• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Las Gwydir (Caernarfonshire)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
08-09-2025, 19:24

Las Gwydir (Caernarfonshire)
W północnej Walii rozciąga się Gwydir - stary, bukowy las, w którym czas płynie inaczej. Wysokie, proste pnie wznoszą się ku niebu jak kolumny świątyni, a światło wpada do środka w zielonych smugach. W powietrzu unosi się zapach wilgotnej kory i mchu, a ścieżki są wąskie, wijące się między kamieniami i korzeniami. Mówi się, że w Gwydir można usłyszeć echo dawnych pieśni, a nocą w koronach drzew świecą światła, które nie należą ani do ludzi, ani do gwiazd. Las ten pamięta rycerzy i pielgrzymów, a każdy, kto tu wchodzi, czuje na karku ciężar ich spojrzeń.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
17-12-2025, 13:35
27 kwietnia 1962

Gwydir wita go ciszą i gęstą ciemnością; korony drzew są tak gęste, że przez ich gałęzi nieprześwitująca nawet smugi wspinającego się na szczyt widnokręgu słońca. Nie przeszkadza mu to jednak. Przywykł już dawno do mroku puszczy; czasem ma wrażenie, że tylko w takich warunkach, z dala od cywilizacji, oczekiwań i brzmienia, jakie nosił, rodząc się jako jedyny syn Maerina, może swobodnie oddychać.
Wodząc palcem po korze olbrzymiego pnącego się - jak mu się wydaje - aż do nieba buku, zachowuje czujność. Zamyka oczy, wsłuchując się zew przyrody. W dobiegający z oddali trel ptaków. Szelest kołysanych przez wiatr liści, snujących żałobną pieśni o tych, którzy w tym lesie stracili swoje życie. Wciąga do płuc ostre, zimne powietrze, a wraz z nim woń wilgotnej kory i mchu.
Przesuwa dłonią po szorstkiej korze, czując jej chłód i fakturę, jakby sprawdzał, czy drzewo jest prawdziwe, czy może to jedynie sen zrodzony z potrzeby ucieczki. Wodząc nadal palcami po pniu drzewa próbuje złapać z tym borem jeden, wspólnym rytm oddechu. Nie przejmuje się, gdy drzazga wchodzi mu pod skórę i kuje ostrzem bólu - ból ten traktuje jak dowód na to, że nadal istnieje, że jest częścią tego świata.
Otwiera oczy, pozwalając, by powoli przyzwyczaiły się do tkaniny cieni, rozpoznając wśród nich znajome kształty, chociaż nigdy wcześniej nie widział tych drew i nie chadzał po tych leśnych, wąskich wijących się wśród paproci i omszałych kamieni ścieżkach. Plotki, że tutaj czas płynie inaczej – jakby przeszłość, teraźniejszość i przyszłość splatały się w jedno - chyba były prawdziwe, bo zupełnie traci czasu. Pozwala, by spokój lasu przeniknął go do szpiku kości, by każda myśl, nawet najciemniejsza, zatonęła w tym półmroku. I przypomniał mu kim jest, zanim świat na nowo zażąda od niego, by był kimś innym. Las zawsze dawał mu to, czego nie znajdował nigdzie indziej: pochłaniał każde wspomnienie, i dawał poczucie wolności.
Kwadrans później dostrzega sylwetkę zmierzającą ku niemu, zgodnie z zapowiedzą, od strony północy.
Varya Borgin.
Kiedyś, dawniej, odprowadzał ją lekceważącym spojrzeniami, uważając, że kobieta nie może być łowcą, a jej chęć, by polować, traktował jak fanaberię. Do czasu, kiedy jej łupem nie padł potężnie zbudowany łoś o imponującym porożu. Największy, jaki kiedykolwiek, na tamten czas, widział. Zaimponowała mu wtedy. I od tamtej pory upatrywał w niej swoją partnerkę na czas polowania. Często polegał na jej wiedzy i przebiegłości. Cenił ją w większym stopniu niż własną kuszę. Cenił ją do tego stopnia, że czasem tęskni za czasami, jakie spędzili samotnie w lasach przylegających do warowni. I wyrazem tej tęsknoty stały się takie spotkania, jak te dzisiejsze.
- Może twoje nadzieje o upolowaniu czegoś dużego się ziszczą. W drodze tutaj widziałem mnóstwo śladów. Prowadzą na południowy wschód. Niewykluczone, że do jedynego akwenu w promieniu kilku mil. Miejscowi zazwyczaj się tam nie zapuszczają - zasypuje ją faktami, które udało mu się zgromadzić w krótkim czasie.
Przybywając tu dzień wcześniej, spędzając jedną noc na niewygodnej pryczy w karczmie, wypytał tutejszych o las i jego mieszkańców, lecz nie byli skłonni do rozmów i nawet ognista nie rozwiązała ich języków. Wszyscy jednym głosem namawiali go, aby zmienił obiekt swojego zainteresowania i nie prowokował duchów zamieszkałych Gwydir. Machnął na ich ostrzeżenia ręką i teraz też je bagatelizuje. Potrzebuje wyzwań, krążącej razem z krwią w żyłach adrenaliny. I lodowatego oddechu śmierci na karku. Tego, co poczuł przed laty w Paryżu Północy, gdy smok chciał odebrać mu z piersi ostatni dech.
