• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Północny Londyn > Camden Palais
Camden Palais
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
10-06-2025, 15:00

Camden Palais
Camden Palais to słynna sala koncertowo-taneczna, która przyciąga mieszankę miejscowych i przybyszów spragnionych muzyki, tańca i rozrywki. Wnętrze emanuje lekko dekadenckim klimatem — ciemne ściany, połyskujące kryształowe żyrandole i ciężkie, aksamitne zasłony tworzą teatralną atmosferę. Drewniana podłoga skrzypi pod stopami tańczących podczas gorących potańcówek, a bar kusi szerokim wyborem trunków, od taniego piwa po wykwintne koktajle. Głośne dźwięki rocka i soulu mieszają się z echem rozmów i śmiechu. Na scenie często pojawiają się lokalne zespoły, które rozgrzewają publiczność do czerwoności. Mimo zużytego wystroju, miejsce ma niepowtarzalny urok — noc tutaj staje się areną marzeń, chaosu i ulotnej wolności.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Nathaniel Crouch
Czarodzieje
For a child, the loss of a parent is the loss of memory itself
Wiek
23
Zawód
Student prawa magicznego, lobbysta
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
5
Brak karty postaci
21-10-2025, 19:37
Może ich błędem było, że zawsze chcieli więcej.
Byli nienasyceni, spragnieni odwiecznego majestatu wielkości i złota sukcesu. Nie mogli zarazem zdefiniować, kiedy będzie to wystarczające. Zawsze w pogoni, biegu podążania za czymś wspaniałym i lukratywnym. Nie wystarczyłby jej jako osoba, najczęściej był narzędziem do celu. Ona za to była jego buntem, uniesieniem i całkowicie sentymentalnym poczuciem oddania. Czasem patrzył na nią jak na własną Melpomenę, innym razem była mu Medeą.
Prawili obydwoje epopeje o obliczu polityki, tworzyli peany o zdobywaniu władzy. Co by jednak z tą władzą zrobiła? Co chciała zmienić, poprawić, a gdzie to rewolucja prowadziła ją ku przyszłości? Zawsze krzyczeli, że chcieli więcej, ale co sami mogli zaoferować światu? Nie, to była jego podłość i przypadek, nie powinien oskarżać ją o te same przewinienia, które kaleczyły jego osobę.
Pragnął ją i kochał, lecz nigdy nie orzekł postanowienia wieczności z jej osobą. Sądził, że by odmówiła, a może była to jego nadzieja, by ściągnąć z niego odpowiedzialność decyzji. Zdawała się zadowolona z niejednoznaczności ich układu, infantylnej zabawy, która przerywana była jej humoralnymi decyzjami. Wzloty, upadki, kontynuacje i ciągle powtarzające się cykle niezdrowej sinusoidy ich relacji.
– Będziesz musiała o to walczyć – gdyż bogowie łatwo zapominają o swoich dzieciach. Znał to pragnienie, odbijało się echem w jego duszy. Ta żądza, aby odcisnąć swoje piętno na ziemi, zostawić za sobą swoją cząstkę. Przynajmniej odnajdywać się we wspomnieniach ludzi, czasem również w ich sercach. Czasami zdawało mu się, że była dla niego wszystkim, a potem przychodził kolejny list od dziadka, następne wydarzenie polityczne, zaproszenie na wspólną biesiadę. Wtedy stawał się ponownie Nathanielem Crouchem, a nie tylko jej lubym. Nigdy nawet nie śmiał sądzić, że posiadał ją w całości, zawsze udowodniała mu jak łatwo mogła pozbyć się go ze swojego życia. – Mam nadzieje, że będziesz również pamiętać o innych.
Czasem o nim wspomni, przypomni sobie jego istnienie, gdyż droga o której prawi jawi mu się jako samotna wędrówka na szczyt. Jego róża posiadała wykute miejsce w jego pamięci, nadal na jej zawołanie przybiegał, lecz teraz oczekiwał czegoś więcej w zamian za oddanie. Nie mogła mu tego dać, nie chciała – jak zawsze żądna czegoś większego. Dłońmi wykuwał kolejne wspomnienia, harmonie krawędzi jej ciała. Czcił, jakby poznawał na nowo. Rozmazana szminka nadawała jej wulgarnego wyrazu, wręcz była jak profanacja sakralnego dzieła. Wyuzdana i pożądana, pozbawiona swej maski perfekcyjności.
– Kochałem – zatracał się w tej wendecie zwanej miłością, ciągłej bitwie, której koniec oznaczał ich upadek. Nie mogli inaczej istnieć razem, poddanie się oznaczało porażkę. Igrać z własnymi uczuciami i świadomością, bawić się kosztem tego drugiego. Przekraczać granicę, a następnie nosić w sobie winę wywołania bólu. Mogliby tak trwać i może czasem nawet odnajdywać w tym szczęście. Zniszczyliby siebie nawzajem? A może w końcu znudzili obsesyjnym szukaniem wroga w tym drugim? Znienawidziliby siebie, swojego lustrzanego odbicia, która śmiałoby im się w twarz. Mówiliby tym samym językiem okrucieństwa przypudrowanego szczyptą życzliwości.
– Pragnę – dzielił się z nią szczerością, szeptał jej do ucha najczulszą prawdę. Czuł się wręcz nagi w swym nowym okryciu, pokazywał jej całe wnętrze. Była w tym jednak pewna siła, ostateczna akceptacja własnego upojenia idą, którą stanowili. Używali pięknych słów, lecz rzadko pozwalali dialogom zawładnąć sceną. Potrafili wypluwać słowotoki, które nie miały żadnego znaczenia. Teraz mówił mało, lecz każda sylaba była istotna.

Kochał, pragnął, wielbił

Dawno jednak zrozumiał, że niewiele znaczyło to w ogromie jego władczych instynktów. Chłodna kalkulacja, która jasno insynuowała, że Melusine była mu różą, ale mogła być też wrogiem, słabością we własnym szeregach. Nigdy nie wyparłaby się własnych ambicji, zawsze jej własne cele byłyby najważniejsze.
– To jednak nie wystarczy – ostatni szept, a następnie litania pocałunków wzdłuż jej szyi. Pragnęli tak wiele, że obydwoje wymagali od siebie poświęcenia, a żadne z nich nie zwało się altruistą. Zdobywali i brali, jak teraz na parkiecie. Ciało przy ciele, bezwzględnie oddani swym ruchom. Ten moment mógłby trwać wiecznie, upajał się jej obecnością. Nie istniał świat, byli tylko oni. Ostatnie kłamstwo tego wieczoru, a zarazem moment najprawdziwszy ich pojednania.
Była taka piękna, nie mógł przestać na nią patrzeć, dotykać jej i pragnąć. Nie potrafił się powstrzymać, nawet nie miał zamiaru. Oddawał się pożądaniu, jakby chciał zapamiętać ten moment. Wtedy będą zwyczajnie istnieć, nieprawdaż? 

zt x 2 <33
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
25-01-2026, 17:51

The important thing is not to stop questioning
15.04.1962

Kotłował myśli niewydolnością ciężącej presji, choć nie nakładał jej w sposób jawny ani spektakularny. Była raczej jak mgła ― cicha, lepka, wpełzająca pod żebra kobiecej świadomości i tam, w ciasnocie oddechu, rozrastająca się do rozmiaru niepokoju. Dusił ją jednym kołtunem spamiętanego tchu, który wciąż nosiła w sobie od tamtego wieczoru sprzed lat, gdy Norwegia była zimna i jasna, a oni oboje udawali, że to tylko gra spojrzeń, nie zapowiedź długiego ciągu następstw. Nie drwił ― i to było najniebezpieczniejsze. Pozyskiwał ją na nowo, bez pośpiechu, z tą samą cierpliwością, z jaką niegdyś pozwolił jej uwierzyć, że może być widziana inaczej niż przez pryzmat nazwiska i powinności.
