• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Domostwa > Essex, Chelmsford, Dworek Ollivanderów > Ogrody
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
24-11-2025, 19:03

Ogrody
Eleganckie ogrody rozciągają się w uporządkowanych pasmach, jakby każdy fragment roślin został tu dobrany według sztywnych zasad. Prowadzące między rabatami ścieżki z jasnego żwiru skrzypią delikatnie pod butami, a równiutko przystrzyżone żywopłoty tworzą naturalne granice dla części ogrodu poświęconych drzewom o szczególnych właściwościach magicznych. Wśród nich rosną okazy, które często zapierają dech w piersi: szlachetne cisy i wiśnie, wierzby kładące się wiciami na tafli sporej sadzawki, osnutej delikatną mgłą. Spocząć można na kamiennych ławkach lub pod zdobnymi altanami wzniesionymi z białego wapienia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
17-12-2025, 12:26
12 kwietnia 1962

Nie przepada za ogrodem okalającym włości Ollivanderów; jest zbyt symetryczny, zbyt idealny, jakby precyzyjne ręce ogrodników robiły wszystko, co w ich mocy, by zakłócić nieuporządkowany, czasem ordynarny porządek wyznaczany przez samą Matkę Naturę. Maskując grymas niezadowolenia, pochyla się, aby przyjrzeć się ledwo widocznym śladom, które przyjęła wilgotna od rosy ziemia, a na jego wargach pojawia się zawiesina uśmiechu. Nie podąża jednak za tym tropem, nie poświęca temu głębszej myśli. Przechadza się dalej, sunie między krzewami róż; pamiętał, jak niegdyś, w swojej dziecinnej niefrasobliwości, zacisnął na nich mocno palce, a ich kolce poraniły go aż do krwi; co prawda łzy nie pojawiły się wtedy na jego zaczerwionych od mrozu policzkach, ale palił go ogień wstydu, że dał się tak podejść temu hipnotyzującemu widokowi.
Pozwalając tym wspomnieniom odżyć, jednocześnie nie zwalania. Wydaje mu się ,że na jednym z drzew, na ulotność kilku chwil,dostrzega nieśmiałka. Czy właśnie ten jesion wydał na świat gałęź, z którego powstała jego różdżka? Mimowolnie sięga pod poły płaszcza i zaciska palce na rękojeści; pod opuszkami palców czuje wrzeźbione na jej trzonku płatki śniegu i mimowolnie szuka źródła tego sentymentalizmu; czyżby ma coś wspólnego z tym, że ostatnio jest bardziej skłonny na podrygów melancholii?
Słysząc echo kroków, odwraca się niepośpiesznie, podnosząc głowę, a w zasięgu jego wzroku pojawia się filigranowa postura kuzynki, zmierzająca wprost w jego kierunku. Lubi ten fatalizm, który rozciąga się boleśnie nad jej głową, jak korona cierniowa, gotowa zatopić swoje kolce w delikatności jej skóry; jest w tym coś ujmująco pięknego, jak moment na haust powietrza, zanim bełt przeszyje przestrzeń i bezlitośnie rozpruje wnętrzności, wyduszając z głębin gardła przejmujący ryk bólu.
- Dzień dobry, Odille - subtelny uśmiech łagodzi jego rysy twarzy, gdy zdejmuje kaszkiet i podchodzi bliżej, by powitać kuzynkę manierą wyuczonej uprzejmości.- Wybacz,że zjawiam się o takiej porze bez wcześniejszej zapowiedzi, ale pomyślałem, że dobrze byłoby zjeść wspólnie śniadanie - jest artystką; jaka będzie jej reakcje na to ekscentryczna dziwactwo z jego strony? Do tej pory nie nachodził ją o tak wczesnej porze, a tymczasem zegar kieszonkowy, ciążący mu na dnie kieszeni, nie wskazuje jeszcze ósmej. Słońce, które niespełna dwie godzinę temu wynurzyło się za przemysku horyzontu, nie przygoniło mgły, jaka nadal okala okolice Chelmsford. – WIesz, że w ogrodzie zalęgły się gnomy? - pyta, by zainicjować rozmowę, jednocześnie, czując nietypową jak dla niego niezręczność, zaciska mocniej palce na nakryciu głowy.
Wychodząc z domu, odmawiając sobie tradycyjnej konnej przejądżki, po terenach przylegającej do rodowej rezydencji, w jego intencji nie leżała rozmowa o gnomach ogrodowych, lecz już od paru minut błądzi po rozdrożach swoich myśli, nie mogąc skupić ich na jednym, właściwym punkcie. Pochyla się nad drobiazgami, analizuje szczegóły, które wydają się nie mieć żadnego sensu.
Od dwóch dnia - od momentu, kiedy nawiedził go pewien sen - nie może przestać, coś go uwiera, jak kamień w bucie naciskający na mały palec lewej stopy. Pamięta go nazbyt wyraźnie, jego powidoki zdają się powracać do niego z każdym oddechem. Podąża śladem, którego nie potrafił zdefiniować. Nieokreślonym zapachem, który nie przywodzi na myśl niczego. Kieruje się nieznośną, palącą w gardło intuicją, że jeszcze kilka kroków, a natknie się na coś, co przyniesie odpowiedzi na trapiące jego serce tęsknoty. Wyczuwał to w drżeniu ziemi, która pulsowała pod jego palcami, gdy dotkał ją dłonią i słyszał w cichych szeptach, jakie niósł wiatr.
Pragnienie ,którego nie mógł nazwać, a które wije się w klatce żeber, uwieziony jak skazany na niewole ptak.
Nienasycenie, które nie chce się ulotnić, nawet jeżeli poprzedniej nocy czuł na skórze ciepły dotyk, jaki zazwyczaj przynosił ukojenie.
Natchniony myślą, że może tu, w Essex, odnajdzie to, czego poszukiwał od tych kilku dni, nie mógł jej bagatelizować - ani wcześniej, ani teraz, lecz czy kuzynka, sama pogrążona we własnym świecie, będzie skłonna to zrozumieć?