- Jak się masz? - pyta w końcu, chociaż czuje, że ciekawość i zazdrości palą go jednocześnie w ściany gardła, bo w rzeczywistość chce zapytać o jej wyprawę i pułapkę, jaką zastawił na nich pogrebina, oraz to, jak towarzyszowi Michaiłowi udało się poskromić rządnego krwi demona. Jej list był skąpy w szczegoly,jak zwykle skromny słowa i, chociaż się łudzi, wątpi, że zmusi ją do mówienia. Zawsze taka była - oszczędna w mowie werbalnej, woląca przemawiać czynem. – Syberyjskich chłód nie odmroził ci żadnej części ciała? - lekkie rozbawienie wkrada się w jego słowa, gdy je zadaje, wchodząc głębiej w las. Upewnia się jeszcze, że ma swobody dostęp do broni. Chociaż zlekceważył ostrzeżenia mieszkańców, nie ma zamiaru z równą bagatelą podejść do lasu. Takie miejsce jak te nie wybaczają pomyłek.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Varya Borgin
Czarodzieje
Wiek
22
Zawód
łowczyni
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
4
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
19
13
Brak karty postaci
20-12-2025, 13:02
Choć lasy pozostawały niezmienne, zanurzone stabilnie w starej ziemi jako obserwatorzy setek lat ludzkiej historii, powroty bywały różne. Zmieniali się wędrowcy, zmieniały się dzieje łowcy wstępującego z mocnym butem na miękkie mchy. Wiedziałam, że w Gwydir dwadzieścia lat temu ojciec ubił wielkiego dwurożca. Dwa skręcone rogi zawisły niedługo później nad wejściem do jadalni, a tuż pod nimi znalazła tabliczka, wskazująca właśnie na ten bór. Nie miałam wątpliwości. Borgin nie nawykł przechwalać się i opowiadać o myśliwskich trofeach, nie czarował towarzystwa litanią osobistej przygody. Jedynie w jego spojrzeniu odwiecznie czaił się wymóg i niema wskazówka – jak cały dom, każdy jego kąt, wszystkie ściany i każdy ślad historii jego mnożących się triumfów. Nie mówił, lecz wymagał: podobny sukces mieliśmy każdorazowo wnosić do domu. Porażki nie były akceptowalne, lecz trwanie w zawieszeniu i chowanie się przed wyzwaniem uznawał za jeszcze gorsze. Po powrocie musiałam uczynić wszystko, by nadrobić nieobecność i zasłużyć na cień jego dumy. Zachwycone pułapkami zmrożonych lądów ciało musiało wyjść w stronę lżejszego klimatu, zawrócić na szlak Brytanii. Choć rosyjskie duchy dotkliwie zaznaczyły we mnie swą obecność, ja nie mogłam zapomnieć, z którą ziemią pozostawałam związana.
Od powrotu więc nie dawałam sobie ani chwili na wytchnienie. W domostwie próżno było wyszukiwać śladów mojego towarzystwa, również mój brat zaszył się gdzieś, nie czyniąc wysiłków, by jakkolwiek celebrować mój powrót z Syberii. Ten stan rzeczy poskutkował wzbierającym się we mnie rozczarowaniem, choć w mojej rodzinie nie było to nic, co mogłoby mnie zaskoczyć. Wychodziłam więc każdego dnia, czasami nie powracając nawet w godzinie księżyca. Nie dawałam sobie przestrzeni na zaaklimatyzowanie się, nie dawałam sobie sposobności na dłuższy odpoczynek. Tkwiąca we mnie nieskończona potrzeba ruchu przejawiała się procesem następujących po sobie aktywności. Aż w końcu pojawił się Leopold, rezerwujący wspólne łowy już w czasie mojego pobytu na drugim kontynencie. Choć od naszego ostatniego spotkania minęło trochę czasu, wiedziałam, czego można było się po nim spodziewać. I że będzie potrafił za mną nadążyć – co wcale nie przydarzało się aż tak często. Nie lubiłam polowań w towarzystwie, ale jeśli ktoś faktycznie znał się na tej sztuce, mogłam przyzwolić na podobny stan rzeczy. Jeśli nic się nie zmieniło i nie zatracił przyzwoitej formy, powinien się spisać. Choć ja gdzieś pokrętnie nie do końca wiedziałam, co myśleć o jego liście i nieoczekiwanym zaproszeniu. Niegdyś przecież był jednym z tych, z którymi musiałam przez cały czas rywalizować. Bo kobieta nie miała predyspozycji, by móc mierzyć się z mężczyzną.