Ten wieczór był rozgrywką odrębną, pierwszą na rodzimej ziemi, w przestrzeni, która znała jej kroki i pamiętała ją z dziecięcych lat. Teraz miała wrażenie, że oboje badają barwę maniery, jaką zechcą sobie nawzajem ofiarować ― czy będzie to elegancka rezerwa, czy też subtelna bezczelność podszyta dawną bliskością. Czerwień paznokcia uderzyła delikatnie w nieskazitelną strukturę blatu barku, dźwięk był cichy, lecz wystarczająco wyraźny, by zaznaczyć jej obecność. Uśmiechnęła się pod nosem a kieliszek szampana wyrósł przed nią niemalże natychmiast, perlisty i chłodny, obiecujący chwilowe ukojenie. Uniosła go powoli, pozwalając bąbelkom musnąć szkło, jakby w tej drobnej obserwacji kryła się decyzja. Spóźniał się ― czy też miał ją gdzieś, rozważając własną przewagę, własny czas? Ta myśl ukłuła ją irytacją, lecz zaraz potem wywołała w niej coś na kształt rozbawienia. Okropność, pomyślała, że wciąż potrafił wytrącić ją z równowagi samą swoją nieobecnością. Upiła łyk, pozwalając, by chłód rozlał się po podniebieniu i uspokoił puls. Wiedziała, że jeśli spojrzy w jego stronę, odnajdzie tam to samo napięcie, starannie opakowane w obojętność. A jednak zwlekała z tym gestem, smakując moment, w którym to ona była centrum własnej uwagi. Bo w tej grze, jakkolwiek dawnej i niebezpiecznie znajomej, pragnęła zachować coś tylko dla siebie ― ten ułamek kontroli, ten cichy triumf kobiety, która nauczyła się stać prosto nawet wtedy, gdy presja świata próbowała złamać jej oddech.
Czerwony materiał sukienki przylgnął do niej jak druga skóra, nie tyle noszony, co zamieszkiwany ― uciskający subtelnie, wtapiający się w linię bioder i talii z niemal bezwstydną dokładnością. Odsłaniał plecy w geście wyrachowanej szczerości, obojczyki rysował światłem, jakby chciał przypomnieć, że kobiece ciało bywa mapą niedopowiedzeń. Włosy, puszczone luźno, spływały miękko, muskając odsłoniętą skórę i zdradzając ruch, gdy tylko się poruszyła; błękit spojrzenia migotał obietnicą, którą znała tylko ona sama. Była świadoma każdego kroku, każdego oddechu, jakby przestrzeń reagowała na jej obecność. Gdzieś tu jest, mój rycerzu ― przemknęło jej przez myśl z rozbawieniem podszytym cierpliwością. Nie musiała go widzieć od razu; wystarczało poczucie, że spojrzenie, którego szukała, już krążyło po sali, zatrzymując się na niej dłużej, niż wypadało. Zaśmiała się cicho, tym śmiechem, który był bardziej zaproszeniem niż reakcją, i odwróciła głowę przez ramię, pozwalając, by linia szyi i pleców wykonała swoją pracę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
25-01-2026, 23:14
Z wyrafinowaną cierpliwością oczekiwał dnia spotkania, gdy spojrzenia kochanków ponownie się przetną pośrodku sali, wśród ludzi wirujących odnajdując się wzajemnie, bez błądzenia, tak jakby wcale nigdy nie stracili się z horyzontu. Ulotność chwili, to urocze zapomnienie, gdy odtwarzał w pamięci tamtą wyjątkową Sylwestrową noc z mroźnej Norwegii, jakby zapominając, że tyle lat minęło, a oni wciąż pozostawali sobie wzajemnie oddani, nawet jeśli z przerwami, tak dziwnym magnetyzmem ich dusze złączone, zostały i orbitowały wokół siebie po linii pikującej to w dół, to w górę – sinusoida wzlotów i upadków. Rozłąki wmieszane w rytmie powrotów, gdy echo dawnych obietnic i westchnięć nieprzemijalne trwało.
Nawet w godzinie spotkania, mogła ich pamięć z dawnych czasów, tych chwil przyjemnych, odurzyć bez reszty, gdy spojrzeniami przetną pustkę, a na jej końcu odnajdą siebie. Słowa powitania bywały wówczas zbędne, bo patrzyli w głąb własnych duszy.
Świadomie kroczył wytyczoną ścieżką; pewnie, lecz jednocześnie lekko. Przywykły do noszenia zgoła odmiennych ciuchów, niż w ostatnich tygodniach, był zmuszony, zarzucać adaptował się zręcznie do ograniczeń, bo ciało pamiętało i znało ten przymus narzuconej elegancji. Głęboki granat idealnie skrojonego garnituru uwydatniał szeroką obręcz barkową oraz pierś, natomiast w talii znacznie węższy, lecz nie przesadnie opięty. Czuł nieustającą blokadę ruchów, nazbyt śmiałych, gdyby nagle zapragnął zerwać się do biegu, lecz wystarczającą do tańca. A może to właśnie on – to zbliżenie w rytmie muzyki – tak potęgowało wszystkie doznania. Przymiarka stroju zwykle przechodząca bez echa, teraz stawiała pod znak zapytania. Nie tracił jednak głowy, bo taniec, nawet jeśli zmora, to przy niej był w stanie ją pokonać.
Biel koszuli kontrastowała z karnacją – śniada, bo niedawna opalenizna odznaczał się na jego licu wkomponowana w cień kilkudniowego zarostu, niemal przysłaniała bliznę na policzku. Z każdym krokiem zbliżającym mężczyznę do celu, czuł coraz wyraźniej ciężar złotego naszyjnika z łanią wpisaną w sierp księżyca, nawet jeśli to były wyłącznie echa dawnych rozterek, tak postanowił zostawić je przed wejściem. Ostatni raz, nieco tęsknie oglądając garb księżyca wiszący smętnie nad Londynem.
Chłonął ciałem; muzykę, klimat i szum głosów, a jego spojrzenie przybierało z każdym krokiem na intensywności. Krocząc wolno, przez parkiet otaczał ludzi zgromadzonych w rytmach nocnej hulanki. Znał ten lokal średnio, bo i sporadycznie tu bywał, ale przypadł mu do gustu ten prezentowany wewnątrz klimat. Cień uśmiechu tańczył na obojętnej z natury twarzy, kiedy odnalazł kobietę w czerwieni, co przylega do ciała niemal jak druga skóra. Potęgowała wrażenie swą otwartością – zachęcała i kusiła jednocześnie. Była wyzywająca, ale bynajmniej nie wulgarna w swym wyrazie kobiecości. Dumna i… oczekująca.
Arena marzeń… bal pożądania już wiedział dlaczego, to miejsce wybrała. Pragnęła uwagi, tego by na nią patrzył w sposób, jaki uzna za właściwy – faktycznie niezapomniana, miała okazać się to scena. Bo cały tłum wokół tracił na znaczeniu, gdy ona na pierwszy plan wychodziła.
Pożerał ją wzrokiem – dystyngowanie, bez przesadnej agresji, delektując się, każdym detalem od włosów rozpuszczonych i miękką falą spływających na ramiona i plecy, przez dobór biżuterii i kolorystykę paznokci, jakby nie mogły odstawać od całości, a jednocześnie trafiała w jego słabe punkty.
