• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Cardiff > Tawerna "Pod Mewą i Księżycem" > Kąt grajków
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
24-09-2025, 20:02

Kąt grajków
Kącik grajków mieści się przy niewielkiej, drewnianej estradzie w rogu sali. To tutaj siadają muzykanci, którzy wieczorami grają na skrzypcach, flecie czy bębnach, wprawiając gości tawerny w żywszy nastrój. Stolik ustawiony najbliżej estrady nie należy do spokojnych – muzyka rozbrzmiewa głośno, a rozmowy często trzeba prowadzić podniesionym głosem. Miejsce przyciąga gości, którzy lubią zabawę, taniec i śpiew. Blat stołu nosi ślady po rozlanych trunkach i rytmicznym stukaniu kufli w takt melodii. Choć nie każdy ceni sobie hałas, kącik ma stałych bywalców.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
02-02-2026, 10:39

Don't listen to idiots, baby
8 kwietnia 1962

Zgłoskowo chyba każdy miewał gorszy dzień ― albo wieczór, albo zwyczajny nieład posiedzenia tyłka w jednym miejscu. Zgłoskowo mogło mu się to jedynie wydawać, bo zmęczenie miało tendencję do udawania prawdy objawionej. Albo udzieliło mu się to wszystko prześmiewczo, gdy kobieca chwiejność wymierzyła kloszardy odwetu w postaci stanowczego „nie dotykaj mnie”, zakończonego czymś na kształt uderzenia w twarz. No, prawie ― zdążył złapać łapkę usztywnioną figlarnymi pazurkami, a w geście równie niepotrzebnym, co demonstracyjnym, namaszczeniem ucałował wierzch dłoni. Uprzejmość jako broń biała. Spojrzeniem sponiewierał ją bez pośpiechu, po czym trzasnął drzwiami, zamykając sprawę z tą samą finezją, z jaką się zaczęła.
Bezczelność ― pomyślał ― a godzina zdawała się zbyt młoda, by uznać wieczór za stracony. Mógł wrócić do domu rodzinnego, mógł udać się na polowanie, to metaforyczne lub całkiem dosłowne, zależnie od nastroju. Mógł. Tylko że Cardiff rzadko go widywało, a jeszcze rzadziej pozwalało odejść bez pozostawienia po sobie drobnego chaosu. Miasto miało tę chwiejność, tę niechlujną obietnicę zabaw, które chyliły tydzień roboczy ku końcowi bez pytania o zgodę. Postanowił więc poobserwować. Stać z boku, pozwolić, by świat sam się kompromitował. Tam ktoś właśnie uderzył innego w mordę ― bez preludium i bez puenty. Jakaś baba krzyczała o zdradzie, zdecydowanie za głośno, jakby głośność miała zastąpić rację. Cardiff żyło, pulsowało, potykało się o własne emocje, a on, z suchym rozbawieniem, chłonął ten spektakl, nim zniknie znów w Londynie ― mieście, które przynajmniej udawało, że ma nad sobą kontrolę.
Postawił ciężki bucior w firmamencie wejściowych drzwi przybytku z tą samą godnością, z jaką zwykle wchodzi się w miejsca, o których wie się z góry, że nic dobrego z nich nie wyniknie. Rozejrzał się tu i tam bez większego powodu ― czysta przezorność albo nawyk odziedziczony po latach obcowania z ludźmi, którzy lubili mieć coś do ukrycia. Potem przeszedł z wolna do baru, poprawiając skórzaną kurtkę przerzuconą przez ramię; wysłużoną dwojako, w miejscach newralgicznych wygładzoną niemal do bezwstydu, ale wciąż bijącą na głowę sztywne segmenty koszul i ich aspiracje do sprawczości. Poprosił o zwyczajowe piwo. Bez uśmiechu, bez zbędnych słów. Wzrok znów powędrował po sali, bo ludziska, jak zaraza, wpadali na siebie bez ładu i składu, targali ramieniem boleśnie, przepraszając albo i nie. Absurd gonił absurd. Muzyka gdzieś dzwoniła głośno, za głośno, jakby miała zagłuszyć sens istnienia tego miejsca. Miejsc było jak kot napłakał, a beznadzieja sączyła się z sufitu wraz z ciepłem i zapachem rozlanego alkoholu.
