• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Loch Ness (Highlands)
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
27-09-2025, 21:54

Loch Ness (Highlands)
Na północy, otoczony zielonymi wzgórzami, leży Loch Ness - najgłębsze szkockie jezioro, którego ciemna woda kryje więcej tajemnic, niż ktokolwiek potrafi opowiedzieć. Powierzchnia jeziora bywa gładka jak szkło, by w następnej chwili wzburzyć się bez powodu. Mieszkańcy od pokoleń mówią o istocie zamieszkującej te wody, a nocą nawet najbardziej odważni nie spoglądają długo w mrok jeziora. Na brzegu stoją ruiny zamku Urquhart, którego kamienne wieże wyglądają jak strażnicy tego miejsca. Loch Ness jest krainą legend - pełną milczenia, które samo w sobie wydaje się opowieścią.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
27-01-2026, 15:16
03 maja 1962


Już kilka miesięcy temu wyśnił białą klacz stojącą na brzegu jeziora – dopiero dziś pomyślał, że przecież od samego początku było to dobrze znane z dzieciństwa i młodości Loch Ness. W tamtym czasie, tamtej nocy, absolutnie nie rozumiał tej korelacji – absolutnie nie wiedział też wtedy kim właściwie mogła być nieznajoma postać z wizji, czemu znajduje się w tej nielogicznej przestrzeni, której nie sposób było połączyć z żadnym aktualnym wydarzeniem czy nawet czego alegorią mogła pozostawać. Dziś chyba wiedział co znaczy. Dziś rozumiał czemu głowa we śnie ciążyła mu tak bardzo, by nie mógł podnieść wzroku na świetlistą postać. Zrozumiał – ale dopiero stojąc w Foyers – na kamienistej plaży ukrytej pośród porośniętych mchem i gołych z liści drzew. Wiosna wstawała – ale na szkockich wyżynach zawsze działo się to odrobinę wolniej, leniwiej, później.
Poczucie zmieniających się pór roku napędzało Harrisona co roku – zrzucenie z siebie ciepłego kożucha leczyło zimową melancholię i zachęcało do wychodzenia z mieszkania na dłużej. Coraz chętniej odwiedza Dolinę Godryka, coraz częściej namawia znajomych na wyjście na ryby, coraz częściej otwiera też okna na oścież. Dopiero wiosną Londyńskie powietrze nie truje go tak, jak truło zimą. Dopiero wtedy chociaż trochę chce się nim oddychać.
Wyjaśnił Maelle jak tu trafić – bez zbędnych ceregieli przeprowadził ją przez sieć Fiuu pomiędzy posterunkiem w Londynie, a magiczną gospodą w Foyers. Schody stamtąd na brzeg prowadzą ich same – a przechodząc kilka kroków w kierunku wody drażnieni są subtelnym, wiosennym słońcem – odbijającym się od głębokozielonej toni Loch Ness. Harrison mruży oczy, ale nie może przestać podziwiać tak spokojnej jak na tę porę roku wody.
Poza tym chyba łatwiej spojrzeć prosto w słońce niż w oczy Maelle, nawet jeżeli samo niepatrzenie na nią wydaje się równie karkołomnym zadaniem.
Mogli usiąść na ławce – jeżeli tego chciała, ale ta była chyba wilgotna od przyjeziornej atmosfery. Harrison nie miał problemu z umorusaniem sobie jeansów czy płaszcza – szczerze usiadłby pewnie nawet na ziemi. Chce jej jednak dogodzić – wydaje się to naturalne, ale szczerze powiedziawszy… Chyba jest aż tak naturalne tylko przy niej. To pewnie... Wyrzuty sumienia.
– Wiesz co, patrz. Jak chcesz to usiądziesz na moim płaszczu, ja i tak mam jeszcze sweter i w ogóle… – proponuje lekko zakłopotany, zrzucając z ramion płaszcz z cielęcego zamszu. Ładny – na wiosnę. Używany, ale nie za bardzo. Podobno po zmarłym – mało kto lubił takie nosić, zabobonny naród. Harrisonowi to nie przeszkadzało – chociaż raz faktycznie dostał coś w spadku. Płasz rozkłada na ławce tak, by ani oparcie, ani siedzisko nie ziębiło jej ciała. – Zamówiłem pogodę na ten dzień – próbuje zagadać do niej w taki sposób, by rozładować nieco napięcia. Tego we własnym ciele, ale i między nimi. Właściwie zdążył już nieco obyć się z jej towarzystwem – prowadząc do kominka w Londynie, potem pozwalając jej iść przodem w drodze z gospody… Ale i tak teraz, kiedy przesuwa umieszczony na ławce plecak i zajmuje miejsce obok niej, ale nie za blisko – czuje w ciele dziwny dreszcz. Żenady, ale nie tylko.
Na pewno musi wiedzieć, jak na niego działa. Może wie nawet, że on wie – oby wiedziała.
– Wiem, że nie zaczęliśmy najlepiej, ale nie wybrałem tego miejsca żeby… Coś cię zjadło. Nie musisz bać się potwora z Loch Ness… Po pierwsze, to cię obronię. A po drugie to raczej bzdura, bo od dziecka o nim słuchałem, a nigdy go nie widziałem – zarzuca nogę na nogę – tak jest przytulniej i cieplej – co wydaje się ważne, skoro pozbył się już płaszcza. Może siada mniej męsko, ale będąc z tą kobietą sam na sam… Jakoś wcale nie czuł konieczności przestrzegania narzucanych mu wzorców zachowań. Przygotowywał się na te spotkanie od ponad miesiąca – zebrał się już na siłach do rozmowy, a urzekająca aura młodej kobiety przyciągała jego nieśmiałe spojrzenie ku jej twarzy – nawet jeżeli przyglądanie się jej źrenicom nie wydawało się obecnie możliwe na czas dłuższy niż kilka sekund. – Sprawa o której mówiłaś… Zaczniesz… Od początku? – tak, próbował porozmawiać o tym z Ambrose’m, ale wiele to nie dało. Tak, wciąż zastanawiało go też jak Day mógł nie radzić sobie w tej sprawie – zdaniem Harrisona był bardzo dobrym śledczym, chociaż może jeszcze lepszym tajniakiem, skoro ukrywał prowadzenie sprawy policyjnej w pojedynkę. Czy był zazdrosny? Trochę. To jednak nic przy zazdrości, którą poznała na własnej skórze Maelle Seymour, ofukana w czterech ścianach kawalerki Titusa.
Oczywiście, że chciał dopytać o szczegóły, ale w obliczu sprawy tak emocjonalnej wolał pozwolić kobiecie wyznaczyć punkt początkowy. Może za bardzo przesiąkł już technikami przesłuchań, których uczył się na licznych szkoleniach, ale zawsze grał tego, który okazywać miał serce.
