raz w roku będzie bardziej wyjątkowo. Ale zrobisz to dla mnie—tort, prezenty, wszystko? - utrzymał żartobliwy ton, ale spoglądał na nią z przejęciem. Właściwie przez minione lata też zaczął trochę bardziej kameralnie obchodzić własne urodziny (nie żeby powiedzieć: bagatelizować, ale trochę tak), ale nie ze świadomego wyboru. Początkowo wraz z Ingrid organizowali wtedy przyjęcia w mieszkaniu i zapraszali przyjaciół, ale z biegiem lat chyba zaczęli trochę tracić motywację i grono zaproszonych stawało się coraz mniejsze. Kiedyś na pewno zaprosili Sandersonów, co Jasper przypomniał sobie po śmierci żony. Jako, że nie wypadało mu organizować wtedy nic (choć od owdowienia do jego urodzin minęło okrągłe jedenaście miesięcy)—spędził tamte urodziny z Atticusem, psiocząc trochę na swoją niegdysiejszą niefrasobliwość w doborze listy gości.
- Mogłabyś? - zapytał trochę nieobecnie w kwestii bukietu, myślami wciąż błądząc przy niedawnym faux-pas. - To... chyba nie jest tani bukiet. - zreflektował się i zrobiło mu się trochę szkoda Harrisa. - Może - podniósł głowę z psotliwym uśmiechem. - Zapłacę, ale odlicz kilka róż. - zaproponował, orientując się w kwiatach miernie, ale na tyle by wiedzieć, że to róże (których napchali do bukietu sporo) są chyba najdroższe. I nie orientując się w relacjach Leonie i Harrisa na tyle by domyślić się, że i bez jego błogosławieństwa Leonie i tak odliczy coś z rachunku Harrisa. Zwykle przykładał wagę do cen w sklepach, a zanim odkrył Senny Fruwokwiat i zaczął podejmować kiepskie z ekonomicznego punktu widzenia decyzje byleby porozmawiać (sporo powiedziane) czasem z sarniooką ekspedientką, z upodobaniem wyszukiwał w Londynie i w Manchesterze (ale w Manchesterze to nie była zabawa, bo Marcus wiedział lepiej) handlarzy, którzy oferowali najlepsze ceny za najlepszej jakości ingrediencje. Bukiet, który stworzyli w pośpiechu z Harrisem był jednak tak duży i chaotyczny, że Leonie mogła wmówić Prince'owi właściwie dowolną cenę o ile ta nie byłaby śmiesznie niska.
Wybrali najpiękniejsze z dostępnych w sklepie kwiatów, ale to Leonie wyglądała piękniej od bukietu—spokojniejsza, skupiona na kwiatach i kalkulacjach. Lubił patrzeć na delikatność, z jaką odnosiła się do roślin i mimowolnie powiódł wzrokiem za jej dłońmi gdy wkładała kwiaty do wazonu. Lubił patrzeć, gdy uśmiechała się wtedy do siebie, a teraz było jeszcze milej, bo uśmiechała się też do niego.
Dlaczego zatem było mu za mało, wciąż za mało—i dlaczego poczuł jakąś bezsilną frustrację, gdy zupełnie nie zrozumiała jego pytania? Przecież wiedział, widział, że chyba nie unikała tematu celowo, inaczej nie uśmiechałaby się teraz tak ciepło...
...ale kiedyś nie widział jak jego własna żona uśmiecha się do niego, a jak do kolegi z pracy. Starał się już o tym nie myśleć, a związek z Leonie ułatwił mu zostawienie tamtego upokorzenia za sobą, ale czasem wątpliwości wracały. Nie niosły już za sobą konkretnego nazwiska magichirurga ani konkretnej sytuacji, tym bardziej, że nigdy by tych kobiet świadomie nie porównywał—ale objawiały się raczej chwilą zwątpienia we własną ocenę sytuacji. Czy Leonie nie rozumiała, co insynuował, czy po prostu nie chciała o tym mówić—i nie chciała go rozczarowywać, podchodząc do niezgrabnej rozmowy z równą łagodnością jak do kwiatów pod jej opieką?
Ale nie był przecież kwiatkiem. Mógł znieść prawdę, nawet jeśli brzmiałaby nikt normalny nie myśli o tym po tak krótkim czasie albo przyrzekłam Heldze wieczne staropanieństwo. Właściwie ta druga ewentualność nie byłaby tak przykrą prawdą, to znaczy wciąż rozczarowującą, ale nie musiałby być wtedy zazdrosny o przyszłość...
