• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Glen Affric (Inverness-shire)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
27-09-2025, 22:00

Glen Affric (Inverness-shire)
Nieopodal Inverness znajduje się Glen Affric - dolina uznawana za jedną z najpiękniejszych w całej Szkocji. Lasy sosen i dębów otaczają spokojne jeziora, a wodospady spływają po skałach w głębokich jarach. O każdej porze roku dolina ma inne oblicze - wiosną pachnie żywicą i kwiatami, latem odbija błękit nieba, jesienią płonie złotem liści, a zimą tonie w bieli i ciszy. Glen Affric przypomina obraz namalowany przez naturę - pełen barw, dźwięków i harmonii. To miejsce, w którym można poczuć, jak ziemia oddycha.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Igor Karkaroff
Śmierciożercy
his eyes are like angels
but his heart is cold
Wiek
24
Zawód
przedsiębiorca, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
14
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
15
4
Brak karty postaci
22-03-2026, 19:27
w moim śnie, cudnym śnie, cudny kraj, cudny maj
siedemnasty maja 1962

Liście starego dębu szeleściły od wiatru, miękkość koca i promienie słońca pieściły skórę, wabiąc oczekiwaniem na lato; gdzieś nieopodal majaczyło otwarte, choć niewypite jeszcze wino, gdzieś nieopodal czekolada rozpuszczała się od ciepła w sreberku, wciąż niezjedzona, jakby obydwa były jakimiś błahymi świętościami, których nie należało ruszać. A w rzeczywistości, jak dotąd, ważniejsze było, po prostu, co innego: te błyszczące spojrzenia, te zakorzenione w ciszy podziwianie ― tutejszej doliny, a może i siebie nawzajem, jakby znali się od dawna, a nie widzieli jeszcze dłużej; górujących na błękitnym sklepieniu chmur, rosnących gdzieniegdzie kwiatów, wreszcie ― przeważnie spokojnej, czasami tylko wzburzonej, tafli pobliskiego jeziora, odbijającej okoliczność tej sielanki jak w lustrzanym zwierciadle.
Bo musiał przyznać ― wbrew, być może, własnej woli, wbrew pragmatycznemu rozsądkowi ― że było tu naprawdę ładnie, że słuchało się jej naprawdę dobrze, że w całym tym entourage beztroski potrafił nawet znaleźć świadectwa jakiejś wygodnej niepamięci.
Niepamięci o przykrościach z dnia codziennego i o tych, które naznaczyły wieczór trzydziestego kwietnia; niepamięci o tym, że nie była dla niego, że w akcie niezrozumiałego nonsensu poświęcał tę sobotę właśnie jej, nie innej. Dumać o tym można było długo, dłużej najpewniej, niż w istocie wypadało; to zresztą uczynił już swego czasu, poszukując przyczyn własnej impulsywności w sytuacji tej czy tamtej, ilekroć te najprostsze w brzmieniu bynajmniej mu nie odpowiadały. Część z nich potrafił nawet nazwać, sytuując samego siebie w ognisku własnych, egoistycznych potrzeb, a ją na miejscu ich służebnicy. Zdawało mu się do tej pory, że w tej roli rzeczywiście się odnajdywała, czasami tylko igrając z konwencją, czasami tylko godząc w nią echem własnych zachcianek, nieprzypominających swoją formą ni kształtem tych jego; i to, po prawdzie, nie podobało mu się wcale, ale przypomniawszy sobie jej słowa, wymamrotane w schowku na miotły w charakterze życzenia ― czy raczej werbalnego zaklęcia ― pozwalał niezadowoleniu wreszcie zgasnąć. W jego miejsce włożył wpierw złość ― na samego siebie, na popełnioną nierozsądnie pomyłkę, która rozczarowywała nie tylko ją przecież, ale przede wszystkim jego; a gdy to spaliło się do reszty ― uzupełniając powstałe braki w ramionach innej kobiety ― wykalkulowana precyzja, na piedestale stawiająca ich obopólną przyjemność, nakazała spisać list. Nienachalny, z pozoru może nawet zgoła formalny, jakby z żywej korespondencji czynił przedmiot jakichś wnikliwych badań; te wystarczyły jednak, by przekonał się o zasadności tamtych, rzuconych w popłochu tańca, wyrazów.
Że ona będzie jeszcze za nim tęsknić, że ona jeszcze spojrzy w jego kierunku z życzliwością; i nie mylił się, nie mylił wcale ― albo tak przynajmniej chciał o tym myśleć, z leciwym półuśmiechem sczytując z pergaminu blade oznaki kobiecej przychylności.