Wiosna 1x: Strumień
Niedaleko was strumień wystąpił z brzegów, a wy planowaliście tamtędy przejść. Woda jest mętna i płynie szybko. Brzegi rozmyły się w kilku miejscach. Kamienie pod powierzchnią są śliskie. Przejście wydaje się ryzykowne. Chłodna woda sięgałaby wysoko. Trzeba szukać innej drogi lub inną metodą przedostać się na drugi brzeg.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
28-01-2026, 20:36
Uznaje kwiecień za krzyż, który Titus Harrison musi ponieść, żeby zrozumieć i raz na zawsze zapamiętać, jak nie traktuje się kobiety. Zwłaszcza takiej, która zagląda do jego lokum u boku jego wieloletniego przyjaciela, nie mogącego nachwalić się zalet magipolicyjnego druha; jej ogląd na osobę mugolaka jest zupełnie inny niż percepcja Ambrose'a, dlatego nie ma skrupułów nie odpisywać mu na listy i sprawdzać, czy będzie na tyle wytrwały, żeby słać je mimo poczucia porażki. Podołał. A ona, co tu kryć, miota się jak zagonione w potrzask zwierzę. Pomysły na odnalezienie dziecka topnieją z dnia na dzień jak śnieg niedawno topniał na chodnikach Wielkiej Brytanii, przerodzony w błotniste i szaro-bure kałuże. Tam, gdzie zazwyczaj żarzyła się w niej nadzieja, coraz częściej pojawia się rozpacz i czarnowidztwo, przez które zagryza wargi niemal do krwi, bo w innym wypadku zacznie krzyczeć i nigdy nie przestanie. Dni płynące bez maleństwa w jej ramionach można spisać na straty, rozrywka to tylko zasłona dymna, dzięki której Maelle doszczętnie nie wariuje. Śledztwo Ambrose'a musi wreszcie ruszyć z kopyta, a kto, jeśli właśnie nie Titus, ma mu w tym pomóc? Możliwe, że są dla siebie nawzajem siłą napędową i kiedy jednego brakuje w równaniu, drugi automatycznie staje się mniej wydajny.
W gospodzie na nabrzeżu Loch Ness zjawia się punktualnie, opatulona w płaszcz i szal, który powiewa za nią na czekającym na zewnątrz nadjeziornym wietrze. Początki wiosny są zdradliwe i niepewne, ale coraz częściej widać zielone prześwity, które sprawiają jej niepoprawnie dużo radości, bo zielony to przecież kolor nadziei, a Maelle bardzo jej teraz potrzebuje. Od punktu spotkania idą razem z Harrisonem, któremu wcale nie ułatwia dzisiejszego dnia. Nie zagaduje go pierwsza, Ambrose opowiadał jej, że kiedy funkcjonariusz przeciąga ciszę podczas przesłuchania, denerwujący się podejrzany zacznie prędzej czy później mielić językiem, żeby czymś ten impas wypełnić i odsunąć od siebie wzrastający poziom stresu. Jej kompan na pewno zdaje sobie z tego sprawę, w końcu zjadł zęby w wydziale dochodzeniowym, jednak ćwierćwila przypuszcza, że napięty Titus nie zdoła przekuć teorii i doświadczenia w praktykę, nie dzisiaj. Jest to swego rodzaju kropka na końcu zdania jej złośliwości i małostkowej urazy, czego nie może sobie odmówić.
A jej plan zaczyna rodzić owoce. Magipolicjant rozkłada swój płaszcz i pozwala jej zająć na nim miejsce, żeby nie ubrudziła burgundowego odzienia wierzchniego, które sama nosi; spogląda na niego kątem oka, posyła ku niemu niejednoznaczne spojrzenie, po czym siada na jego kurtce, zakładając nogę na nogę. Ich pozy są swoim lustrzanym odbiciem, ale zwierciadło jest krzywe: tam, gdzie Maelle to miękkie, swobodne linie i nienapięte ciało, tam Titus składa się z ostrych linii i zbitych mięśni.
- Wcześniej strasznie tu padało - zauważa na jego próbę nawiązania rozmowy i kwestię pogody, przekornie, zaczepnie, z zalążkiem cwanego uśmiechu w jednym z kącików warg. Po drodze mijali kałuże głębsze niż kurewskie gardła, a ona żałuje, że na tę okazję nie ubrała lepszych butów, najlepiej wyposażonych w zaklęcie nieprzemakalności. Teraz podeszwy noszą ślady błota i pedantyczna pod tym względem ćwierćwila nie może się doczekać, kiedy będzie mogła je wyczyścić, żeby znów nie można było zarzucić im zaniedbania. Hardość jej postawy łagodnieje natomiast, kiedy Titus nawiązuje do legendarnego potwora krążącego w tych wodach. - Daj mugolom kelpię, a zbudują z tego opowieść, która przetrwa pokolenia - konkluduje, zwracając wzrok na horyzont. Błękitne niebo odbija się od tafli jeziora, w oddali widać łodzie rybackie, które korzystają z dobrej pogody i próbują napełnić sieci. Maelle nie ma nic wspólnego z magizoologią, ale kelpie to jedyne rozwiązanie zagadki, które wydaje się jej logiczne.
Przechodzą wreszcie do meritum i jej żołądek momentalnie ściska się w supeł. Nie zdąży jednak nawet rozchylić warg, kiedy ziemia pod ich stopami nagle zaczyna błyszczeć, a szum wylewającego strumienia dociera do uszu, przez co podrywa nogi i zwinnie przekłada je na bok na siedzisku ławki, tak aby mimo wszystko nie zabrudzić płaszcza towarzysza. Przez chwilę mruga ze zdziwieniem, po czym rozgląda się i dostrzega, że ciecz, która połyka grunt pod ich bezpieczną wysepką pochodzi z rozciągającej się nieopodal nici strumienia, jednej z dziesiątek obecnych na łąkach przy Loch Ness. Burza i roztapiające się pozostałości mrozów to idealny przepis na niedomagające koryta.
- Zdaje mi się, czy mówiłeś, że zamówiłeś pogodę na ten dzień? - podchwytuje i patrzy na niego z lisio zakrzywioną brwią, w zielonych oczach tańczą iskierki zdziwionego rozbawienia. Cóż, teraz nie mają wyjścia, muszą porozmawiać. Alternatywą jest teleportacja, jeśli nie chce zamoczyć butów, ale nie przyszła tu po to, by wycofywać się w ostatniej chwili, jakkolwiek trudne nie byłoby przechodzenie przez to wszystko od nowa. - Byłam dziwką, Titusie - mówi bez wstydu, ale i bez dumy. To suche stwierdzenie faktu, nic więcej. - Mój syn urodził się w Dotyku Wili - zaczyna i patrzy na niego, sondując, czy znajdzie na męskiej twarzy poruszenie, obrzydzenie albo oburzenie tym, z kim zadawał się jego drogi Ambrose.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
09-02-2026, 22:31
– To podobno największa kelpia jaką widział świat… – tłumaczy się ze swojej dawnej wiary, może głupio, kiedy Maelle podchodzi lekceważąco do umysłów mugoli. Gdyby mieli okazję o tym porozmawiać – gdyby ich spotkanie miało być po prostu zwyczajną rozmową pomiędzy dwójką znajomych – pewnie Seymour dowiedziałaby się o podejściu Titusa do społeczności niemagicznej. A ci wydawali mu się… Często bardziej otwarci od czarodziei. Wolał być w końcu wieśniakiem z dziwnym akcentem, niż wieśniakiem z dziwnym akcentem i brudną krwią. – Ale większość nie wygląda tak jak on. Jak ten potwór, no. Myślałaś kiedyś… Czemu kelpia najczęściej zamienia się w pół-konia…? – próbuje utrzymać rozmowę “na poziomie”, ale za bardzo się mota. Chyba nie jest w stanie oszukać samego siebie – chyba nawet pod wpływem magnetycznej energii blondynki nie widzi ich rozmowy jako rozmowy koleżeńskiej. Maelle wydaje się istotą z innej galaktyki – gorącokrwistą, czytej krwi arabką, zaś on jedynie zimnokrwistym perszeronem. Ona mogła kosztować dziesiątki tysięcy funtów… A on pewnie tysiąc. Czy w ogóle wiedziała czym jest funt szterling? Pewnie nie…
Pewnie nie powinni o tym rozmawiać. Pewnie Maelle miała w tym świecie inne zmartwienia niż mugolskie legendy, rasy pięknych koni i opinię Titusa na temat form kelpii… Pewnie powinni skupić się na tym, po co tu przybyli. Na sposobie na rozwiązanie zrodzonego przed ponad miesiącem konfliktu. Siedząc tu z nią na krótki moment zapomniał nawet, że nie przyjęła jego przeprosin. A nie powinien. Czemu zapomniał?
