• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Londyn, al. Śmiertelnego Nokturnu 88/10 > Salon
Salon
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
27-08-2025, 22:58

Salon
Salon spełnia kilka funkcji - od jadalni, przez gabinet, po miejsce upragnionego wypoczynku. Obok okna z ciężkimi firankami i stolika, majaczy stara komódka z przeszklonymi drzwiczkami; ustawiono na niej zegar, obok znajdzie się jeszcze wyschnięte kwiaty w wazonie, których nikt od dawna nie wymienił. W rogu, nieco w cieniu, znajduje się niedużych rozmiarów kominek, wnoszący trochę ciepła do chłodnego pokoiku. Na dywanie niechlujnie stoją dwa krzesła, jakby ktoś przerwał rozmowę i wyszedł tylko na chwilę, choć w rzeczywistości przez większość dnia dom milczy, nie oglądając w swoich murach ani jednej żywej duszy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (2): « Wstecz 1 2
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#11
Drew Macnair
Śmierciożercy
the only way to get rid of temptation is to yield to it
Wiek
32
Zawód
zaklinacz, namiestnik Suffolk
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
40
OPCM
Transmutacja
14
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
12
2
Brak karty postaci
19-01-2026, 20:15
Płynąca z listu enigmatyczność nie wzbudziła mej ciekawości, lecz swego rodzaju obawy, bowiem Igor nie zwykł nalegać na natychmiastowe spotkanie, zwłaszcza w swym nowym mieszkaniu, którego kątów – co zabawne – do tej pory nie miałem nawet okazji zobaczyć. Znałem Śmiertelny Nokturn jak własną kieszeń i zapewne niewiele różniły się one od okraszonych ponurą aurą mroku oraz wilgoci wnętrz, które widywałem tam przez lata, urządzonych podobnie i równie niechętnych wobec obcych spojrzeń. Dlatego mogłem dziwić się tej decyzji, wiedziony urażoną dumą mogłem karcić milczeniem tudzież pozornie niechętną postawą, jednakże gdzieś w głębi siebie starałem się zrozumieć. Porzucić priorytet własnych celów i nieustannie kiełkujących ambicji byle zacieśniona relacja nie uległa nagłemu nadszarpnięciu, które nieść za sobą mogło poważne w skutkach konsekwencje. W istocie, zapewne odwracalne, lecz obydwoje znaliśmy wartość zaufania, podobnie jak jego kruchość, bowiem niekiedy jeden czyn stanowił o rysie w litej skale, z pozoru nieznacznej, lecz wystarczającej, by podważyć jej trwałość.
Twarz mimowolnie ozdobił kpiący uśmiech, gdy stopa ledwie przekroczyła progi nadszarpniętego zębem czasu korytarzu kamienicy, a nadkruszony gzyms zniknął z zasięgu wzroku wraz z cudem trzymającym pion lokalnym rzezimieszkiem. Pewnie gdybym dłużej mu się przyjrzał rozpoznałbym zmęczone alkoholem lico wszak nie tak dawno byłem poniekąd odpowiedzialny za tenże stan większości okolicznych. Daleki byłem od sentymentów i próżno szukać we mnie skłonności do rozpamiętywania dawnych epizodów, jednakże trudno było zaprzeczyć, że to właśnie tutaj wszystko wzięło swój początek - w zadymionym barze, gdzie więcej spraw załatwiało się szeptem niż słowem, a pierwsze kieliszki rzadko bywały jedynie pretekstem do rozmowy.
Zanim bezceremonialnie wszedłem do środka – czego zresztą życzył sobie sam gospodarz – nasłuchiwałem jakichkolwiek niepokojących dźwięków. Różdżka, choć nieustannie spoczywająca w kieszeni płaszcza, zdawała się nieznacznie pulsować, jakby wyczuwała rosnące napięcie i wzmożoną czujność. Nie dosłyszałem jednak niczego wskazującego na bezpośrednie zagrożenie, więc szybkim ruchem nacisnąłem klamkę i wkroczyłem wgłąb mieszkania.
Wzrok pomknął wpierw ku mężczyźnie, którego trudno było nie rozpoznać z fotografii, jakich Igor miał w swych zbiorach wiele, a następnie zatrzymał się na spoczywającej na stole butelce. Kpiący uśmiech nie opuszczał warg nawet wtedy, gdy skrzyżowałem spojrzenie z młodym Karkaroffem - nawet wtedy, gdy złość zdawała się kiełkować i próbować zawładnąć nonszalanckim krokiem. Oparłem się barkiem o framugę drzwi i skrzyżowałem ramiona na piersi starając się zrozumieć, co właściwie miało miejsce. -Urocza rodzinna kolacja?- uniosłem pytająco brew. -Zabawniejsze byłoby ostatnie namaszczenie- rzuciłem przenosząc wzrok z powrotem na Yavora. -Ach, gdzie moje maniery- zaszydziłem. -Wychodzisz już, czy trzeba ci pomóc?- zapytałem spokojnie, pozwalając, by ostatnie słowo zawisło w powietrzu dłużej, niż było to potrzebne.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#12
Igor Karkaroff
Śmierciożercy
his eyes are like angels
but his heart is cold
Wiek
24
Zawód
przedsiębiorca, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
14
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
15
4
Brak karty postaci
25-01-2026, 02:37
Wiele lat musiało minąć, by słabość przekuł w siłę, by wątpliwość okiełznał pewnością, a z popełnionych błędów wyciągnął wreszcie wartościową lekcję. Wiele doświadczeń skazać musiało jego skórę, by jej brzydki, upstrzony bliznami wierzch, stał się wygodnie niecharakterystyczny, a przy tym ― zaskakująco pociągający. Miły dla oka, zarazem ekscytujący w dotyku; pachnący aksamitną satyną, zarazem pobrzmiewający wyrazistą szorstkością.
Bo, tak po prawdzie, zaledwie tego jednego, w rzeczywistości, nauczono go tam, w rodzinnym domu zbudowanym z surowości i dyscypliny; tego jednego przystosowania. Intratnej dla jego reputacji zmiennokształtności, raz to wpychającej w usta słowa żywcem wyciągnięte z rynsztoku, raz to naznaczone zaś wykwintną elokwencją, by w jeszcze innej okoliczności złączyć obydwa w charakterze podłej perswazji; intratnej dla jego teraźniejszości plastyczności, w wybranych momentach nasycającej go zamiennie cechami mężczyzny i kobiety, kata i ofiary, winnego i niewinnego; intratnej dla jego przyszłości łatwości w adaptacji, drogą której najpierw zjednywał łagodnością, by w konsekwencji móc wreszcie despotycznie rządzić. Natura nie obdarzyła go twardą pięścią zamykającą usta, los nie nadał mu także odgórnie roli lidera, więc o swoje miejsce w tym pochodzie walczyć musiał sam, na własnych , nieco być może zagmatwanych, zasadach.
I zdawało się właśnie, że triumfował.
Triumfował przed niespełna tygodniem, gdy matka padała przed nim na kolana służalczo oddając się jego woli, a przy tym poddańczo zezwalając mu na wymierzenie jej stosownej dla popełnionego czynu kary. Triumfował i teraz, gdy w szarych tęczówkach dla trwogi nie było już miejsca, a on bezwstydnie dyktował ― jakże wybredne ― warunki własnemu ojcu.
Triumfować miał jeszcze za tydzień, dwa, trzy i cztery, gdy na pergaminie spłyną słowa przyzywające go tęsknotą z powrotem do domu; gdy na papierze zastygnie widmo skruchy rozżalonej Iriny; gdy pomiędzy gestem tym czy tamtym znowuż to wkupi się w łaski kolejnego istnienia, byleby tylko pojmać je na własność w pozornie beztroskim zaufaniu, sympatii i oczekiwanej normalności.