― Dlaczego już nie czytasz? ― padło w końcu, po dłuższej chwili wzajemnego milczenia; służącą za poduszkę, złożoną niechlujnie marynarkę w końcu pozostawił, odrywając plecy od twardego podłoża, ciężar ciała przenosząc zaś na bok, wsparty na zgiętym w łokciu ramieniu. Wraz z tym porzucił też widok Glen Affric, spojrzenie kierując w jej stronę i tam też, na dłużej, je pozostawiając; między palcami przemykało odebrane tym ziemiom źdźbło trawy, do reszty już przezeń wymemłane, do reszty już przezeń rozłożone na czynniki pierwsze, na pomniejsze, długie i elastyczne, strąki. Jako dziecko bawił się podobnymi, czyniąc z nich głośną, irytującą zabawkę do gwizdania; teraz jednak usta odnalazły leciwego papierosa i jego właśnie koniec zdążyły zawczasu zwilżyć, a ten drugi, właściwy, rozżarzyć leciwym płomieniem z krańca różdżki.
I przez moment ― gdy majaczyła pomiędzy dymem i smugą złotego światła, a jej włosy rozwiewał lekko podmuch powietrza ― miał nawet ochotę spytać, o czym teraz myślała, ale to wydało się nazbyt intymne, przesadnie angażujące, dlatego cierpliwie czekał tylko na kontynuację tego archaicznego dramatu, który postanowiła tu na głos odczytać. Nie rozumiał z niego co najmniej połowy, ale odnajdywała w tym chyba nienazwaną beztroskę, uśmiechając się trochę enigmatycznie; więc trwali w tym razem ― ona z nim i on z nią, dopóki znużenie nie popchnie ich w przeciwne strony.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Loretta Krueger
Czarodzieje
I am mine before I am ever anyone else's.
Wiek
20
Zawód
alchemiczka, pracuje w aptece ojca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
7
11
13
Brak karty postaci
24-03-2026, 22:34
Maj był z nimi zaledwie chwilę, a ona już zdążyła zapomnieć o spadających z drzew liściach, o wietrze napływającym znad północy, o grubych warstwach śniegu ułożonych jakby celowo na gałęziach drzew. Zdążyła puścić w niepamięć myśl o ciepłym swetrze, wyrzucić z głowy zaklęcia, dzięki którym na jej ganku nie tworzyły się metrowe zaspy, a dźwięk palącego się w kominku drewna przestał przynosić ukojenie, ustępując miejsca cichej irytacji, że w ogóle wciąż jest potrzebny.
Pogoda rozpieszczała ich dopiero od kilku dni, a ona już nie chciała rozstawać się ze słońcem wpadającym przez zasłony w jej sypialni, z cienką, lekką sukienką, w której czuła się niczym we własnej skórze - jakby wszystko w końcu było na swoim miejscu. Nawet w deszczu odnajdywała wiosenne uderzenia, nawet chmury przysłaniające na chwilę słońce nie były już powodem do zniecierpliwienia, a jedynie krótką przerwą w tym, co i tak nieuchronnie miało wrócić. Tak jakby wraz z wiosną przyszło to, co najbardziej wyczekiwane - jakby znów odnalazła siłę i chęć, by być, by działać, by w prostych rzeczach dostrzegać przyjemność i tę cichą satysfakcję, której tak długo jej brakowało.
Ale zapomnienie przychodziło jej ostatnio łatwo. Nie wracała już do wspomnień ze Zjazdu, starała się nie analizować, nie głowić, nie gdybać. Była w tym odwaga i tchórzostwo zarazem. Była w tym też rozwaga, bo wszystko zdecydowana była postawić na jedną kartę - jak często w życiu zresztą. Albo się ułoży… albo nie ułoży się nic.
I zapomniała, a przynajmniej w zapomnienie to ubrała - że kłótnią wygrywali rytm walca, że z paniką spoglądała w jego twarz w schowku. Zapomniała też, że czuć może wszystkie te emocje, bo były one nad wyraz niewygodne. Uwierające. Uciskające. I nawet teraz, gdy leżeli na jednym kocu, w tym bez wątpienia zapierającym dech w piersiach miejscu, czuła się normalnie. Czuła się całkiem zwyczajnie. Bo zapomniała.