Szybko, bardzo szybko dotarło do niego, czemu potencjalnie… Mógł o tym zapomnieć. Potok rozlewa się, a Harrison nie przejmuje się wodą cieknącą im pod nogami - impregnował buty na własną rękę. Ale dalsze słowa, te wyciśnięte z kobiety uprzejmym ponagleniem… Wiedział, że to usłyszy. I nie to, że była kiedyś dziwką – to szczerze go zdziwiło, nigdy się mu nie przyśniło i budziło szereg przeróżnych emocji.
Chodziło o to drugie.
Teraz rozumiał więcej. Dziwka w dotyku wili to ułamek wili, prawda?
To było chyba ostateczne rozwiązanie kwestii wielu wątpliwości Titusa Harrisona, który już kilka tygodni temu zauważyć miał, że Maelle Seymour nigdy nie była zwyczajną dziewczyną. Nawet jeżeli z całą pewnością wielokrotnie spotykał się z potomkiniami wil, mógł zapierać się, że nigdy nie przebywał w obecności żadnej sam na sam i… Tak blisko. Czy to dziwne, że zrobiło mu się ciepło? I poczuł się irracjonalnie zadowolony z trafności własnych przeczuć?
Z czego właściwie cieszysz się, idioto — pomyślałby, gdyby posiadał silniejszą wolę. Na ten moment czuje się po prostu… Pozytywnie. Nawet pomimo informacji, która powinna go gorszyć, pozostaje skupiony, cierpliwy i chętny do słuchania jej dalej. Może i dobrze, że nie zgodziła się na spotkanie w obecności Ambrose’a, myśli, ale nie wie do kogo należą te myśli; nie kwestionuje ich gdy pojawiają się w głowie, w końcu jako jasnowidz… Dopuszcza do wiadomości wyjątkowo dużo myśli pozornie niewłasnych. Pozostaje wyjątkowo łatwy do… Zainfekowania.
Czy pracowała tam…
– Z własnej woli czy…? – musi dopytać. Nie wiedział nawet ile miała lat – wyglądała na nastolatkę, kogoś dwa dni po szkole. Czy była… Niedorosła? Harrison zaciska szczękę, nie chcąc o tym myśleć, ale myśląc o tym jeszcze intensywniej. O dziwo nie myśli obecnie o partnerze – nie oburza się tym, z kim się zadawał – ta myśl może dotrze do jego głowy za kilka chwil, prędzej popchnięta elementem gatunkowego podobieństwa. Teraz skupia się na… Zrozumieniu tła. – Nakreślisz mi ramy czasowe? W jakim wieku jest twoje dziecko? Twoje dziecko też jest… Półwilą? Ćwierćwilą? Półćwierćwilą? To oznacza, że też jest… Jak ty? – Świetliste, czyste, piękne. Głowa paruje mu na samo wyobrażenie rozwinięć tych błahych ułamków. Podnosi spojrzenie na te Maelle. Źle interpretuje to, jak bardzo dociekliwe i sondujące wydają się jej błękitne obręcze wokół rozszerzonych źrenic. Otwory w tęczówce zachowują się tak samo przy odczuwanym strachu i smutku, ale i u polujących, czujnych zwierząt. Oczywiście, że odbiera je jako smutne. – Bardzo ci współczuję… – mówi niespodziewanie, utrzymując kontakt wzrokowy zbyt długo – zbyt niekomfortowo dla siebie samego, pewnie i dla niej. – Nie lubię drążyć bolesnych tematów, ale muszę wiedzieć więcej.
Żeby mu wybaczyła. Ale i z poczucia pewnego… Magipolicyjnego obowiązku.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
10-02-2026, 19:32
Przez wachlarz rzęs rzuca Titusowi wymownie powątpiewające spojrzenie, kącik prawej strony ust unosi się w nierównym uśmiechu, nonszalanckim, muśniętym rozbawieniem przez jego słowa. Czarodziej ma w sobie coś z dziecka nadal wierzącego w baśnie i choć w normalnych okolicznościach trochę ją to odrzuca, dziś - w kontekście spotkania poświęconego też jej maleństwu - uznaje jego naiwność za pokrętnie uroczą. Czystą i transparentną, wymówioną niepewnym głosem, który wymazuje potencjał kłamstwa, spreparowanej fasady, którą mógłby podkreślić swoje skruszenie. - Wygodnie, że nie ma na to dowodów, prawda? - podejmuje więc, rzucając mu wyzwanie. Postawa Titusa wskazuje, że zgodzi się z nią, nawet jeżeli oznajmi, że w roli kelpii występuje jej matka, albo co gorsza jego matka, ale nie odmawia sobie sprawdzenia hipotezy. Oczy ćwierćwili zwężają się lekko, głowa obraca, by wzrok mógł sięgnąć przez połacie łąk do wsi położonej na brzegu sławnego jeziora. - Karczmy i sklepiki rok w rok ubijają niezły interes na legendzie potwora, a kiedy zainteresowanie przymiera, nagle pojawia się śmiałek, który twierdzi, że widział w wodzie coś niemożliwego i karuzela znów zaczyna się kręcić - wzrusza ramionami. Zdaniem Maelle nie ma tu żadnego podwodnego hegemona, nie ma największej kelpii świata, dinozaura jakimś cudem przeżywającego w akwenie, kryptydy ani innego żyjątka, którym rodzice straszą swoje dzieci. - Nie myślałam. Czemu? - pyta, ciekawa, czy skoro porusza ten temat, Titus zna na niego odpowiedź.
Wylewający z koryta strumień opływa ich ławkę, niemal czyniąc z nich rozbitków na wyspie, którą staje się dla nich siedzisko. Maelle unosi nogi i opiera je na drewnianych sztachetkach, rozłożone na boki, żeby nie deptać płaszcza Harrisona. Nie przeszkadza jej niestosowność tej pozy, ma na sobie spodnie, a woli nie brudzić elegancko wyczyszczonych butów. Nie dba też o rozwikłanie zagadki swojej natury: w porównaniu do Ambrose'a nie ukrywa, kim jest, raczej nosi swoją genetykę jak tarczę albo wachlarz z piór, bawiąc się nią, testując granice i używając dla swojej przyjemności.