I chyba ― tak, chyba ― szukał dziś jakiejś strudzonej ptaszyny. Przygaszonej, złamanej, ledwie tuptającej w rytm muzyki gdzieś na centralnej linii od grajków przy stoliku. Kogoś, kto jeszcze się ruszał, ale już nie bardzo wiedział po co. Cardiff miało talent do produkowania takich sylwetek, szczególnie pod koniec tygodnia.
― Za młody wieczór na smutki, za piękna noc zapowiada się, by pozostać markotnym... ― Upił łyk piwa, zmrużył oczy i skrzywił się lekko. No to cyk ― pomyślał z suchym rozbawieniem ― wystawimy mandacik? Światu, sobie, czy może tej całej farsie zwanej wieczorną rozrywką. Jeszcze się okaże. Zwyczajowo smutek, czy dewastacja kobiecego piękna, dziwnymi negatywami dnia codziennego była paskudztwem psującym co najcenniejsze. Przysunął sobie krzesło od drugiego stolika, wcześniej niemo pytając się, czy może się przysiąść. ― Któż zawinił, hm?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Lillie Wellers
Czarodzieje
Wiek
20
Zawód
Ścigająca Harpii z Holyhead
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
1
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
25
Brak karty postaci
04-02-2026, 20:27
Ostatnimi czasy działo się wiele. I ciężko było za tym nadążyć. Lillie miała wrażenie, że żyje obok siebie. Całkowicie, że jej ciało robi wszystko, na co ma ochotę, nie zważając na jej myśli czy chęci. Może było po prostu już na tyle wyuczone, że nie patrzyło na jej odczucia, tylko brnęło samo przez życie? Tak, jak niektórzy brną przez codzienność, nie bacząc na nic, nawet na trupy po drodze?
Ale co to za życie, można było rzec. Kiedy nie odczuwało się radości z tego, co się robiło? Jeszcze przecież niedawno, zaledwie parę dni temu, z chęcią śmigała na miotle, już jako szukająca Harpii. Czerpała z tego wiele radości. Nie musiała być najważniejszym graczem w szeregu - lubiła przecież pracę zespołową. Z tym... Że miała wrażenie, że gdzieś po drodze ginie. Jest całkowicie schowana, nieważna i równie dobrze... mogłoby jej nie być. Na pewno znaleźliby na jej miejsce dobrego gracza. I w sumie gdzieś w głębokiej podświadomości wiedziała o tym. Problem był jednak, że nie mogła sobie tego przemówić do rozumu raz, a dobrze.
Wcześniej również miewała takie momenty. Może po prostu jest na to skazana? Że czasem dopada ją jakaś... chandra? Denerwowała się na to. Zawsze starała się być uśmiechnięta, pozytywna i zarażać optymizmem. Już za dużo miała smutków w życiu. Za dużo złego działo się w jej życiu. A może za bardzo próbowała być tą wesołą ja? Tą szczęśliwą, uśmiechniętą i będącą wulkanem energii Lillie? Może faktycznie jej miejsce było gdzieś w szarawym szeregu, pomiędzy ludźmi, którzy mało co osiągnęli w życiu?
Ścisnęła mocniej trzymany w dłoniach kufel. Nie piła za często, ale czasem się zdarzało. Czasem musiała oderwać myśli - i to był właśnie jeden z takich dni. Siedziała przy jednym ze stolików, rzucając co jakiś czas spojrzenie na grajków - choć tak naprawdę z reguły wpatrując się w drewno przed sobą. Westchnęła w pewnym momencie i przysunęła kufel z piwem do ust, pijąc dwa łyki alkoholu. W pierwszym momencie nie zareagowała na słowa mężczyzny - w końcu dookoła byli też inni ludzie, a ona nie umawiała się z nikim tego dnia, będąc raczej pozostawioną samą sobie. Dlatego dopiero, gdy nieznajomy przysunął się do jej stolika - na co nie zareagowała w żaden sposób - spojrzała na niego zaskoczona. Wyprostowała się, przysuwając do siebie kufel.