― Tym właśnie ― szczerością ― różnię się od ciebie i matki ― zauważył lakonicznie, oparłszy się wygodniej w wysłużonym fotelu; drobinki kurzu falowały w powietrzu, najpewniej zmącone przez napięcie padających tu kolejno słów ― bo wiele z nich przypominać zaczynało z wolna sądową rozprawę, swoiste wyliczenie grzechów oskarżonego przez oskarżającego, choć wyrok znany był jeszcze przed jej rozpoczęciem. ― Nie przesłyszałeś się ― dopowiedział prędko, gdy te same sylaby raz jeszcze wypełniły przestrzeń, tym razem jednak z ust niedowiarka; ściskana w ręku różdżka gotowa była pozbawić go drogi ucieczki, narzędzia ataku i samoobrony, jedynego najpewniej orężu nonszalancji podobno to gnijącego pod tonami ziemi Yavora Karkaroffa, ale jej koniec nie miał powodów, by drgnąć choćby przez moment.
A on ostatecznie zrozumiał, że choć skromny salon zajmowali teraz tchórze o tym samym, starszym i młodszym, wizerunku, ten stojący naprzeciw tym razem nie zamierzał skapitulować.
― Nie ufam ci. Nie wierzę pustym obietnicom ― powaga wkradła się pomiędzy rysy twarzy, ramię symbolicznie ścisnęło ramię, gdzieś nawet przemknął cień nikłego porozumienia, jeszcze nieprzypieczętowanego tym, co napełniałoby go pewnością ― że może go do siebie dopuścić, że może pozwolić mu podążać ścieżką Grindelwalda, gdy oni niezmiennie czynić będą swoje, po drugiej stronie barykady.
Krótki list pofrunął w eter, wzywając zwyczajowego powiernika tej tajemnicy; i nie czekali na niego długo, ledwie tyle, ile zajęło dokończenie skromnej butelki przywiezionej z ojczyzny rakiji, okraszone oszczędną rozmową, w której pozwolił sobie pytać. Dowiadywać szczegółów z ostatnich lat, zasięgać słowa o prawdzie, która wygnała go z Bułgarii i do reszty skreśliła w Związku Radzieckim; zrozumieć, dlaczego nie podzielił się śladem tych planów z żoną, ani dlaczego nie pozostawił dla nich obydwojga bodaj żadnej wyraźnej wskazówki, że całość bliska jest prędzej rozgrywanej na scenie farsie, niźli druzgocącej rzeczywistości. W innym wypadku być może pozostałby tam na dłużej, w odmiennej sytuacji być może zawalczyłby o majątek, który ten musiał pozostawić bez mianowania dla niego zasłużonego następcy.
― Przyszedłeś ― wybrzmiało w końcu, jako to nieme podziękowanie, gdy w progu pojawiła się znajoma twarz; na jego własnej wykwitł nawet leciwy uśmiech, to ciche oznajmienie ulgi, że jego prośba nie została zignorowana. ― Drew, dość. On zostaje. I ty też ― dodał od razu, nie siląc się na manieryczne przedstawianie ich sobie w zawiłych uprzejmościach; zamiast tego powstał z siedzenia i wymownie zasugerował ojcu spojrzeniem uczynienie dokładnie tego samego. ― Wyciągnij różdżkę. Potrzebuję cię jako Gwaranta ― enigmatycznie objaśnił kuzynowi, stając naprzeciw Yavora i w jego stronę też wyciągając prawą dłoń.
Przysięgnij.
― Czy ty, Yavorze Karkaroff, przysięgasz, że nigdy, pod żadnym pozorem, nie skierujesz swojej różdżki przeciwko mnie, mojej matce oraz tym, których uznałem za swoich bliskich? ― tu zatrzymał się na moment, po czym kontynuował: ― Czy przysięgasz, że będziesz strzegł bezpieczeństwa mojej rodziny z taką samą gorliwością, z jaką strzeżesz własnych interesów, i nie dopuścisz, by stała im się krzywda z twojej ręki lub z twojej przyczyny? ― I tak głębszy oddech stworzył wstęp dla ostatniego pytania, a palce zacisnęły się mocniej na ramieniu. ― Czy przysięgasz, że więzi krwi staną się twoim najwyższym zobowiązaniem, którego nie złamiesz dla żadnej korzyści, celu ani ambicji? ― Nawet dla Grindelwalda zastygło niewypowiedziane, ale słowa przyrzeczenia i jego formuła pozostawały jasne.
Przysięgnij.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#13
Yavor Karkaroff
Akolici
Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąć, wiecznie czyni dobro.
Wiek
47
Zawód
Przedsiębiorca, rzemieślnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
0
30
OPCM
Transmutacja
15
8
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
6
6
3
Brak karty postaci
28-01-2026, 21:27
Dwojako był wielce ukontentowany obrotem sprawy i dwojako zagotowany, że dał się napastliwemu szczeniakowi obejść jak stare paszczydło ― takim, które w Rosji usuwał z krajobrazu bez ceremonii, za zdradę, za zbyt głośny oddech, za samo istnienie. Ironia losu miała dziś krzywy uśmiech: jedyna latorośl nosiła w sobie więcej bułgarskiego sznytu, więcej zimnej kalkulacji i rodzinnej bezczelności, niż on sam gotów był kiedykolwiek przyznać. Głupiec ― pomyślał ― bo głupcem bywa ten, kto sądzi, że krew da się wychować do posłuszeństwa.
Wściekłość oblekł w maszkaron śmiechu, ten sam, którym zwykł przykrywać rachunki sumienia i inne drobne niedogodności. Odwrócił się od zajętego juniora, skrzętnie kaleczącego papier kolejnymi zdaniami listu, i z tą samą starannością, z jaką kiedyś podpisywał wyroki, sięgnął po fajkę. Rytuał musiał być zachowany; wyrok smakuje lepiej, gdy poprzedza go dym i chwila ciszy. Wieczysta przysięga ― prychnął w myślach ― też mu coś. Ludzie składają je z taką łatwością, jakby jutro miało nie nadejść, a jeśli nadejdzie, to na cudzym karku. Pokryjomu podsunął różdżkę pod dłoń, niby odruch, niby kaprys starego człowieka, a w istocie trzeźwa ocena sytuacji. W tej ruderze nie ufał nikomu: ani młodemu, ani ścianom, ani skrzypiącej desce pod buciorem, która zdradzała więcej, niż powinna. Bezpieczeństwo było tu pojęciem względnym, a on nigdy nie lubił względności ― preferował rozwiązania ostateczne.
― Zbytek łaski ufać komukolwiek... ― Zaciągnął się dymem, pozwalając, by gorycz osiadła na języku. Tak, był zadowolony: sprawa toczyła się po jego myśli. I tak, był wściekły: bo myśl ta nie była wyłącznie jego. Właśnie to bolało najbardziej ― że ktoś młodszy nauczył się czytać między wierszami, a może nawet dopisywać własne. Cóż, pomyślał z suchym rozbawieniem, świat zawsze należał do tych, którzy potrafili udawać głupców lepiej od reszty. ― Myślisz, że z matką ufamy własnemu odbiciu?
Gdzieś po drodze dogorywania w ciszy ― pomiędzy jedną a drugą kolejką rakiji, między wybrednym obrzucaniem się ciosami szarego spojrzenia ― doszedł go trzask. Taki nie z kategorii dramatycznych, raczej ten irytujący, zdradzający brak manier i wyczucia chwili. Ach. Brakowało trzeciego ogniwa, świadka tej jebutnej przysięgi, i oto los, jak zwykle spóźniony, postanowił uzupełnić skład. Zaciekawiony zerknął jedynie w stronę drzwi. Obcy stał tam bez wstydu, z miną, która próbowała udawać pewność siebie, a w rzeczywistości ociekała perfidną manierą. Angielskie krzywizny twarzy ułożyły się w coś, co boleśnie przywiodło mu na myśl Irinę ― ten sam fałsz podszyty przekonaniem o własnej wyższości. Ech. Jakże nienawidził Anglików, do ostatniej kropli goryczy drapiącej gardło; nienawiść prosta, uczciwa, bez filozofii.