- Nie mam na myśli imienia. - wypalił, słuchając o syklach i knutach jednym uchem i z zupełnym rozkojarzeniem. Chyba za chwilę wyjmie z portfela za mało i Harris będzie podwójnie pechowy, ale na razie nawet nie sięgał po pieniądze. Sięgnął za to po dłoń Leonie, splatając ich palce gdzieś pomiędzy stokrotkami i niezapominajkami (właściwie możliwe, że tylko czujność Leonie uchroniła go przed wpakowaniem ręki w kolce róż; jak wiadomo od ich pierwszego spotkania—byłby do tego zdolny).  - Tylko... kiedyś ludzie zaczną pytać, kim dla siebie jesteśmy, a ja nie chcę nazywać cię kochanką. Nie w nieskończoność, choć najlepiej wcale. Nie... nie tylko ze względu na ludzi. - zaczął cicho, ale rozpędzał się z każdym słowem, szukając jej spojrzenia. - Wiem, że potrzebujesz czasu, może wiele czasu i nie chcę naciskać - zapowiedział, choć naciskał - ale kiedyś, po którymś zdmuchnięciu świeczek nad moim tortem - chciał powiedzieć, że nawet za kilka lat, ale może się zamotał. Zresztą przeczyło to trochę niewygodzie, z jaką myślał o tym, kim są dla siebie obecnie i co to oznacza dla jej reputacji; więc właściwie—od dawna był zamotany. - chciałbym móc nazywać cię narzeczoną. Albo nie wiem, wierzyć, że kiedyś będę mógł.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#32
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
23-01-2026, 10:18
Wbrew pozorom nie odrzucała jej sama idea urodzin. Błyszczące girlandy, małe świetliste ogniki wiszące w powietrzu za pomocą zaklęć, bogato dekorowane ciasta, kolorowe szarfy czy tiary - podobało jej się to tak długo, jak nie dotyczyło jej święta. We własnym przypadku wszędzie widziała białą i papierową twarz Basila, jego zamknięte na wieki oczy; wcale nie wyglądał wtedy, jakby spał. - Zrobię - obiecała więc z uśmiechem, mocniej ściskając dłonie Jaspera. Znała już kilkoro jego przyjaciół i powierników, więc mogłaby nawet zorganizować przyjęcie-niespodziankę, tak jak w jej wyobrażeniu o uniwersyteckiej przeszłości uzdrowiciela. Tyle że tym razem to ona byłaby wpadającą w jego objęcia dziewczyną, składającą na jego policzkach całusy, nie ktoś inny - i czuła związaną z tą myślą małostkową satysfakcję.
- Wybraliście sporo kwiatów - zgodziła się z dywagacją co do ceny bukietu, z czułością spoglądając na kolorową wiązankę. Ledwo mieściła się w blaszanym pojemniku i w każdej chwili mogła przeważyć go z którejś strony, dlatego Leonie zamierzała dobrać dla niej porządny wazon, a potem zabierze ją do domu i postawi na komodzie przy oknie, którą zawsze widziała z kanapy podczas czytania książek. Oprócz róż w bukiecie pyszniło się mnóstwo innych gatunków, ewidentnie wybieranych na szybko, bez przemyślenia - a to dobrze, bo dzięki temu kompozycja wydawała się żyć. Mniejsze kwiaty, większe, ozdobne liście i trawy, dumnie górujące nad wszystkim witki; mimo eleganckich róż przypominało jej to polanę, na której rośliny rosną tak, jak sobie zamarzą, bez ingerencji ludzkiej ręki. - Zrobione - rzuciła chochliczo na polecenie odliczenia róż, co obniżyło cenę przeznaczoną Jasperowi i podniosło należność Harrisa. Jeśli będzie próbował marudzić, wypomni mu, że paplanie o cudzych tajemnicach to straszna podłość.
Uprzednia ulga nagle wyparowała, wymieniona na kolejną dawkę buzującego w niej napięcia. Nuta zniecierpliwienia w głosie Jaspera, intensywności, którą przelewał w słowa, niemal dosłownie walcząc o jej zrozumienie, uniosła jej wzrok znad bukietu i skierowała go na twarz uzdrowiciela. Oczy Leonie znów były szeroko otwarte, policzki zaś płonęły od rumieńca szczypiącego skórę i rozgrzewającego ją od środka. Kochanka, narzeczona, co? Jaka narzeczona? Skąd w ogóle ten pomysł? Przecież nie musiał kłopotać się ślubem z nią, mógł po prostu... poczekać na lepszą kobietę, z którą będzie chciał związać się przysięgą, zrozumiałaby to. Ale on zdawał się nalegać na deklarację właśnie od niej, jakby nie była zepsuta, zniszczona, wybrakowana. Figg zamrugała i zaczęła nerwowo bębnić opuszkami o blat lady, znowu rozważając, czy mogłaby się wymówić płaczącą mandragorą i zwiać na zaplecze, ucinając korzeń trudnej dla niej rozmowy. Emocje trawiły ją jak kwas, niemalże kręcąc błędnikiem.