Przemykający przez ogólną wrzawę śmiech przyciągał, a profil zarysowany z naturalną swobodą i premedytacją ruchów, jakby oczekiwał, że będzie na nią w tym momencie patrzył.
Podziwiał.
Ale dość miał podchodów. Wyszedł z półkola tłumu, czającego się przy niewielkich stoliczkach i przemierzając pustą przestrzeń, doszedł do baru, gdzie była ona. Otoczył ją instynktownie, niewymuszenie ciałem, ten protektorat zawsze był obecny w ich relacji, tak jakby pragnął ochronić ją, przed zagrożeniem, czającym się w mrokach nieprzebytej ciemności. Jednocześnie, niezbyt nachalny w swej postawie, bo chociaż chciał dotknąć ustami ramion, składając tam pierwsze pocałunki, a dłońmi kreślić runy na odkrytych plecach, to powstrzymywał swe pragnienia. Świadom, że to jej spektakl.
— Zjawiskowo wyglądasz, moja piękna — szept wydobywa się spomiędzy jego ust, gdy nachyla się nad ramieniem i otula zapachem lasu sosnowego, mięty i tytoniu. — Mam nadzieję, że ten tłum za moimi plecami, to nie kolejka do tańca z tobą, bo czeka ich niemiła niespodzianka. Dzisiejszej nocy tańczysz tylko ze mną — wiele wysiłku go kosztowało, aby wypowiedzieć te słowa. Lubił aktywność fizyczną: walkę, pływanie, quidditcha, ale taniec, choć podstawy przyswoił, to naturalne. Tak jednak w tej sztuce czuł się zawsze niezgrabnie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
26-01-2026, 11:36
Zapach znajomych męskich perfum otulił zmysły jak nieproszony, a jednak wyczekiwany szept ― drażniący dwojako jej personę, budzący czujność i coś nieprzyzwoicie miękkiego pod mostkiem. Ach więc już się odnalazł; czaił się jak drapieżnik pewny swego terytorium, wtopiony w gwar i światła, w naturalną dzikość własnego usposobienia. Cwaniaczek. Zerknęła niby znużona, niby zdziwiona, pozwalając spojrzeniu przesunąć się leniwie z ukosa przez ramię i zatrzymać w okowie jego brązowych oczu ― tych, które potrafiły mówić więcej niż cała reszta sali razem wzięta. Musiała przyznać bez zastrzeżeń: wyglądał majestatycznie. Bez luzackiej nonszalancji podróżnika, bez śladów drogi na mankietach; wyprostowany, wyważony, jakby przypomniał sobie wreszcie, jakie nazwisko nosił od pierwszych minut życia i jaką wagę miało ono w przestrzeniach takich jak ta. Czasem o tym zapominała ― o rodowodzie wpisanym w linię barków, o powadze, która nie potrzebowała głosu. Teraz jednak była oczywista, niemal dotykalna.
― Twoja? Wychodzisz poza akty adekwatnej stałości uzależnionej akcji, panie Lestrange ― Zwróciła się ku niemu nieznacznie, ruchem kontrolowanym, jakby odwracała kartę w dobrze znanej książce. Upiła łyk łagodnego szampana, pozwalając, by smak rozlał się powoli, a potem uniosła dłoń w dyskretnym geście ku kelnerowi. Jeszcze jeden ― wskazała, z uśmiechem, który był obietnicą tymczasowego sojuszu na tę noc. Dla doraźniejszego towarzysza, dla rozmowy, która miała dopiero znaleźć swój ton. W powietrzu zawisło napięcie — eleganckie, wyczekujące ― i wiedziała, że pierwsze słowo będzie należało do tego, kto odważy się je wypowiedzieć. ― Najpierw powinieneś poznać me imię i wtedy rzucać tak pięknym słowem, by wzbudzić mą ciekawość ― Moja, swoje, nieswoja, wasza ― ta bezosobowość potrafiła drażnić dotkliwiej niż ordynarna głupota męskiego upokarzania kobiet w ministerialnych korytarzach. Była jak chłodna etykieta przyklejona do skóry, odbierająca imię i intencję, sprowadzająca obecność do funkcji. Prymitywizm bywał wszelako zabiegiem ciekawym, dwojako kuszącym w perspektywie późniejszych osiągnięć i subtelnych przewag, a jednak ― drażnił, męczył, pozostawiał osad niesmaku. ― Pięknie wyglądasz, tak... niecodziennie, mój strudzony podróżniku.
Jego postawa mówiła coś zupełnie innego. O ochronie, o zaborczości niemal instynktownej, jakby świat wokół niej należał do strefy, w której nie każdy miał prawo się poruszać. Schlebiało jej to, bardziej niż była gotowa przyznać. Nie musiała się martwić, że jakiś głupiec zagada ją zbyt śmiało, że inna kobieta uderzy zazdrością, zbyt jawnie mierząc wzrokiem. Była pod osłoną ― nie deklarowaną, a oczywistą.
Dotknęła jego marynarki ruchem pozornie nieistotnym, jakby strącała niewidzialny paproszek lub prostowała zagniecenie materiału. Gest był drobny, niemal przypadkowy, a jednak palce zahaczyły o ciepło koszuli pod spodem, o realność jego obecności. Zatrzymała je tam ułamek sekundy dłużej, niż wypadało, zanim cofnęła dłoń z ledwie dostrzegalnym uśmiechem. W tej krótkiej chwili było więcej znaczeń niż w całej wymianie uprzejmości ― i oboje zdawali się to rozumieć bez potrzeby nazywania czegokolwiek wprost.
― Cóż, może dzisiaj podołasz mi nareszcie w tańcu, hm? ― Subtelnie zagaiła, przeciągając zgłoskę z patetycznym wyczuciem, intonacja miała stanowić zasłonę dymną dla intencji. Odwróciła ciało o pół kroku, barkiem domykając przestrzeń, biodrem zaś ją otwierając — sprzeczny sygnał, starannie podkręcony, by sprawiała wrażenie niezainteresowanej, niemal znudzonej. Takiej, którą należało dopiero obudzić z łaskawej obojętności. ― Chyba, że chcesz się sparzyć?
A jednak rzuciła wyzwanie. Lekko, niby mimochodem, wspominając, jak niegdyś łamała go w tańcu ― szybszym tempem, zmysłowością, która nie pytała o pozwolenie, a jedynie dyktowała rytm. W jego ramionach była wówczas nie do zatrzymania; ciało mówiło pierwsze, zanim myśl zdążyła cokolwiek skorygować. Mało kto potrafił dotrzymać jej kroku, jeszcze mniej ― nie pogubić się w tej grze. Spojrzała na niego spod rzęs, z ledwie zarysowanym uśmiechem, jakby pytanie już dawno zostało zadane, a odpowiedź miała dopiero nadejść. Może czegoś się nauczył? Może czas i doświadczenie wyostrzyły jego czujność, dodały pewności, której wcześniej mu brakowało. Pozostawiła to w zawieszeniu, pozwalając ciszy dopowiedzieć resztę ― bo wiedziała, że jeśli zechce, zmusi go do ruchu. I do pamięci.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
27-01-2026, 11:28
Wśród tłumu twarzy w akwenie spragnionych uwagi dusz, co powierzchnię zaledwie muskały, nigdy głębiej, jakby z obawy, być może przed gniewem i wiele mówiącym spojrzeniem, w jakim dalej tkwiło ziarno przebytej żałoby, tak od pamiętnej nocy w Norwegii – liczyła się tylko ona. Zakradła się z gracją, jak wiaterek polny; nienachalnie z tą swoją wykalkulowaną rozwagą, gdzieś na granicy flirtu, a później daleko poza nią. Skradła myśli bo wyjątkowość osobistości prezentowanej w formie nietuzinkowej, trudnej to zapomnienia zapisywała się głośniej, niż każda mila obietnica w ramionach innej. Nie dziwił się nigdy atencji prezentowanej przez mężczyzn w jej stronę, tej aurze przyciągania spojrzeń i wyrafinowanej grze słówek. Potrafiła zaleźć za skórę, zbudzić uśpione żądze, podsycić pragnienie, jednocześnie, bawiąc się spektaklem. Bez najmniejszego trudu gasiła natarczywość adoratorów, bo władcza postawa i pewność ruchów wpisane były głęboko w jej styl bycia, lecz szczęśliwcem ten, który odnajdzie jej uwagę, by na dłużej nasycić się towarzystwem. Nawet jeśli chojrak, cwaniak i amant, tak ona w swej nietuzinkowej osobie rozczyta prawdziwość intencji, bo zaglądać pod maski umie.