― Rodzinny zjazd imigrantów na obczyźnie, nic wielkiego ― wzruszył ramionami dość dumnie, jakby wybijając się z letargu całej farsy. Wstał jak gdyby nic, powoli, z tą starczą ekonomią ruchów, która mówiła więcej niż groźby. Spojrzenie pozostało beznamiętne, zimne, jakby patrzył na mebel ustawiony nie w tym miejscu. Zadarł łapska na tors ― niezbyt prowokacyjnie, raczej znużony, jakby dawał światu jeszcze jedną szansę, by się nie skompromitował. Durnie... ― Chyba prawdą jest, że angielscy panowie bez zaproszenia czują się... urażeni? Zaczynajmy.
Czegoż mógł chcieć ten knypek. Zmrużył wejrzenie, jakby chciał odcedzić sens z tej sylwetki, ściskając przedramię syna w geście aż nazbyt czytelnym — sugestywnym, twardym, niemal dydaktycznym. Tamten odpowiedział spojrzeniem tym samym, lustrzanym w swej bezczelnej dojrzałości; dwojako patrzyli na siebie, jakby mierzyli ciężar własnych błędów. Niesmak osiadł mu na języku; psuło to plany, rujnowało rytm, który miał być prosty i przewidywalny. Może nawet bardziej, niż byłby gotów przyznać. Cóż, los miał poczucie humoru niskich lotów. Wtedy zaczęła się farsa. Srebrna nić wyłoniła się posłusznie, splatając dłonie tak odmienne — jedne naznaczone latami i grzechem, drugie świeższe, ale już skażone ambicją. Spojrzenia, o dziwo, były równie dumne; dumny patrzył na dumnego, jakby to miało cokolwiek ułatwić.
― Przysięgam... ― mruknął, tonem równie zobowiązującym co znudzonym, jakby właśnie odczytywał kolejny wyrok śmierci. Przysięgam dowiedzieć się, kto na tym szarym padole zasługuje na miano Tobie bliskiego. Nie z ciekawości, bynajmniej; raczej z zawodowego obowiązku i lekkiej potrzeby porządku w świecie, który porządku nie znosi. ― Przysięgam ― Przysięgał dalej, już z cieniem uśmiechu, że w snach będzie sobie ich rozkładał na części pierwsze ― każdego z osobna, metodycznie, bez pośpiechu ― i wyobrażał cierpienie, jakie przychodzi naturalnie wraz z popełnianiem błędów. Błędów głupich, krótkowzrocznych, takich, które aż proszą się o konsekwencje. Ot, pedagogika bólu w wersji rozszerzonej. ― Przysięgam.
Miał też na uwadze fakt zobowiązania; przysięga nie była przecież zaproszeniem do własnej śmierci. Do niej mu się nie spieszyło, miał jeszcze rzeczy do zobaczenia i ludzi do rozczarowania. Uśmiech dopełniał całości ― suchy, nieprzyjemny ― bo boleść nie musiała przyjść z jego dłoni. Wystarczyły burzliwe czasy, ludzie o zbyt długich językach i świat, który sam z siebie ochoczo doprowadza sprawy do końca.
Przysięgał szczerze jedno, nie tknie nikogo z nich... Osobiście.
Znużenie ciągłością zdarzeń osiadło na sztywnych barkach, uwierało, ale nie na tyle, by rozruszać naleciałość starości. Była w nim pokraczna niechęć do całej tej farsy, obietnic, które powtarzały się z uporem zegara bez wskazówek, a jednak nie czuł zdrady. To było osobliwe. W tej plątaninie zdarzenia i podejścia do sytuacji, nie znalazł śladu pieprzonego rozczarowania. Zamiast tego pojawiło się coś gorszego ― duma. Cicha, niemal wstydliwa, jak nielegalne zaklęcie rzucone w zamkniętym pokoju. Spoglądał na swoją jedyną latorośl, dziwacznie zadowoloną, zgiął starego ojca niczym cwany lis. Wygrał ― i cóż z tego? Gorycz przemknęła szybko, ledwie zauważalna, zdewastowana śmiechem wyzbytym z zaciśniętych warg. Ujął płaszcz w dłoń, na odchodne rzucił sugestywny uśmiech ― perfidny, rozgrzany jak bułgarska spiekota, wymierzony w stronę Macnaira, a może raczej w zastępczego tatusia młodego Karkaroffa. I zniknął, zostawiając za sobą echo kroków i niedopowiedziane intencje. Noc była jeszcze młoda, a on nie zwykł marnować resztek młodości ― nawet tej należącej do nocy.

| zt dla tatusia
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#14
Drew Macnair
Śmierciożercy
the only way to get rid of temptation is to yield to it
Wiek
32
Zawód
zaklinacz, namiestnik Suffolk
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
40
OPCM
Transmutacja
14
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
12
2
Brak karty postaci
05-02-2026, 15:06
Gdyby duma była cieczą, stary Karkaroff siedziałby w jej kałuży; wciąż zadowolony, niezmiennie niestrapiony własnym postępowaniem, głuchy na poczucie winy i zbyt wyrachowany, by przed własnym synem przyznać się do błędu. Tym samym, którego porzucił. Tkając intrygę, z pewnością założył podobne skutki, a jeśli tego nie przewidział – musiał być skończonym idiotą.
Jakim kłamstwem dziś go karmił? Jak przedarł się przez barierę niechęci i wrogości? Butelką bułgarskiej berbeluchy, mającej przywołać wspomnienia? Zdawał sobie sprawę, że Igor na palcach jednej ręki zliczyłby te dobre? A może owa duma rozlała się po jego umyśle, zatapiając to, co jeszcze w nim myślało trzeźwo i chłodno, więc był przekonany, że takich chwil było bez liku, a lata spędzone na wschodnich ziemiach należały do najszczęśliwszych w krótkim życiu młodszego Karkaroffa?
-Bułgarscy panowie najwyraźniej nawet go nie potrzebują- odparłem na słowa Yavora, obserwując każdy z jego leniwych ruchów. Był mi obcy, nie znałem jego przyzwyczajeń, lecz jeśli na co dzień poruszał się z podobną ociężałością, nie dziwiło mnie, że podróż do Anglii zajęła mu tak wiele czasu. -Nie dałeś mi wyboru, treść listu nic nie zdradzała- odparłem kuzynowi tonem pozbawionym charakterystycznej ironii. Nie miałem żalu o braku zdradzenia powodów nagłej prośby wszak mogliśmy na sobie polegać i rad byłem, że o tym pamiętał.
Uniosłem otwarte dłonie na wysokość klatki piersiowej w geście rezygnacji – szanowałem jego decyzję, bowiem nie tylko był to jego dom, ale przede wszystkim to on przewodził dzisiejszemu spotkaniu. Całość najwyraźniej miała do czegoś doprowadzić, pozostawało pytanie do czego. Prawda wyszła na jaw szybciej niżeli się spodziewałem; bez zasad i manier, bez zbędnego odwlekania nieuniknionego.
Potrzebuję cię jako Gwaranta; słowa te zdawały się nie docierać do mnie przez dłuższą chwilę. Wbiłem w niego spojrzenie szukając odpowiedzi na rosnące wątpliwości, ale nie ujrzałem w szarych tęczówkach nic więcej poza pewnością i pragnieniem przechylenia szali na swoją stronę – poza utęsknioną kontrolą graniczącą z zemstą. Słodką, acz gorzką zarazem. Plan ten zrodził się wcześniej i dopiero dziś miał zebrać plony, czy też był wolą przypadku i przyparcia do muru kolejnym stekiem bzdur płynących pomiędzy fałszywym żalem, a jeszcze bardziej obłudną tęsknotą?