- Ja... Och. Tak, "kochanka" nie brzmi za dobrze, moja ciocia raczej by... To znaczy, nie wiem, chyba by jej się to nie spodobało. A może by się spodobało, to strasznie dziwna kobieta - zaczęła paplać w nieporadnie krzesanej odpowiedzi, podczas gdy wzrok znów błądził po wnętrzu sklepu, nie mogąc zogniskować się na niczym konkretnym. Po diabła w ogóle wspominała teraz o Moirze? Sanderson zapewne w ogóle nie obeszłaby nomenklatura, podobnie jak cały jej związek, prędzej jej matka zrobiłaby się na to cała czerwona, a ojciec kazałby mu natychmiast opuścić pomieszczenie, jeśli Jasper nie chciałby zostać rybią zanętą. - Wiesz, że nie musisz? - wypaliła, bo to leżało jej na sercu, na wątrobie, na skołtunionych myślach. - W sensie... Mógłbyś mieć każdą inną narzeczoną. Wiesz o tym, tak? - noga, szczęśliwie skryta za ladą, zaczęła nerwowo podrygiwać, choć Leonie i tak nie mogła tego ukryć, skoro jej cała sylwetka poruszała się rytmicznie w wygrywanej sekwencji zdenerwowania. - Mi byłoby miło, ale... Może to niedobry pomysł, żebym--- zabierała komuś miejsce? - wyrzuciła w końcu. Dziś była dla niego ważna, była jego zobowiązaniem i jego towarzyszką, ale kto wie, jak będzie to wszystko wyglądało za kilka następnych tortów i świeczek? Złożona dziś deklaracja mogłaby odbić się echem na przyszłości, w której poznałby bardziej wartościową kobietę, a Leonie nie chciała stać się ciężarem. Nie dla niego, nie zasługiwał na to.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#33
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
23-01-2026, 17:56
Przez chwilę miał nadzieję, że znalazł właściwe słowa. Leonie zarumieniła się bardzo uroczo, a gdy ich spojrzenia spotkały się—zdawało mu się (czy tylko mu się zdawało?), że w jej wielkich oczach zobaczył zaskoczenie, ale i radość. Nadzieję. Przyszłą zgodę, bo przecież nie potrzebował zgody teraz; tylko sygnału, że mogą dążyć do tego samego. Uśmiechnął się lekko, spięty tremą—kto by pomyślał, że temat oświadczyn jest tak stresujący gdy za narzeczonych nie robią tego rodzice?—ale i szczęśliwy. Bo tak naprawdę chyba wystarczyłoby mu, żeby odwzajemniła uśmiech, szczerze i z radością. I o sekundę dłużej wytrzymała jego spojrzenie. A on złapałby ją wtedy za ręce i obiecał, że jest dla niego ważna i...
...iluzja prysła, gdy wzrok Leonie uciekł gdzieś w bok, a potem w tył. Gdy usłyszał nerwowe bębnienie o ladę zrozumiał już, że chyba wcale nie jest radosna, ale jeszcze chwilę nie spuszczał wzroku na jej dłonie, jakby chciał przeciągnąć moment o odrobinę dłużej.
Początkowo potok słów Leonie nawet mu to ułatwił. Mówiła chaotycznie, ale... wydawali się ze sobą zgadzać, prawda?
- No nie brzmi dobrze. - potwierdził z naciskiem, wcinając się jej w potok słów o ciotce. No tak, wspominała mu już, że ma kontakt z ciotką. Chciała przedstawić go przyjaciołom, ale o niej jakoś już później nie wspomniała. Dlaczego nagle zafiksował się na tym fakcie, czując się tym jakoś dziwnie wzburzony? Przyjaciołom łatwiej wytłumaczyć, że zniknąłem niż ciotce, dlatego—zrozumiał od razu. Wziął głęboki wdech. Nie powinien tak o tym myśleć, z taką goryczą. Wiedział przecież co przeszła. Wiedział nawet, że stresowała się w jego mieszkaniu. Może nie chciała czuć się związana, ale w takim razie czemu sama obiecała, że mogą być dla siebie zobowiązaniem? Przecież nie oczekiwał gotowości, wystarczy mu gotowość gotowości—może tak powinien to wyjaśnić? Otworzył usta, żeby to uściślić i wyciągnął do Leonie rękę, ale niestety...
...nie zdążył jej przerwać, zanim wyrzuciła z siebie kolejne słowa. Opuścił dłoń, tym razem samemu spoglądając na Figg szeroko otwartymi oczyma.
Słyszał wszystko, co mówiła, ale przez moment zdawało się to zlepkiem pojedynczych słów. Chaotycznym i pozbawionym sensu.
Nie musisz—
inną
niedobry pomysł
byłoby miło

Miło. Tak mówili na studiach z kolegami o dziewczynach, jeśli były w porządku, ale nieszczególnie się im podobały. Jest miła.
- Co....???? - wykrztusił, choć najchętniej nie mówiłby nic jeszcze przez chwilę, zanim nie zrozumie. Ze zszokowanego milczenia wyrwał go tylko wzrok Leonie, który na sekundę zatrzymał się na nim, zapewne przypadkiem—pomiędzy kontrolą stanu roślin i dzwoneczka przy drzwiach. Przytknął dwa palce do nasady nosa i przymknął na chwilę oczy, usiłując wziąć oddech i zrozumieć to jakoś inaczej niż w sposób sugerujący, że był nachalny i zbyt niecierpliwy. Nie, nie tylko to. Gdyby był nachalny, powiedziałaby, żeby nie rozmawiali o tym teraz; może nawet znalazłaby pośpieszną wymówkę na odwleczenie tematu i zajęła się jakąś pilnie potrzebującą podlania rośliną. Przecież robiła już takie uniki, zarówno przez ostatnie dwa lata, jak i przez ostatnie dwa miesiące. Ale nie zrobiła tego, w zamian w echu jej słów przebijał się niedobry pomysł. Jak miał w ogóle to rozumieć? Jak mógł to rozumieć inaczej, niż jako odmowę; obrzydliwie grzeczną i zawoalowaną?
- Żadna roślina tutaj nie jest halucynogenna i aktywna, prawda? - westchnął z dziwnym zmęczeniem, dając im ostatnią szansę. Powiedz, że nieprawda i że właśnie toczymy dwie rożne rozmowy. Otworzył oczy i celowo nie rozejrzał się po sklepie, bo choć nie umiałby odpowiednio podlać żadnego z rzadkich gatunków we wnętrzu to od razu umiałby rozpoznać widok tych toksycznych. Albo ich brak.
- Jesteś w pracy, może lepiej żebym nie przeszkadzał. - zdystansował się nagle, z uprzejmym uśmiechem. Dwoje może grać w tą grę. Odsunął się o krok od lady.