Na pewno zapyta o, co go tu sprawdza. Co tak NAPRAWDĘ go tu sprowadza. Jak ma skontrować odpowiedź na te pytanie? Odpowiedź przecież nie przyjdzie w raz ostrzejszym podmuchem wiatru.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
19-12-2025, 10:48
Poranna mgła snuła się między przystrzyżonymi klombami ogrodu, na który spoglądała z okna swojej sypialni. Chwilę temu służąca, pukająca do drzwi zaspanej czarownicy, przekazała jej wiadomość, że Leopold Flint zjawił się w dworku i chciałby się z nią widzieć, aczkolwiek nie podał powodu tak raptownej wizyty. O co mogło chodzić? Słońce na dobrą sprawę jeszcze nie rozkwitło w pełni chwały na szarym niebie, nie zdążyła nawet wypić mocnej, rozbudzającej herbaty, co zapewne w przypadku innego krewnego odebrałaby za afront, jednak przy nim nic nie było tak oczywiste.
Wydawał się pobudzony, błądząc po szmaragdowych alejkach, jakby czegoś szukał. Odille obserwowała go jeszcze przez chwilę zza ciężkiej, grubej zasłony, po czym westchnęła i skierowała się do łazienki, by szybko się odświeżyć. Potem przywdziała pierwszą lepszą elegancką spódnicę opatrzoną koszulą wiązaną wstęgami pod szyją, zarzuciła na ramiona ciepłe palto, ponieważ poranki nadal były zimne, i zeszła do zieleńca.
Nie pomyliła się, dziś jego spojrzenie zdawało się dziksze, nieokiełznane, niemal eratyczne. Choć na zewnątrz prezentował się nienagannie, wyczuwała plączące się pod skórą pasma dziwnych emocji, tym bardziej ciekawa, co skłoniło go do odwiedzin w Chelmsford o tak wczesnej porze. Czyżby pokłócił się z ojcem? Nie byłaby to pierwszyzna, Leopold jednakże miał wielu innych przyjaciół, u których mógłby spędzić czas potrzebny do wzajemnego ostygnięcia, i nie spodziewała się, by dwór Ollivanderów był jego pierwszym wyborem. Splótłszy dłonie na podołku, odwzajemniła jego uśmiech, mimo wszystko rada, że go widzi.
- Leopoldzie - odpowiedziała mu miękko, w duchu zdziwiona jego propozycją. Wspólne zjedzenie śniadania? Naprawdę przybył tu z tak błahego powodu? Cóż, jeśli tak, powinno być jej miło, w końcu była w jego myślach bladym świtem, nieistotne, z jakiego powodu. - Porę wybrałeś doprawdy zatrważającą. Cienie pod moimi oczami jeszcze nie zbladły - wytknęła mu z subtelną zaczepką, choć była to prawda. Ostatnie dwie noce spędziła w pracowni, zanurzona we własnym świecie, w pułapce tak słodkiej, że wcale nie miała ochoty zeń uciec. Bywało, że pocałunek muz nie nadchodził długimi tygodniami, dlatego każda chwila, kiedy Odille czuła w palcach niecierpliwą ekscytację, była na wagę złota. Tym razem zajmowała się obrazem Lady Makbet, mając w pamięci nadchodzącą wielkimi krokami wystawę. Szkic był jednak tak przepełniony grozą i obłędem, że nadal biła się z myślami, czy powinna tyle czasu poświęcać dziełu, którego może lepiej byłoby nie skończyć.
- Życzysz sobie zjeść w ogrodzie? - spytała po prostu, bez cienia potępienia względem jego oferty. Irytacja przedwczesnym zbudzeniem została zostawiona w ścianach sypialni, więc nie musiał obawiać się o reakcję Ollivanderówny, która już kiwała głową na służącą czekającą przy drzwiach tarasowych. Miała zamiar wydać jej polecenie przygotowania porannego poczęstunku, sama zaś wskazała Leopoldowi drogę w głąb ogrodów, do wapiennej altany, jej ulubionego miejsca na terenach posiadłości.
- Gnomy? Merlinie, pierwsze słyszę - zaśmiała się i powiodła wzrokiem po osnutych mgłą ziemiach, nie dostrzegła jednak żadnego stworzenia, o którym mówił Flint. Nic dziwnego, cechowała je łatwość wtapiania się w tło, więc równie dobrze mogły właśnie przesiadywać pod krzewami albo chować się w klombach zimozielonych cyprysów. - Czy coś cię trapi, Leopoldzie? - zapytała, kiedy dotarli do altany. Ławy były zimne, wychłodzone oddechem nocy, ale gdy tylko spróbowali zająć miejsca, na wierzchu zmaterializowały się miękkie poduchy, przywołane skrzacią magią. - Wybacz mi tę bezpośredniość, ostatnio za dużo czasu spędzam z obrazami, zamiast z żywymi ludźmi. Ale kiedy patrzyłam na ciebie przez okno w moim pokoju, odniosłam wrażenie, że jesteś... niespokojny - przyznała, przeciągając pasma kasztanowych włosów przez ramiona, żeby ułożyć je nieco schludniej. W tym czasie przenikliwe spojrzenie nie opuszczało jego twarzy, czekając na jego odpowiedź; może tylko to sobie wyobraziła?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
27-12-2025, 21:28
Nadal to czuje.
Tą rozpaczliwą pustkę pulsując w nim niczym echo dawno zapomnianych krzyków, która domaga się natychmiastowego zapełnienia. Przypomina głód, jaki wżera się coraz głębiej w trzewia. Czuje się jak uzależniony, który od kilku dni nie miał w ustach swojego nałogu, gdzie każda sekunda oddzielająca go od zaspokojenia pragnienia wydaje się wiecznością. Łaknienie rośnie w nim, nabiera mocy i ciężkości, gdy znów spogląda na dobrze mu znaną przestrzeń, jakby każda barwa i każdy kształt przypominały o tym, co rzekomo utracił, a czego nie potrafi odzyskać, chociaż jeszcze wczoraj wszystko było na swoim miejscu.