– Leopoldzie – odezwałam się na wstępnie, stając równo przed nim, wyprostowana, znieruchomiała, spoglądająca uważnie, może nieco kontrolnie. Wyglądał inaczej, choć trudno mi było stwierdzić, co takiego się w nim zmieniło. – Jeśli unikają drogi, muszą wiedzieć o zagrożeniu. Co tam zastaniemy? – zadałam pytanie, podejrzewając, że posiadał już konkretną teorię. Woda. Nie spodziewałam się polowania na morską istotę, ale to niemal natychmiast rozochociło mój łowczy głód. Nie wyciągałam jednak swoich emocji na zewnątrz – jak większość Borginów. Nie uszło mojej uwadze, że poczynił widoczne przygotowania do badania tego lasu. Przybył już wcześniej, złapał ślady. – Od roku nie pływałam – wspomniałam, na swój sposób wyrażając jakiś dziwacznych rodzaj nostalgii. Podobała mi się wizja wejścia do wody, nawet jeśli kwietniowe temperatury nikogo nie zachęcały. Durmstrang hartował nasze ciała od pierwszego dnia. Mój ojciec czynił to jeszcze wcześniej.
A potem zapytał, podczas gdy moja uwaga ani razu nie gubiła tropu jego spojrzenia. Podobna zaczepka wymagała reakcji, z którą nigdy nie radziłam sobie w sposób zaspokajający rozmówcę. Dojrzałam, jak promień radości przetacza się przez jego twarz, jak iskrą odbija się w głębi oka, jak ciało wpędza się w subtelne drżenie, gdy otula go rozbawienie. Kazałam mu jednak czekać na odpowiedź, zastanawiając się, czego oczekiwał. – Jak widzisz, jestem w jednym kawałku. Mróz nie łamie tych, których nauczył trwać – odpowiedziałam po norwesku, cytując święte mantry naszego szkolnego nauczyciela. Ja umierałam w słońcu, topiłam się w upałach, to stanowiło moją największą słabość, choć i na to musiałam swego czasu nabrać większej odporności. – Wkrótce tam wrócę – dodałam, zdradzając mu swą wolę. – Tobie… by się podobało. Tak myślę – wtrąciłam i niedługo później już kucałam, zanurzając dłoń w nieco rozmokłym podłożu. Oko łowcy umiało pod grubymi pierzynami natury dostrzec dowody zwierzęcej obecności.
Wkrótce czyniłam pierwszy krok w wybranym kierunku. – Południowy wschód. Idziesz? – spytałam, zaglądając przez własne ramię, w stronę pleców, na których zawieszona trwała ulubiona kusza i warkocz, nieco niedbały. Cieszyło mnie to spotkanie, choć nie byłam najlepsza w pokazywaniu tego.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
02-01-2026, 15:27
–Mam pewne podejrzenia – wyznaje. – Wyjawię ci je w trakcie naszej wędrówki – dodaje i nie czyni tego jednak wyłącznie po to, by obudzić w niej ciekawość czy podsycić atmosferę niedopowiedzenia, przynajmnniej nie tylko. W rzeczywistości to tylko podejrzenia, domysły. Zanim zdecyduje się podzielić swoją teorią, chce być chociaż w osiemdziesięciu procentach przekonany o swojej racji, bo nie lubi się nie mylić, szczególnie w jej towarzystwie. – Może to dobry moment, aby nadrobić zaległości? - rzucił, pozwala, by lekka nuta prowokacji zabarwiła jego słowa. Na ustach zamiera ten sam zadziorny uśmiech, który Varya poznała dobrze wiele lat temu; ten sam, który jeszcze w szkolnych czasach zwiastował kolejną rundę ich niekończącej się rywalizacji, która weszła pod skórę tak głęboko, że teraz splata się z ich codzienności – on zaspakaja ja na torze wyścigowy, ona zapewne częściej niż on na polowaniach. Być może właśnie ona sprawiała, że ich znajomość się nie rozpadła, nawet jeśli życie, zgodnie z wszelkimi przewidywaniami, poprowadziło ich różnymi ścieżkami. I stanowi fundament ich relacji.
Czasami brakowało mu chłodnych murów warowni, wokół których rozciągało się surowe, bezlitosne terytorium. Teraz, po latach, te wspomnienia wracają do niego częściej, niż chciałby to przyznać, nawet przed samym sobą, a Borgin, za każdym razem, gdy się nią spotyka, stanowi przypomnienie tego, co minęło, chociaż zmienili się oboje, każde na swój sposób. Zacytowana przez nią mantra jedynie podpala krótki lont tego sentymentu.
– Kiedy wyjeżdżasz?
W ciszy, która zapadła po jego pytaniu, organ w piersi przypomina o swojej obecności, a w klatce żeber pojawia się to znajome, nieprzyjemne uczucie. Przez chwilę nie potrafi go nazwać, ale wyraźnie czuje obecność intruza. Zazdrość. Zazdrości jej tej wolności: że w każdej chwili może wszystko zostawić i wyjechać. Przemierzać dzikie, niezmącone przez cywilizację tereny, polować, uzupełniać kolekcję swoich myśliwskich trofeów. Żyć życiem, o którym skrycie marzy.