Nie, nie powinien grać z nią w żadne gry. To Leonie. Ale nie powinien też naciskać, ani się irytować, bo to Leonie i wiedział, jak na to reagowała...
Czy to źle, że był tylko człowiekiem?
- Albo nie, zmiana jest za długa żeby to zostawić. - zaprotestował, marszcząc lekko brwi. Utrzymywał cichy ton głosu, to był w stanie zrobić, ale chyba... tylko to. - Co? Co ty w ogóle... nie możesz odpowiedzieć mi po prostu? Tak lub nie? Albo inaczej, gdybym oświadczył się dzisiaj, powiedziałabyś tak czy nie? - zażądał odpowiedzi, niesiony emocjami i nie wiedząc już jak do niej dotrzeć. Albo jak dotrzeć do siebie, bo może ona zrozumiała go bardzo dobrze i to on nie umiał przyjąć jej uprzejmego wahania.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#34
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
23-01-2026, 18:52
Postawa Jaspera zmieniała się tak dynamicznie, że ilekroć Leonie wracała do niego swoim rozproszonym spojrzeniem, widziała trochę inną wersję ukochanego. Brwi trochę bardziej ściągnięte, usta trochę mocniej zwarte, powieki trochę mocniej zmrużone, zmarszczki na czole trochę bardziej zdefiniowane; z początku nie była pewna, dlaczego jego oblicze zdawało się ciemnieć jak niebo tuż przed burzą, i zaczęła gorączkowo przeszukiwać pamięć.
Nie, zdecydowanie nie były to urodziny, tamten temat - na szczęście - zdążyli pogrzebać. Na dodatek całkiem przyjemnie, ponieważ Jasper zakładał przeciągnięcie ich znajomości do stycznia, więc zielarka uznała to za swoją dobrą monetę, skoro przynajmniej do początku kolejnego roku nie będzie musiała martwić się tym, czy nie zaczyna tracić względem niej cierpliwości. Może nie dość entuzjastycznie zareagowała na słowa o aparacie fotograficznym? Ale raczej wróciliby do tematu, gdyby tak było. Nie dość ucieszyła się z bukietu, ewentualnie okazał się za drogi? Czy raczej mogło chodzić o wspomnienie jej cioci? Jej dziwaczną naturę Figg mogła zapewne zachować dla siebie, choć wcześniej wydawał się tolerować tego rodzaju komentarze i wyznania...
Jasper Prince miał to do siebie, że nie lubił, kiedy nie widziała w sobie wartości. Wtedy jego mimika zmieniała się jak gwałtowne przejście pór roku, a Leonie uczyła się pamiętać, że nie był wtedy zły na nią, tylko na świat i ludzi, którzy pozwolili jej tak o sobie myśleć. Na Colina, którego cień nadal ich prześladował, mimo że odebrała mu sporo mocy przyznaniem się uzdrowicielowi do tego, co przeszła, mniej więcej, a on tym, że rozumiał ją i wspierał. Był to jednak koronny przykład chwil, kiedy cała jego postawa ulegała przeobrażeniu; zazwyczaj łapał ją wtedy w ramiona i obiecywał nie wypuszczać, chronić przed wszystkim, co chciałoby ją skrzywdzić. Tak, to musiało być to. Ale czemu ni z tego, ni z owego zapytał o magiczną zieleń na wyposażeniu Fruwokwiatu? Leonie rozejrzała się niepewnie, jakby iluzoryczny i obarczony czasem trwania obłęd miał wyskoczyć zza którejś donicy.
- Teoretycznie nie, ale pewne rośliny pozyskuje się ze względu na potencjał ich łączenia w halucynogennych preparatach. W zderzeniu z innymi ingrediencjami mogą wykazać takie właściwości... Na pewno o tym wiesz. Potrzebujesz ich do pracy? - palnęła, coraz bardziej zagubiona w gmatwaninie zbyt wielu wątków i emocji. Przelewały się przez czarę rozumu, infekowały układ nerwowy, wprowadzały chaos, przez który ledwo mogła się skupić. Przez chwilę wpatrywała się w Jaspera, sarnimi oczami szukając sensu i wytłumaczenia wypisanych na jego twarzy, lecz niczego nie znalazła, a na domiar złego on wydawał się coraz bardziej zniechęcony, zamierzał wyjść. Tak po prostu?  Znała ten uśmiech, zimny, wykalkulowany, mający w sobie dużo z muru naprędce wznoszonego wokół umysłu i serca, i odruchowo skuliła ramiona, nie mając pojęcia, co zrobić. Zatrzymać go? Zapytać, czy spotkają się potem? Poprosić, żeby wytłumaczył, co dziś spartaczyła? 
Milczała, przytłoczona, gotowa odprowadzić go wzrokiem, po czym odetchnęła cicho, z wyraźną ulgą, kiedy Prince zdecydował się zostać i dokończyć rozmowę. Wspomnienie o oświadczynach i odpowiedzi zupełnie zaś zbiło ją z tropu - jej wargi lekko się rozchyliły, a oczy zamrugały w ten skołowany sposób, który znał doskonale od dwóch lat, pojawiający się za każdym razem, kiedy próbował z nią żartować jako zwykły klient, albo kiedy zaskakiwał ją czymś abstrakcyjnym, jak teraz.
