• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Domostwa > Barka na rzece Taff > Rufa
Rufa
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
05-08-2025, 20:22

Rufa
Drewniana konstrukcja z biegiem czasu nabrała patyny i ciemnych odcieni. Na pokładzie widać różnorodne przedmioty związane z żeglugą – sieci, liny, skrzynie. Na pokładzie leży również kilka starych wędek. Na środku znajduje się malutka, ale funkcjonalna kabina. Na pierwszy rzut oka widać, że barka spędziła wiele lat na wodzie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta

Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#31
Philippa Moss
Akolici
Musimy mieć wytrwałość i ponad wszystko wiarę w siebie. Musimy być pewne, że mamy do czegoś talent.
Wiek
25
Zawód
barmanka, matka niuchaczy
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
25
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
11
Brak karty postaci
16-12-2025, 17:59
Abolutnie, absolutnie, zawtórowałyby mu głos Philippy, gdyby tylko mogła zaczaić się na myśli tego rybaka i usłyszeć, jakie wątpliwości się tam kotłowały. Jak bardzo zszargana i z jakiego powodu musiała być pewność siebie Freda, jak bardzo wątpił w swoje możliwości, w swą oczywistą dla niej wartość. Jak bardzo? Patrzyła mu w oczy zamyślona, nieco nawet stroskana tym, co mogło aż tak podcinać mu skrzydła. Świat jednak skonstruowany bywał tak, że największym prymitywom i zbrodniarzom często nie brakowało odwagi i przekonania co do mocy osobistych możliwości, a daleko od nich stali ci drudzy, spokojni, nieposądzeni, wyzbyci wstrętnych myśli o zagarnięciu dla siebie brutalnie całej uwagi. A jednak powinien zastanowić się, dlaczego teraz zbliżała się właśnie do niego – nie do nich, nie do żadnego z przebojowych recydywistów. Tu i teraz krzyżowały się dwie skrajnie różne pary oczu. W niej rozlewały się ochoczo iskry, w nim coś ledwie zdawało się tlić. Coraz bardziej pragnęła poznać te myśli.
- Nie każdego, kto jest blisko mnie, mogłabym nazwać prawdziwym przyjacielem. Czasem jesteśmy razem i zarazem tak…. bardzo osobno. Czasem przyjaźń kończy się, gdy pojawiają się nowe okoliczności – wyjaśniła mu z nieco ponurą nutą w głosie. Czy zdawał sobie sprawę, jak wiele obłudy, jak wiele sprzedajnych relacji funkcjonowało w tym ich codziennym rynsztoku? Przez te lata nauczyła się już, za kim warto było stanąć murem i kto nigdy nie zasługiwał na prawdziwe poświęcenie, nawet jeśli przy kartach i kielichu mogli wyglądać jak para najlepszych kompanów. – Choć myślę, że mam wokół siebie parę osób, na które zawsze mogę liczyć, Fredzie – dodała po dłuższej pauzie, ostatecznie kotwicząc spojrzenie właśnie na nim. Na tych oczach o barwie pokrewnej do tej, którą odnaleźć mogła przecież codziennie w grubym szkle tawernianych kufli. Lecz ten odcień wydawał jej się wciąż zupełnie nie do podrobienia. Jesteś moim przyjacielem, Freddy Krueger?