Ruszyłem wolno przed siebie i zatrzymawszy się pomiędzy mężczyznami sięgnąłem po orzechowe drewno. W głębi siebie wiedziałem, że rozsądniejszym było wypowiedzieć niewybaczalne zaklęcie, niżeli niewerbalne słowa wiążącej po kres inkantacji, jednak byłem ledwie daleką formacją w tejże wojnie. To oni – to Igor stał w pierwszej linii, on narażony był na pierwszy ogień i stanowił jednocześnie o przywództwie i armatnim mięsie. Jego głos miał się nieść, jego wola miała zostać spełniona, nawet jeśli na jego miejscu postąpiłbym inaczej.
Oparłem kraniec różdżki o splecione dłonie, pozwalając, by wypełniająca mnie magia przybrała postać szkarłatnej linii i z każdym wypowiedzianym przysięgam zaplatała się w kolejny zamknięty okrąg. Trzy pobłyskujące kręgi, rozciągające się wzdłuż palców i przedramion, znaczenie miały oczywiste – były pieczęcią obietnicy, której nie sposób było cofnąć. Ale ich sens sięgał głębiej. Były jednocześnie symbolem upadku; nie nagłego i spektakularnego, lecz powolnego, moralnego rozkładu człowieka, który nie potrafił zasłużyć na zaufanie własnego syna. Człowieka, który ponad wszystko stawiał siebie – własną wygodę i iluzję kontroli – a potem najpewniej miał czelność udawać, że zdrada była tylko nieporozumieniem, a porzucenie aktem konieczności.
Opuściłem różdżkę dopiero wtedy, gdy ostatni z kręgów zastygł w nieruchomej formie. Magia osiągnęła punkt, z którego nie istniała już żadna droga powrotu. -Przysięga została zawarta- wypowiedziałem spokojnie, bez nacisku, bez triumfu. Wtedy uzmysłowiłem sobie jedno – Yavor naprawdę dał mi lekcję, bowiem nigdy nie pozwolę, aby Walden miał takiego ojca.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#15
Igor Karkaroff
Śmierciożercy
his eyes are like angels
but his heart is cold
Wiek
24
Zawód
przedsiębiorca, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
14
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
15
4
Brak karty postaci
24-02-2026, 01:05
Powietrze dałoby się teraz ciąć nożem, powietrze nosiło w sobie sporo wilgoci i goryczy, pochodzących od przebrzmiałych wspomnień parszywego dzieciństwa; lat, w których Yavor Karkaroff był mu największą udręką i największym zarazem autorytetem, bo kogo innego miałby tak posłusznie słuchać, jeśli nie ojca zbudowanego z rozkazu, indoktrynacji i niemożliwych oczekiwań? Od zawsze widział w synu zbyt miękkiego jak na bułgarskie ziemie, zbyt impulsywnego jak na roszady czynione przez przodków w cieniu domysłów; od zawsze najbardziej pragnął w nim ujrzeć nie tyle dziedzica własnej schedy, co silnego, utalentowanego i podążającego już własną ścieżką ― z dala od jarzm kopalni i istnienia na zasadach cudzej łaski ― sportowca. Ścigającego, pałkarza, albo i szukającego; tam, na boisku quidditcha, w narodowej drużynie najważniejszej dla czarodziejów dyscypliny, dumnie reprezentującego swoją ojczyznę, swoje nazwisko, wreszcie ― swoje możliwości.
A on okazał się miernym podsumowaniem tych życzeń, na miotle radząc sobie naprawdę kiepsko, w powietrzu niczym nie przypominając wzrastającego, młodego mistrza, tego przybranego syna, który szerokimi ramionami i ponadprzeciętną fizjonomią przewyższał znacznie jego własnego; a on okazał się nadto angielskim, delikatnym i podatnym na rany, choć bystrym uosobieniem zupełnie odmiennych ambicji i wartości ― jakby w istocie wykrojono go z innej skóry, jakby w istocie ulepiono z innej gliny i zahartowano w niedostatecznie gorącym piecu.
Od zawsze już miał być więc niewystarczającą marionetką jego kaprysów, później ― tych uwikłanych przez matkę, nota bene podobnych w brzmieniu do ojcowskich; na zawsze już miał być więc ich żałosną dumą, wyklętą przez Karkaroffów i niezupełnie pasującą do Macnairów, dryfującą jakby na granicy akceptowalności przez jednych i drugich.
Tak mogło się im przynajmniej zdawać, gdy swobodnie zaczynali z nim pogrywać, on i ona, zepsuci do szpiku kości rodzice; tak mogło się im przynajmniej zdawać, do czasu aż on, równie parszywa latorośl, zgoła niespodziewanie i z nagłym przypływem odwagi, nie zaczął prowadzić podobnej rozgrywki, triumfując nad matką, a teraz ― teraz triumfując także i nad ojcem.
Bo tańczyli dokładnie tak, jak im zagrał, bo czynili dokładnie to, co kazał ― i nie sposób stwierdzić, czy tego łagodne traktowanie było objawem starości, głupoty czy nieznanej dotąd w tym tercecie miłości. Pewien był jednak tego, że coś nienormalnego wkradło się w ramy tej dogorywającej rodziny i tym razem szeptało o jego zwycięstwie.
Bo przysiągł, przysiągł mu w każdej kwestii, nie zdając sobie zapewne sprawy, że tym samym wydał na siebie wyrok; bo przysiągł, bez drżącej powieki ni tonu zawahania, na krótką chwilę zyskując w oczach ― tak samo szarych, tak samo błyszczących ― omam jakiegoś nienazwanego szacunku.
Dzięki niemu pozwolił sobie uścisnąć ojcu dłoń ― jakby w geście ostatecznego pojednania czy niemego do zobaczenia ― nim nie odprowadził go do drzwi, żegnając lakonicznym wiesz, gdzie mnie znaleźć. Yavor mógł uznać to za zaproszenie, Yavor mógł zarazem zrozumieć też, że pewne grzechy zostały mu odpuszczone, chwilowo puszczone w niepamięć; i choć nie pokwapił się, by suchą formalność porzucić na rzecz obcej im bliskości, kiedyś, być może ― jeśli los zechce zbudować nieistniejącą jak na razie więź ― przestaną być sobie obcy. Igor zdawał się chyba na to, po cichu i niewyraźnie, trochę nawet liczyć.