Zaciska dłoń w pięść, nieświadomie, aż bieleją mu knykcie, a wir jego myśli plącze się i odbija w oczach, w których skrzy się dzikość – narastająca fala niepokoju, która rozsadza go od środka, osiada na dnie klatki piersiowej i rośnie, rozpycha się, domagając się ujścia. Czy tak właśnie czuje się wilkołak tuż przed przemianą, kiedy wszystko w nim buzuje i drży, a człowieczeństwo walczy od głos ze zwierzęcym instynktem? Czy to właśnie przeżywa, chwilę później, wyjąc do księżyca, by obwieścić światu swoją obecność i g ł ó d?
Cichy warkot wydobywa się z jego gardła – chce się go pozbyć, przepędzić nim narastające napięcie, które zaciska się wokół szyi niczym niewidzialna pętla, ale dźwięk ten szybko miesza się ze znajomą barwą głosu kuzynki.
Zastanawia się przez moment, czy popełnił błąd, pojawiając się w ogrodach Ollivanderów. Być może powinien był wybrać inną drogę. Zniknąć na jakiś czas, zabłądzić w głąb puszczy, zatonąć w szumie drzew, wsłuchać się w szept ziemi i tymczasowo stać się z nią jednością? Może lepiej byłoby dać się pochłonąć pianie fal, które nieustannie rozbijają się o piaszczysty brzeg, pozwalając, by przyroda wzięła go w objęcia i utuliła jego niepokój? Albo osiodłać konia i pognać przez pola wściekłym galopem, próbując zgubić siebie samego?
Otrząsa się z tych rozmyślań, gdy nagle rozlega się jego imię, przecinając ciszę niczym ostrze. Dźwięk, który wyciąga go z otchłani. Odwraca głowę, szukając wzrokiem kuzynki.
- Kuzynko, czyżbyś nie doceniała własnej urody - odpowiada zaczepką na zaczepkę; wie przecież, że godzina jest nieludzka i że nie powinien przerywać jej snu, w końcu kilka tygodni temu skarżyła się na niespokojny sen, ale zwykle bardziej troszczy się o siebie niż o innych, wyłączając z tego grana dwie osoby, toteż nie martwią go jej cienie pod oczami. – Zupełnie niepotrzebnie. Opromieniasz poranek efektywniej niż słońce.
Zerka wymownie na osnute parawanem chmur niebo, przez które obecnie nie przedziera się nawet pojedynczy promień słońca. Niebo zdaje się pogrążone w smutnej zadumie, jakby odgrodzone od świata grubą, nieprzeniknioną zasłoną. Mgła nadal okala okolice, szczelnie oplatając drzewa i ścieżki, które w jej mlecznej bieli gubią swoje wyraźne kontury. Wszystko wokół zdaje się trwać w bezruchu, zawieszone między nocą a dniem, jakby świat zawahał się, czy warto budzić się z nocnego otępienia.
On zaś, otoczony sennym półmrokiem brzasku, czuje ten sam niepokój, jaki towarzyszył mu chwile po przebudzeniu. Uczucie to nie słabnie, lecz przeciwnie – narasta, rozlewa się po ciele chłodnym dreszczem, który nie ma nic wspólnego z porannym chłodem. Wydaje się być żywym, pełznące płytko pod skórą stworzeniem. Ma wrażenie, że każdy oddech wydłuża moment napięcia, a cisza nabrzmiewa wyczekiwaniem na coś nieuchwytnego, coś, co kryje się w gęstwinie mgły, poza zasięgiem wzroku. Wzdryga się, wyobrażając sobie, jak w jego ciele gości wciąż przemieszczający się segment po segmencie pasożyt, żerując na jego lęku, karmiący się niepewnością, pozostawiający wszędzie tam, gdzie dotarł poczucie niedosytu. To nie jest zwykłe pragnienie – to raczej upiorne, niewidzialne istnienie, które na wpół przytomnie rośnie w nim, rozpychając się łapczywie pośród myśli i uczuć.
- Tak, w ogrodzie - przytakuje. – Nie chcę swoją niezapowiedzianą wizytą niepokoić reszty domowników- zapewnia, chociaż, mówiąc to jest pewny, że wieści o jego wizycie już rozniosły się pocztą pantoflową po wszystkich kondygnacjach dworku Ollivanderów.- Pewnie nadal śpią.
Za jego słowami nie kryją się szlachetne intencje, nie przemawia przez niego także troska. Raczej nie chce odpowiadać na pytania ciotki Victorii i czuć na sobie jej oceniające, surowe spojrzenie.