- Przepraszam, pan do mnie mówi? - no bo wolała się przecież upewnić, że to do niej skierowane słowa, aniżeli robić z siebie kretynkę, czyż nie? W końcu niecodziennie ktoś do niej zagadywał. A na pewno się tego nie spodziewała, gdy czuła się jak własny cień.
You make this world a little wild, We love it on the other side
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
08-02-2026, 14:37
Pan? Jakiż pan ― normalnie z pieprzonej satysfakcji zawęziłby postrzeganie do samego zwrotu spojrzenia za siebie, krótkiego, kontrolnego, jakby świat miał mu jeszcze coś do udowodnienia. Ale nie. Przesadnie stary przecież nie był; winę ponosiła raczej fasada niezbyt ogarniętego zarostu, tkwiącego oblepiale na kościach jarzmowych i brodzie, nadającego mu pozór kogoś, kto dawno przestał się starać. Błąd sytuacyjny ― tak to chyba nazywali ludzie, którzy lubili porządkować rzeczywistość w kategorie. Wybaczał ładnej łani to „pan”, bo w jej spojrzeniu czaiło się coś więcej niż zwykła pomyłka. Jakby jakaś mara kreśliła w jej jestestwie burzę nadnormalizowania wszelakich defektów, cudzych i własnych. Szkoda tylko, że sam nie był tym defektem, którego by się czepiała ― świat bywał skąpy w takie drobne ironie.
― Hm... Zacne nadpisanie dostojności wieku, dziękuję ― Krzesło szurnęło po podłodze niechętnie, gdy na nim zaległ, rozsiadając się wygodniej i wykładając nogi na prosto. Przyjął pozycję obserwatora, zasiężnie lustrując maszkarę granej muzyki, która wiła się po sali jak coś, co udaje sens. Nawet fajna była; pytanie tylko, czy ona, czy muzyka. Granica bywała cienka. Upił łyk piwa, skrzywił się ledwie zauważalnie i parsknął w myślach. Biedny aniołek ― spostrzegł kąśliwie, nie kierując tej uwagi do nikogo konkretnego. Wieczór jeszcze się nie rozkręcił, ale już zapowiadał się na jeden z tych, które zostawiają po sobie więcej myśli niż wspomnień. ― Do Pani mówiłem, innego anioła tak pogrążonego w smutku tutaj nie ma...
Desperacja, kłótnia, zgroza wymiany zgłosek ― spektakl stary jak świat i równie jałowy. Kobiety potrafiły kłócić się o najwyższe formy głupstwa tego świata z nabożnym oddaniem, jakby stawka była większa niż chwilowa racja. Przynajmniej tak widział to on, z tej swojej wygodnej, prześmiewczej perspektywy, gdzie prostactwo miało zawsze cudzą twarz. Całość sprawcza tych sporów wydawała mu się nade głupia: dużo hałasu, zero ruchu naprzód. Znane mu kobiety były inne ― tak przynajmniej lubił to porządkować w głowie. Mocne w słowie i czynach, oszczędne w gestach, pewne swego. A słabe? Słabość nie była u nich cechą, raczej etapem przejściowym, czymś, co należało rozebrać na czynniki pierwsze, bez czułości i bez pośpiechu. Analiza zamiast litości. Rozkręcić mechanizm, zajrzeć w zakamarki marginesu błędu, tam gdzie kryła się prawdziwa przyczyna pęknięcia.
― Wszyscy cieszą się wieczorem po tygodniu ciężkich przeżyć i pracy, a Ty... Zalegasz gdzieś indziej ― zarzucił konkluzję dwojako z lekkim uśmiechem, swe oblicze wbijając w bardziej przyjazne ramy. Załagodził suchość gardła napitkiem, wspierając policzek na dłoni i taksując jej wdzięczne piękno okową ciekawskiego spojrzenia. Cóż ciekawego powiesz, zaintonujesz? Potem ― rzecz jasna ― przychodził czas na konkluzję. Na łaty naprawcze, sprawcze, byle skuteczne. Cokolwiek, co pozwalało zamknąć temat i iść dalej, bez sentymentów i bez konieczności powrotu. W końcu świat nie potrzebował kolejnych dramatów; wystarczało, że produkował je seryjnie. Wolał patrzeć, notować i z tą samą suchą ironią przyznawać, że czasem największym błędem była sama potrzeba kłótni. ― Kogo spetryfikować? Śmiało, mam dziś chętki na łowy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Lillie Wellers
Czarodzieje
Wiek
20
Zawód
Ścigająca Harpii z Holyhead
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
1
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
15
25
Brak karty postaci
09-02-2026, 22:39
Dobra, mogła palnąć głupotę z tym panem... Ale ona była młodziutka, nauczona manier. Może nawet za bardzo? Do każdego w końcu odzywała się z szacunkiem, nie przechodziła od razu na Ty. To nie było w jej stylu, mówiąc szczerze - nie potrafiła nawet ot tak zarzucić uprzejmości i nagle, nie stąd ni zowąd odzywać się do kogoś per ty. Jakby znali się ze szkoły, byli na tym samym roku lub była między nimi zaledwie roczna, może maksymalnie dwuroczna różnica.