A przynajmniej łudził się myślą, że potrafiła, że to nie była wyłącznie gra, w której i ona jest pionkiem. Liczył, że prawdziwość charakteru odkrytego przez lata w jej osobie, mogła gwarantować mu pewną śmiałość w odczytywaniu tego, kim była w istocie. Poza światłami kryształowych żyrandoli i ciepłym blaskiem wysokich kandelabrów, tam, gdzie promień świecy nie sięga – w mroku jej duszy.
Drżenie, mimowolne i krótkotrwałe, gdzieś w środku klatki piersiowej. Jakby zimny dreszcz przeszył żywe organy, a uśmiech z lekka nostalgiczny nawiedził lico już nie tak młode, ale wciąż zdradzające młodzieńczy charakterek. Brąz tęczówek z naturalnym sobie spokojem otaczał świat i jej osobę. Wiedział, że trafiał w jej gusta i w pełni świadomy wykorzystywał tę okazję do zaprezentowania się, nieco inaczej, niż to, co w pamięci nosiła. Choć wszelako znała go od każdej możliwej strony.
— To nie wychodzenie poza akty wątpliwej stałości panno Rookwood, a oczywistość wpisana w naturę naszej znajomości — sojusz w obliczu ostatnich rewelacji, brzmiał znacznie lepiej, niż utarta ścieżka wojny na słówka i domysły, nawet gdy obydwoje wiedzieli, jakie będzie zakończenie tej potyczki. Przyznawał w liście rację, śląc pokłon przed pomysłem, jednocześnie z lekka rozbawiony wewnętrznie pozostawał, jakby ta emocja towarzyszyła mu, ilekroć patrzył na jej oblicze. Podobała mu się ta angielska klasa, którą tu prezentowała.
Z ledwie widocznym skinieniem podziękował kelnerowi za kieliszek szampana. A gdy przysunął cieniutką ramę szkła do ust, poczuł delikatny jego smak.
— Twe imię urokiem nocy zimowej zapisane w pamięci mojej pozostaje, a ciekawość, cóż w twoich dłoniach leży do niej klucz — wyzwolona jak zwykle, pozostawała w słowach jednocześnie elegancka, bez przekraczania barier etykiety. Lubił w niej te cechy, czasem łapiąc się na tym, że mimowolnie wyczekuje odpowiedzi nawet na najbanalniejsze pytanie. Była kobietą, która potrafiła łamać męskie karki – wolna i świadoma, może dlatego komuś takiemu, jak on podobała się tak bardzo, ta swoboda. Bo nawet w taktownej rozmowie okraszonej elegancją Melusine potrafiła zapleść ze słów sidła na czających się oprawców. Kusiła jednocześnie wdziękiem; tym okiem zalotnie spoglądającym i uśmiechem niebezpiecznie utajonym. Gra ciała była w jej wykonaniu doskonała, nieraz tak kontrastująca z jego osobą, gdy poczucie skostniałości zastyga na członkach. Ona w ten czas lawirowała, zawsze z największą gracją, niczym kotka wokół rosłego ogara.
Skinął głową na znak uznania za komplement. Była to forma elegancji, wobec jakiej zawsze czuł naturalną chemię, jednocześnie ciało momentami protestowało, jakby pragnęło pozostawać w luźniejszych, znacznie sprzyjających swobodzie ruchów szatach.
Protektorat naturalny; niewymuszony, wobec jej osoby, bynajmniej nie odbierał kobiecie siły sprawczości, dalej pozostawała wolna – swobodna, on; wyłącznie chronił przed zagrożeniem, wyczulony jak brytan, który nie szczeka, gdy kundelek z daleka zerknie, będąc ponadto ujadanie, lecz gdy przekroczy nieprzekraczalną granicę wkroczy z chłodnym wyrachowaniem.
Uwielbiał jej uśmiech, niech przeklęty będzie świat i wszyscy ci, co kiedykolwiek próbowali zgłuszyć ten przepiękny wyraz jej emocji. Nie potrafił, nieraz zgłuszyć tego, co potrafiła z nim zrobić zaledwie dotykiem ulotnym, gestem niepozornym, uśmiechem. Wciąż pulsujące echo tęsknoty odsłoniło swe brzydkie – zranione oblicze, jakiego się wstydził, bo w naturze mężczyzny to nie uchodzi, to sprzeczne, by słabość odczuwać, wobec tak drażniącej emocji. Nigdy nie zdarzał przed nią tego, jak bardzo, choć podejrzewał, że trafnie potrafiła go odgadnąć, bo słowami nie grzeszyli w tych momentach, a wyłącznie milczenie przemawiało przez ich ciała. I to wystarczało.
Westchnął ulotnie, niezgrabnym ruchem dłoni muskając obrys jej biodra, jednocześnie odwracając twarz ku barowej ladzie, aby odstawić szkło ledwie napoczętego szampana.
Siła drzemiąca w ciele – pulsowała zauważalnie, a temperament, tak odmienny momentami, niż ten widoczny u rodzonego brata kontrastował wściekle. A jednak powstrzymywał się, grając w tę grę, której zasady doskonale znał, nawet jeśli wynik rywalizacji z góry był pewny, to chciał jej… najzwyczajniej sprawiać przyjemność, bo wiedział, jak bardzo to lubiła, nigdy umyślnie jej nie zawodził.
Nawet w przeklętej formie tańca, do jakiego miała takie ciągoty…
— Zawsze lubiłaś stawiać mi kłody pod nogi — mruknął pozornie, tylko zniechęcony, bo trudno było jednak ukrywać wzrok, co za kobiecym ciałem błądził. Odnajdywał błękit tęczówek i widział tam wiele z tego, co utajone.
Uśmiechem odpowiedział pierwotnie, dość skąpym; lekko wyłącznie zagadkowym. Jakby chciał do samego końca pozostawiać ją w tej niepewności.
— Uczynisz mi ten zaszczyt? — cofnął się, o krok i skłonił; nieprzesadnie, utrzymując kontakt wzrokowy, a ten uśmiech wciąż grał swą melodię. Wyciągnięta dłoń ujęła palce kochanki z tą charakterystyczną lekkością, w jakiej jednocześnie wyczuwało się stanowczość. Pociągnął ją ze sobą na parkiet pozbawiony granic rozsądku, dość odważnie, bo świadom czym ryzykował, gdy zbudzi tę zmysłową duszę tancerki. To była jej scena – jej arena, oddawał honor przed każdym ruchem, który na brawa zasługiwał.