Zaśmiała się cicho, wypuszczając powietrze wprost na odsłonięte skrawki jego skóry, poruszona głowa ostatecznie jednak znieruchomiała, a policzki Moss wydawały się nieco zaróżowione. Naprawdę właśnie o to zapytał? Zapytał krótko po tym, gdy wyznał, że widział w niej swe zmartwienie, że byłaby stratą dla niego odczuwalną. Pogłaskała go lekko po plecach, zaznajamiając się najpierw z tym uczuciem. Jej reakcja nie miała w sobie śladów prześmiewczych – jedynie sprowokowała niegroźną wesołość z odrobiną szczerego zdziwienia. – Daję im ulubiony trunek, porcję rozkosznego gulaszu i najlepszy stolik do gry w karty. Ale daję im też uwagę, słucham opowieści z dalekich mórz, zachwycam się bohaterskimi czynami, staję się powiernikiem, pocieszycielką i wsparciem, o które nigdy otwarcie żaden z nich nie poprosi… Taka jest rola barmanki właśnie – wyjaśniłam, być może rozczarowując tego niewinnego kamrata. Czy liczył na bardziej pikantne wyznanie? Czy spodziewał się, że dziewczyna z tawerny rozkłada nogi przed każdym chętnym piratem? Cóż, gdyby tak było, Moss nie miałaby czasu nalać choćby wódki do kieliszka przez całą zmianę w pubie.
A potem posłuchała, jak próbował połatać jej nieco podziurawiony nastrój. Były to jednak uszkodzenia zupełnie powierzchowne, nic groźnego, nic, co mogłoby ostatecznie zaburzyć jej całkiem dobrą tego dnia aurę. Doceniała jednak starania, zgadzała się ze spostrzeżeniami Freda. Poczuła każdą częścią siebie, że jemu szczerze zależało, że jego uwaga tu i teraz – choć pokazywana w sposób dla niej unikatowy – koncentrowała się na jej dobru. – Są nieistotni – wyszeptała więc wprost w jego brodę, zaciskając nieco mocniej palce na tym młodym ciele. Ile on miał w ogóle lat? A czy to ważne? – Powinniśmy trzymać się razem – odrzekła, rozciągając usta do uśmiechu. Potrafił to zrobić? Oddzielić prawdziwych przyjaciół od tych udawanych, tych interesownych? Jej palec przesunął się lekko po linii jego szczęki, by na koniec zaczepić lekko o całkiem zimne ucho. Tak wielu ludzi spotkała przez te lata w Cardiff. Kogoś takiego jak on nigdy.
Nie bój się mnie, Fredzie, podpowiadały mu bezgłośnie jej myśli, gdy obserwowała, jak motał się i stresował, zapewne pragnąć wreszcie przekroczyć granicę i znaleźć się jeszcze bliżej niej. Widziała przecież, znała obraz pokusy, znała jej zapach, dźwięk coraz bardziej drżącego głosu, ruchy niepewnych dłoni, wędrówkę ust. Nie odezwała się, pozwalając mu zrobić to, czego tylko potrzebował. W swoim pokrętnym tempie. To był ten rodzaj niepewności, który źle potraktowany mógł zakończyć się krzywdą. Nie chciała tego, nigdy nie chciała działać wbrew jego szczerym pragnieniom. Dlatego tylko spoglądała, czule, w niesamowitym jak na nią spokoju. Aż wreszcie się złamał, zawładnął dziewczęcym ciałem, odważył się zasupłać dwie wirujące ze sobą chęci. Wargi otarły się o siebie, tym razem bez ciekawskich oczu wesołych świadków. Byli zupełnie sami, pod stopami lekko kołysała się łódka, gwiazdy i zatoka pozostały jedynymi powiernikami tego pocałunku. Pięty Philippy uniosły się gwałtownie, wyciągając bardziej ku niemu, świat zawirował, choć pod powiekami przecież nastała bezkresna ciemność. Mocniej zacisnęła palce na jego ramionach, bardziej przywarła do tej drugiej klatki piersiowej, łaknąc tak bardzo jeszcze więcej tej bliskości. Sprawiła, że pocałunek rozognił ich usta, że stał się głębszy, intensywniejszy, że przekroczył już po chwili granicę ostrożnej subtelności. Tak dobrze poczuła się oparta o to niespodziewane ciało, o zupełnie daleką od podstępu duszę. Nie przeszkadzała jej jego nieśmiałość, nawet polubiła czającą się w tej niemałej posturze delikatność. A może teraz okaże się bardziej odważny?