- Poniekąd - odpowiada oszczędnie na pytanie o okoliczności, które sprowadziły ją do burdelu. Podjęła decyzję samodzielnie, zrobiła to jednak w podziękowaniu za podarowanie jej życia przez ojca i lepsze lub gorsze zajmowanie się nią przez niecałe osiemnaście lat. Wyrównała ich rachunki, żeby nigdy więcej nie wypomniał jej, że była mu coś dłużna, oderwała go od siebie jak stary plaster, o dziwo odetchnąwszy po tym, jak za jej plecami zamknęły się drzwi rodzinnego domu. Nie wiedziała, jak od teraz będzie wyglądał jej los, ale była gotowa sprawdzić, czy zdoła go oswoić, może nawet polubić. I zdołała. Pytań magipolicjanta słucha uważnie, natomiast kiedy pada kwestia współczucia, ma ochotę wywrócić oczami, bo wcale tego po nim nie oczekuje. - Nie są bolesne i cieszy mnie, że pytasz. Teraz się skup, dobrze? - jej głos rozlewa się jak płynny jedwab, spojrzenie nie opuszcza jego twarzy, za to unosi dłoń i muska opuszkami palców jego policzek. - Spróbuj nie zapomnieć ani słowa, Titusie. To dla mnie bardzo ważne - szepcze miękko i impulsywnie próbuje opleść go swoją magią, wypycha ku niemu pajęcze nici, nęci, kusi delikatnie rozchylonymi wargami i błyskiem spojrzenia, jednak szybko zauważa, że efekt nie jest tak silny, jak by sobie życzyła. Nie, nie jest w ogóle silny. Maelle umie je od siebie rozróżniać, klasyfikuje je jak dokumenty, które potem układa w wewnętrznych segregatorach, służących do głębszego zrozumienia swoich możliwości, a czar roztaczany przy Harrisonie jest tak żałośnie miałki, że ćwierćwila wzdycha z ukłuciem irytacji i cofa ramię, opierając się o chłodne drewno za plecami. - Rok temu urodziłam syna. Siedemnastego sierpnia, w Dotyku Wili. Zabrali mi go, zanim uzdrowiciele zdążyli mnie zaszyć, i chociaż pytałam, nikt nie chciał mi powiedzieć, co się z nim stało. Wróżbita, którego niedawno odwiedziłam, twierdzi, że moje maleństwo jest gdzieś na ziemiach Lancashire, ale nie wiem, czy można mu ufać - opowiada powoli, odwróciwszy wzrok do twarzy mężczyzny. Uważa czy zacietrzewia się w urazie za próbę omotania go urokiem? Jeśli w ogóle ją zauważył. - Tak, syn będzie mniej więcej taki jak ja, ale jego krew jest mocniej rozrzedzona. Może przykuwać uwagę i sprawiać, że kobiety zaczną wzdychać do niego jak do cherubinka, dlatego mam nadzieję, że... Matroną w burdelu jest kobieta. Ufam, że go nie skrzywdziła - ćwierćwila zaciska dłonie na kolanach, czując złość na samą myśl o takiej ewentualności. - Co jeszcze może ci się przydać?

urok wili 21 :c
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
13-02-2026, 22:52
- Ja myślałem o tym wiele razy, ale niewiele wymyśliłem. Nie wiem. Nie wiem też co sprawia, że ktoś widząc dzikiego konia - jakkolwiek by nie wyglądał - chciałby w pierwszej kolejności dosłownie go dosiąść - odpowiada w kontekście kelpii z wyraźną konsternacją. Harrison wskoczyłaby na grzbiet dostosowanego do jazdy wierzchowca z wielką ochotą, ale na wszystko co uznaje za świętość - nigdy nie pomyślałby o oswajaniu dzikiego wierzchowca w tak bezpośrednio-bezczelny sposób. Co z budowaniem relacji ze zwierzęciem? Co z tresurą? Co z troską o jego fizyczny i duchowy dobrobyt? Bo tak, zwierzęta miały duszę. Na pewno ją miały. Starał się traktować je tak bardzo po ludzku, jak to tylko możliwe. - Podobno zależnie od regionu Europy, ta istota wygląda zupełnie inaczej i nazywa się inaczej, ale to chyba jakieś legendarne banialuki.
A on bez trudu wyłapał już, że Maelle wcale nie odnajdywała zamiłowania w mugolskich bajkach i fantazjach. Nie chce jej podpaść. Właściwie to chce nawet zrobić na niej... Lepsze wrażenie, niż te zrobione ostatnio. Właściwie to nie chce kontynuować tego tematu; tematy, który pewnie ucieszyłby bardziej kilkuletnie dziecko, nie jego matkę. Tylko minie kilka chwil, wymienią kilka zdań, a on dowie się, że dziecko Maelle wcale nie ma lat kilku - a jedynie jeden rok. I że kobieta wcale nie kryje swojego genetycznego dziedzictwa, swojej zawodowej przeszłości i swojej... Magnetycznej osobowości. Oderwanie wzroku od jej twarzy wydaje się walką z wiatrakami - zakłada, że jeszcze przez kilka najbliższych godzin pod powiekami widzieć będzie jej piękne oblicze, a w głowie na części pierwsze rozkładać będzie sprawę jej maleństwa.
Zauważał to też wcześniej, jednak dopiero teraz, kiedy spojrzenie Seymour nosi znamiona żenady nad jego płynącym ze szczerego serca współczuciem, dobitniej zwraca uwagę na podobieństwo tancerki do ich wspólnego przyjaciela. Ambrose nie miał urody tak delikatnej, nie czernił rzęs i nie miał włosów tak długich, tak zwiewnych, ale był przecież... Wyjątkowy. Oni oboje byli najpiękniejszą parą na tamtej kanapie - ale Harrisona przestaje powoli drażnić wspomnienie papierosa przekazywanego z ust do ust - nawet jeżeli przywołując ten obraz do głowy, unosi brwi w cichej bezradności. Drażni go chyba wrażenie, że coś pominął. A wie, że to pominął, bo kiedy w głowie pojawia się szmer... Czegoś (uroku wili? Naprawdę właśnie próbowała go udobruchać?). Kiedy po fałdach mózgu przebiega wrażenie, (Przeczucie? Nie, to wszystko smakowało inaczej.), a kiedy jej palce dotykają jego policzka - ledwie na moment... Oddycha ciężej, bo chociaż nie wie - to chyba się domyśla. Chyba domyśla się czemu sam uśmiechał się do Maelle mimo woli - nawet teraz, nawet po jej nieudolnej próbie owinięcia się wokół magipolicyjnej mózgoczaszki. I chyba domyśla się, czemu każda kobieta na komisariacie też uśmiecha się obdarzona odpowiednią porcją uwagi... Kogoś.
Nie będą o tym rozmawiać. Będą rozmawiać o synu Seymour.