Ciało przy ciele, blisko, namacalnie, że aż serc echo bije jednakowo, zgrywając się z muzyką wypełniającą przestrzeń. W jego oczach pojawia się ciche przyzwolenie; w łagodności, jaką tylko jej potrafił okazywać.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
28-01-2026, 12:10
Jakże markotnie potrafiła się zanudzić, choć igraszką ― niemal z przekory ― próbowała rozegrać mu na nerwach własną perswazję, misternie utkanych doktryn, które przez lata służyły jej za tarczę i oręż jednocześnie. Ambitnym placem na noc dzisiejszą było bowiem oszołomić męskie jestestwo na nowo; nie ciałem, nie nachalnością, lecz miękką infiltracją myśli. Umysł chciała mieć w swym ambitnym posiadaniu, serce zaś ― zostawić bezpiecznie, nienaruszone, jak kosztowność zamkniętą w szkatułce, do której nie wydaje się kluczy bezwiednie.
Przecież majaczyły nadal jego słowa sprzed miesięcy, wypowiedziane gdzieś na granicy snu i jawy, w tej zdradliwej przestrzeni, gdzie ludzie mówią rzeczy prawdziwe, zanim zdążą je ocenzurować. Powiedział coś, czego nie chciała ― coś o budowaniu, o trwałości, o wspólnym ciężarze znaczeń. Sparzyła się już raz, boleśnie, zostawiając najważniejszą personę swego życia na wolności, bez siebie przy jego boku; i to wystarczyło, by myśl o konstruowaniu czegokolwiek z kimś innym wytrącić z porządku jej świata. Pozostały ambicje, chłodne, wyostrzone, gotowe do rozgrywania na tle zdobywania znaczenia w murach ministerstwa.
― Oczywistość nie bywa stałością w elementarnej spójności, jedynie może się zmieniać od zachcianki i skruszenia pewnych murów ― pouczyła, niemalże obdarowując go słodyczą prostoty. Jednak cień wrócił. Wspomnień i przeszłości, lepki i kuszący, nawlekał się na teraźniejszość jak zapach szeptany tuż przy kobiecym uchu, drażniąc tożsamość, którą tak skrzętnie pielęgnowała. Stał obok, niemal niewidoczny, a jednak obecny ― i w tej bliskości było coś niebezpiecznie znajomego, coś, co kazało jej na moment zwolnić krok i pozwolić, by myśl zbłądziła tam, dokąd przysięgała już nigdy nie wracać. ― Prawisz niemalże poezję wobec mojej osoby, romantyczne... ― Odkąd potrafił niemalże poetycko przemawiać, w jej wnętrzu coś ulegało cichej rekonfiguracji; jakby dawno ułożone warstwy samokontroli rozszczelniały się pod naporem dźwięku, który nie żądał uwagi, a jednak ją zawłaszczał. Nie pamiętała, by wcześniej pozwalała sobie na takie naginanie rzeczywistości ― by epika mogła wieńczyć prostotę męskiego gdybania i czynić z niego ornament, nie ciężar. Najpewniej to wychowanie, pochodzenie, genealogia manier ― uspokajała się tą myślą, bo porządkowała świat w kategoriach, które znała. Lecz głos, melodyjna tonacja, miał w sobie coś więcej: puls, który odnajdywał rytm w jej ciele, zanim umysł zdążył zaprotestować. ― Nadal to czynię, Monsieur Lestrange.
Słuchała więc uważnie, niemal czule, z lekkim przechyleniem głowy, jakby oddawała mu przestrzeń nie tylko w rozmowie, lecz w sobie samej. Czuła, jak czerwień sukienki staje się nie tylko kolorem, ale deklaracją obecności; jak materiał współpracuje z jej oddechem, a każdy ruch ramion i obojczyków zapisuje się w jego spojrzeniu. Gdy zaprosił ją do tańca, uczynił to bez pośpiechu, z tą charakterystyczną łaskawością gestu, która nie prosi ― a jednak daje wybór. Uśmiechnęła się pod noskiem, tym uśmiechem, który nie zdradza niczego wprost, a obiecuje więcej, niż należałoby.
Dopiła łyczek musującego trunku, pozwalając bąbelkom rozproszyć napięcie, poprawiła suknię drobnym ruchem dłoni i podała mu rękę. Jego dłoń była pewna, ciepła, nie za śmiała; prowadzenie zapowiadało się spokojne, niemal ceremonialne. Kiedy ruszyli, świat wokół zdawał się tracić ostrość: dźwięki miękły, kolory stapiały się w jedno tło, a ona ― prowadzona, lecz nie podporządkowana ― pozwalała sobie na bycie chwilowo nieostrożną. Dominował bez ostentacji, z uważnością, która bardziej chroniła niż zawłaszczała, i w tym było coś rozbrajająco kojącego.
― Nauczyłeś się czegoś nowego w tańcu? ― Dłoń spoczęła na męskim ramieniu z tą pozorną lekkością, za którą kryła się decyzja; gdy smyczkowe nuty wzniosły się miękko, niemal ceremonialnie, ruszyli z wolna w taniec, krok za krokiem, jakby świat wyznaczył im jedyną słuszną trajektorię. Dała się prowadzić, pozwalając, by jego pewność wyznaczała rytm, a ona sama mogła w nim odnaleźć własne echo. Czuła ciepło jego ciała, stabilność ramienia, subtelną rotację ich wspólnego balansu; byli blisko, na tyle, by oddechy niemal się jednoczyły, na tyle, by cisza między nimi miała wagę znaczenia. ― Jak bardzo poczułeś wobec mnie nienawiść, wtedy... ― Było w tym coś przewrotnie przyjemnego: wodzić na pokuszenie uroczego podróżnika, który z niejaką niemrawością powracał na rodzinne ziemie, jakby zawsze na próbę, nigdy na stałe. Spojrzenie sunęło po jego twarzy, rejestrując drobne napięcia, chwilowe rozproszenia ― znaki kogoś, kto umie być obecny, lecz nie potrafi się zatrzymać. Uśmiechnęła się ledwie dostrzegalnie, prowadząc biodrem delikatny kontrapunkt dla jego kroku, jakby przypominała mu, że taniec bywa rozmową, a nie marszem. ― Szepnij mi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
01-02-2026, 14:36
— Pytanie pozostaje, czy zdołasz pokonać te mury? — odpowiedź kieruje szeptem sugestywnie patrząc kobiecie w oczy. Już raz osiągnęła cel, który podyktowany przyjemnością chwili zmienił się w ciąg wydarzeń dziwnie, specyficznie splatający ich osoby na przestrzeni lat dryfowali po tych samych wodach przecinając swoje kursy okazjonalnie, zawsze trwale w pamięci odznaczając, te chwile. Była jednak w tym wszystkim, zawsze pewna zadziorność, ta nieustanna walka; na słowa, czyny, a nawet gesty, gdy trwali zamknięci w milczeniu. Rywalizacja, jako element stymulujący, nawet gdy odpuszczał, to potrafiła prowokować go do ponownego opuszczenia przyłbicy i kontynuacji przerwanej walki. To było zaskakująco przyjemne – zdawał sobie sprawę, zawsze wówczas, gdy brakowało mu jej osoby w chwilach, gdy dzielił przestrzeń z samotnością lub cieniem innych kobiet. Wracając zawsze mimowolnie do charakteru relacji, jaki go łączył z Rookwood. Ta igraszka rozpalała w nim coś więcej niż pożądanie, budziła ciekawość, a ta była jego przekleństwem, to ona podyktowała ścieżkę życia wybrukowaną z wiedzy, doświadczeń i odkrywania tego wszystkiego, co skryte za woalem tajemnicy. Lubił ten dreszczyk ekscytacji, kiedy ich spojrzenia się przecinały nad szachownicą lub jak w chwili obecnej – w tańcu.