― Napijesz się czegoś? ― podpytał nienachalnie Drew, wróciwszy wkrótce do salonu, gdzie siedział ten drugi, lepszy, doskonalszy wzór; pytanie potraktował retorycznie, bo nie czekając na odpowiedź już wyciągał z komódki butelczynę z ognistą, razem z nią ― czystą szklankę. ― Zawsze wiedziałem, że można na ciebie liczyć ― wyznał cicho, jako to niedosłownie podziękowanie, że przybył, że pojawił się tu bez zawahania, poważając jego niekonkretną prośbę. ― Pewnie chciałbyś lepiej zrozumieć, co tu właśnie zaszło, więc nie będę trzymać cię w niepewności ― kontynuował, uzupełniając obydwa kieliszki; półuśmiech plątał się na twarzy, ale miał w sobie więcej brzydkiego cynizmu, niż niewinnej wesołości. ― Długo myślałem nad tym, co powinienem teraz zrobić. Z początkiem marca, nim dowiedziałem się, że on tak naprawdę żyje, posłałem list do Bułgarii. Pytałem jego rodzonego brata o sprawę spadku i rodzinnego majątku, ale nie dowiedziałem się niczego, co mogłoby motywować mnie do powrotu na stałe ― zaczął, oparłszy się wygodniej o fotel; łyk alkoholu przerwał monolog, ale zaraz podejmował się go znowu:
― W Norwegii nic i nikt na mnie nie czeka, nawet jeśli tam czułem się naprawdę wolny... ― Przez myśli przemknął mu enigmatyczny list oznajmiający, że poza lichym cieniem pozostawił też tam za sobą dziecko; prędko zmył ją jednak z piedestału, koncentrując się na twarzy kuzyna, która nie zdradzała teraz żadnych konkretnych emocji. Ostatnia rozmowa pozostawiła między nimi wymowną szalę konsternacji, ale na nią nie było tu dzisiaj miejsca. ― Więc zostanę tutaj, przynajmniej na razie. On odezwał się do mnie, chciał się spotkać i, jak dobrze zrozumiałem, wyspowiadać. Dałem mu do tego przestrzeń, ale czułem, że i tak nie był ze mną szczery. Nie przyznał głośno, że wrócił tu dla Grindelwalda, a ja nie jestem naiwny, nie zamierzam wierzyć w bajeczki o chęci odzyskania rodziny, nawet jeśli takowa też się w nim pojawiła ― snuł dalej, odchrząknięciem anonsując sięgnięcie po papierosa i chwilową przerwę. Skończył ją prędzej, niż można by się było spodziewać: ― Więc kazałem mu przysiąc. Że nie tknie mnie, matki ani żadnego z was, sam zresztą słyszałeś. ― Bo skoro sam nie potrafił stworzyć naszej rodziny, nie pozwolę mu odebrać tej, do której teraz należę, chciałoby się dodać, ale wydało mu się to zbyteczne; miast tego spojrzał porozumiewawczo na Macnaira i skwitował:
― Teraz tylko... musimy zadbać o to, żeby to nazwisko zaczęło pracować na nas, a nie my na nie. ― Nawet jeśli ja noszę inne, nawet jeśli ja nie mogę rościć sobie do niego praw. ― Czuję się Macnairem, Drew, bardziej niż kimkolwiek innym. I możesz mnie teraz wyśmiać ― tu zawahał się na moment, chcąc odpowiednio dobrać słowa do intencji, która towarzyszyła mu, odkąd ten tylko się tu zjawił, udowadniając dosadnie, że ma w nim wsparcie, że niezmiennie ma w nim sojusznika ― ale chciałbym wreszcie mieć tutaj coś własnego. Bo rzygać mi się chce, gdy myślę, że jedynym dziedzictwem, jakie mi pozostało, jest krew człowieka, który właśnie stąd wyszedł.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#16
Drew Macnair
Śmierciożercy
the only way to get rid of temptation is to yield to it
Wiek
32
Zawód
zaklinacz, namiestnik Suffolk
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
40
OPCM
Transmutacja
14
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
12
2
Brak karty postaci
05-03-2026, 23:06
Przyglądałem się tej ponurej scenie ojcowskiego upadku w ciszy. Sama przysięga, wola jej złożenia i ukryte powody nie miały wówczas większego znaczenia – nie w chwili, gdy w oczach Igora można było dostrzec błysk, którego źródła szukałem jedynie w satysfakcji, bowiem trudno było nazwać to prawdziwą radością. Nikt wypowiadając podobne słowa i to jeszcze przed obliczem własnego syna nie mógł zarażać szczęściem, nie mógł budzić zaufania i dawać nadziei na odbudowę autorytetu, który przez lata konsekwentnie podkopywał własnymi decyzjami. Yavor najpewniej po raz pierwszy od bardzo dawna ugiął się przed kimś więcej niż własną dumą i trudno było dostrzec w tym geście choćby cień godności czy triumfu; pozostała jedynie konieczność potwierdzenia wyroków, które musiały paść na głos, niezależnie od tego, jak bardzo ciążyły na języku. Być może właśnie dlatego cisza, która zapadła chwilę później, wydawała się znacznie bardziej wymowna niż sama przysięga - choć jeszcze więcej powiedziało jego rychłe wyjście, jakby nie zamierzał dopuścić, by nasze spojrzenia ponownie mogły się skrzyżować. A szkoda, wielka szkoda.
-Napiję- rzuciłem w odpowiedzi, po czym chwyciłem drewniane oparcie krzesła i pociągnąłem nieznacznie w swoim kierunku. Nim usiadłem jeszcze chwile przyglądałem się młodszemu Karkaroffowi – wzrokiem dalekim od oceniającego, bardziej liczącym na konkretne odpowiedzi wszak sytuacja takowych wymagała. I bynajmniej nie potrzebowałem ich z powodu roli gwaranta, a zapadniętych decyzji oraz drogi, która w ogóle do nich doprowadziła. Planował wieczystą przysięgę? Wiedział o jego odwiedzinach? Czy uczynił to wiedziony instynktem?
Nie odpowiedziałem nic na zapewnienie o mojej lojalności – pokwapiłem się do ledwie zauważalnego skinienia głową, gdy po ustach przemknął cień uśmiechu. To – w mym przekonaniu – nie wymagało dowodów, ponieważ takowych było aż nadto; namacalnych, krystalicznych w swej formie i pozbawionych prozaicznych zwrotów, które każdy potrafił rzucić. Słowa były najtańszą walutą. Od zawsze powtarzałem, że to czyny kreowały człowieka, nie jego umiejętności perswazji nierzadko opiewające o zwykłą fantazję.
Wsłuchiwałem się w jego relację z należytą uwagą, starając się nie pominąć żadnej istotnej kwestii - być może nawet takiej, która paść miała gdzieś pomiędzy, niezamierzenie, czy nawet niechcący, w przerwie pomiędzy kolejnymi zdaniami. Czasem bowiem to właśnie tam kryło się najwięcej prawdy; w półsłowach, w zawahaniach, w drobnych nieścisłościach wypowiedzi, które zdradzały więcej niż starannie dobrane deklaracje. W temacie Yavora nie widziałem miejsca na niedopowiedzenia ani liche tajemnice rzucające cień na relację i wspólne zaufanie. Zbyt wiele już zostało powiedziane, zbyt wiele uczynione, by pozwolić, aby między nami zagnieździła się choćby najdrobniejsza wątpliwość. Nie była to jednak kwestia podejrzliwości – taki po prostu byłem. Zawsze i dla wszystkich, mimo że czasem, lecz w innych sytuacjach, potrafiłem zdusić nadmierną czujność.
-Chciałeś tego spotkania, czy była to kwestia rzekomej powinności?- spytałem w końcu, a zaraz po tym sięgnąłem po szkło. -Tu nie czujesz się wolny?- ściągnąłem brwi nieco zaskoczony tym wyznaniem, bowiem sądziłem, że – zwłaszcza tutaj – towarzyszyła mu znacznie większa swoboda. -Mam nadzieję, że po prostu się nie zawiodłeś- skwitowałem, po czym zamoczyłem wargi w trunku. Rodzice nawet nie zdawali sobie sprawy, jak wielkim brzemieniem potrafią obarczyć własne dzieci. -Rzekomo, jeśli nic nie oczekujemy, to nie możemy czuć się rozczarowani, ale chyba obydwoje zdajemy sobie sprawę, że to gówno prawda- rzuciłem wyginając wargi w kąśliwym wyrazie. I najpewniej na tym zamierzałem temat zakończyć, bowiem wystarczająco już ode mnie usłyszał – nie dziś, a w piwniczce, kiedy to rozstaliśmy się w nienajlepszych nastrojach. Wiedziałem, że nie powiedziałem mu tego, co pragnął usłyszeć, ale pozostało mi liczyć, iż czas pozwolił mu zrozumieć. Nie byłem tylko kuzynem, nie byłem politykiem, byłem jego przyjacielem. A on moim.
-Słyszałem, bardzo to doceniam, choć to całkiem przykre, że nie będziemy mogli dać sobie po mordzie. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo świerzbiła mnie rączka- zaśmiałem się pod nosem. -Choć chyba bardziej różdżka- dodałem wzruszając ramionami.