– Szkoda, że zaczyna się sezon jeździecki – dodaje mimowolnie, a w jego głosie wybrzmiewa nuta niechcianej nostalgii. Tęsknota za tamtymi dniami, kiedy żył z dala od ziem swoich przodków, na krańcu Norwegii, bliżej Arktyki niż kiedykolwiek wcześniej. Wspomnienie surowych krajobrazów, białych nocy i ciszy, którą przerywał tylko szum lodowatego wiatru, wróciło z całą mocą. Marzy, by jeszcze raz tam wrócić, poczuć w płucach ostre, przenikliwe arktyczne powietrze. Być znów daleko od wszystkiego i wszystkich, pozostawiając za sobą wszystkie zobowiązania, jakie trzymają go w Anglii. Dopiero w październiku, gdy sezon dobiegnie końca, będzie mógł sobie pozwolić na chwile rozluźnienia, do tego czasu chwile, jakie spędza swoimi koniem, a potem też na torze, będą musiały rekompensować mu towarzyskie spotkania, podczas których zwyczajnie się dusił. O rozmowach z dziennikarzami woli nie myśleć.
Każdego ranka, gdy siodła i konia, i wyrusza na przejażdżkę wokół terenów przylegających do rezydencji lubi sobie wyobrażać, jakże galopuje wśród śnieżnych pustkowi, pod rozgwieżdżonym niebem, gdzie jedynym towarzyszem jest wierzchowiec, przestrzeń i wiatr. Te krótkie chwile zapomnienia pozwalają mu złapać równowagę, przetrwać kolejne dni sezonu, znosić wymuszone uśmiechy i kurtuazyjne rozmowy.
I chyba odpłynął myślami na tyle daleko, że dopiero głos Varyi budzi go z letargu. Podnosi na nią wzrok i deklaruje krótkim "idę", że chwilowy postój nie determinuje jego braku chęci.
- Opowiedz o pułapce, jaką zastawił na was pogrebin - prosi ledwie szeptem, pragnąć poznać szczegóły – i jak się z niej wydostaliście. - Kwestia, którą go frapowała, odkąd przeczytał jej list.
Musi wziąć się w garść i liczy, że ta historia zakotwiczy go w rzeczywistości. Pokonując dystans kilku metrów, nieustannie wypatruje albo zagrożenia, albo śladów kompatybilnych z tymi, które mijali już po drodze. I w końcu odnajduje coś, co znowu wybija z rytmu ich wędrówkę przez gęstwinę.
- Zobacz - przerywa milczenie, trwające kilka chwil i wskazuje na miejsce, które przykuwa jego uwagę na dłużej niż dwie sekundy. Przykuca, by przyjrzeć się niewielkiej, lecz znacznej, na wpół zaschniętej kałuży krwi. Pięć uderzeń serca później zanurza, dwa palce w lepkiej, czerwonej mazi; sama jej konsystencja zdradza, że nie jest ludzka, a zapach jedynie potwierdza tę teorię. – Niedawno przemierzał te tereny. I wygląda na to, że jest ranny. Myślisz, że nawiał z przemytu? - pyta, bo chyba nadszedł dobry moment, by wyjawić jej swoje podejrzenia. – Nie wiem, jak daleko stąd znajduje się linia brzegowa, ale Caernarfonshire leży przecież na wybrzeżu Morza Irlandzkiego. Zakładam, że któryś ze statków dobił do portu z widłowążem na pokładzie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Varya Borgin
Czarodzieje
Wiek
22
Zawód
łowczyni
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
4
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
19
13
Brak karty postaci
01-02-2026, 12:27
Nie targała mną niezmącona ciekawość, nie wychylałam się za tropem jego podejrzeń. Szanowałam decyzję o pozostawieniu spekulacji w cichych kątach jego myśli. Jeśli tak zdecydował, pozostawało mi jedynie kiwnąć głową, symbolicznie, na znak akceptacji. Przecież i ja, zapoznając się z otoczeniem miałam garść własnych przypuszczeń – choć zapewne to Leopold pozostawał bliższy faktycznej sytuacji. Obiecał też przecież opowiedzieć o tym nieco później. Zatem musiał mieć powód.
– Wejdę do wody, jeśli tak poprowadzi trop. A ty? – spytałam, nieco dłużej przyglądając się jego rozciągniętym w dumnym uśmiechu ustom. Czułam, jak widok druha napawa mnie rosnącą potrzebą wyzwania. Może dlatego, że upatrywałam w jego postaci jednego z nielicznych, jednego z tych, którzy w większym stopniu zdawali się mnie rozumieć. Nosiliśmy wspólne historie, widywaliśmy bliskie obrazy. Nie potrzebował, by uczyć go o tym, co szeptały te lasy, po prostu szedł dalej. A ja szłam tuż obok, jakże rzadko wędrując ramię w ramię z kimś innym niż mój brat. Odmianę od samotnej tułaczki uznawałam za dobrą próbę. Przecież u wybrzeży brytyjskich wysp, kiedy ulatywały ze mnie ślady radzieckich mrozów, obiecałam sobie, że wyzbędę się obaw i spróbuję być bliżej ludzi.
Więc byłam. Flinta uczyniłam nieświadomym świadkiem. O wiele łatwiej było zbliżyć się do tego, co gdzieś pokrętnie w szkolnych murach zostało nieco bardziej oswojone. Chyba po prostu czułam, że wiem, czego mogę się po nim spodziewać. I doceniałam go.
Wkrótce tam wrócę, być może nieco przedwcześnie wypowiedziałam te słowa. Na krótki moment przymknęłam powieki. Tak żywe we mnie dziedzictwo syberyjskich krewnych mierzyło się z poczuciem absolutne posłuszeństwa wobec woli Borginów. Dwa żywioły targające nieruchomą, wręcz skamieniałą figurą.