- No... Przecież powiedziałam - zaczęła niepewnie, bo to oczywiste, że ona musiała czegoś nie zrozumieć, nie odwrotnie. A może nie wyraziła się dostatecznie jasno i sama zagmatwała prąd rozmowy? W swoim mniemaniu wszystko ujęła przejrzyście, ale jej mniemanie często okazywało się odwrócone do góry nogami, wykrzywione, filtrowane przez dziesiątki kompleksów i napięć, przestawiających słowa na strunach głosowych. - Odpowiedziałabym "tak" i to byłoby miłe... Zaraz, może inaczej. Gdyby słońce zapytało drzewo figowca, czy życzy sobie więcej promieni, drzewo powiedziałoby, że to oczywiste i będzie dzięki temu szczęśliwe - policzki znów zrosił rumieniec, bo zawstydzało ją zachłanne wyobrażenie wieczności u jego boku, kwitnącej szybko, ale trwale; pragnienie tego, czego nie spodziewała się dożyć ani odnaleźć, a już na pewno nie przy kimś tak dobrym i życzliwym, jak on. - Ale nie musisz robić tego po to, żeby sprawić mi przyjemność. Może wolałbyś poczekać na kogoś innego. Na kogoś... prostszego. O to mi chodziło - spróbowała ponownie; z lepszym wynikiem niż poprzednio? Nie czuła, żeby był to lepszy wynik, bo sugestia zabolała tak samo, poprzednio i teraz. Jeśli jednak miałoby to oznaczać, że mogła cieszyć się nim przez kilka pięknych miesięcy i uważać za swojego, zanim znalazłby stabilizację w ramionach innej kobiety, chyba nie mogłaby przez to rozpaczać. I tak dostałaby więcej, niż na to zasługiwała.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#35
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
27-01-2026, 03:49
Nie wiedział nawet, że Leonie uczyła się jego mimiki jak nowego gatunku rośiln—może ze szczerego uczucia, a może ze strachu, a może i z tego i z tego—i że jego dzisiejsza nerwowość wyglądała już dla niej znajomo. Samemu, na fali emocji, czuł się tak jakby nie czuł się tak jeszcze nigdy. I to właśnie z tego powodu łamał dziś kultywowany przez siebie świadomie scenariusz: w tej niespodziewanej rozmowie wiele było gorączkowości i niewiele świadomości, a nagły stres krępował zarówno jego swobodę, jak i intencjonalność we wzięciu Leonie w ramiona. Zresztą, oddzielała ich lada. Więc stał za ladą. Chwilowo drewniany mebel wydawał się równie potężną barierą jak te, które utrudniały im zrozumienie się w rozmowie. Równie dobrze, Senny Fruwokwiat mógł być bastionem, lada fosą, a rośliny ciernistym żywopłotem. Jak w Roszpunce, gdzie kolce pozbawiły księcia wzroku. Swoim zdaniem Jasper widział na szczęście doskonale, ale jednak...
- Nie pytam teoretycznie. - zniecierpliwił się lekko, jednak ani nie widząc, że żadna roślina nie roztacza tu trujących toksyn (choć z drugiej strony, jako fachowiec wiedział, że gdyby padł ich ofiarą to byłoby za późno i faktycznie by tego nie widział), ani że jego nastrój zaraz zaniepokoi Leonie bardziej niż kwestia opuszczonych urodzin (mimo, że sama wywołała go swoją całkowicie niedorzeczną i możliwie, że wyhalucynowaną odpowiedzią. Ale nie powinien jej przecież za to obwiniać. Mężczyźni obwiniający kobiety za swoje nastroje zostawiali potem poparzenia na przedramionach tychże kobiet, a nie chciał kojarzyć się jej ani sobie z takimi mężczyznami...). - Pytam, czy coś może tu wiesz, działać, sama mówiłaś, że Harris bywa roztargniony. A tak się składa, że usłyszałem właśnie najdziwniejsze słowa o zabieraniu komuś miejsca i boję się, że się przesłyszałem... - wyjaśnił cierpliwie, jakkolwiek głupio się przy tym nie czuł.
Niestety, chyba nadal się rozmijali. Leonie znowu miała minę jak wtedy, gdy się poznawali, a on poczuł bolesne deja vu.  Może nie powinien w ogóle zaczynać tej rozmowy w tym sklepie. Może ten sklep był problemem? A może to światło i otoczenie były problemem? Może łatwiej byłoby jej odpowiadać w ciemności, gdy leżeli nago w łóżku? A może po prostu wolała go jako kogoś, z kim miło spędza się czas w ciemności—ale kogo nie pokazuje się swoim ciotkom, tylko ewentualnie nowoczesnym przyjaciołom i dlatego ten ktoś może być kochankiem, konkubentem, Jasperem, wszystko jedno? Nie chcąc zostawiać tego na czas całej zmiany, wyrzucił z siebie kolejne żądania, tak jakby mogło to coś rozjaśnić. Ale Leonie nadal patrzyła na niego tak samo.
Jego pytająca mina jednoznacznie wskazała na to, że nie zgadzał się z tym, że Leonie coś powiedziała, ale zmusił się do tego by jej nie przerywać i jego wysiłki zostały nagrodzone. Jego twarz nagle pojaśniała, gdy przyznała, że dziś odpowiedziałaby "tak"—by cień uśmiechu zrzedł zanim zdążył się pojawić, bo znowu zaczęła mówić o tym, że coś jest miłe. Metafora z kolei zupełnie zbiła go z tropu.