-Dlaczego miałbym cię wyśmiać?- uniosłem pytająco brew. Wciąż miał wątpliwości? -Jesteś Macnairem, czy tego chcesz czy też nie- odparłem, po czym uniosłem dłoń, w której trzymałem ognistą, w geście niemego toastu. Słowa były tu zbędne – wystarczyła kiełkująca w sercu radość. Nie spodziewałem się, że ktoś kiedykolwiek z chęcią, a przede wszystkim dumą będzie tytułować się tym nazwiskiem – jeszcze nie tak dawno rzekomo z góry skazanym na społeczną porażkę. -I będziesz mieć- zawyrokowałem. -Co powiesz na własny biznes?- spytałem ni stąd, ni zowąd.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#17
Igor Karkaroff
Śmierciożercy
his eyes are like angels
but his heart is cold
Wiek
24
Zawód
przedsiębiorca, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
14
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
15
4
Brak karty postaci
10-03-2026, 23:39
W głowie nadal łomotała niepokorna myśl triumfu; magiczne więzy wieczystej przysięgi zdawały się trwale zapuścić korzenie na bułgarskich dłoniach, tę młodszą pozostawiając w dziwacznym uczuciu odrętwienia. To należało jednak do tych przyjemnych, do tych zaskakująco pokrzepiających, bo umysł i ciało ― skonfliktowane pomiędzy powinnością a łapczywym chciejstwem ― otrzymały dziś świadectwo ulgi, której na wpół świadomie tak strasznie potrzebował.
Ulgi, że ich różdżki nie skrzyżują się nigdy w starciu na śmierć i życie, godząc w wartość rodziny, która ― jaka by nie była ― zawsze stała na piedestale jego priorytetów.
Ulgi, że żadne z nich ― spośród tych, których szczerze cenił, szanował, a nawet kochał ― nie dozna krzywdy z rozkazu człowieka, który wielokrotnie już udowodnił, że zdrada oraz kłamstwo sycą jego krwioobieg.
Ulgi, że nawet jeśli do takiej tragedii dojść by miało ― w co szczerze wątpił, bo ojciec obawiał się chyba tylko biedy, zapomnienia i własnej śmierci ― to konsekwencje za to wymierzy zawarta tu dziś pieczęć ― nie on sam, nie jego potomek, ani pozostały na straży bliski, gotów do kontynuacji iście parszywego kręgu zemsty.
I ta ulga wstąpiła dziś na rysy twarzy, łagodząc je subtelnie, czyszcząc z grzechów i napełniając zarazem czymś w rodzaju zdroworozsądkowości; niedawna buta ustąpiła miejsca pragmatyzmowi, gorycz zastąpiła zaś wdzięczność, więc przed Drew otwierał się znowu, raz jeszcze, w geście ostatecznej próby zaufania i niewyrażanych wprost potrzeb, jakby wiedział, że poza nim nie ma na tym świecie innych, zatroskanych o jego dobro, sprzymierzeńców.
Ludzi, którzy naprawdę zdołaliby znaleźć w sobie gotowość do pomocy, gdy o nią prosił.
Ludzi, którzy naprawdę potrafiliby nadwyrężyć dla niego i jego spraw swoje własne dobro.
On był jednym z nich i uświadomił sobie to doszczętnie dziś, patrząc w znajome, stalowe oczy ojca, który na taki akt oddania ― pomimo więzów krwi, pomimo bliższego pokrewieństwa ― nie umiałby się zdobyć.
― Chciałem ― wyznał bez skrępowania, choć poświęcił na to chwilę dłuższego namysłu, jakby wahał się pomiędzy półprawdą wygodną a szczerością niewygodną. ― Chciałem poznać jego intencje, zrozumieć motywy jego działania. Poniekąd też wysłuchać, co miał mi do powiedzenia ― Bo nie widziałem go od kilku lat, mógłby dodać, ale to brzmiało jakoś nieprzekonująco, więc szczęka zacisnęła się na chwilę, powstrzymując mimowolny strumień słów. ― To nie jest moje miejsce. Nigdy nim nie było i nigdy nim nie będzie ― dodał zobojętniale, nie chcąc już wnikać niepotrzebnie w to, że jego ja należało do innych krain, do innej, wybranej, ojczyzny, gdzie życie bywało niekiedy znacznie prostsze. Wyzbyte ciągłej gry, wyzbyte politycznych intryg i nieustannej walki o więcej; gdy zamiast zdobnego łoża oczekiwała nań twardawa prycz, a wiodącym problemem stawało się złowienie ryby albo złapanie we wnyki byle zająca, sen był głębszy, a serce dudniło jakimś zwartym rytmem. Kuszące grzeszki cywilizacji deprawowały go jednak do cna, atakując ciężką do powstrzymania zgnilizną; czasami więc w tafli zwierciadła nie poznawał się już wcale ― i z wolna przestawał już nawet wstydzić tego, co parszywego w nim doglądał. ― Na tobie? ― sprowokował, gdy ten podpytał o uczucie zawodu, nie dając jeszcze jednoznacznej odpowiedzi; zamiast tego pozwolił sobie dolać im po następnej kolejce ― w geście gospodarskiej gościnności, nie dla przełknięcia brzydkich faktów. Z tymi mierzyli się już ostatnio, te zdążyli już też chyba przetrawić? ― Nie muszę zgadzać się ze wszystkim, co powiedziałeś. Nie muszę tego nawet rozumieć ― stwierdził cicho, wreszcie podnosząc wzrok ku twarzy rozmówcy ― jakby to miał być gest ich ostatecznej zgody. ― Poprosiłem cię wtedy o radę, nie o działanie czy opowiedzenie się po czyjejkolwiek stronie. Jeśli ktokolwiek mnie zawiódł, to Irina ― wytłumaczył i skwitował, niemo unosząc szklankę do góry ― prawie że w geście pojednawczego toastu. ― Ciebie nic nie powstrzymuje. Ale rozczarowałbyś mnie, gdybyś tę przewagę wykorzystał i jednak to zrobił. ― Teraz i kiedykolwiek, zasugerował ledwie spojrzeniem, bo jego postrzeganie honoru, dumy i godności nie pozwalało nikomu z nich dążyć do krzywdy starego Karkaroffa; miał na sumieniu wiele win, ale nie im ― a nawet nie jemu ― przyszło go za nie sankcjonować.
― Biznes? Z tobą? Jaki? ― powtórzył za nim, jakby chwilowo nie dowierzał w brzmienie zastygłej w powietrzu propozycji; bo Drew miał już przecież bezpieczną i dobrze płatną posadkę polityka ― potrzebował jeszcze nakładać na samego siebie zobowiązania wynikające z otwarcia własnej działalności? ― Drew, jesteś namiestnikiem, jak na razie bez żadnej protekcji i gwarancji, że posiedzisz w izbie dłużej niż jedną kadencję. Czy to nie nadwyręży twojego politycznego wizerunku? ― ośmielił się pogdybać, choć przedstawiona propozycja spodobała mu się bardziej, niż życzyłby sobie głośno to teraz przyznawać.