Zacisnął zęby. Odruchowo z pewną niechęcią, jakby tęsknota zaślepiała umysł czarodzieja, odsłaniając skryte pragnienia, które Melusine dostrzegała i chętnie wykorzystywała. Zawsze była przebiegła, nawet w sytuacjach kryzysowych potrafiła sięgać po rozwiązanie, które mogło budzić zastanowienie i odruchy pewnej zachowawczości, wobec jej osoby. W swej postawie często był, wobec niej otwarty, czasem nazbyt wylewny, bo nie krył się z myślami, które swobodnie nachodziły na język. Ale bywały kwestie, nigdy nieporuszone – utajone i tak głęboko zakopane w skrytkach zalegających na dnie duszy, że próżno ich szukać. Ich ostatnie spotkanie uchylało drzwi do kwestii, jakie pozostawały pod znakiem wątpliwości. Był jednocześnie ciekaw, tego dla kogo pracowała, a zarazem drażniła go myśl, iż tak ryzykowała. Wpadając w pułapkę własnego postępowania, trafiła na człowieka z przeszłości, o którym chciała zapomnieć. Ironia losu, ta przewrotność jednak bywała kapryśna, jak się obydwoje przekonywali na własnej skórze. Dziś jednak nie chciał uderzać w czułe struny, a pragnął przypomnieć sobie to uczucie, którego doświadczał przy jej osobie. Tak inne od wszystkich pozostałych.
Potrafiła go drażnić, jak nikt inny; grać na nerwach, niczym znudzony kociak poszukujący zaczepki, tego zaproszenia do zabawy. Przewracał zwykle oczami, dość wymownie, czasem westchnięcie wydobyło się spomiędzy regularnej linii warg. Potrafiła być przekonująca, gdy jej na czymś zależało, a on paradoksalnie odkrywał przyjemność w tej prezentowanej pozornie niechęci. Rewanżując się poniekąd za te kłody stawiane mu na przestrzeni ich znajomości, choć to nie jedyny sposób w jaki się jej odwdzięczał.
Potrafiła uśmiechać się tak… wdzięcznie. Łącząc subtelny kobiecy urok z łobuzerskim pragnieniem czającym się, gdzieś podskórnie. Deklasowała znaczną część poznanych przez niego kobiet, tym sposobem bycia, który idealnie skrojony potrafił szeptać między słowami. Zaklęta elegancja i taktowność w ruchach zmysłowych obdartych i pozbawionych nadmiernej ekspozycji, która wołała rozpaczliwie o to, by na nią patrzono. Była w jej przypadku wrodzona, a magnetyzm spojrzenia, energia kroku sprawiały, że ludzie mimowolnie patrzyli. Szedł, o zakłada, że nawet w prostej kreacji, niezbyt wyzywającej ściągałaby na siebie uwagę.
Doskonale czytał jej swobodę w ruchach, domyślając się bez trudu, że pozwalała mu na to, by ceremonialnie, niemal z charakterystyczną sztywnością prowadził. Tak w bójce, czy pojedynku magicznym lekki krok go charakteryzował i pewność ruchów, a gdy nogi układały się w wyćwiczone sekwencje ruchów, kiedy muzyka grała – przeszywała go podskórnie swego rodzaju niechęć. Jakby jego ciało nagle twardniało i spinało się w obawie przed zagrożeniem. A przecież to był wyłącznie taniec.
— Mhm… — mruknął, czując na sobie to jej charakterystyczne spojrzenie, niemal dopisując niewyrażony uśmiech na jej twarzy. Zmorą był taniec. Ale musiał przyznać w cichości ducha, tak by nie wypłynęło to z jego ust. Nie przed nią, że trenował. Nawet jeśli w dzikich ostępach starego Kontynentu, Azji, czy Afryki, tak ćwiczył korki ukochanych kombinacji Rookwood. Szło mu topornie, ale próbował, starał się, by przy każdym kolejnym nieoczekiwanym spotkaniu czuć się pewniejszym, by… móc jej sprawić radość, chociaż niewielką. Bo wiedział, jak bardzo kochała taniec.
Oddychał głęboko, pozwalając, by krok był zgodny z rytmem, aby muzyka go niosła, a tłum wokół nich gasnął w oczach. Liczyła się tylko ona, ta chwila. Nie mylił się w ruchach, bo wypraktykowany na pamięć niemal układ ćwiczył do bólu. Próbując zrozumieć melodię, ruch i wszystko to, co czyniło człowieka w tańcu wolnym.
Zaskoczyła go.
Gdzieś w głębi gardzieli zamajaczyło widmo warknięcia – prymitywne, ale jednak uderzające, jak bardzo potrafiła zagrać na jego wrażliwości. Tej, którą wobec niej tak śmiało odkrywał, prawdopodobnie na swe przekleństwo. Nie zdradził krokiem, czy reakcją emocji, zdławił je w sobie.
Wybiła go z lekkością; z tego marszu, który nazywał potocznie tańcem. Ale nie upadł, znał te cwane sztuczki – dostosował się i po chwili sprowadził na właściwy tor, stanowczo, lecz nie ostentacyjnie. Wykonując obrót, zbliżył naturalnie twarz do jej szyi; jej zapach uspokajał i przypominał tak wiele zarazem. Muskając wargami powietrze tuż przy wrażliwej skórze, odnalazł ją wzrokiem.
— Nie wracaj do tego — chłodna, wręcz żelazna nuta w jego głosie szła w parze ze wzrokiem, którym karmił ją przy ich ostatnim spotkaniu. Przyciągnął ją ku sobie na tyle blisko, by ich ciała otarły się o siebie i momentalnie odrzucił w ostrym obrocie, kontrolując każdy najmniejszy ruch, ponownie przyciągnął ją bliżej siebie.
— Tęskniłaś kiedykolwiek? — pytać, czy żałowała, to nadziewać się na zaostrzony kołek, dlatego milczał w tej sprawie, wolał nie ruszać tematów, które były z góry jasno określone. Ale tęsknota? Choćby za obecnością w przeciągającym się milczeniu?
Muzykanci przyspieszyli, a dźwięki wznosiły tancerzy na kolejny etap tej szalonej gonitwy. Jego wzrok jednak trwał wyczekująco, jakby tym razem on doszukiwał się najmniejszej reakcji na jej twarzy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
03-02-2026, 11:26
Groźba i prośba bywały sobie bliźniaczo podobne, gdy wypowiadano je półszeptem, z tą samą miękkością zgłosek, które sączyły się do ucha niczym obietnica albo wyrok odroczony o jedno mrugnięcie. Milknięcie bywało najgłośniejsze ― zawieszone między oddech a decyzję, między napięcie mięśni a bezruch, który tylko pozornie oznaczał spokój. W tej ciszy rozkładała męską jaźń na czynniki pierwsze z precyzją praktycznej inwigilacji, nie dotykiem jeszcze, lecz uważnością; spojrzeniem, które wiedziało, gdzie zatrzymać się dłużej, a gdzie prześlizgnąć się obojętnie.
Bo każdy, bez wyjątku, nosił w sobie pęknięcie. Kobieta i mężczyzna ― zepsuci na swój sposób, nadpsuci pragnieniem bycia widzianym, słyszanym, pochwyconym w cudzej uwadze. Bajdurzono ciałem, gestem, głosem; mowa ciała była starsza niż rozsądek i znacznie bardziej przekonująca. Sugestia rodziła się w drobnostkach: w ułożeniu dłoni, w przesunięciu nogi, w nieznacznym pochyleniu głowy, które dla niewtajemniczonych nic nie znaczyło, a dla niej było całym akapitem intencji. Spiekota męskiego prymityzmu mieszała się z potrzebą ochrony ― paradoksalną, bo podszytą dominacją, a jednak błagalną w swej istocie.