- Ogrodnik powinien je przepędzić jak najszybciej. Są jak szerszenie. Jeśli się tu zadomowią, trudniej będzie je wyplenić - nie podziela jej entuzjazmu, głos ma skryty za kotarą chrypy, czuć, jak drży. I żałuje, że pozwolił tym słowa wybrzmieć, powinien je połknąć, zdławić w przełyku,zanim odnalazły drogę do jego ust. – Nie wiem czy powinienem cię niepokoić, ale - waha się przez chwile – miałem sen. Byłem w lesie. Podążałem za śladem. Czułem drżenie ziemi, zawodzenie wiatru, które przypominało echo słów. Nie wiedziałem, dokąd zmierzam, ale nie mogłem się zatrzymać. W końcu znalazłem to, czego, jak mi się wydaje, szukałem. Cień, jednak, gdy do niego podszedłem, zniknął - decyduje, że będzie adresatką rodzącej się w nim małej, niezrozumiałej obsesji. Kto jak nie ona, artystka, która często ulega chwili natchnienia i częściej spędza czas z obrazami niz z ludźmi, zrozumie dziwactwo, jakimi się dzisiaj kieruje? – Obudziłem się z poczuciem, że coś zgubiłem. Ta myśl powoli przeradza się w obsesje. Spotkało cię kiedyś podobnego? Sen, który przeniknął do rzeczywistości? – wbija w nią czujne, na w poły dzikie spojrzenie, pierwszy raz czyniąc z niej powiernice swoich sekretów. Wcześniej do tego celu wykorzystywał albo jedną ze sióstr, albo Maelle. – A może to pierwszy objaw szaleństwa?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
18-01-2026, 21:56
Błąd albo nie błąd, pojawił się i teraz było to ich wspólną odpowiedzialnością. Nieodkryte jeszcze myśli osaczały Leopolda szczelną otuliną i Odille nie byłaby sobą, gdyby choć nie spróbowała mu pomóc, skoro stare mamine porzekadło głosiło, że co dwie głowy, to nie jedna. Razem mieli podwójne szanse na rozpracowanie przeciwnika, na powzięcie jakiejś strategii w celu zwrócenia młodszemu kuzynowi spokoju ducha, który rozwiewał się na wietrze jak druga twarz, mętnie przyklejona do jego oblicza, metafizyczna, duchowa. Za ich spotkaniem stało być może samo przeznaczenie, bo serce Ollivanderówny od jakiegoś czasu także pozostawało niepewne, dygoczące niby na zimnym wietrze, niepewne, jak miały potoczyć się dalsze losy jej znajomości z Wulfrikiem... Tak jakby jedno spotkanie oznaczało nadchodzące wielkimi krokami rewolucje, a wcale nie musiało się tak okazać. Chyba najbardziej obawiała się myśli, że jej nadzieje spłoną niezaspokojone i chwila złudnego szczęścia odczuta w ministerialnym gabinecie mężczyzny nie będzie nic znaczyć.
- Zapewne dlatego, że słońce nie przebija się przez nasze wierne chmury - zaoponowała z rozbawieniem, aczkolwiek nie zamierzała nie przyjmować komplementu, tylko nieco podroczyć się z Leopoldem, zanim to zrobi. Przeczuwała jednak, że z jego strony był to dowód sympatii albo roztargnienia, bo naprawdę dużo brakowało jej do piękna tego poranka: przez niewyspanie skóra wydawała się papierowa i poszarzała, a oczy podkrążone, może gdyby uważniej się jej przyjrzeć można by dostrzec tęsknotę za snem wpisaną we włókna tęczówek. Chyba robiła się zbyt... dojrzała, żeby bez refleksji zarywać noce, tym bardziej od kiedy doktor Sanderson zdiagnozowała jej chorobę i rozpoczęła terapię mającą zapobiec dalszemu rośnięciu niedokrwistości w siłę. - I nic nie zapowiada zmiany w ciągu dnia, więc jesteś skazany na moją urodę, jak sądzę, żeby nie nabawić się ciemnicowej chandry - skonstatowała, uśmiechnięta. Biedny Leopold także wydawał się człowiekiem, któremu przeznaczenie odmówiło wypoczynku ostatniej nocy, i potwornie intrygował ją powód jego napięcia, szczególnie że nie potrafiła wydedukować go gołym okiem. Fizycznie wydawał się zdrowy, ale co z jego duchem? Co było dość silne, żeby gnębić postawnego młodego czarodzieja o świetlanej karierze i wspaniałych perspektywach? Cóż, zapewne to samo, co kładło łapska na córze Ollivanderów. Nazwiska niestety nie roztaczały nad nimi ochronnego parasola we wszystkich sferach życia.
- Wiesz, jak u nas bywa. Sen to luksus, na który różdżkarze czasem nie mogą sobie pozwolić. Miewam wrażenie, że moi krewni są przekonani, że Gregorovitche zaczną dyszeć im na kark, jeśli choćby pomyślą o odpoczynku - zażartowała, zbywając jego troski lekkim machnięciem dłoni. Dworek w Chelmsford był wiecznie obracającym się kalejdoskopem, a domownicy ziarenkami w jego wnętrzu, rozstawiani w przeróżnych konfiguracjach zajęciowo-dobowych, Odille zaś przywykła do tego już dawno temu. Bardziej zastanawiało ją, czy Maerin też właśnie spał, czy może to kolejny zgrzyt na linii ojca i syna odpowiadał za niezapowiedzianą wizytę dżokeja. Zaprosiła go za sobą do ogrodowej altany, nie mogąc się doczekać odegnania porannego ziąbu filiżanką herbaty; powinna była zabrać z pokoju grubszy pled, ale pod zadaszoną konstrukcją wystarczy im jedno zaklęcie, żeby dowolnie zmodyfikowali panującą wewnątrz temperaturę. - Przekażę ogrodnikowi twoje słowa - obiecała, zająwszy miejsce na jednej z ław przykrytych poduchami, natomiast następnych słów Leopolda wysłuchała z uwagą.
Choć mógł obawiać się jej opinii, nie zareagowała ani śmiechem, ani żadną negatywną oceną odbijającą się w mimice twarzy lub spojrzeniu. Wręcz przeciwnie, Odille westchnęła cicho, z niejakim zrozumieniem rezonującym z kilku owych nut. Istniały tajemnice, do których nie dopuszczała nikogo, a które teraz obróciły się w jej środku wąż szukający źródła ciepła; ostatnie pytanie Flinta nie było zadane proforma, przeczuwała, że szczerze nie mógł zidentyfikować tego, co się z nim działo, dlatego nie zwlekała z odpowiedzią. A nie było to łatwe, ponieważ myśli wewnątrz jej głowy nadal pozostawały nieco ospałe, płynące jak rozleniwiony górski potoczek, zamiast rwąca rzeka.