Pokaż mi, na co masz ochotę, Fredzie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#32
Freddy Krueger
Czarodzieje
zawsze budzę się za późno, nawet jeśli nie spałem
Wiek
21
Zawód
rybak, diler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
2
0
OPCM
Transmutacja
4
4
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
11
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
05-02-2026, 19:53
Wpatrywałem się w jej twarz starając się zrozumieć co dokładnie miała na myśli wszak dla mnie przyjaźń zwykle oznaczała jedno – bezgraniczną lojalność i oddanie, nawet jeśli okoliczności tudzież podjęte przez drugą stronę decyzje przeczyły zdrowemu rozsądkowi. Zazwyczaj próbowałem podsunąć racjonalniejsze rozwiązanie lub choćby alternatywę, lecz przez zbyt małą siłę przebicia i brak pewności siebie szybko odpuszczałem. Czy to była oznaka złego przyjaciela? W końcu nierzadko wspierałem popełnianie błędów - tak oczywistych, że trzeźwy osąd prędzej czy później obnażał ich bezsens. Taki jednak byłem. Na dobre i na złe. -Jeśli kończą ją nowe okoliczności, to najpewniej nigdy nie była prawdziwa- odparłem niemal szeptem, bo swego rodzaju krytyka przychodziło mi z trudnością. Rzecz jasna nie była ona wymierzona w dziewczynę, a samą wagę tegoż słowa, bowiem wiele osób lubiło go nadużywać; jakby kilka krótkich spotkań miało definiować relację mającą korzenie tak głębokie, że gotów były przetrwać całe życie.
-Na mnie możesz- odparłem wykrzywiając wargi w coś na kształt uśmiechu. I gest ten nie był wynikiem mojego charakteru, ale lekkiego ukłucia żalu – przejawu krótkiego, acz szczerego współczucia, że musiała się mierzyć z rozczarowaniem. Z bólem i poczuciem straty, być może nawet złości na samej siebie, iż zawierzyła nie tym, co powinna, nie tym, którzy wart byli jej dobrego słowa i słodkiego uśmiechu. -Na Lorettę zapewne też- dodałem, choć nie byłem pewien co do łączącej ich relacji. Poznałem jednak siostrę na tyle, aby mieć pewność, że nie pozostawiłaby jej w potrzebie nawet jeśli spotykały się wyłącznie na damskie rozmowy tudzież kieliszek dobrego trunku. Celowo nie wspomniałem o Igorze, wszak mieli okazję się zobaczyć dopiero wczorajszego wieczora i choć uważałem, że podzielał wiele dobrych cech Loretty, tak trudno było mi założyć, czy ruszyłby ratować ją z potrzasku. Mimo wszystko zawsze widziałem w ludziach pozytywy, jakby mrok i nienawiść były jedynie cieniem, który rzucali - błahym i pozbawionym znaczenia.
Widząc jej reakcję na zadane pytanie, przymknąłem ledwo powieki, bo zrobiło mi się cholernie wstyd. Dwuznaczność słów dotarła do mnie dopiero wtedy, jak wybrzmiały na głos – zachowałem się jak ostatni kretyn. Westchnąłem cicho pod nosem, starając się przy okazji opanować narastające mrowienie w okolicy karku, gdy poczułem na skórze jej gorący oddech. -Ja, ja- zacząłem jąkliwie, lecz na całe szczęście zdecydowała się odpowiedzieć i tym samym uratować mnie od plątaniny wytłumaczeń.
Słuchałem jej w milczeniu pozwalając sobie na ledwie kiwnięcie głową, tuż po tym, kiedy nie wytrzymałem i odwróciłem speszone spojrzenie. Mimo uśmiechu i – oby nie pozornej – wesołości czułem, że ją uraziłem, być może nawet zraniłem. Nie chciałem tego, naprawdę.