- Nie musisz mnie... Dotykać, ani w głowie, ani po głowie, ani gdziekolwiek, nie potrzebuję zachęt - chyba nie jest urażony, ale z pewnością jest okrutnie zmieszany.  Słychać to w jego głosie, który łamie się na krawędzi słowa zachęta. - Powiesz który to wróżbita? - dopytuje, próbując (skutecznie) nie brzmieć ofensywnie. Podejście Harrisona do tej dziedziny "magii" bywa... Można powiedzieć, że z biegiem lat budzi w nim szczerą odrazę. Coraz większą odrazę - rosnącą proporcjonalnie do zrozumienia własnych... Przeczuć. Przeczuć, które sprawdzały się zbyt często, by uznawał je dalej za przypadek, którego przebieg ujrzeć może każdy. O snach wie jednak niewiele osób, a z pewnością... Niewiele żywych osób. - Dopytam o to, co mówiłaś do tej pory. Osoba przyjmująca syna na świat - próbuje brzmieć profesjonalnie, oderwać się emocjonalnie od kiełkujących w głowie przeczuć, a te rodzą się wbrew jego woli. - Imię i nazwisko, opis wyglądu, gdyby nie podawała swojej prawdziwej tożsamości lub gdybyś jej nie znała. Tak samo obsługa lokalu - matrona musi być odporna, pracuje z takimi jak wy... - koncentruje się mocniej, próbując odnaleźć w jej oczach nieco zrozumienia. - Barmani, sprzątaczki, ochroniarze. Zwykli ludzie, którzy pracowali tam w tamtym okresie.
Harrison umiał skrócić dystans dzielący go z większością mężczyzn - piwem, rybami, grą w karty czy opowieściami - zmyślając na zawołanie i kreatywnością nadrabiając potencjalną niewiedzę. Nie mógł obiecać, że ta próba zbliżenia się do sprawy odniesie jakikolwiek skutek - był jednak pewien, że to właśnie informacje od nich popłyną najmniej zmąconymi strumieniami. Najłatwiejsi do przekupienia, ale i najbliżej... Najbliżej brudów. Tak samo jak młodzi, interwencyjni magipolicjanci, pozostający najbliżej lokalnej społeczności. Najbliżej nieporządku, który muszą posprzątać.
- Nie odbierz tego źle. Serio nie odbierz tego źle - prosi podwójnie. - Ta propozycja... Może wydać się dziwna. Myślę, że im więcej czasu spędzimy razem... - zaczyna, ale szybko wraca wzrokiem do Loch Ness. - Wiesz co, to chyba jednak nieważne. Po prostu... - znowu wraca spojrzeniem na jej twarz. - Istnieje szansa, że... Czasami wiem coś. Po prostu to wiem. Tak samo jak wiedziałem, że się spotkamy, nim jeszcze mi odpowiedziałaś. I wiedziałam, że spotkamy się właśnie tu, chociaż wtedy tego nie rozumiałem. Ale teraz wiem bardziej kim jesteś. I zrozumiem więcej, jeżeli znowu będzie mi dane coś wiedzieć.
Chaos, tak. Może był szalony, ale szaleństwo... Działało. Czasami.
- Podejdź do tego... Z otwartą głową, dobra?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
16-02-2026, 21:22
- Naprawdę nie wiesz? - błysk w jej oku nie zwiastuje niczego dobrego. Niewykluczone, że powinna postarać się powstrzymać, żeby nie dolewać oliwy do ognia zakłopotania Titusa, którego ułamki sekund dzielą od spopielenia skóry na policzkach przez intensywność chłopięcych rumieńców, ale gdzie byłaby w tym zabawa? Nie ma jej. Maelle żyje, żeby prowokować. Żyje, żeby igrać, żeby kusić, żeby przekładać nogę ponad granicą wytyczoną na piasku i sprawdzać, co się stanie, kiedy dotknie palcami podłoża po drugiej stronie. Może coś, a może nic. Żyje też po to, żeby znaleźć swoje dziecko, ale teraz jeszcze próbuje o tym nie myśleć. - To jak z mężczyznami, Titusie. Jak widzę jakiegoś, który mi odpowiada, a przy tym ma w sobie to coś, jego też chętnie dosiądę - rzuca z nonszalancką swobodą, głównie dlatego, żeby sprawdzić, czy czerwień jego skóry da się pogłębić.
Szybko zapomina dzięki temu o temacie kelpii i zagadek drzemiących w głębinach Loch Ness. Wiatr porywa je sprzed oczu tak skutecznie, że pozostaje przed nimi jedynie temat, który boli ją najbardziej: zardzewiała żelazna drzazga wbita między żebra i drażniąca ostrym szpicem tkankę serca za każdym razem, ilekroć ono uderza, pompując krew. Sięgnięcie po urok wili to chwyt raczej niskich lotów, przynajmniej w kontekście poszukiwań maleństwa, jednak Maelle jest pewna, że gdyby miało pomóc zwilowanie całego posterunku i samego komendanta, zrobiłaby to bez mrugnięcia okiem. Przeszłaby przez załogę i kolejno nawijała wokół nich otulinę magicznego jedwabiu, a potem powiedziałaby idźcie i przynieście mi moje dziecko, a oni prędzej padliby z wycieńczenia, niż wrócili z niczym. Może od tego powinna zacząć. Wszak czy można cierpieć bardziej, niż obecnie cierpi? Czy można czuć w sobie gorszy strach o zdrowie i życie istoty, która bez matczynej opieki jest bezradna? Zbyt niewinna jak na ten brudny i złowieszczy świat. Toteż kiedy w jej umyśle pojawia się wątpliwość, a później też przekonanie, że nie osiągnęła celu, mięśnie mimiczne z trudem tłumią napływ kwaśnej irytacji. Czy to możliwe, że Titus jest oklumentą? Nie wygląda na kogoś takiego, szybciej uwierzy, że to jej wewnętrzne napięcie niweczy próbę.
Bo Maelle jest napięta. Jest zestresowana, niepewna i przeżarta kłami nadziei, że wtajemniczenie Harrisona w jej kłopot okaże się zbawienne. Póki co gdzie nie spojrzy, tam odbija się od zatrzaśniętych drzwi, a tajemnica pozostaje nierozwikłana - ile jeszcze takich scenariuszy zdoła znieść? Zanim kompletnie się załamie? Przeczuwa bowiem, że dzieli ją od tego już mały kawałek. Obłęd rośnie, wzbiera, dusi, a w takich warunkach nie da się odpocząć. Poleganie na samym Day'u, działającym w jej sprawie solo, nie w duecie, nie przynosi rezultatu, więc wstyd się przyznać, lecz ćwierćwila chyba naprawdę potrzebuje Harrisona. Tyle słyszała o dobrym wpływie przyjaciela na blondyna, że jeśli istnieje jakakolwiek, nawet śladowa, szansa na ich motywację i prężniejsze śledztwo, musi z niej skorzystać.