- Dopiero wróciłam – podkreśliłam, chyba samą siebie tymi słowami sprowadzając na ziemię. Ten wyjazd był moim pierwszym od czasów Durmstrangu. Pierwszym i wyśnionym, odkąd rosyjskie melodie otulały mnie w kołysce. Zawsze czułam, że nie odnajdę siebie, dopóki nie podążę śladami tamtejszych przodków. Wróciłam silniejsza, tak mi się przynajmniej wydawało. Lecz czy znalazłam to, czego poszukiwałam? – Nie wyjeżdżam, Leopoldzie, myślę, że nie prędko. Jestem zobowiązana zostać, chcę zostać. To ziemia mojego ojca. – On znał to, prawda? Znał poczucie lojalności wobec noszonego nazwiska, posłuszeństwo krwi. A więc rozumiał, taką miałam nadzieję. Zgoda na ten wyjazd nie przyszła łatwo, tu czekały mnie przecież zadania, które starałam się odłożyć na później. Tu czekała mnie opinia towarzyskiego świata, w oczach którego pozostawałam dziwna. Przez chwilę nawet zastanawiałam się, czy i on mógłby za taką mnie uznawać. – Nie cieszysz się. Sądziłam, że to twoja największa duma – jeździectwo, pasja, triumf w siodle. Spoglądałam z boku, utkwione spojrzenie, choć tak stateczne, niemal wwiercało się w twarz Flinta. Nie rozumiałam, skąd wyrażenie niezadowolenia. Może i w nim toczył się zaciekły pojedynek dwóch żywiołów? Z tymi myślami analizowałam szereg zarysowanych w ziemi podpowiedzi. Już nie patrzyłam na niego. Bystre oko tropiciela umiało wyznaczyć dalszy kierunek.
Pogrebin. Gdy ruszyliśmy dalej, przez chwilę zbierałam myśli. Leopold wydawał się zainteresowany historią zarysowaną w liście. I ja czułam podskórną ekscytację dla podobnych opowieści. Ojciec raczył mnie nimi wielokrotnie, ale on był lepszym mówcą. – Szedł z nami wiele godzin. Wpędził nas w zniechęcenie, sprawił, że nie potrafiliśmy iść dalej. Rozbiliśmy obóz, wtedy zaatakował. We śnie. Michaił, kuzyn mojej matki, uciął mu łeb, zanim bestia pożarła nas wszystkich – opowiedziałam dość krótko, bo moje opowieści rzadko kiedy obfitowały w szczegóły. Oszczędne historie, konkretne informacje – nosiły ślady nauk starego Borgina. Ojciec chciał, żebyśmy nie opowiadali mu bajek, zawsze oczekiwał konkretów. – Twierdził później, że to wszystko dzięki amuletowi, osłabił moc pogrebina – dodałam, uparcie wpatrując się w szlak rozciągający się tuż przed nami. Wspomnienie o głębokim smutku, wszechobecnym, dominującym poczuciu beznadziei nie należało do najprzyjemniejszych. Zdarzenie uznawałam za osobistą porażkę własnej czujności, ale to był mój pierwszy pogrebin. Następny skona, zanim zdoła przejść tuzin kroków skryty w moim cieniu. Chwyciłam gałąź, która na wysokości moich oczu, blokowała drogę. Odsunęłam ją, a krótko później głos Flinta postawił mnie w stan dodatkowej koncentracji.
Przyjrzałam się krwistej plamie. Świeży ślad, wyraźny odcień i woń tak charakterystyczna, że aż trudna do ominięcia. – Musiał tu przez chwilę leżeć, mógł sam się okaleczyć – wyciągnęłam wnioski, wyłapując mocniejsze wgniecenie w terenie, podłużny, odciśnięty kształt nie był bowiem dowodem chwilowej wędrówki. Forma układała się w wyraźną podpowiedź, to musiał być wąż. – Nie żyje w tych stronach – odpowiedziałam cicho, przytakując jego teorii o przemycie. – Najpierw prawa głowa – Zamordowanie widłowęża wymagało ubicia każdej z trzech głów, ale jedna z nich pozostawała najgroźniejsza. Przesunęłam kuszę z pleców na przód i umieściłam w niej zaczarowany bełt. Spojrzałam przelotnie na Leopolda. Stworzenie było niebezpieczne. – Jest niedaleko, weź prawą, przypilnuję pozostałych – zaproponowałam, oddając mu najważniejsze i zarazem najtrudniejsze zadanie. Nim na dobre ugrzęźnie w siodle i zapomni o magii polowania. Ostrożnie wychyliłam się z gęstwiny i bezszelestnie podążyłam po linii czerwonych smug. Zbliżaliśmy się do ukrytego w lesie stawu. Powietrze i wilgotność podłoża wyraźnie to zdradzały. Aż w końcu ujrzeliśmy go przy brzegu, wijące się w chaosie trzy głowy, jedna z nich – lewa – naznaczona paskudną raną, ale wciąż zdolna do uniesienia się. Jeszcze przez chwilę nie wiedziały o naszej obecności. Jeśli zdoła zbiec do wody, nasze szanse zmaleją.