Bo w takim pomyśle momentalnie dojrzał nowy cel dla samego siebie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#18
Drew Macnair
Śmierciożercy
the only way to get rid of temptation is to yield to it
Wiek
32
Zawód
zaklinacz, namiestnik Suffolk
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
pełna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
0
40
OPCM
Transmutacja
14
2
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
12
2
Brak karty postaci
13-03-2026, 23:24
Zapewne, gdyby wcześniej mych uszu doszła wieść, że chciał ponownie ujrzeć lico swego ojca i usłyszeć od niego kolejny stek kłamstw, towarzyszące mi myśli oraz emocje byłyby zgoła inne, aczkolwiek dziś – będąc nie tylko świadkiem, ale i bezpośrednim uczestnikiem istnego upadku, zrozumiałem, że wydałbym niesprawiedliwy osąd. Być może wtem kierowały mną obawy, być może pamiętnej nocy, pośród jęzorów ognia, zaczęła kiełkować swego rodzaju niepewność – o przyszłość, o lojalność i zaufanie, którym nie zwykłem obdarzać innych. Mimo wszelkich podstaw i solidnych fundamentów unikałem wszystkiego co trwałe, co pokrzepiające, a przede wszystkim bliskie. Ale ich obecność zmieniła wiele, jak nie wszystko. Pozornie – nie było to nic wielkiego, w końcu wspólny dom i kolacje nie należały do rzeczy nadzwyczajnych, lecz w rzeczywistości wcześniej nie przyszło mi tego poznać, nie dane było zasmakować śmiechu podczas wspólnych świąt, czy wrednych komentarzy o paskudny – acz w rzeczywistości wyjątkowo smaczny – obiad. Dla wielu była to codzienność, dla mnie zupełna nowość; nieznana, jeszcze nie tak dawno zbyt odległa, aby w ogóle była możliwa. Nie doceniałem tych wartości, właściwie w ogóle nie widziałem dla nich przestrzeni w swym życiu i dopiero ich obecność uzmysłowiła mi jak wiele traciłem. Tak bardzo pragnąłem uciec z domu, że zbudowanie własnego zakrywało o absurd – ledwie kpiący uśmiech w kąciku ust, który zagościł gdzieś pomiędzy pierwszym, a dziesiątym drinkiem w przydrożnym barze. A dziś? Czasem miałem wrażenie, że zależało mi zbyt bardzo – że zdarzało mi się wręcz narzucać i pośrednio nakazywać utrzymać ład, w którym udało mi się odnaleźć. Pozostawało pytanie czy to było coś złego? Czy tak powinna zachowywać się głowa rodziny? Nie czułem się nią, tak naprawdę nie chciałem nią być – odpowiadała mi równość i ta sama waga słowa każdego z nas, ale niekiedy odnosiłem wrażenie, że priorytety brały górę – że targała nami duma i uprzedzenia, które skutecznie zagłuszały wartość jedności. Wartość wybaczenia i zrozumienia. Choć czy tak naprawdę ja sam potrafiłem wybaczać?
Trudno było mi zrozumieć zawiłość relacji Igora oraz Iriny; starałem się nie ingerować w zaszłości, ale to poniekąd na szali ich pokonania leżał wzajemny szacunek – o dobrej atmosferze nie wspominając. Musieli jednak uczynić to sami, bowiem każdy głos z boku mógł przynieść wyłącznie dodatkowy zamęt i kolejne nieporozumienia, bo przepaść tajemnic, które zdawały się dopiero zacząć wypływać, mogła okazać się zbyt szeroka, aby można było ją przeskoczyć. Bezpiecznie, bez szwanku i start. Tylko oni wkroczyli w progi Przeklętej Warowni z bagażem wspólnych doświadczeń – inni zaś, w tym ja, mogliśmy wydawać się obcy, wcześniej kompletnie ze sobą niezwaśnieni, znając się i nie znając jednocześnie.
-I to co usłyszałeś dało ci odpowiedzi?- spytałem obracając w dłoni szkło wypełnione złocistym trunkiem. -Czy wyłącznie kolejne pytania?- uniosłem nieznacznie brew. Powstrzymałem się od ironii, nie w takt wydawał mi się klasyk – a nie mówiłem? Bo wcale racji mogłem nie mieć.
Pokiwałem wolno głową słysząc jego podejście do tego miejsca. Kilkukrotnie dał mi już do zrozumienia, że nie czuł się tu jak u siebie – że gdyby nie decyzja matki jego noga nigdy nie stanęłaby na angielskiej ziemi, dlatego przestałem wyprowadzać go z błędu. Bo tak – uważałem, to za błąd, może nawet brak pewności siebie i swego rodzaju wybrzydzanie. Niby nie chciał, ale, jednak tu był i żył pełnią życia. I potrafił się radować, spełniać cele mniejsze, składające się finalnie na te większe – świadczące niejako o spełnieniu, wszak to one nas – indywidualistów - prowadziły. -Zaczynasz się starzeć albo brakuje ci panienki- odparłem finalnie nie mogąc się już powstrzymać. -Niech ci podreperuje ego lub zabierz ją na urlop w tą dzicz i ugotuj zupę ze szczurów- mruknąłem wyginając wargi w ironicznym wyrazie. -A potem pomyśl, podejmij decyzję zgodną ze sobą i uznaj coś za dom. Bo coś uznać musisz. Przeklęta Warownia zawsze nim będzie, nawet jeśli tego nie czujesz i nie chcesz, będzie stała dla ciebie otworem, bo jesteś Macnairem. Jesteś jednym z nas- powiedziałem szczerze, w zgodzie ze sobą i własnym podejściem. Nie dla pokrzepienia, a tym bardziej przekonania – musiał sam tego pragnąć, ale żeby wyłuskać priorytety wpierw należało poznać samego siebie. Może potrzebował jeszcze czasu. -Gardziłeś kontrolą, gardź nią dalej. Zrzuć ochronny, matczyny parasol, nie kontratakuj, lecz uniknij kolejnego ciosu ojca i podejmij decyzje sam. Ja nie zamierzam cię przed niczym powstrzymywać. Będę rad, jak odnajdziesz w końcu swe miejsce, jak coś w końcu uznasz za bezpieczną przestrzeń- uniosłem szkło w geście niemego toastu i upiłem trunku do dna.
-Tylko pamiętaj- dodałem po chwili i wymownie zerknąłem na jego przedramię. Obiecywał. Zawierzał. Musiał mieć to na uwadze.
Zaśmiałem się pod nosem, gdy prowokacyjnie zaczepił o kwestię zawodu. Nie skomentowałem tego jednak – jeśli moje słowa go uraziły, to nie mogłem nic na to poradzić. Dopiero, kiedy rozwinął myśl westchnąłem cicho pod nosem i pokiwałem ze zrozumieniem głową. -I mam nadzieję, że taką dostałeś. Nie stanę pomiędzy wami i nie będę wskazywał palcem winnego, a tym bardziej- przerwałem na moment starając się zrozumieć, dlaczego w ogóle przyszło mu to do głowy. Tak, wracał do tego – znów. -Nie wykorzystałbym tego dla własnych korzyści. Bo i jakich? Zależy mi na tobie, zależy mi na twojej matce, jesteśmy rodziną. I tak bardzo jak to cenię, to szanuję każdego z was. I tak bardzo jak skrzywdziłem Lucidnę, tak bardzo staram się ją teraz uszczęśliwić- odparłem wbijając w niego spojrzenie pozbawione wszelkich złudzeń rozbawienia – nie było we mnie krzty kpiny czy nuty żartu. -Wracasz do tego, bo nie rozumiesz, czy wyrobiłeś sobie o mnie zdanie?- spytałem otwarcie opierając się wygodniej o oparcie fotela wszak jego odpowiedź mogła mnie w niego – dosłownie – wbić.
-Lukratywny- odparłem nieco enigmatycznie. -Z zamiłowania- wygiąłem wargi w kpiącym wyrazie i uniosłem wymownie szkło. Przeniosłem na nie wzrok i obróciłem wolno w dłoni, jakoby prezentując mu swego rodzaju dzieło sztuki – dzieło, jakie wkrótce miało wychodzić spod naszych dłoni. -Trunki. Różnej maści. Od whisky po słowiańską wódkę. Od upojenia po fałszywe emocje, od knuta po statek nielegalnych galeonów- kontynuowałem nieustannie wpatrując się w złocisty płyn – istną żyłę złota. -Ty będziesz twarzą, ja cichym wspólnikiem, przynajmniej na razie- zasugerowałem. -Ktoś powiedział, że w ogóle chciałem nim zostać i planuję kolejną kadencję?- upiłem łyk, po czym kolejny i w końcu spojrzałem na kuzyna. -Polityka obchodzi mnie tyle, co cała ta sterta skarg, propozycji i żali na moim biurku, czyli nic. Nigdy nie chodziło mi o władzę, ale- przerwałem, a prychnięcie pod nosem wyrwało mi się mimowolnie. -Do tego mnie wybrano- kawa na ławę.