- Ale ja nie proponuję ci szklanki wody... - zaprotestował, bo już nie wytrzymał. Bo tego drzewo potrzebowało do życia, słońca. - Ani obiadu, ani... nie wiem. Chciałem ci zaproponować... - przytknął palce do nasady nosa. - Nie, nie wolałbym. - opuścił dłoń i spojrzał jej w oczy. Jak mogła—dlaczego w ogóle tak myślała? - Przecież ci mówiłem, że... nie wiem, nie skaczę z kwiatka na kwiatek. - przytaknął cicho, posłużywszy się nawet roślinną metaforą.
Odpowiedziałabym "tak."  - mówiła dzisiaj. A jak odpowiedziałaby jutro, za kilka miesięcy...?
- A jak... - zaczął drążyć, ale nagle zmarszczył brwi. Czy on oszalał? Skoro obiecała mu hipotetyczną odpowiedź hipotetycznie dzisiaj, to czemu pytałby o przyszłość?
Tylko głupiec nie kułby żelaza póki gorące.
Tylko głupiec zrobiłby to też bez pierścionka, bez planu, bez dania jej czasu—obiecał jej czas, obiecał jej bezpieczeństwo i możliwość dojścia do siebie, czy złamałby to wszystko?
Ale jeśli tak czy siak zdecyduje się na jakiś rodzaj głupoty, to...
- Więc wyjdź za mnie. Więc wyjdziesz za mnie? - poprawił się od razu, nie chciał zabrzmieć rozkazująco. - Nie, czekaj. - sprostował równie szybko, uświadamiając sobie co powiedział. Prędko wyszarpnął różę z bukietu, który zachybotał się lekko. Nerwowo poprawił wazon i ugiął kolano, ale ta lada go drażniła, więc zlekceważył zasady sklepu i ją przeskoczył (przynajmniej chciał to zrobić, wyglądało to bardziej jak przejście). Śpieszył się, by nie zdążyła powiedzieć nic więcej, ale chyba zdołał sobie kupić milczenie tym chaosem—więc spojrzał na nią z napięciem i dopiero wtedy klęknął na jedno kolano, tak jak powinien. Z różą wyciągniętą przed siebie.
- Wyjdziesz za mnie, Leonie Figg? - zapytał, ale czemu tak bardzo kołatało mu serce? Czy mężczyźni zawsze się tym stresowali? Tak, powiedziała, że to powie; ale co jeśli w sekundę zacznie się wahać albo zmieni zdanie? - Nie musisz mnie kochać żeby odpowiedzieć tak, we wszystkich znanych mi małżeństwach to przychodzi po fakcie. I nie musimy się śpieszyć, nie mam nawet pierścionka, ale nie chcę... nie chcę przedstawiać cię jako Leonie. Ani żyć z myślą, że czekasz aż poczekam na kogoś innego, ty tak poważnie? - nie, zaraz, miał o to klarownie spytać, a nie robić jej kazanie. - Wyjdziesz za mnie?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#36
Leonie Figg
Akolici
together, toward the future, we will paint the chiaroscuro.
Wiek
25
Zawód
magibotaniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
zaręczona
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
13
Brak karty postaci
27-01-2026, 13:22
Najdziwniejsze słowa? Nie, dla niej kryły ogrom sensu, strach kiełkujący na spulchnionej przez Colina ziemi, poczucie, że przy zdrowszej i stabilniejszej kobiecie Jasper byłby szczęśliwszy. Życzyłaby mu tego, gdyby okazało się, że trafił na swojej drodze na kogoś takiego, a zarazem wiedziała, że jej serce rozsypałoby się na proch po tym, jak pozwoliłaby mu odejść i wyobraziłaby sobie jego kolorową przyszłość u boku innej. Nawet teraz za jej mostkiem rozlewało się żrące wrażenie cierpnących mięśni i korodujących kości, a wargi miały ochotę zadrżeć delikatnie w zapowiedzi szlochu, bo tak bardzo zdążyła się już do niego przywiązać, że nie chciała tkać myślami przyszłości, w której by go nie było. Tylko jak miała mu to wszystko powiedzieć? Jak zaryzykować śmieszność, jak nie wystraszyć go intensywnością swojego zaangażowania w ich wspólne dni? Pilnowała się, by go nie odstraszyć, by go nie zniechęcić, by go od siebie nie odsunąć - dlatego nieznacznie wzruszyła ramionami, zamykając temat zarówno halucynogennych roślin, jak i Harrisa. Współpracownik zaliczał masę potknięć, tym razem jednak wiedziała, że nie był odpowiedzialny za nic podobnego. Potencjalnie niebezpieczne lub silniejsze magicznie rośliny trzymali na zapleczu, odseparowane od głównej części sklepu, a na wyposażeniu i tak nie posiadali nic, co wpisałoby się w narrację Jaspera.
Leonie miała wrażenie, że otacza ją gęsty wir wody, przez który nie jest w stanie zrozumieć powodu zniecierpliwienia uzdrowiciela. Bo jego zniecierpliwienie widoczne było jak na dłoni: gest ściśnięcia palcami nasady nosa świadczył o niebezpiecznie zbliżającej się granicy wytrzymałości, po której możliwe, że rozmowa, której nie chciał przerywać ze względu na pracę jednak obróci się w niwecz, a oni rozstaną się w szczypiącej atmosferze niedopowiedzeń i niedomówień.