- Jeśli to objaw obłędu, oboje bylibyśmy szaleni - pokrzepiła go, układając dłonie na podołku. Schowała je pod grubym materiałem narzuconym na ramiona, w którym do niego wyszła, odpędzając tym samym od siebie niską temperaturę budzącego się dnia. - Moim zdaniem to, czego doświadczyłeś, to znak, który podarowała ci twoja podświadomość, Leopoldzie. Coś, czego na ogół do siebie nie dopuszczasz i od czego próbujesz się odciąć. Czasem dopadają mnie takie sny - zapewniła, patrząca na czarodzieja bez oceny. Przed następną częścią nabrała głębszego oddechu, po czym kontynuowała. - Zaczęły się, gdy byłam bardzo młoda. Widzisz, wierzyłam, że nasz świat to okruch magii, padół, na który zesłano mnie w ramach testu, i czekają na mnie wrota do wymiaru, gdzie magia nie potrzebuje różdżek ani nie posiada żadnych praw. Wymagało to składania różnych małych ofiar, wypełniania kilku wymyślonych zadań i tym podobnych; wówczas sny, które wydawały mi się bardzo prawdziwe, uważałam za przesłania z tamtego miejsca, ale z biegiem czasu - i dojrzałości - zaczęłam zauważać zależność między moim samopoczuciem, a częstotliwością i przede wszystkim wolą życia tych wizji - mówiła spokojnie, ale gardło pozostawało wyschnięte. Do tej pory przy nikim innym nie mówiła o Tamtym Świecie, robiła to jedynie w towarzystwie swojej kuzynki, a teraz poczuła, jakby ją zdradziła. Znowu. - Jeśli czymś byłam zaaferowana, stałam na rozdrożu ważnych decyzji, coś mocno przeżyłam albo czegoś silnie pragnęłam, to odzywało się w snach, które nie mijały jak większość, tylko zostawały ze mną na dłużej. Zapamiętywałam te symbole, próbowałam je do czegoś porównać, szczególnie po śmierci Flaviusa. Czy w twoim życiu ostatnio coś się zmieniło? - zapytała, niepewna, do jak dużej dozy prywatności chciałby ją dzisiaj dopuścić.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
01-02-2026, 17:22
Ma wrażenie, że poczcie pustki, jakie przyszło wraz ze snem próbuje go zagryźć od środka, rozszarpać na kawałki; jest jak wygłodniały wilk, który rzuca się na szyje swojej ofiary, wbija w nią zęby i przegryza aortę. Nie ma w tym ani finezji, ani cierpliwości, jest tylko głód, do którego zaspokojenia dąży; jest tylko wściekłość, która rozpycha się pomiędzy szczeblami żeber; jest tylko desperacja, która odprowadza zdrowy rozsądek na peryferie zapomnienia.
Wzrok Leopold pada na chwile na niebo, nadal przysłonięte przez gęstym kożuchem chmur, mruży oczy, zaciska mocniej palce w pięść. Odille ma racje, słońce nie uświetni im śniadanie swoją obecnością; jest równie nieprzeniknione, co chłód morskiej bryzy, jaki tuż o świcie chłostał jego odsłoniętą skórę, gdy stanął na klifie i spojrzał w dół, na pieniące się u jego stóp fale. Wzdycha ciężko, gwałtownie, jakby w próbie pozbycia się balastu, jaki zalega na żołądku i pragnie tylko jednego - amputować niepokój, który zawodzi w nim jak upiór, który nie może rozstać się z korytarzami starej, zapomnianej przez wszystkich rudery.
Na usta Leopolda wślizguje się cierpki uśmiech wywołany jej słowami. Woli być skazany na jej urodę, niż to coś, co gnieździ się w nim, jak gangrena w skażonej ranie; coś, co za zaciska się na jego gardle; coś, przez co z trudem oddycha.
- Skaż mnie na nią na dożywocie i jeden dzień dłużej, ale-
Zatrzymuje słowa w krtani.
...ale wyzwól mnie od tego, co zaraz doprowadzi mnie do szaleństwa, wypełniła przestrzeń jego myśli. W roztargnieniu zaczesuje do tyłu opadające na czoło kosmyki, błądząc spojrzeniem po zamglonej, mijanej przestrzeni. I naraz nawiedza go myśl, że z przyjemnością zanurzyłby się w tej mgle, zgubiłby się w niej, a może nawet zaginął bez wieści na kilka dni, tygodni, miesięcy, a nawet lat. Pod warunkiem, że otrzyma wcześniej gwarancje, że znajdzie tam to, co zgubił, a czego nawet nie pamięta,że zgubił. Cień tej sylwetki, którą chciał objąć, a która rozproszyła się pod wpływem jego dotyku i zniknęła jak sen.
- I zaczynam coraz bardziej doceniać ten luksus - przyznaje kąśliwie - ale wątpię, że którykolwiek Gregorovitch zbliży się na odległość dziesięciu kroków do waszego warsztatu.
Nie wypowiada tych pochlebstw, bo wypada; wypowiada je, bo w niej wierzy; bo różdżka, jaką nabył od rodziny matki, towarzyszy mu od dawna i nigdy go nie zawiodła; bo ceni nazwisko Ollivander, nawet jeśli zajmowali pozycje Szwajcarii każdego konfliktu i nigdy głośno nie opowiedzieli się po żadnej stronie.
Przytakuje, kiedy zapewnia, że zasygnalizuje problem ogrodników i sam zajmuje miejsce tuż obok niego, chowając ręce do obszernych kieszeni płaszcza, by ukryć ich zdradliwe drżenie.
- Więc twierdzisz, że nie jesteśmy szaleni? - uśmiech unosi kąciki jego ust w grymasie imitującym rozbawienie, gdyż te uczucie nie zerka do spojrzenia Leopolda, bo tam nawet płonie iskra, której nie potrafi zgasić.
Odille mówi, a on słucha; słucha ją uważnie, chociaż ma wrażenie, że jej słowa od czasu do czasu balansują na krawędzi obłędu. W międzyczasie, kiedy nie milknie i kontynuuje, skrzat nakrywa do stołu; przynosi zastawę, filiżanki, imbryk. Leopold sięga po niego dłonią, gestem, aby nie przerywać kuzynce, sygnalizując stworzeniu, że czynność przelania herbaty do porcelanowych naczyń w kwiatki go nie przerasta. Musi zająć czymś ręce, bo walkę o jego uwagę wygrały słowa kuzynki.