- Nie... jeśli zabrzmiałam niemiło, nie chciałam. - powiedziała spokojnie, nieco przepraszającym tonem głosu, upijając nieco ze swojego kufla. Odchrząknęła cicho i spojrzała na mężczyznę, przyglądając mu się przez chwilę. Może faktycznie na pierwszy rzut oka wyglądał nieco... starzej, niż mógł być? Ciężko stwierdzić, nie orientowała się w wieku innych osób. Nie umiała odczytywać ich wieku, jeszcze. Zawsze była zła w te klocki... Ale to pewno dlatego, że u Azjatów było inaczej. Jej rodzice nigdy nie wyglądali na swój wiek, zawsze wyglądali młodziej. Ojciec nawet z zarostem nie wyglądał na tyle lat, ile miał. U osób innej narodowości, nie azjatyckiej... ciężko było coś odczytać. Ale, zaraz jej rozmyślenia na temat wieku umknęły szybko w niepamięć, kiedy wypowiedział kolejne słowa. Zamrugała zaskoczona oczami, nie bardzo więdząc co powinna zrobić w tym momencie. Rozejrzała się nawet dookoła, bo naprawdę nie podejrzewała, że ktoś nazwie ją... Co, jaki anioł? Co? - Wy-wystarczy Lillie. Nie jestem żadnym aniołem, na pewno... - nie wierzyła w to, a jednak gdzieś w środku było to miłe i może nawet trochę się zawstydziła. Uniosła kufel znów do ust i przechyliła go, nie patrząc na mężczyznę. Dopiero, gdy rumieniec zszedł z jej twarzy, wróciła do niego spojrzeniem.
Może faktycznie było tutaj głośno. Ludzie się bawili, korzystali z chwili oddechu, a ona? Siedziała w kącie i zastanawiała się nad sensem swojego istnienia. Przymknęła powieki i odetchnęła cicho.
- Może trochę faktycznie zalegam. Zastanawiam się... To pewno głupie i w ogóle, ale zastanawiam się nad sensem istnienia. - skierowała spojrzenie na mężczyznę i wbiła w niego spojrzenie czekoladowych tęczówek. - Nikt nie zaszedł mi za skórę, naprawdę. Nie trzeba w moim imieniu nikogo petryfikować, przynajmniej... Przynajmniej tak mi się wydaje. - zaśmiała się dość niepewnie, kręcąc głową. Nie była w tym momencie w stanie powiedzieć, co tak właściwie się stało - dlaczego zaczęła się zastanawiać nad tym, skąd wzięły się takie myśli. Dostała się do Harpii, była nowym nabytkiem, który chwalił każdy! Dlaczego więc nie potrafiła się w tym momencie z tego cieszyć. Westchnęła i poczuła, jak schodzi zniej powietrze. Położyła głowę na swojej ręce na blacie i wzięła głębszy wdech.
You make this world a little wild, We love it on the other side
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Arthyen Borgin
Śmierciożercy
But you're everything to me. You deepen the red of my blood
Wiek
25
Zawód
likwidator stworzeń, przemytnik
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
7
OPCM
Transmutacja
8
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
21
15
10
Brak karty postaci
11-02-2026, 14:46
Błahostki ― zapewne tylko drobnostki kobiecej jaźni, tak to sobie tłumaczył, z tą wygodną wyższością, która pozwala mężczyźnie zredukować cudze drżenie do kategorii kaprysu. Bo przecież problem, jeśli w ogóle istniał, nie miał masy właściwej; nie ciążył w powietrzu jak burza, nie pachniał siarką. Obserwował z satysfakcją rumieniec, który rozlał się na jej licu, subtelny, lecz wyraźny, jakby skóra zdradzała ją szybciej niż słowa. Jej imię ― nietuzinkowe, miękko nakreślone z własnych warg, gdy je powtórzył ― spłynęło między nimi i w dziwny sposób dopełniło jej urody, nadało jej kontur słodki, niemal podatny na podgląd.