- Dzięki temu łatwiej się skupić na tym, co mówię - wykręca się, opierając plecy o ławkę, ze wzrokiem utkwionym przed sobą, w sinusoidzie zieleniejącego się krajobrazu. Trudno powiedzieć, czy jest zakłopotana. Tym, że jej nie wyszło - na pewno, ale tym, że w ogóle próbowała? Chyba nie, mimo że to przecież bliski kompan Ambrose'a i może przyjaciel nie życzyłby sobie dłubania w jego głowie, w końcu to takie nieprawdziwe, niehonorowe i tak dalej. - Janus Galloglass. Prowadzi swój salon na Pokątnej, trochę ciężko trafić na jego kamienicę, ale ja nie jestem z magipolicji i mogę czasami pobłądzić - uśmiecha się cierpko, ponieważ błądzi całe życie. Od punktu do punktu, od człowieka do człowieka. Jedyną stałą jest to, czego w ogóle przy sobie nie ma: jej maleństwo, dla którego wejdzie w ogień, poświęci się na ołtarzu kelpii z Loch Ness i zedrze paznokciami własną skórę, bez różnicy. Jednak jej uśmiech szybko przygasa, cynizm wycofuje się jak woda, która, teraz otulająca ławkę, prędzej czy później cofnie się do koryta. - Ta akuszerka, nie widziałam jej wcześniej. I nie jestem pewna, czy dobrze pamiętam jej twarz, sporo detali jest rozmazanych - szczególnie gdy zdecydowano się ją rozkroić, a zaklęcia lecznicze stały się intensywniejsze, bardziej złożone, wywierające na jej organizm większą presję. - Ale wydaje mi się, że była stara, bardzo stara. Białe włosy, skóra pomarszczona jak wyschnięty plaster owocu, zgarbiona. Pod lewym okiem... wydaje mi się, że miała tam jakieś znamię - Maelle przymyka powieki, próbuje przenieść się w czasie i miejscu do tej potwornej nocy. Wspomnienie sforujące się naprzód to ta sama mała rączka wystająca ponad beciki. - Bryan Wright, Sal Lincorn i Shelton Burrows na pewno byli wtedy na zmianie strażniczej. Georgia Everly i Reese Hathaway sprzątały. Głupia Emery Devine wmawia mi, że nie było jej wtedy na kuchni, ale pamiętam, że było inaczej. Wiem, że było inaczej - zacisnęła dłonie na swoich kolanach. Tych nazwisk nigdy nie zapomni. Obsługa Dotyku Wili milczała, więc wykradła grafiki i sprawdziła, kto tam wtedy był. Z kolei propozycja Titusa zachęca, żeby nareszcie przenieść na niego wzrok; brakuje jej oceny i zwątpienia, o które ją podejrzewa. Wysłuchała dotychczas tak wielu szarlatanów, że pomysł Harrisona niespecjalnie ją dziwi. - To intuicja czy coś więcej? - pyta więc rozsądnie. Brzmi to na coś więcej, niemniej czeka cierpliwie na jego wyjaśnienie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
24-02-2026, 13:34
Temat musi zostać ucięty, szczelnie ogrodzony i nigdy nie dotykany – niech Maelle żyje w swoim świecie, w którym dosiada sobie kogo chce, kiedy chce, gdzie chce – byle tylko już o tym nie rozprawiała. Czuł się winny strony, w jaką powędrowała ich rozmowa, nawet jeżeli to młoda wila z zamiłowaniem do zamieszania dobrała słowa na tyle niesfornie, by go zmieszać. Celowo. Z rozmysłem.
Cholerna małolata.
Tyle dobrze, że mężczyźni rzadko mogli jednak wciągnąć ją pod wodę.
W głowie Harrisona pojawia się tak wiele myśli, tak wiele pytań, których jej nie zada – o ile nie znajdzie ku nim dobrego pretekstu. Część z nich wydaje się przeraźliwie więc osobista – ale osobistym wydawać się mogło również dopytywanie jej o dobrowolność własnej pracy w tak upiornie uwłaczającym lokalu. Nie żałował tego pytania, bo to wydawało się okrutnie ważne – dodałoby do całej historii charakter okrutnego przymusu i budziło więcej złości. Odpowiedź była zaś na tyle rozmyta, by nie umiał z jasnością stwierdzić, jak bardzo uwięziona była tam Seymour. Czy bardzo, skoro będąc w późniejszych miesiącach ciąży wciąż pozostała w pracy? Czy bardzo, skoro nie chciała odejść? A może nie odeszła z braku innej opcji?
Czy miała zamiar wychowywać dziecko w burdelu? Czy miała zamiar wytłumaczyć mu, że nigdy nie pozna swojego ojca? Czy chciałaby tego dziecka, gdyby go jej nie odebrano? Chyba tak, skoro zdecydowała się na utrzymanie ciąży aż do porodu – w końcu nawet wśród hodowlanych zwierząt możliwym było jej usunięcie – zwykle nie u koni, to zbyt skomplikowanie – ale u takich owiec...
Albo co zrobi kiedy je znajdzie? Co jeżeli już było gdzieś indziej, jeżeli ktoś przyjął je do własnej rodziny? Zabierze je?
Żołądek kurczy się nerwowo. Śnił kiedyś sen, pojedynczy, przeplatany snami o jeleniu spychającym kamienie z góry. Sen w którym łania groziła brykającemu cielakowi na targu w sposób typowo matczyny – nie brykaj tak, bo pan cię zabierze – a swoimi wielkimi oczami namierza stojącego za plecami hipogryfa. Gryf spogląda na nią z politowaniem – kochana pani, a myśli pani, że ja bym takiego urwisa chciał? ja go nie chce, wolę grzeczne dzieci – a chociaż młody jeleń uspokaja się, matka mówi mu jedynie, że – widzisz, nawet pan cię nie chce. Brykaj w swoją stronę.
– Masz całą moją uwagę, ciężko jest ci odmówić – mruczy zagubiony, ale nie w jej słowach, a we własnych myślach. Dopiero nazwisko znajomego wróżbity zaostrza jego spojrzenie. Znał pewnie połowę tych, którzy urzędowali w Londynie. Musiał zweryfikować jego umiejętności, by wydać wyrok. – Co zwykle działo się z dziećmi które rodziły się w… – oddychaj, była dorosła, była tam z własnej woli. Powiedzmy. – burdelu? – handel ludźmi napędzał kolejny handel ludźmi. Handel organami. Nie przedstawi jej swoich najmroczniejszych wizji – te są w końcu jedynie dziełem wyobraźni, nie przeczucia. Poza tym ma wrażenie, że Seymour – chociaż pewnie nie tak plastycznie jak magipolicjant o wieloletnim, nieszczęsnym stażu – przewałkowała potencjalne krwawe scenariusze.
Z plecaka wyjmuje notes i wieczne pióro. Stara się spisać, poprosić o powtórzenie, dopisać role. Dawno nie przesłuchiwał sam żadnej kobiety. To było łatwiejsze, bo była ułamkowo-wilą?