- Zatem sny odzwierciadlają nasze - napełnia jedną filiżankę, a potem szukając właściwych słów; ciepło herbaty konfrontuje się z chłodnym powietrzem i skrapla się w parę – wewnętrzne niepokoje, emocje i - odstawia imbryk – i wchodzę z nami w polemikę?
Czy w twoim życiu coś ostatnie się zmieniło? wymaga od niego dłuższej refleksji. Łapie w palce ucho filiżanki.
- Leopolidne wróciła do domu - mówi w końcu, usta zatrzymując milimetry od krawędzi filiżanki.
Maelle w jego życiu pojawiła się już wcześniej, chociaż to, co wobec niej czuł... Nie potrafi tego zdefiniować, określi, ale to w nim narasta; zupełnie, jak pustka, która znowu próbuje go pożreć.
- Co się stało z tymi wizjami? Nadal wierzysz, że ten świat istnienie? Nadal chcesz odkryć jego tajemnice?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
04-02-2026, 15:24
Dożywocie i jeden dzień dłużej. W parafrazie właśnie to zamierzali przysiąc sobie z Flaviusem, właśnie to także miała obiecać Ambrose'owi, ale ostatnio dochodziła do przykrego wniosku, że dożywocie występowało w jej historii tylko i wyłącznie w ramach wyroku skazującego na samotność, aż do pieczętującego istnienie, urwanego oddechu. Dlaczego nie mogła nie wracać myślami do zmarłych? Ich duchy wałęsały się za nią korytarzami posiadłości w Chelmsford i spozierały zza zasłony podczas bezsennych nocy, Odille czasem też odzywała się do nich, wpuszczając słowa w eter, ciekawa, czy zjawy nareszcie odpowiedzą. Nigdy tego nie robiły. Mimo to miała wrażenie, że w tym momencie Flavius nachylał się do Leopolda i wyszeptał mu do ucha sekwencję słów, które ten miał wypowiedzieć po to, by posypać jej rany solą; Ollivanderówna zdołała się uśmiechnąć, przyjmując komplement, jednak nie odpowiedziała.
Kłopoty dręczące kuzyna odwróciły zresztą uwagę od staropanieństwa i podwójnie głębokiej czerni, którą nosiła w sercu po nieudanych mariażach. Ostatnie wydarzenia sprawiały, że ich świat nabierał niejednostajnego tempa, nic zatem dziwnego, że natrafił w podświadomości na przepaść, której nie umiał pokonać i dylemat czy związane z nim emocje wracały do niego pod postacią abstrakcyjnych snów.
- Na to pytanie niestety nie znam odpowiedzi - uśmiechnęła się przepraszająco, jej wzrok pozostawał spokojny, błękitne oczy przypominały leniwe morze podczas wczesnozimowego dnia. Na samej ich podstawie można by wysnuć wniosek, że Odille rzadko przeżywała głębsze czy bardziej złożone uczucia, miała w sobie wiele z chłodu, ze szronu rysującego na szybach spękane wzory. Nic bardziej mylnego. - Równie dobrze może się okazać, że oboje jesteśmy szaleni i nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ale czy w takim rozrachunku wszechrzeczy naprawdę chciałbyś wiedzieć, że to w tobie jest coś nie tak? Ja chyba nie - przyznała otwarcie, po krótkiej pauzie na obejrzenie myśli z każdej strony jak przedmiotu uniesionego w palcach. Stety lub niestety Flint zgłosił się po wsparcie do osoby, która w obłędzie widziała swego rodzaju atrakcyjność, ciężką, trudną, wymagającą, a przede wszystkim absolutnie wymykającą się ustandaryzowanym dniom. Intrygującą. Tego poszukiwała w swojej sztuce i to próbowała oddać, choć akurat te dzieła rzadko kiedy trafiały do odbiorcy. Odille przeważnie zachowywała je dla siebie, ewentualnie kilku par zaufanych oczu.
- Tak, z tego co wiem właśnie tak jest - przytaknęła na jego podsumowanie, sięgnąwszy po filiżankę napełnioną przez Leopolda. Zapach owocowej herbaty szybko doleciał do nozdrzy, a ciepło promieniujące przez porcelanę łaskotało zziębnięte dłonie, przyjemnie je rozgrzewając. - Nie jesteśmy istotami skończonymi. Kiedy próbujemy wypchnąć coś poza obszar naszego widzenia, nie zrzucamy tego z niewidzialnego urwiska w przepaść albo nicość; wyobrażam sobie, że mamy w sobie swego rodzaju szafę, gdzie upychamy coraz więcej demonów, aż w końcu zaczyna brakować w niej miejsca - kontynuowała, odnajdując w tym przedziwne zadowolenie. W ostatnich tygodniach rzadko dyskutowała z kimkolwiek na podobne tematy, do rozmowy z kuzynem nie zdążyła też się przygotować ani poukładać swoich przemyśleń, więc wydostawały się z niej swobodne i szczere. Liczyła na niego w kwestii ich zrozumienia, akceptacji, oswojenia być może, skoro dręczyły go upiory. - Dlatego ich obecność daje o sobie znać. Drzwi do szafy są uchylone - westchnęła cicho, wzrokiem ciężkim od zrozumienia udowadniając, że nie był odosobniony w swojej walce. Co do powodów, tego w jego przypadku wciąż nie była pewna. Odille uniosła brwi na wspomnienie jego siostry i zmrużyła oczy. - To chyba powód do radości? - zasugerowała. Gdyby Leopoldine wyjechała, zamiast wrócić, faktycznie mogliby mówić o jego szamotaniu się w poczuciu straty i poszukiwania, ale skoro było odwrotnie?