- Wiem, ja tylko... Może źle to ujęłam - zawstydziła się i opuściła spojrzenie. Po historii zdrady, której doświadczył, nie podejrzewała, by chciał zaserwować komuś te same emocje, nie wyobrażała sobie, by Jasper miał ją okłamywać i udawać zaangażowanie, podczas gdy oglądałby się na inne czarownice. - Wiem, że taki nie jesteś - sprostowała, na końcu języka mnąc niewypowiedziane na głos słowa, że to nie przekładało się na apetyt kobiet wodzących za nim wzrokiem. Przystojny pan uzdrowiciel o dobrym poczuciu humoru (które doceniła dopiero w tanecznym klubie, podczas pozostałych dwóch lat krępując się znaleźć w nim iskierkę swojego rozbawienia), stabilnej sytuacji finansowej i złotym sercu to nie lada gratka na rynku matrymonialnym.
Więc wyjdź za mnie. Więc wyjdziesz za mnie? Na początku sądziła, że się przesłyszała. Otwarte szeroko oczy zamrugały irytująco bezrozumnie; rozmowa pozostawała dla Leonie w granicach abstrakcji, czegoś, czego nigdy nie będzie jej dane doświadczyć mimo ich rozważań, tymczasem Jasper sięgał po różę i przeskakiwał ladę jak jedyną oddzielającą ich od siebie przeszkodę, po której sforsowaniu nic nie będzie stało im na drodze. Cofnęła się, robiąc mu miejsce, a kąciki ust rozciągnęły się w pierwszym zalążku niedowierzającego uśmiechu. Oszołomionego, absolutnie i niezaprzeczalnie. Rozmawiali o przyszłości, a w niej chętnie powiedziałaby "tak", mając poczucie, że przeżyli ze sobą dość czasu, żeby konwenans mógł podyktować kolejny krok. Ale teraz? Po dwóch miesiącach intensywnej czułości, po dwóch miesiącach niemal rozpaczliwego przywiązania? Po dwóch miesiącach kwitujących dwa lata jego starań o jej względy?
- Ale naprawdę? - wypaliła, bojąc się uwierzyć, że to właśnie się dzieje. Że słowa, które usłyszała, faktycznie zostały przez niego wypowiedziane, a klęczący Jasper to stempel na oświadczynach. Nawet bez pierścionka, nie potrzebowała go przecież. Odkąd traciła galeony na hazardzie nauczyła się nie przywiązywać do rzeczy materialnych, zresztą w trakcie zaręczyn i tak nie miały one żadnego znaczenia. Dalszy wywód sprawił jednak, że delikatnie zmarszczyła brwi, jeszcze bardziej zdziwiona rozwojem sytuacji. Coś w niej głucho gruchnęło, coś poruszyło się we wzburzeniu. - Co to znaczy "nie musisz mnie kochać"? To po co mi się oświadczasz? - spytała niepewnie, lecz zadźwięczała w tym nuta niespodziewanej hardości. Przebłysk dawnej Leonie i tej obecnej, która kiełkowała dopiero przy nim, zdrowiejąc z toksyny trzech ostatnich lat. - Żeby znów czekać i może się nie doczekać? - czekał na Ingrid, a ona sprzeniewierzyła jego cierpliwość. W ich małżeństwie miłość nigdy się nie obudziła, tymczasem był gotów znów rzucić wyzwanie losowi i sprawdzić, czy tym razem rezultat okaże się szczęśliwszy, skoro podchodził do związku - i do zobowiązania - z sercem, w którym kłębiło się uczucie. Uczucie do niej, którego on, jak sądził, nie odwzajemniała. - Pacan jesteś, Jasperze Prince - zawyrokowała stanowczo, wypowiadając słowa, których prawdopodobnie żadna czarownica nie wypowiedziała w trakcie zaręczyn. Mimo to w jej oczach, błyszczących od łez, skrzyła się czułość. - Ja... Nie umiem ubrać tego w słowa, ale... To nie tak, że odpowiem bez tego. Bez uczuć - zaczerwienione policzki spłoniły się bardziej. Jedno po drugim następowało szybko, a ona równie szybko przepadła w odmętach ich relacji, uzależniona od niego jak od narkotyku, od hazardu, w którym jak dotąd jeszcze nie przegrała. - Zgoda, tak - wykrztusiła, czując, jak jej gardło zaciska się na tym słowie, a wzruszenie wzbiera w żyłach i zacieśnia żołądek w supeł. Leonie próbowała prześcignąć swoje strachy, zagłuszyć je, nie pozwolić im dojść do głosu, nie dać im szansy na podszept, że jeśli przyjmie jego oświadczyny może skazać go na siebie i odebrać potencjał na inne szczęście. Była swoim największym wrogiem, dlatego zabroniła sobie myśleć. Zabroniła sobie czarnowidztwa. - Tak - powtórzyła, a słowo tym razem zabrzmiało jeszcze wyżej, niesione na wyższej strunie. Jednocześnie pochyliła się lekko i ujęła jego twarz w dłonie. - Nikt nigdy nie przeskoczył dla mnie lady - parsknęła czule, bo emocje zaczęły kipieć, wzruszenie puściło łzę w dół policzka, szczęście - obce, nadal przeszyte niedowierzaniem - podsycało ekscytację, adrenalinę. - Wyjdę za ciebie, Jasperze Prince - jej głos stał się tak przytłoczony wszystkim, że słowa ledwo stały się dźwięczne, załamały się na ostatnich sylabach.