– Poproszę cię o to, żebyś później spisała te nazwiska jeszcze raz i podesłała mi je listem, bylebym nie przekręcił niczego. Wraz z czymkolwiek co wydaje ci się ważne, przemyśl to i podsumuj… – stara się podejść do sprawy poważnie, profesjonalnie. Wie, że był dobry w wymyślaniu motywów wokół sieci powiązań. Wiedział jednak, że nie utworzy ich sprawnie i trafnie bez pomocy Day’a. – Możliwe, że będę dopytywał o więcej szczegółów… Możliwe, że spróbuję namierzyć kobietę która przyjęła twój poród i będę potrzebował pomocy z identyfikacją, jeżeli tylko mi się to uda – na ten moment może wydawać się to igłą w stogu siana, ale posiadał kartoteki policyjne i – nawet mimo woli – zbudowane przez lata, miejskie kontakty. Mógł zapierać się, że statystyczna szansa na znalezienie jej jest niska, a mógł po prostu… Spróbować. – I to coś więcej. Ale to nie takie proste. Nie klasnę i nie dostanę informacji. To tak nie działa. Nie ze mną, pewnie nie z większością. Dlatego nie ufam wróżbitom.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Maelle Seymour
Czarodzieje
watch me when i break and say it's paradise.
Wiek
21
Zawód
była kurtyzana, tancerka burleski
Genetyka
Czystość krwi
potomkini wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
0
5
OPCM
Transmutacja
11
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
18
Brak karty postaci
03-03-2026, 16:29
Wspólnie pozwalają niepotrzebnym tematom obumrzeć, choć nie bez zdrożnej satysfakcji Maelle obserwuje chęć Titusa do pogrzebania wątku dosiadania mężczyzn. Jest coś bardzo kuszącego we wprawianiu go w dyskomfort, w sprawdzaniu elastyczności granic jego cierpliwości i tolerancji, i nie może sobie tego odmówić. Szkoda, że urok zawodzi, przez moment znów rozważa, czy ponownie sięgnąć po magię i spróbować opleść go lepką nicią jej żywiołu, ale kiedy mężczyzna tak ulegle deklaruje swoje oddanie, ego ćwierćwili wydaje się zaspokojone. Przynajmniej dziś, kto wie, co będzie jutro, pojutrze, czy innego dnia, na które przypadnie ich kolejne spotkanie?
- Nie ma w tym żadnego wstydu - stwierdza lekko, pozbawiona wspaniałomyślności raczej oznajmia to w roli faktu. W porównaniu do Ambrose'a, Maelle ani nie ukrywa swojej natury, ani nie obawia się z niej korzystać każdego dnia, według swoich potrzeb i preferencji. Miała lata na wypraktykowanie, na oswojenie wilego dziedzictwa, na poznanie samej siebie, swoich ograniczeń, możliwości, pragnień, nie uważa też, że to czyni z niej mniej prawdziwą kobietę, niż inne czarownice. Day opowiada bzdury, na które czasem brakuje jej cierpliwości. Sam utrudnia sobie życie, nie wiedzieć po co. Może upaja się masochizmem, mimo że nie wygląda na człowieka, który znalazłby w tym przyjemność. - Trzeba być oklumentą, żeby się ode mnie odciąć. A nawet wtedy nie jest to pewne. Ani całkowite - wyjaśnia Harrisonowi, prowokując swoje rozważania co do tego, czy przytłoczony jej bliskością magipolicjant szaleńczo rzuci się do ksiąg, żeby posiąść trudną umiejętność blokad wznoszonych wokół umysłu. Jeżeli tak, i tak miną miesiące, może lata, zanim odczuje pierwsze efekty w jej obecności. Zresztą trudno odmówić jej uroku osobistego, często nie potrzebuje wilich czarów, żeby dostać to, na co ma ochotę.
Jego pytanie zawisa między nimi jak niedopowiedziany wyrok. Coś prawdopodobnego i brutalnego, ciężkiego, znamionującego fatum, od którego diabelnie trudno jest uciec. Maelle wzdycha i otacza kolana ramionami, wpatrując się w błysk wody wylewającej z potoku, która przykrywa zieleniącą się trawę. Czasem chciałaby móc płakać tak swobodnie, jak robi to akwen nieopodal ich ławki. Burdel osuszył jednak wszystkie łzy, nikt nie chce dziwki płaczącej w chwili ekstazy. - Nie jestem pewna - zaczyna bezbarwnie i osuwa się na siedzeniu, żeby oprzeć czoło o tylną sekwencję drewienek. Nie ma w niej ognia, który zazwyczaj wzbudzają rozmowy o jej dziecku, chyba dlatego, że obracają się w sferze przykrych i ogólnych domysłów, nie pewności, którą czuje, myśląc o synu. - Część pewnie trafia do bidula. Część do bogatszych czarodziejów, którzy chcą kupić sobie śliczne, srebrnowłose maleństwo, którym będą mogli chwalić się w towarzystwie. Część gdzieś, gdzie wartość człowieka jest niewiele większa od psidwaka czy mebla. Do innych burdeli, gdzie mogą wyrosnąć na dziwki, jak ich matki. A jeszcze inna część na dno Tamizy - Maelle głucho bębni palcami o swoje kolano. Wydaje się młodsza, albo raczej wygląda teraz na swój wiek. Który los spotkał jej maleństwo? Jakie karty dostało na start? Zarzuca sobie, że nigdy dotąd nie sprawdziła, co działo się z potomstwem kurtyzan, że nie wydarła tej informacji z gardła matrony Dotyku Wili.
Zerka ku Titusowi, kiedy ten notuje jej wskazówki i wspomnienia, jej zeznania. Nieoficjalne, nigdy nie poszłaby na policję, ale na niego nie do końca patrzy w ten sposób, gdy ten nie ma na sobie munduru ani nie błyska odznaką. Harrison zresztą wie, że rozmawiają poza protokołem. Sprowokowanie złości i zemsty domu publicznego mogłoby zagrozić jej maleństwu, więc ćwierćwila wspiera się metodami poza literą prawa. Przysługami. Szeptami. Prezentami. Powinna podarować mu swoje wspomnienie z tamtej nocy? Nie, to zbyt intymne, nawet jak na nią. Była wtedy najbardziej bezbronną wersją siebie, tak bezbronną, że rzeczy wykonano wbrew jej woli.
- Dziś w nocy wyślę ci list, spiszę wszystko, co pamiętam. Spodziewaj się mojej sowy, dobrze? Nie chcę, żeby zmarzła, a noce są jeszcze zimne - wzdycha miękko, wie, że jej słowa równie dobrze mogą skazać go na długie godziny bezowocnego oczekiwania - i nie może udawać przed samą sobą, że to przypadek. Chce sprawdzić, czy Titus to zrobi. Czy jego determinacja i uległość naturalnemu urokowi oraz charyzmie sprawi, że zalegnie przy parapecie, odmawiając sobie snu na poczet wyczekiwania jej wiadomości. - Tak. Jeśli ją znajdziesz, na pewno chciałabym być przy spotkaniu - deklaruje bardziej płomiennie w kwestii akuszerki. Ani delikatnej, ani współczującej; podała jej dziecko matronie Dotyku bez zająknięcia, pozwoliwszy, żeby zostało zabrane na jeden z siedmiu kręgów piekieł. Dłoń ćwierćwili zaciska się na kolanie, paznokcie wbijają w materiał spodni. - Mamy rachunki do wyrównania - szepcze ze złowieszczą słodyczą. Nie będzie mieć skrupułów w potrenowaniu czarnej magii na starusze, połączywszy przyjemne z pożytecznym. Wiedźma zasłużyła na zemstę. Na sprawiedliwość.