Uśmiech na jej wargach, dyskretny i wcześniej przepraszający, stał się cierpki, kiedy Ollivanderówna zastanowiła się nad swoją sytuacją; za moment pokręciła przecząco głową. - Chyba wyrosłam z tamtej wiary, na szczęście - odparła, pewna, że gdyby usłyszała to jej droga kuzynka, w domu rozpętałaby się kolejna awantura. - Wierzę jednak, że koszmary, których czasem doświadczam, są echem żałoby po narzeczonych. I dowodem na to, że z mojej winy rozstali się z życiem - wyznała szeptem. Słyszał plotki o ciążącej na niej klątwie? Błękitnokrwiste czarownice, szczególnie spragnione plotek, lubiły o tym rozmawiać i niespecjalnie się z tym kryły, ale nie wiedziała, czy cokolwiek dotarło też do jego uszu.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
08-02-2026, 15:38
Dożywocie i jeden dzień dłużej. Dzień, który łączy losy dwójki ludzi. Dzień, który zmienia wszystko. Leopold nie ma wątpliwości, że wkrótce - może za miesiąc lub kilka, ale wkrótce - nestor wystosuje do niego list, list, w którym przyzna, że przehandlował jego kawalerstwo za dobro luksusowe jakim jest sojusz jedną z rodzin, które liczą się w tym świecie. Póki co Leopold nie rozgląda się za żoną; nie upatruje ich w szlachciankach, z którymi spędza miło czas na bankietach, lecz wie, że ten dzień w końcu nadejdzie, dzień, kiedy runą mury milczenia. Czyż nie właśnie z tego powodu ojciec wystosował list do jego siostry, sprowadzając ją na powrót na angielską ziemię?
Przez chwile spogląda na swojej dłonie, które ledwie wczoraj były utytłane krwią, gdy skórował upolowaną w szkockich lasach zwierzynę. I chociaż udało mu się na moment zająć myśli czymś innym, krzywi usta w grymasie, że potrzeba, jaka zrodziła się we śnie, nadal tętni pod jego skórę, płynie wraz z krwią w naczyniach krwionośnych, drażni, jak cierpiącego na deficyt nikotyny palacza.
Przenosi spojrzenie na twarz kuzynki - jej przepraszający uśmiech i oczy, niebieskie, przykrytą mgłą czegoś, co chyba może nazwać melancholią. Artyści jej przecież ulegali; czasem widywał ją na obliczu siostry.
- Są tacy którzy wierzą, że w każdym tkwi iskra obłędu - wtrąca krótko; wydaje mu się, że w jego przypadku szaleństwo nie jest czymś nieosiągalnym, zwłaszcza wtedy, gdy ulega złości; co prawda, dzięki nauce oklumencji nauczył się ją tłumić, lecz nadal w nim tkwi i czasem daje o sobie znać; jej niepokojące objawy czuje na coś, w przyśpieszonym biciu serca, z zwiększonym natężeniu oddechu, i w drżeniu rąk. Teraz cierpi na ten ostatni z tych trzech symptomów, dlatego koniecznie szuka zajęcia dla rąk i odnajduje go w prostej czynności napełnia dwóch filiżanek.
Słucha jej obrazowej metafory o tym, że gdzieś w zakątkach ich świadomości jest ukryta szafa, w której chowają wszystkie swoje demony i-
- Skoro jej pojemność jest ograniczona, co się stanie, jak w tej szafie zabraknie miejsca? Demony zaczną z niej wychodzić? I co dalej? - pyta, zdradzając swoją fascynacje - może odrobinę niezdrową - tym tematem, który sprawia, że na krawędziach jego źrenic płonie żar. – Czy ich tak liczna obecność nie zbliża nas na krawędź szaleństwa?
Pierwszy raz, odkąd pojawił się w Essex czuje się na miejscu, że jest tu po coś, a nie tylko po to, by odnaleźć źródło dziwacznego pragnienia, jakie go wypełnia. Nie przypomina sobie, czy kiedykolwiek nawiązał z Odille równie porywającą dyskusje, chyba pierwszy raz nie kryje się za maskami, słowami pięknymi, lecz pozbawionymi treści.
- Wybacz, że zadaje ci tyle pytań, to silniejsze ode mnie - reflektuje się, prostując się, bo zdaje sobie sprawę, że się ku niej nachylił, na tyle blisko, że niemal poczuł zapach jej skóry. – I tak, jej powrót napełnia mnie radość, ale powód, dlaczego ojciec ją tu sprowadził, znacznie mniejszą.
Chociaż nie powinno tak być. Paradoksalnie Odille chwile później porusza temat instytucji małżeńskiej, przypadkowo, zupełnie bez kontekstu, ale to sprawia, że Leopold niemal krztusi się herbatą.
- Naprawdę obwiniasz się za ich śmierć? - pyta, odzyskując kontrolę nad organizmem pod dwóch kaszlnięciach, ale nie ma w nim niewiary; śmierć jednego narzeczonego to przypadek, drugiego reguła, trzeciego rutyna? – Wierzysz, że ciąży na tobie klątwą? - dotarły do jego uszu te pogłoski, lecz nie daje im wiary; nie wierzy w to, że przeznaczenie wybiera ich los; nie wierzy w przesądy, ani to, że w zawieszonych na niebie konstelacjach odbije się historia ludzkiego życia. Bzdury i zabobony. Sami byli kowalami własnego losu. – Myślisz, że gdyby zjawił się na horyzoncie jakiś kawaler, który poprosiłby cię o rękę, odmówiłabyś, bojąc się, że to, co spotkało dwójkę jego poprzedników, dotknie też jego?
Nie przejmuje się tym, że jego słowa mogą zadać jej ból. Nie dba o o to, że wkłada dłoń w jątrzącą się ranę i rozdrapuje pazurami swojej bezpośredniości poukrywane pod fałdami skóry blizny. Rodziny, w których przyszli na świat i nazwisko, które noszą, jak błogosławieństwo i brzmienie jednocześnie, to nie tylko przywilej, ale też obowiązek, jakim mają względem linii swojej krwi. Jego ciężar spoczywał na ich bark, odkąd wygrali walkę o pierwszy oddech po tym, jak opuścili jamy brzuchów swoich matek. I Leopold jest przekonany, że Oddile miała tego świadomość, i żadna plotka, czy bezduszne przesądy tego nie zmienią.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Odille Ollivander
Czarodzieje
And if you'd never come for me, I might've drowned in the melancholy.