― Po co dematerializować coś, co wnosi słodkość w strukturach niepewności ― Ile żyć, tyle konspektów do przerobu praktycznego. Ile zabawy, tyle pieszczoty ― niekoniecznie tej cielesnej, lecz tej myślnej, gdzie dotyk zastępowało słowo, a bliskość budowało napięcie. Miało to swoje piękno, nieoczywiste i niebezpieczne, oraz cierpkość cytrusowego owocu rozgryzanego zbyt łapczywie. Czasem pachniało igliwiem, surowym i żywicznym, jak obecność tej bezczelnej persony, która spoglądała wyłącznie na nią ― z nachalną ciekawością, z głodem wiedzy. ― Obrony nie powinno się dewastować, niech trwa... ― Zaś upadek i pęknięcie będzie najlepszym dobrem zdobywczym. Patrzył tak, jakby chciał słyszeć jej myśli, zanim zdążyła je nazwać. Jakby cisza między nimi była tylko kolejnym narzędziem, które należało odpowiednio użyć.
Taniec był wolnością ― nie tą krzykliwą, afiszowaną gestem buntu, lecz cichą, podszytą iskrą, która rozpalała spiekotę pod skórą i pozwalała na chwilowe wyzwolenie z katalogu zakazów: nie możesz, nie wolno, nie wypada. W ruchu ciała ginęły granice, a rytm stawał się językiem pierwotnym, starszym niż rozsądek i konwenans. Może i jego krok był odrobinę sztywny, nieco za bardzo uważny pośród żywej muzyki, lecz nie zamierzała spisywać go na straty ― wszak liczyły się starania, sama chęć podążenia, próba odnalezienia wspólnego pulsu.
Ciało do ciała, bliskość mieszania się tchu, miękka niepewność dłoni szukającej właściwego miejsca. Brązowe tęczówki wpatrywały się w nią z uwagą, która niemal domagała się wyznania ― prawd o nim samym, o tęsknocie skrywanej pod maską opanowania, o niepewności, która wybrzmiała wtedy, gdy słowami zszargał ich wspólną możliwość. Mogli coś stworzyć… a jednak nie mogli. Światy, z których pochodzili, były zbyt wyniosłe w swej stosowności, zbyt głośno przypominały, że krwi mieszać nie wolno, że porządek ma swoje żelazne ramy.
― Gdybym powiedziała tak, byłbyś zadowolony? ― dywagowała słodko tuż przy jego twarzy, szeptem wysnutym z głębi przemyśleń. Tutaj nie było dla nich wolności ― ani tej jawnej, ani tej skradanej między spojrzeniami. Nie było możności bycia i trwania przy nim bez ceny, bez wpisania się w oficjalne struktury, które miażdżyły wszystko, co miękkie i prawdziwe. Zostawała jedynie ulotność słodkich wspomnień, jak zapach perfum na szalu, który z czasem i tak blednie. Trwać nie mogła; być ― również nie, przynajmniej nie w tym świecie, gdzie każde „my” wymagało pieczęci, nazwiska i zgody obcych. ― Lubię siać doktrynę niepewności, jedną zgłoską... ― Dała się poprowadzić ― smagnięciem wyciągnięcia silnego ramienia, które oddaliło ją od niego, jakby ktoś brutalnie przeciął nić napięcia. Włosy zafalowały, ciało prężyło się sugestywnie w lakoniczności ruchu, akcie bezwiednej pamięci ciała, które wiedziało, komu przynależało przez ten jeden, zawieszony moment. Potem powrót ― miękki, niemal nieuchronny ― na swoje miejsce, przy nim, w półcieniu niedopowiedzeń. ― Chcesz, bym tęskniła.
Oparła się lekko, jakby sprawdzając, czy jeszcze tam jest; czy jego ramię nadal nosi ślad jej obecności. Było w tym coś z okaleczenia ― nie ciała, lecz bycia ― gdy bliskość nie mogła stać się obietnicą, a jedynie raną przypominającą o tym, co nigdy nie otrzymało prawa do istnienia. Milczała, bo milczenie było jedyną formą godności, jaka im pozostała. A w tej ciszy drgało wszystko, czego nie wolno było nazwać.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#19
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
03-02-2026, 14:36
Dźwięk muzyki wibrował w uszach, niósł się echem po ciele, które przeżarte stagnacją powoli wyłamywało się ze sztywnych ram, a krok z marszowego – wyuczonego, dość sztywnego stawał się płynniejszy, energiczniejszy, znacznie bardziej świadomy. Im mniej mówił, tym bardziej potrafił skupić się na muzyce, by to ona prowadziła go w tej potyczce, która momentami przypominała walkę. Tam, był w swoim żywiole i pozwalał, aby doświadczenie go niosło, bez eksponowania emocji – wyzbyty gniewu, który wyłącznie zaślepiał.
W tańcu z Melusine wszystko, co wokół ich otaczało na moment, zamiera, to były te ulotne chwile, gdy patrząc kobiecie w oczy, czytał emocje, jakie ta kryła pod zasłoną przyłbicy, wiecznie czujna. Tak jakby obawiała się, że gdyby uchyliła wieko tego uczucia – nazywając je adekwatnie – wszystko by się zmieniło.
Popełnił błąd w momencie, kiedy sięgnął po to, co nigdy nie było jego, gdy słowem w półmroku; owładnięty snem wypowiedział życzenie ciche i pozornie niewinne, ale znaczące w skutkach. Wówczas osaczył ją jak drapieżnik ofiarę. Pozbawiony rozsądku, dość głupio i lekkomyślnie skreślił to, co budowali przez lata. Bo przecież inaczej, by ta dziwna plątanina spotkań poza rodzinną ziemią; niegasnącego pragnienia i rozmów po świt, trwała nieprzerwanie, aż do momentu zakotwiczenia na stałe w porcie obowiązku – lojalności, wobec kogoś innego. Nie łudził się nigdy nadzieją, że mogliby stworzyć razem, coś więcej. Zbyt wiele zawsze stawało na drodze, a to, co ich łączyło, trudno określić jednym słowem.
Wiedział jedno – zależało mu na niej. Nawet jeśli go zraniła.
Czasem przeklinał w duchu jej temperament, te słowa kreślone z premedytacją podszyte słodką drwiną, jakby celowo bawiła się nim, czując dominację, gdy jego prostota w tej materii wychodziła na jaw. Przygryzał zęby w zduszonym uśmiechu, bo – o ironio – bywało, że lubił te momenty, gdy tak mówiła, nawet jeśli skupiony w tańcu na krokach i rytmie muzyki nie potrafił równie sprawnie słowami atakować.
Pomruki akceptacji – pozornej, bo trudnej do zdefiniowania dostawała w odpowiedzi. Trochę, tak jakby pozwalał, aby wypowiadała swoje, a on, cóż podejmie inne kroki, aby zrównoważyć szalę tych potyczek.
— Myślę, że sama nie wiesz, co czujesz — wymiguje się od odpowiedzi, bo nigdy nie zamierzał jej do niczego przymuszać w takich kwestiach przynajmniej. Skoro miała z tym wyraźny problem; on nie nalegał. Wiedział na, co mogli sobie pozwalać na rodzinnej ziemi, czego nie wypadało robić i jak grać tę rolę, aby tak dalej pozostawało. Nie zamierzał wyciągać w tańcu słów, które powinna wypowiedzieć mimochodem. A skoro tego nie potrafiła zrobić, bo uciekała w swoje gierki, to mógł przypuszczać, jaka była odpowiedź.