Mógłby się cieszyć jak ostatni truciciel cudzych spokoju i pewności, bo widok niepewności bywał dla niego sportem; ale coś w tym zawahaniu nie pasowało do jej oblicza. Zbyt kruche, zbyt nagie. Ech ― pewnie przejęła się drobnostką i tyle. Zazdrość tego i tamtego, cienie bez pokrycia. Nigdy nie rozumiał potrzeby przyjmowania się doraźnością emocji, jakby świat miał się zawalić od jednego spojrzenia rzuconego nie w porę. Po nim spływało to jak po kaczce ― przynajmniej tak twierdził ― lecz ona nie była z tej samej materii.
― Arthyen, grzechem przejmować się drobnostkami dobrego wychowania ― Upierdliwe. Albo tego nie pojmował, albo zwyczajnie go to nudziło; tutaj jednak, o ironio, bardziej go bawiło niż niepokoiło. W tej chwiejności widział przecież potwierdzenie własnej siły, tej cichej dominacji, która nie potrzebuje deklaracji. ― Sensem istnienia? Auć, wydaje się sprawa dosadnie denerwująca jestestwo kobiecej myśli… Czemu? ― Dłonią zabębnił w kufel, wywołując drobny ruch na powierzchni napitka; fale rozeszły się krótko, bez dramatyzmu, jak jej rumieniec ― i zgasły równie szybko, pozostawiając szkło i twarz w pozornej równowadze. Typa siedzącego centralnie w linii prostej od niego zbywał wzrokiem, odrzucając możność zaczepki. Chociaż brał pod uwagę chętki napalenia problemów i rozruszania pięści potem, może… Jeśli przeżyje zabawę w typa od rzucania słów wsparcia, wyparcia. ― Przynajmniej się wydaje… Czyli prowodyr złego samopoczucia się wynajdzie.
Odchrząknął krótko, jakby tym jednym, suchym dźwiękiem mógł wypłukać z gardła napastliwe prostactwo, które już ustawiało się w kolejce na języku, gotowe wyskoczyć bez zaproszenia. Plan był przecież inny ― statystyczny, łagodniutki szarak zza winkla, nieszkodliwy, przewidywalny, niemal przezroczysty. Rola bezpieczna. Rola, w której nikt nie spodziewa się kłów. Problem w tym, że prostakiem był. I, uczciwie rzecz ujmując, bywał też szubrawcem, zwłaszcza wobec kobiet, którym z równą łatwością oferował uśmiech, co brak cierpliwości. Łagodność nużyła go szybciej niż kiepskie wino; narzucona marszruta wychowania, te wszystkie „tak trzeba” i „nie wypada”, uwierały jak za ciasny kołnierzyk. W szkole łamał zasady z czystej przekory, jakby sprawdzał, czy świat w ogóle reaguje na nacisk. Reagował ― zazwyczaj karą ― ale przynajmniej było wiadomo, że żyje.
― Znasz swoje mocne strony, panienko? ― Pod nosem ojca jednak nie był gotów na te same demonstracje. Tam bunt kurczył się do rozmiaru myśli, której lepiej nie wypowiadać. Wizja batów, realna i konkretna, nie metaforyczna, wywoływała to pokrętne uczucie sunące po karku ― nie tyle strach, ile biologiczną pamięć bólu, zapis w ciele, który skuteczniej niż moralność uczył granic. Lekko zwykł obniżyć głowę, by raźniej spojrzeć w jej ciemne oczy, doszukując się fragmentów jej duszy. ― Jesteś śliczna, rozsądna również się wydajesz, mądra… Więc czemu pośród narzuconych wartości, przyjęłaś je do siebie, hmm? To debilne.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 18:33 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.