W oczach Maelle błyszczy przejaw zainteresowania przy wyznanej przez niego jasnowidzącej tajemnicy. O ile wie, poza Morty'm nie zna żadnego wieszcza, podobno są rzadcy, a tu proszę - dwóch w jej dość bliskim otoczeniu. Kuzyn i ktoś, kimkolwiek jest dla niej Harrison. - Czyli też urodziłeś się z darem. Jak mój synek - mówi miękko, dostrzegłszy analogię. Wcześniej opowiedziała mu o rozrzedzeniu magii wilej krwi w męskich potomkach, ale to nie zmienia faktu, że chłopcy nadal są magnetyczni, wystarczy spojrzeć na Ambrose'a. Ćwierćwila uśmiecha się aksamitnie, o dziwo nieco bardziej obłaskawiona ponadprzeciętną magią, która mieszka w głowie Harrisona. Jest w tym coś przerażająco matczynego, coś, co czuje w głębinie swojej piersi, za mostkiem; chciałaby kiedyś porozmawiać w ten sposób z własnym dzieckiem. - Co oznacza twoje imię? Titus - pyta nagle, pozornie bez związku z całą sprawą, ale to nieprawda. Kiedy muska łagodnie opuszkami jego nadgarstek, myśli o tym, że nigdy nie nazwała swojego syna.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
09-03-2026, 14:10
Kiwa głową niczym postawiony za tylną szybą piesek. Nie ma w tym wstydu – sam jakoś nie wie. Czuje wstyd, ale wstyd ten związany jest chyba z ostatnim spotkaniem, tym przed wieloma tygodniami. Jest świadomy działania jej uroku tylko dlatego, że sama podała mu tę informację na tacy – gdyby ukrywała to, uznałby jej magnetyczną energię za kolejny wybryk umysłu, sugerującego, że należało poświęcać jej więcej uwagi. I robić to mniej nieśmiało.
Teraz wstydził się i wolał chyba, żeby to wszystko na niego nie... Mówiąc bezpośrednio, to w głowie miewał już i tak wystarczający nieporządek. Dawkę chaosu nie do okiełznania i przychodzącą i odchodzącą nieumiejętność rozróżnienia snu i jawy – to ostatnie rzadko, coraz rzadziej, ale chyba czuł się źle ze świadomością… Że mógł pominąć coś. Nie zauważać granic, w których jego zachowanie stawało się nienaturalne. Chociaż może przy wilej potomkini zachowanie takie było właśnie zupełnie naturalne, a nienaturalnym byłoby osłanianie się oklumencją?
Nie drąży. Jakoś dziwnie mu z tą myślą.
– Nawiązując do tego, co mówiłaś… Wcześniej – poprawia włosy i ustawia nogi w taki sposób, by strumień nie podmył niczego ponad wysokość podeszwy. Próbuje interpretować mowę jej ciała – to jak objęła nogi, jak zachowywały się jej palce. Gdy poświęcił więcej czasu jej twarzy – znowu przepadł na kilka sekund. Cholera jasna. – Sama nadal wykonywałaś obowiązki – starał się mieć naprawdę otwartą głowę. Naprawdę. Nazywać to wszystko obowiązkami, zajęciem, pracą. – w stanie – że tak powiem – błogosławionym. Dużo było innych – dziwek, ladacznic, kurew… – kobiet, które też decydowały się zostać tam tak długo? – ile kobiet urodziło dziecko w miejscu takim jak to? – One też są wilami? – skrót myślowy, wilami w procencie… Bo chyba wszyscy w Dotyku Wili byli właśnie tym? – Porozmawiałbym z nimi za ciebie, jeżeli nie chcesz zrobić tego sama, ale… Myślisz, że Ambrose poradziłby sobie lepiej? – pomijając fakt, że zawsze radził sobie lepiej w przesłuchaniach kobiet, Harrison dojrzał już do myśli, że Day miał z nimi coś wspólnego. – Myślę, że dobrze zrobiłaś, że tego nie zgłosiłaś – to niespodziewane słowa z ust magipolicjanta, ale Titus od dawna wymykał się ramom typowej policyjnej moralności. Oczywiście – obowiązki wykonywał z należytą starannością, ale pracował w tym zawodzie od lat. Wiedział, co w tej biurokratycznej machinie działać mogło lepiej, a co gorzej. Wiedział jak eksploatować jej luki. – Myślę, że to wcale nie zwiększyłoby szansy na znalezienie twojego syna. Sprawy takich jak ty trafiają na same dno… – to może brutalne i niedelikatne, ale chyba musiała to wiedzieć. Powinna to wiedzieć. Chyba jej błękitne spojrzenie nakazało mu to powiedzieć – to co miał na myśli. Ile razy pomyślał już dziś o tym, że miała piękne oczy?
– Dzikim sowom niegroźne są niskie temperatury. Co dopiero sowom pocztowym, które mają stały dostęp do pokarmu… – mówi, bo znowu zagapił się, nie zauważając ani upływającego czasu, ani tego, że Maelle wcale faktycznie nie martwiła się o zdrowie swojego zwierzęcego towarzysza. – Nawet jeśli zasnę z zamkniętym, na pewno nie ucierpi, nie martw się o nią – ależ to pocieszające.
Próbuje nie zdradzić zaniepokojenia jej słowami o “Warunkach do wyrównania”. Zastanawia się na krótki moment nad słusznością własnego postępowania. Czy w obliczu takiego wyznania powinien zrewidować podejście? Rozważyć identyfikację kobiety na włąsną rękę? Czy byłby w stanie powstrzymać Maelle przed przywaleniem staruszce (tego się spodziewał – słodkie, niewinne dziecię)? Zważając na to jaki los ją spotkał, ale i jakim darem dysponowała?
Porównanie daru wilej krwi do daru jasnowidzenia wydaje mu się nietrafne, nawet jeżeli w ustach Maelle brzmi jak najszczerszy komplement.
– Nie wiem czy z darem… – mówi, bo chyba to jedyne na co odważy się w towarzystwie Maelle – nawet jeżeli ta wydaje mu się naturalnie bardziej przyjazna i zachęcająca do wyznań. – Wolałbym go nie mieć, ale skoro go mam… Może ci się przyda. Nam się przyda, mam nadzieję – zmieszał się. Sugestie pojawiające się w głowie, kwestionowanie swojego zdrowia psychicznego, senne mary przerywające nocny odpoczynek i silne przeświadczenie o braku możliwości zmiany zapisanych linii losu… To brzmiało wręcz szorstko w kontraście do pięknych twarzy, pięknych ciał, włosów połyskujących w słońcu szczerą platyną; do sympatii, którą obdarzy cię połowa społeczeństwa. – Ktoś kto mi je nadał, na pewno o tym nie myślał – odpowiada równie pozytywnie w kontekście imienia, a trącony palcami w nadgarstek… Przenosi spojrzenie na jej twarz niemal jak na wezwanie. – A jak nazwać chcesz swoje… No, dziecko. Syna – powinien zapytać. Z ciekawości, ale i z uprzejmości. Chyba.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:12 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.