Strach w tej kobiecie drzemał w głębi – zwykle nieporuszony. Ale potrafił wypływać w tych kluczowych momentach, gdy perfekcyjna maska pękała, odsłaniając prawdziwe oblicze.
Nie krytykował tego nigdy, bo sam wobec niej, nigdy w pełni szczery nie był. Nie mógł zatem oczekiwać tego samego.
— Wiem, o tym, aż nazbyt dobrze, doświadczałem tego — mruknął, muskając wargami ucho kobiety. Jednocześnie przypominał, że znał wszystkie jej podłe sztuczki i pozostawał na nie głęboko odporny. Nawet jeśli ich ciała ocierały się zmysłowo w tańcu, a czerwona kreacja odsłaniała tak zuchwale plecy. Jego dłoń mimowolnie sięgnęła biodra partnerki, gdy przenosił ciężar ciała na drugą nogę, zwalniając kroku. Jakby muzycy wyczuwali intencje historyka i grali celowo pod niego.
Uśmiechnął się smutno. I lekko przyciągnął ją bliżej, obejmując śmielej, lecz nie w wyzywającym uścisku, a lekkim, jakby przyjacielskim wyrazie. Tak jakby pragnął schować ją przed całym światem. Dłonie powróciły na swe miejsca, już nie błądziły po biodrach, a skupione na talii sięgały odsłoniętych pleców. Czuł na sobie spojrzenia innych mężczyzn, tych stojących przy barowej ladzie. Jak wpijają w nią wzrok, dlatego mimowolnie prostował swą sylwetkę i murem stawał między ich myślami, a Melusine.
— Czasem ucieczka jest jedynym rozsądnym rozwiązaniem — uśmiechnął się nostalgicznie w sposób charakterystyczny i doskonale jej znany; miękko z lekkością i szacunkiem, dotykając opuszkami palców jej skóry. Spojrzeniem dodając otuchy, bo dawno tak nie patrzył na nią. A chciał, żeby przestała grać i ściągnęła maskę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#20
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
04-02-2026, 11:51
Niezbyt wielu wiedziało, co szlachtuje jej duszę na pół i dźga serce z każdą marą myśli, gdy kwestie przeszłości wypaczały się poza krawędzie statecznej idylli, tej, która tylko czasem miała czelność wpisać się w rzeczywistość. Była jak cienka warstwa szkliwa ― błyszcząca, gładka, a jednak pękająca pod naciskiem jednego, źle postawionego pytania. On znał jedynie fragment jej samej, wycięty ostrożnie, wygładzony do przyjęcia; tak samo jak ona nie potrafiła w zdrowy sposób objąć znaczenia tylu emocji naraz. Czym faktycznie było nieprzekłamane szczęście, a czym tylko jego dobrze odegrana imitacja? Czym były absurdy chwil pięknych ― tych, które bolały dopiero po czasie? Bezinteresowność i troska pozostawały pojęciami obcymi, niemal teoretycznymi. W domu się o nich nie mówiło. Milczenie miało tam większą rangę niż czułość, a obecność ojca zaznaczała się głównie przez nieobecność: długie dnie w Ministerstwie, wyjazdy, samotne polowania na wojaże niemieckiego dołka faktyczności, gdzie liczby i wpływy zdawały się ważniejsze niż ludzkie drżenia. Nauczyła się więc nosić fasady ― dopracowane, eleganckie, funkcjonalne ― i wierzyć, że to wystarczy, by świat nie zaglądał głębiej.
Mógł znać jej zewnętrzne warstwy, ich nienaganną konstrukcję, lecz o ich zasadną faktyczność nie wyłożyłby karku na katowski pienień. Wiedziała o tym. Była w tym jakaś uczciwość, choć gorzka ― świadomość granicy, której nie należało przekraczać bez zgody obu stron. Przepraszam, myślała czasem, z tą charakterystyczną dla siebie miękką ironią, ale nie wiem, czy faktycznie tak jest. A może po prostu bała się sprawdzić.
― Dobrze, że nie czytasz mi w głowie... ― Męskie dłonie zakrawały o personę wyuzdania, lecz w precyzji było coś niemal prawdziwego ― jakby dotyk nie miał prawa być przypadkiem. Pod okrywkiem długich włosów sunęły po odkrytej linii łopatek, smagając skórę nie brutalnością, lecz obietnicą; ciągnęły się wzdłuż kręgosłupa jak linia pamięci, której ciało nie potrafiło zapomnieć, choć umysł usilnie próbował. Każdy ruch wywoływał ciche westchnięcie, splecione z jej oddechem i oddane wprost jego wargom, jak modlitwa szeptana wbrew rozsądkowi. ― Byś zagubił jestestwo i całego siebie w labiryncie mych myśli, wiesz? ― nęciła swoje prawdy jakoś tak wrażliwie, przez dłużącą się sekundę pękając na połowę. Oparła policzek o jego tors z tą samą naturalnością, z jaką niegdyś czyniła to o porankach i nużących wieczorach, gdy świat był jeszcze prostszy, a role mniej ostre. Wsłuchiwała się w ociężałe bicie silnego serca, odnajdując w nim rytm dawnych dni ― stabilny, niemal kojący, zdradliwie znajomy. Przez krótką chwilę pozwoliła sobie na luksus normalności, na iluzję, że nic się nie stało, że nie ma rachunków do zapłacenia ani granic do przekroczenia. ― Uwielbiasz to... ― owe doświadczenia, które Ci nadłożyłam.
Chciała być chciana ― nie w prostocie aktu, lecz w tym napięciu, które rodziło się wcześniej, w milimetrach spojrzeń i niedopowiedzianych ruchach barków. Sensualność nie była deklaracją; była procesem, cichym, biochemicznym zapisem reakcji, jakie zachodziły pod skórą, gdy brąz jego obecności przecinał jej pole widzenia niczym ostrze zanurzone w pięknie lasu. Szarość tęsknoty osiadała w nim warstwami, jak osad pamięci, który nie daje się zmyć nawet wtedy, gdy zmienia się krajobraz, kontynent, rytm dnia i ton głosu używany w oficjalnych rozmowach. Tam, daleko, w przestrzeni odpoczynku od ministerialnej sztywności, od nazwiska niosącego ciężar cudzych oczekiwań, pozwalała sobie na miękkość ― nie słabość, lecz elastyczność, zdolność do ugięcia się bez złamania.
― Chcesz uciec tam, gdzie nikt nas nie dostrzeże? Daleko od tutejszych światków dewiacji, bo mogą zniszczyć Twe nazwisko? ― Uśmiech pojawił się nie tyle na jej ustach, co w sposobie, w jaki przestawiła ciężar ciała, jakby instynktownie zaznaczała terytorium niewidzialnym gestem. Nie była pewna, czy kierowała go do niego, czy do tych przy barze, do przypadkowych świadków jej istnienia w tej chwili, ale to nie miało znaczenia; znaczenie miało zetknięcie, ledwie muśnięcie warg o linię jego szczęki, akt pozornie przypadkowy, a w istocie precyzyjnie zaprogramowany przez lata obserwacji własnych reakcji. Ciepło skóry było komunikatem, nie prośbą. Było przypomnieniem o kręgu, który kiedyś się domknął i którego echo wciąż pulsowało w jej wnętrzu.
Znowu jesteś mój, prawda?

zt dla Mel
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 22:03 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.