-Przepraszam- powiedziałem zaciskając wargi w wąską linię. -To było nie na miejscu, ja- przerwałem karcąc się w myślach, że chwilowy triumf pod postacią wyjaśnień, ponownie zmienił się w porażkę. Jakbym naprawdę nigdy nie potrafił sobie odpuścić, jakbym zawsze musiał karać się za każdy popełniony błąd – nawet nieświadomie. Przecież odpowiedziała, nie obruszyła się, nie opuściła łajby – po co zatem usilnie do tego wracałem? Po co zawsze chciałem się tłumaczyć? -Wcale tak nie myślałem, to…to…- wypuściłem powietrze z ust czując jak serce mimowolnie przyspieszyło rytmu; już nie byłem pewien czy to stres, czy dotyk delikatnych, dziewczęcych dłoni. -Tak właśnie, barmanki rola. No piwo i szachy- pokręciłem przecząco głową. -Karty znaczy, tak i rozmowa- dodałem prawiąc o rzeczach oczywistych. Jak zawsze, gdy brakowało mi słów.
Nic nie było istotne, nie gdy dzielił nas ledwie krok, odległość nieznacznie wyciągniętej dłoni.
Jej ruchy były pewne, nienoszące znamion strachu czy wątpliwości, zaś ja przez chwilę nie potrafiłem zrobić absolutnie nic, jakby ten dotyk był czymś, na co nie miałem jeszcze pozwolenia – albo odwagi. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to drugie. Bałem się poruszyć. Bałem się, że jeśli zrobię coś nie tak, jeśli przekroczę granicę choć o włos, coś pęknie – w niej albo we mnie. Dopiero kiedy poczułem, że jej bliskość nie znika, że nie cofa się ani o krok, uniosłem rękę. Wolno. Z wahaniem, które zdradzało wszystko, czym byłem – nie strachem, lecz niepewnością. Dotknąłem jej ramienia, ledwie muskając skórę, jakby sprawdzając, czy świat się od tego nie rozpadnie.
I nie rozpadł się.
Nachyliłem się powoli, dając sobie czas na odwrót, na zmianę decyzji, ale jej obecność tylko mnie do niej przyciągała. Gdy nasze usta w końcu się spotkały, było w tym więcej ostrożności niż odwagi. Krótki, nieśmiały pocałunek - niczym zadane pytanie, a nie przygotowana odpowiedź. Dopiero potem pozwoliłem sobie na więcej – na dłuższy dotyk i na to, by zatrzymać ją przy sobie ramionami, wciąż jednak z tą samą delikatnością, jakby była czymś kruchym i cennym, czymś czego nie wolno ścisnąć zbyt mocno. Czułem, jak bliskość między nami gęstnieje, jak przestaje być przypadkiem, a staje się wyborem.
Moje usta wróciły do jej warg już bez niemego pytania. Pocałunek przestał być ostrożny - stał się wyraźny i ciepły, jakby każde kolejne muśnięcie miało upewnić mnie, że to wciąż się dzieje, że nie zniknie, jeśli tylko zamknę oczy. Objąłem ją mocniej, instynktownie, jednym ruchem przyciągając jeszcze bliżej, aż nie było już między nami żadnej wolnej przestrzeni.
W końcu zrobiłem krok w tył, wciąż jej nie puszczając. Drugą dłonią odnalazłem drzwi kajuty i otworzyłem je niemal odruchowo, zapraszając ruchem, który nie wymagał wyjaśnień. Wprowadziłem ją do środka, nie przerywając pocałunku ani na chwilę, jakby oderwanie się było czymś niewyobrażalnym. Oddychałem ciężej, czołem opierając się o jej skroń, wciąż nie wypuszczając jej z objęć. I choć wciąż byłem spięty, niepewny oraz zawstydzony własnym pragnieniem, nie cofnąłem się. Po raz pierwszy od dawna pozwoliłem sobie zostać dokładnie tam, gdzie byłem - przy niej, na tej łódce, pod gwiazdami, bez planu i bez ucieczki.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 18:33 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.