Strzelaj, Leopoldzie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Leopold Flint
Śmierciożercy
Wiek
23
Zawód
dżokej - wyścigi na granianach
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
8
0
OPCM
Transmutacja
0
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
18
20
15
Brak karty postaci
08-02-2026, 12:58
Varya spełnia jego oczekiwania; nie zdaje zbędnych pytań, bez słowa akceptując jego tymczasowo wstrzemięźliwość w przesądzeniu do kogo kto zostawił te ślady, gdyż zna go na tyle dobrze i wystarczająco długo, aby wiedzieć, że Leopold nie lubi dzielić się niepotwierdzonymi spekulacjami. Trop wskazuje na kilka możliwości - dwie do trzech -w zależności od interpretacji, on wybrał opcje numer dwa, lecz najpierw chce skonfrontować swoje podejrzenie z faktami, a fakty mijają po drodze, łapiąc trop stworzenia, które musiało nie dawno podążać tą samą ścieżką, po której kroczyli teraz oni.
- Wiesz przecież, że łatwo nie odpuszczam, jak już złapię trop - też na nią zerkną, pozwalając, by uśmiech widniejący na jego wargach, nieco się pogłębił. Woda nie zdecyduje o skuteczności tego polowania. Jest żywiołem, któremu już dawno się oparł - wtedy, gdy po raz pierwszy zanurzył się w wodnej toni, testując, ile czasu jest w stanie wytrzymać pod wodą, zanim ból zacznie rozsadzać jego płuca. Czasem nie różni się od myśliwskich psów, które, wypuszczone z łańcucha, w dzikim szale podążają za tropem, a gdy wyczują pierwszy zapach krwi stają narzędziem własnego instynktu - mordercze, żądne mordu bestie, na które ślepie zachodzi mgła szału.
Borgin nie od razu daje mu odpowiedzi, jakie pragnie usłyszeć, aby zaspokoić rwącą w nim ciekawość, zamiast nim, dzieli się nim tymczasowym milczenie, które przyjmuje, wodząc spojrzeniem po okolicy w poszukiwaniu dowód na potwierdzenie swojej tezy. Po pokonaniu dystansu kilku metrów ta staje się coraz bardziej realne, lecz wtedy wówczas cisze przecina znajomy tembr głosu. Podnosi głowy i odszukuje Varyę spojrzeniem.
Zobowiązania. Poczucie przynależność. Słowa i frazy, które przypominają Leopoldowie, że w wielu aspektach nie różnią się od siebie. Chociaż wypełnia ich podobnych rodzaj tęsknoty, chociaż podążają za czymś nieuchwytnym, czego nie mogą ani nazwać, ani pochwycić w dłonie, czy choćby zmierzyć spojrzeniem, czując się związani z linią swojej krwi, z dziedzictwem, z ziemiami swoich ojców, z obowiązkami, jakie wiążą ich z jednym miejscem.
- Co teraz zamierzasz, Varyo? - pyta, a do tonu jego głosu włamuje się nie tyle chłód, co powaga; poważniejsze też jego wzrok, natomiast usta, na których dotychczas widniała atrapa uśmiechu, teraz są go pozbawione. – Mogę, jeśli chcesz, wprowadzić cię w angielskie towarzystwo.
Łatwość w nawiązywaniu kontaktów, to coś, co ich różniło. O ile Leopold czuł dyskomfort w szytych na miarę formalnych szatach i czasem nie czuje się na miejscu na wystawnych bankietach, wie, jak grać w tę grę, wie, jak tasować i rozdawać własną talię kart, wie, jak obracać słowa na języku i przysporzyć sobie sympatie tam, gdzie odprowadzają go wrogie spojrzenia. Varya jest inna, chłodna jak syberyjska zima, nieprzystępna, jak jej surowy klimat, milcząca jak natura, która, zamiast głośno krzyczeć, by manifestować swoją obecność, zabija po cichu - najczęściej z głodu i wychłodzenia.
- Jest, największą, to dziedzictwo mojej krwi, ale - waha się przez chwile; waha, bo czy może z nią otwarcie rozmawiać o tym ciężarze, jaki tkwi na dnie jego żołądka? – Trochę tęsknie za tym, czego doświadczyłem w Paryżu Północy. Jak pomyślę o tym, że to tylko przedsmak to, co oferuje Arktyka, rodzi się w mnie niejasne poczucie żalu - wyjaśnia; zna to? Tęsknotę za tym, czego wcześniej doświadczyła? Nie za miejscem, ale za niebezpieczeństwem, jakie czyha w skalnych załamaniach gór? Znalazł się tam skraju śmierci i odmieniła go tamte wyprawa. Zrozumiał wiele rzeczy. Dzięki niej poukładał sobie priorytety, ale jednocześnie chciał kiedyś tam wrócić, gdy zakończy to, co zaczął tu - swoją karierę, przynosząc swojemu nazwisku chwałę, dumę, sławę, jaka rozleje się na wszystkie, znaczące europejskie miasta.