Wiek
26
Zawód
projektantka różdżek, artystka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
13
16
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
5
10
Brak karty postaci
09-02-2026, 15:55
Melancholia była w niej obecna od zawsze. Umysł chętnie dryfował na granicy między snem a jawą, kreując wizje, które dorośli mogliby uznać za niepokojące, jeden jedyny powód do zmartwienia przy artystycznie uzdolnionej młodej panience z błękitnokrwistej rodziny o sięgających daleko korzeniach. Gdyby wychowywała się u boku Leopolda od dawien dawna, zapewne podsycaliby w sobie nawzajem ciągnące do grozy i groteski inklinacje, nasączone brutalizmem pozbawionym ubarwień. Niestety los miał wobec nich inne plany, upomniały się o nich inne szkoły, dlatego musieli nadrabiać stracone lata w chwilach takich, tak ta, kiedy potrzeba wysforowała się na priorytet i splatała ze sobą ich ścieżki. Raczej niespodziewanie, raczej w sposób nieplanowany, ale tym bardziej wartościowy w mniemaniu Odille. Intrygująco było obserwować miotającego się w potrzasku swoich koszmarów kuzyna, patrzeć na jego ciasno zaciśnięte wargi i niespokojne dłonie, które błądziły w poszukiwaniu ulgi, skazane na niedolę. Szczerze chciała mu pomóc, uśmiechnąwszy się wymownie na słowa o obłędzie.
- Nie jest to dalekie od moich wierzeń - zgodziła się z nim, jednoznacznie sprowadzając określenie "są tacy" do "kobiety, która przed nim siedzi". Bestia była obecna w każdym człowieku, zaś wychowanie i charakter narzucały na nią kaganiec. Jeśli wyrywała się spod kontroli, działy się rzeczy straszne. - A ty jak uważasz, kuzynie? - pociągnęła zaciekawiona, aczkolwiek przeczuwała, jaką dostanie od niego odpowiedź. Na płaszczyźnie rozmowy odkrywali, że mają więcej wspólnego, niż początkowo zakładali, dlatego Odille spodziewała się ciągu dalszego, jeszcze jednego odkrycia, zawiązującego na nich wstęgę ciaśniejszej więzi. Intensywność jego spojrzenia sama w sobie była bardzo wymowna. Trawił go ogień zrozumienia i pokrewieństwa, inspiracji, natchnienia, które bliskie było jej zrywom w sztuce. Chętnie by go teraz naszkicowała, ale niestety nie wzięła ze sobą notatnika i grafitu czy węgla.
- Albo przejmą nad tobą kontrolę, albo zdołasz je zdusić, odebrać im tlen jak płomieniowi, który bez niego po prostu gaśnie, tak sądzę. Znikną, by na ich miejscu mogły znaleźć się inne demony, tym razem świeższe. To niekończąca się opowieść. Bogowie nie mają dla nas litości - wyjaśniła spokojnie, opanowana, jak gdyby nie prowadzili właśnie wiwisekcji ludzkiego umysłu, ograniczonego kruchymi ścianami, które wbrew pozorom łatwo byłoby rozbić na pył. Uśmiech Ollivanderówny poszerzył się, kiedy Leopold przeprosił za zasypywanie ją gradem pytań, na co czarownica uspokajająco uniosła dłoń. - Nie martw się, Leopoldzie, nie sprawiasz mi kłopotu. Wręcz przeciwnie, to orzeźwiająca rozmowa - zapewniła w rewanżu, bez ani jednego cienia wyrzutu czy kłamstwa. Może nie powinna przyznawać się do zadowolenia z tematu, skoro Flinta trapiły wewnętrzne upiory, jednak każda inna reakcja znamionowałaby fałsz. Poza tym nagle znaleźli się na tyle blisko siebie, że kurtuazyjne kłamstewko wydawało się wręcz bluźnierstwem. Wytrzymała jego wzrok i nie cofnęła się. - Podejrzewasz małżeństwo? - spytała w kwestii jego siostry. Plan przewidywalny i stary jak świat, Maerin był pod tym względem jak każdy błękitnokrwisty ojciec. Nawet Octavius niestrudzenie próbował zeswatać Odille, zanim ze zrezygnowaniem machnął ręką i przystał na jej samotność, i tak woląc trzymać ją blisko ze względu na talent do wizualnego projektowania różdżek, cenny pośród rzemieślników i wirtuozów innych sfer.
- Kiedyś miałam to za wierutną bzdurę, ale przyznaję, że odkąd po Flaviusie umarł też Ambrose... Zaczynam podejrzewać, że coś może być na rzeczy - westchnęła ze zmęczonym przygnębieniem. Emocjonalnie zmęczonym, dużo czasu spędziła na rozważaniach swojej klątwy i jej potencjalnego pokłosia, a im starsza się stawała, tym bardziej kwitła jej wiara w opinie ciotek. Tymczasem myśli mimowolnie pomknęły do Wulfrika, do wspomnienia jego rozżarzonych oczu i rumianych policzków, do zapachu jego wody kolońskiej, do dyskretnego dotyku dłoni, gdy podawali sobie dokumenty. - Szczerze? Nie mam pojęcia, co bym zrobiła. Serce mogłoby pragnąć jednego, a rozum upierać się na drugie. Mówią, że do trzech razy sztuka, ale jeśli miałabym złożyć w ziemi trzecią trumnę i wiedzieć, że przeze mnie umarł trzeci dobry człowiek? Powiedz, czy ty rozpatrywałbyś wtedy narzeczeństwo? - spytała z podobną jemu intensywnością, zaciskając palce na materiale spódnicy. Naprawdę ciekawiła ją jego odpowiedź, jego sposób myślenia, jego spojrzenie na kwestię egoistycznych pragnień i ostrożności im przeczącej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 21:53 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.