Po Colinie, po tamtej piwnicy, po wraku, którym się przez to stała, uznała, że jest zbyt brudna, by zasłużyć na małżeństwo. Na człowieka, który pokocha ją pomimo blizn i lęków; który pokocha ją z nimi. Ich historia zaczęła się właśnie tutaj, w Sennym Fruwokwiecie, gdzie Jasper wszedł w diabelskie sidła, nie spojrzawszy na tabliczkę z informacją o remanencie, a ona zapomniała zamknąć drzwi na klucz. Tutaj znaleźli swój prolog. I tutaj znaleźli swój kolejny rozdział.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#37
Jasper Prince
Akolici
Wiek
38
Zawód
Uzdrowiciel, toksykolog
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
25
15
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
6
Brak karty postaci
27-01-2026, 19:07
Może źle to ujęłam. Może jeszcze wyjaśni Leonie, że żaden mężczyzna nie chciałby usłyszeć to miłe w odpowiedzi na perspektywę spędzenia wspólnie życia, ale może Senny Fruwokwiat—sklep, który tak uporczywie utrudniał im komunikację, odkąd się poznali (czy to możliwe, że rośliny robiły to złośliwie? A może po prostu ją rozpraszały, skoro tak je kochała?)—nie był do tego odpowiednim miejscem. Jeśli wrócą do tematu, może najlepiej będzie zrobić to w domu, gdy Leonie będzie wesoła po obiedzie i uspokojona po jednej ze swoich stu dziewięćdziesięciu herbat. Może lepiej było działać, więc znalazł się za ladą. W części przeznaczonej tylko dla pracowników sklepu, ale nic sobie z tego nie robił. I chyba nawet nie wierzył w te podziały akurat w tym miejscu, biorąc pod uwagę, że diabelskie sidła zaatakowały go tutaj w części przeznaczonej dla klientów.
- Naprawdę. - potwierdził na kolanach, żałując, że nie ma pierścionka. Może to byłoby dla niej bardziej prawdziwe? Nie zdążył się jednak tym przejąć, bo Leonie wydała się... zirytowana? Nie pamiętał, by poza rozmowami o jego żonie—a wtedy emocje nie były wymierzone w niego, nigdy w niego—zdradziła iskrę hardości, więc spojrzał na nią zaskoczony, ale i chyba zaintrygowany, ale i trochę przestraszony. Wyglądała bardzo ładnie gdy rumieniła się w ten sposób, ale może bezpieczniej byłoby testować ten rodzaj jej humoru gdy akurat się nie oświadczał. Przynajmniej pytanie, które mu zadała było proste.
- Bo ja cię kocham. - odpowiedział bez namysłu, stanowczo, pomimo nieco niepewnej miny. To za dużo? Za mało? - Przecież nie będzie tak, bo już tak nie jest... - wymamrotał w defensywnej reakcji na znów (naprawdę musieli do tego wracać?), lekko zawstydzony. - Leonie, możemy... do tematu? - poprosił gdy nazwała go pacanem, bo chyba jednak zdecydowanie przeceniał własną cierpliwość. Zresztą powiedziała mu, że wie co by dziś odpowiedziała, więc dlaczego nie odpowiadała...?
Cierpliwość została jednak doceniona, choć przez moment bał się, że Leonie nie odpowie i że właśnie do tego zmierzała. Nie zaskoczyłaby go dziś już żadnym fikołkiem logicznym, a skoro nie chciała tego robić bez uczuć... Ale skąd mieli wiedzieć kiedy one nadejdą albo kiedy ubierze je w słowa? Powinien próbować co miesiąc? Próbowałby co miesiąc. Może nie dwudziestego, ta liczba była jakaś nijaka; ale w jakiś ładny numer, może siódmego?
Już układał awaryjny plan, gdy... Zgoda, tak?
Poderwał głowę.
- Odpowiedziałaś. - zmrużył oczy. - Z uczuciami...? - dodał, stwierdził, spytał, trochę zduszonym głosem. Dotarło do niego, jak czerwone są jej policzki i poczuł trochę współczucia, ale równocześnie zaczął rozciągać usta w uśmiechu. - Rozumiem, że to uczucie to irytacja moją nachalnością.... - zdołał zażartować (!), co dowodziło, że chyba właśnie wrócił mu humor. Więcej niż wrócił. Tak, tak, tak, wreszcie powtórzyła to trzy razy i klarownie.
- Leonie Figg, moja narzeczona. - szepnął, gdy nachyliła się bliżej. Rejestrował jej łzy jak przez mgłę, samemu smakując to słowo. Tak chciał ją nazywać (czy to było takie trudne? Nieważne, te niezręczne dziesięć minut wkrótce odejdzie w zapomnienie w perspektywie reszty życia z Leonie Figg, Leonie Prince, LEONIE PRINCE!!!!).  - I co teraz? Wołamy Harrisa z powrotem i wmawiamy mu, że absolutnie musi przejąć obowiązki mojej narzeczonej, czy spędzimy nasz zaręczynowy wieczór tutaj? - szepnął i przyciągnął ją do siebie żeby ją pocałować. Leonie się nachylała, on klęczał, musiał balansować jeszcze z tą różą i...

1. ...i przeważyło to równowagę, więc leżę na ziemi, a Leonie na mnie, ups
2. ...i pocałowaliśmy się w pozycji klęczącej, słodko i niewinnie!
3. ...i się rozmyśliłem i udało mi się zerwać na równe nogi i oprzeć o ladę (a między mną i ladą jest Leonie)
1x k3 (zdarzenie losowe):
2

/zt x 2 <3
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 18:28 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.