Opowieść o pogrebinie przyjmuje z ulgą, nie potrafi i nie chce rozmawiać o uczuciach, a jednocześnie spokój, jaki bije od Varyi, skłania go nie tylko ku refleksji, ale też do zwierzeń. Zamiast jednak pochlać się nad ckliwością własnej szczerości, wsłuchuje w jej opowieść; nie pamięta, czy kiedykolwiek w jednej rozmowie użyła aż tylu słów. Może nie ma talentu oratorskiego innych, zafiksowanych na swoich podróżach łowców, lecz sam lubi sposób jej bycie - ten obdarty z emocji, prosty w odbiorze, który nie potrzebował żadnych ozdobników, aby pozostawić słuchacza z odpowiednim wrażeniem.
- Ktoś mógłby powiedzieć, że mieliście sporo szczęścia, ale nie ja - uśmiecha się lekko; nie wierzy w szczęście, tak jak nie wierzy w los, przeznaczenie, i inne brednie, które rzekomo mają prowadzić ich przez życie. – Dzięki doświadczeniu Michaiła nie rozstaliście z życiem.
Amulety ochronne. Kolejna kwestie, jaka wzbudza jego zainteresowanie, ale nie wypytuje ją o szczegóły, podejrzewa - może niesłusznie, wszak nadal zdawała się być pełna niespodzianek - że Varya nie dysponuje obszerną wiedzą w tym zakresie. Odnotowuje w myślach, aby skonsultować swoje potrzeby kimś, kto posiada fach w ręku. Potem są już tylko oni, las, natura i widłowąż, bo top, jakim podążali, zaprowadził ich do celu. Skinieniem głowy daje Borgin znać, że zgadza się na ten podział ról, chociaż nie rozumie czemu tak łatwo odpuszcza prawą głowę, która stanowi najcenniejsze trofeum. Ta myśl ulatuje, gdy sięga po kusze. Nie musi nawet zerkać ku swojej towarzyszce, by słyszeć unoszące się w powietrzu "Strzelaj", które wnika głęboko w jego zastygłe w jedne poziome mięśnie. Broń przyjmie ciąży w dłoni, gdy zasięga do kołczanu po bełt. Kilka uderzeń serca później jego grot przeszywa powietrze, mknąć ku prawej głowie, lecz pudłuje o kilka milimetrów.
- Fy faen - syczy pod nosem, syk węża mu wtóruje. Wije się, chociaż jego ruchy są mozolne, rana głowa musi mu ciążyć, utrudniać poruszenie, wypływać na koordynacje i błędnik. Liczy, że Varya, podobnie jak on, nie pozwoli sobie na nawet na sekundę zwłoki, gdyż w jego dłoni pojawia się kolejny bełt, co nie trwa nawet jedno mrugnięcie oka.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Varya Borgin
Czarodzieje
Wiek
22
Zawód
łowczyni
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
4
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
19
13
Brak karty postaci
4 godzin(y) temu
– Wiem i cenię to – podkreśliłam, jakby to była zupełnie naturalna sprawa. Właściwie była. Na swoim szlaku spotkałam już wielu łowców i niektórym odebrałabym prawo do tytułowania się nimi, gdybym tylko posiadała podobną możliwość. Jak w każdej innej profesji – bywali lepsi i gorsi, bywali skoncentrowani i rozproszeni, pozbawieni werwy i popychani przez godną uhonorowania pasję. Niektórymi winno się gardzić, Leopold do takich nie należał. Z nim mogłam podążać w jednej drużynie. Był nieliczny. Choć mimo zaufanego kompana, wciąż samotna wędrówka pozostawała wyborem bardziej komfortowym.
– Zamierzam mierzyć się z wyzwaniami, Leopoldzie. Znacznie trudniejszymi od akromantuli – odpowiedziałam spokojnie, z nutą powagi i tajemnicy. Gdyby tylko wiedział, o czym mówiłam, zapewne wyśmiałby przyrównanie tego wszystkiego do krwiożerczego pająka giganta. Gdyby wiedział, natychmiast nadałby mi zaszczyty tytuł dziwaka. A może właśnie by tego nie zrobił? Moje społeczne niedopasowanie, moje opory, moje mury, które tak trudno mi było złamać, budziły u ludzi niezrozumienie. Wiedziałam o tym. A może on? Też wiedział? Byłabym zdumiona, gdyby pojmował wagę drażniących mnie od środka bolączek, ale z drugiej strony należał do wąskiego kręgu osób, z którymi łączyła mnie jakaś nić porozumienia. Zamknęłam na moment oczy, ledwie chwila dla uporządkowania toczących się w mętnych obszarach głowy dyskusji. Jego sugestia być może wnosiła kilka odpowiedzi do postawionych w ciszy pytań.