Nigdy nie byłem politykiem i nigdy jak on prawić nie chciałem, Igorze.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#19
Igor Karkaroff
Śmierciożercy
his eyes are like angels
but his heart is cold
Wiek
24
Zawód
przedsiębiorca, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
14
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
15
4
Brak karty postaci
17-03-2026, 21:38
Wątpliwość ― brzydka, uparta i powstała chyba wyłącznie z lęku. Najpewniej po części słuszna, najpewniej wiedziona zdrowym to nawet ― na pewno dla Drew, a może i nawet ich wszystkich ― rozsądkiem; dla niego jednak zupełnie niezrozumiała, dla niego godząca mocno, jako to bezpodstawne, usnute z przypuszczeń, nieme oskarżenie.
I nie można było się temu dziwić, bo przecież dzień w dzień zasypiał z myślą, że czyhało nań widmo podłej, bliżej niedookreślonej, zdrady. Teraz czuł jej zimno nie tylko na karku, ale też na kantach twarzy kuzyna, na jego leniwie mrugających powiekach, na artykułowanych precyzyjnie słowach, w które wepchnięto blade omamy oceny.
Oceny tyleż to wydumanej, co najzwyczajniej nieprawdziwej; oceny tyleż to zbudowanej na strachu, co i chyba prymitywnej zazdrości. Wydawało mu się, że każąc staremu Karkaroffowi przysiąc, zdołał udowodnić już, która część jego osobistego ja ― podzielonego pomiędzy Bułgarię a Anglię ― triumfowała tym razem; wydawało mu się, że swą powinność i oddanie udowodnił też już wiele razy przedtem, nijak dając pole do tego, by jakiekolwiek wątpliwości miały prawo żyć w tym, którego uznał za swój osobisty autorytet, za przewodnika, sprzymierzeńca i powiernika sekretów.
Być może jednak i to wydało się niewystarczające.
Być może jednak gniew na Irinę umiejscowił go nagle na przeciwnym krańcu postulowanych wartości, z góry nadając gestom i słowom charakteru parszywego zaprzedańca.
Być może sama myśl, że w progi swojego nowego domu spokojnie wpuścił i wysłuchał kogoś, kto w przekonaniu Macnairów na ten spokój nie zasługiwał, odgórnie odziała go w szaty przeniewiercy.
Tego nie wiedział i wiedzieć nie mógł, w to wierzyć bynajmniej nie chciał; pewien był jednak czegoś innego ― że pod płaszczem wygodnego odzienia, którego tkanina sugerowała obiektywizm, najczęściej krył się jednakowoż żałosny subiektywizm. Drew dał mu to dobitnie do zrozumienia przed kilkoma dniami, Drew miał już więc prędko nie usłyszeć od niego świadectwa żadnej prawdziwej, osobistej rozterki. Ilekroć ta zastygała w powietrzu ― niezmącona wreszcie odczuciem, że powiedział coś w zgodzie z konwenansem czy czyimś oczekiwaniem ― na twarzy tego drugiego kwitł rozczarowujący grymas wątpliwości.
Rozczarowujący, bo nie dla siebie kazał przed chwilą przysięgać własnemu ojcu.
Rozczarowujący, bo nie dla siebie przyjechał tu i postępował w zgodzie z wolą matki.
Rozczarowujący, bo nie dla siebie postanowił oddać swą autonomię Czarnemu Panu.
Rozczarowujący, bo nie dla siebie, a dla nich, gotów byłby skrzywdzić, zabić, a nawet za to pokutować.
― Chyba usłyszałem dokładnie tyle, ile mógłbym się po nim spodziewać ― skwitował zobojętniale, bo zasłyszana tu przed kilkudziesięcioma minutami spowiedź nie wymazała jarzm popełnionych grzechów. Za nie oczekiwano pokuty, ich nie odbierał z pamięci wyłącznie czas. ― Starzeję się? Być może ― zaczął wkrótce, trochę opieszale i trochę sucho, bo od zawsze należał do różnych ziem, z każdej z nich czerpiąc coś innego; te tutejsze, wiecznie przypominające błoto albo śmierdzące mułem z Tamizy, stanowiły kolejną to część jego tożsamości, ale on sam nie do końca ją chyba jeszcze rozumiał, on sam nie do końca ją chyba jeszcze oswoił. Z wolna zaczynał powątpiewać, czy kiedykolwiek zdoła to jeszcze uczynić. I choć nadanie tej sprawie żartobliwej lekkości nijak go ubodło, nadesłany jakiś czas temu list ― skrywający cichą sugestię, że po lasach dalekiej Północy podobno hasał sobie żywo jego własny, pięcioletni syn ― od razu poskromił ślady jakiegokolwiek uśmiechu. ― Ale wiem, że wciąż mam wystarczająco dużo siły, by nie potrzebować niczyjego parasola. Twojego też ― podsumował, beznamiętnie zerkając mu przy tym w oczy, jakby wciąż nie zgadzał się z tyloma słowami, które padły tu i teraz; bo okropnie brzmiało gardzenie kontrolą, jeszcze gorzej ― warunki rozstrzygnięcia jego wciąż żywego konfliktu z matką czy możliwej kontynuacji relacji z ojcem. I w tych retorycznych stwierdzeniach dalej kryła się wątpliwość, i w tych konstatacjach dało się wyczuć niezadowolenie czy krytykę ― pytanie tylko, czy wynikały z faktu, że zaczynał się im obydwojgu, jemu oraz matce, powoli wymykać? Jako ten niepokorny, nierozsądny dzieciak, którym należało sterować, by nie popełnił głupstwa, by nie naraził nikogo na kłopoty; jako ten wiecznie zniewolony pionek w czyjejś grze, którą należało przecież zwyciężyć.
Chciał nadal sądzić inaczej, ale manipulant manipulanta nie omami ― a wyrazy spływające z ust Macnaira wydawały mu się czasem oślizgle wykalkulowane.
― To zdanie wciąż się pisze, Drew. Z każdym twoim ruchem ― toast pogonił toast, nawet jeśli jego odpowiedź orzekała o swoistym statusie quo. ― Z każdym twoim słowem, z każdą twoją decyzją. Może nie wszystkie z nich mi się podobają, może nie wszystkie mają moją zgodę ― gdybał, głośno zauważając, że szanował istniejące między nimi różnice; to potwierdził tylko łagodnym półuśmiechem: ― Ale nie zawsze to jest najważniejsze. Cenię cię i szanuję na tyle ― co powinieneś już zresztą wiedzieć ― by rozumieć, że ciągle jestem po twojej stronie. ― Teraz tylko zadbaj o to, by mojej lojalności nie zaniedbać, mógłby dopowiedzieć, ale to zdusił przedtem chłodny rozsądek; brzdęk szkła poniósł się po pokoiku, a na koniec ― zanim nie postanowili dokończyć butelki przy nieco lżejszym temacie jednym, drugim czy piątym ― rzucił cicho:
― To spore zobowiązanie. Prześpijmy się z tym pomysłem, zanim zdecydujemy... ― A potem odchylił się tylko wygodnie w fotelu, by półżartem dodać: ― W takim wypadku rzadko kiedy chodzilibyśmy trzeźwi, co? Z kacem do pracy, z promilem we krwi do domu...

zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): « Wstecz 1 2


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 19:17 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.