– Dziękuję, lecz czy wyobrażasz sobie… mnie? Między nimi wszystkimi? –
zapytałam cicho, koncentrując na nim przez chwilę maksimum uwagi, nawet jeśli nie było to do końca pożądane w czasie tropienia. Później odjęłam spojrzenie i wypuściłam cicho powietrze z ust. – Ja, zdaje mi się, że nie pasuję tam – wyznałam cicho swoją obawę. On dorastał w tym świecie i do tego wszystkiego był przygotowany, mnie rzeźbiono na myśliwego, mnie nadano inne wartości i inne cechy, wierząc, że we właściwym momencie będzie można odsłonić dziewczęcość, towarzyskość, czar. Już teraz wiedziałam, że wcale nie było to tak łatwe, ale przecież obiecałam to sobie, obiecałam sobie próbować i doświadczać wraz z powrotem. Salony wciąż jednak wydawały mi się abstrakcyjnym polem, pełnym przeszkód, którym uległabym zbyt prędko. Nie miałam wielkich nadziei, nawet jeśli jakaś potrzeba się we mnie tliła wątłym blaskiem. W progach zmian, w toni wewnętrznych przyrzeczeń chyba wciąż brakowało mi czegoś, co pozwoli mi uwierzyć. Mogłam zabijać dwurożce, ale salonowe gry wyobrażałam sobie jako wnyki, z których nie sposób się wydostać. – Jak tobie się to udaje? – Ostrożna prośba o wskazówkę. Może jakąś mógł dla mnie mieć.
Znałam to. Wystarczyło bowiem kilka dni od ostatniego spojrzenia w syberyjski horyzont, aby tęsknić, aby potrzebować wrócić. Wzrastające poczucie obowiązki skutecznie jednak wydawało dyspozycję – powrót do kraju był niezbędny, życie tutaj wnosiło szereg zobowiązań. Nie musiałam należeć do znamienitych brytyjskich arystokratów, by się z tym mierzyć. – Spełnij obowiązki, zadbaj o to, o co zadbać trzeba, a pewnego dnia będziesz mógł wrócić. Ziemia cię zawsze przyjmie – zasugerowałam cicho, odgarniając po drodze zawadzające gałęzie. – Czego się od ciebie oczekuje? – zapytałam, ku zaskoczeniu, wnosząc pewne starania w poznanie szerszego punktu widzenia. Nie należałam nigdy do przesadnie ciekawskich, towarzyszące mi jakieś minimalne zaangażowanie niektórych frustrowało, ale tym razem pomyślałam, że może… może chciał opowiedzieć, a wypuszczony ciężar obowiązku uczyni dalszą drogę mniej uciążliwą.
Przytaknęłam, w oku zaczaił się błysk, a usta, choć pozbawione uśmiechu podkreślić miały niemą zgodę dla jego interpretacji. Również podejście miałam praktyczne, dalekie od magicznych fantazji, o cudach czy innych szczęśliwcach darach. Myślenie, siła i doświadczenie – to one sprawiały, że trudne zadania stawały się wykonalne, nawet gdy z boku jawiły się jako absolutnie niebezpieczne. Udział w nich szlifował moje ciało, moją dyspozycję i temperament. Moi krewni o tym wiedzieli, bez niezliczonych prób nie byłoby kunsztu i samodzielnego powodzenia. Profesję poprzedzał szereg błędów i porażek, z których wyciągałam lekcje. Niekiedy brutalne i męczące, ale konieczne.
Przepuszczenie ataku na zwierza w duecie wymagało podziału, a to stworzenie pozwalało na jeszcze większe w tym zakresie kombinacje. Każda rola pozostawała istotna, błąd jednego wpływał na stan drugiego, wzajemny sukces przyspieszał triumf. A ten należeć miał nie do niego czy do mnie, ale do nas. Tak o tym myślałam, kiedy polowałam z bratem. Dwie słabsze głowy dla mnie, jedna mocniejsza dla niego. Widłowęża nie wolno było lekceważyć, niebezpieczne niespodzianki mogły utrudnić potyczkę. Nasze strzały mknęły niemal jednocześnie, jego trafiła precyzyjnie w agresywny łeb węża, moja niedopuszczalnie chybiła przez niespodziewany ruch zwykle powolnej i mało ruchliwej środkowej głowy. Jak to w ogóle możliwe? Nie patrzyłam w stronę kompana, skoncentrowana natychmiast umieściłam bełta w kuszy i ponownie pozwoliłam śmiertelnej obietnicy zagrozić wężowi, lecz znów cel nie został osiągnięty. Przeklęłam pod nosem po rosyjsku i zmrużyłam bardziej oczy, obiecując sobie, że dorwę ten durny, marzycielski łeb – choćbym miała pozwolić się przy tym pokąsać. Nie dałam się wyprowadzić z równowagi, nie było mi wolno dopuścić do tego, aby emocje wszystko zniweczyły. Nasze ukrycie pozostawało na tyle dobre i odległe, by zraniona bestie nie zdołała szybko się do nas zbliżyć, ale stwór bywał przecież nieobliczalny. Piekielne syczenie próbowało odtańczyć swój gniew i agonię, ale nie obchodziło mnie to. Byłam szybka i musiałam być też perfekcyjna, przewidzieć ruch. Dopaść. Trzecia strzała wbiła się prosto w rozwarty pysk środkowej głowy. Nie miał z nami szans. Pozostała ta lewa, już ranna, zupełnie bezbronna. Mogliśmy ją łatwo dobić, skrócić męczarnie i zakończyć łowy. Choć wcześniej trwałam przyczajona, teraz moje kolana się rozprostowały. – Razem? – zaproponowałam, przymykając lekko prawe oko, gdy już celowałam w resztki tlącego się życia. Widok dwóch bełtów mknących jednocześnie zawsze pieścił moje oczy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 21:54 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.