Słowa zlewały się w historię, gdy przewracała kolejne strony książki - historię tragiczną, ale całkowicie nierealną. Wręcz niewyobrażalnie trywialną. Zmarszczyła brwi, niezadowolona z fragmentu, który właśnie przeczytała. Zamilkła na chwilę, przyglądając się pożółkniętym stronom. - Nie śpisz? - zapytała, przenosząc na niego spojrzenie, a na jej ustach zamajaczył cień uśmiechu. Wiedziała, że nie. Katowała go archaizmami niczym najgorszego wroga - choć przecież nie taki był w tym cel. Nie taka potrzeba.
Westchnęła cicho, zamykając książkę i w myślach zapamiętując stronę, choć nie wiedziała, czy jeszcze do niej wróci. Przynajmniej dziś.
Usiadła i dłonią sięgnęła do koszyka, w którym znajdowała się papierowa torba z jabłkami pokrojonymi w łódeczki. Wzięła jeden kawałek, a potem oddała mu torebkę przytrzymując dłoń nieco dłużej. Wiedziała, że prędko ulegnie pokusie tych wszystkich przyniesionych przez niego słodyczy.
- Tybalt zabija Merkucja - zaczęła, patrząc jak dym papierosa unosi się nad ich głowami. - bo Romeo nie zgodził się na pojedynek, powołując się - choć tylko przed samym sobą - na ślub z Julią. Dość waśni, dość sporów. A gdy Merkucjo ginie, nagle Romeo, wiedziony… właśnie… czym? - przerwała - Zemstą? Poczuciem winy? Ściga Tybalta, zabija go, a finalnie mówi „jestem igraszką losu”? - prychnięcie opuszcza jej usta. - Najłatwiej oddać winę gwiazdom, one przynajmniej nie zaprotestują. Ale czy brak zemsty w takiej chwili to jeszcze lojalność, czy już zdrada? Czy powściągliwość jest siłą, czy jedynie inną formą ucieczki? A może zabić Tybalta powinien od razu, bo waśnie nie kończą się tylko dlatego, że para kochanków przyrzeknie sobie miłość. - pokręciła głową i sięgnęła po kostkę czekolady, która zdążyła już zmięknąć od słońca nad nimi.
- Bo ludzie dziwne rzeczy robią z miłości - stwierdziła, bo był to fakt, który dostrzec przyszło jej nie raz i nie dwa. Choć sama wiedzieć tego nie mogła. Uśmiechnęła się szeroko, bo choć ciekawa była jego zdania, bo choć wspólne czytanie nawet ją urzekło, to nie chciała wprawiać, go w dyskomfort. To popołudnie należało do tych miłych. - Nie nudzę cię? - uprzejme pytanie wyrwało jej się z ust, choć znała odpowiedź.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Igor Karkaroff
Śmierciożercy
his eyes are like angels
but his heart is cold
Wiek
24
Zawód
przedsiębiorca, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
14
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
15
4
Brak karty postaci
29-03-2026, 19:18
Po celtycku miejsce to nosiło ponoć mienie pstrokatego fortu; i nawet on sam, bez zmysłu nadwornego poety układającego ballady o pięknie tego i owego, byłby chyba w stanie wyliczyć mieszające się ze sobą kolory Glen Affric, kolejno wymieniając szarość, biel, błękit, fiolet, w końcu ― zieleń. Czyniłby to jednak bez entuzjazmu, raczej jak inwentaryzator spisujący stan posiadania ― bo wszystko to zdawało się zbyt jaskrawe, zbyt miłe dla oka, zbyt spokojne i przyjemne, by potrafił odnaleźć w tym tony oczekiwanej szczerości. A wina bynajmniej nie leżała w Szkocji, bynajmniej nie wymykała się spod leniwej tafli pobliskiej wody; wina ― nienależąca do nikogo, ale wyraźnie przemykająca w cieniu rzucanym przez wysoki, stary dąb ― zastygła niemo w powietrzu, kąsając skórę wrażeniem, że teraz udawali razem.
Ona nie pamiętała, więc i on pamiętać nie chciał; ona się uśmiechała, więc i on czynił to samo ― jak w lustrzanym odbiciu, jak w cichej, sennej iluzji, w której obydwoje byli kimś innym, niż w rzeczywistości.
I zdawało się, że tylko w takiej formie akceptować się będą bez zająknięcia, szkicując własne sylwetki równie barwnym omamem, co tutejszą dolinę; i zdawało się, że bez tego precyzyjnego scenariusza ― w którym niosła ich beztroska jakiegoś nienormalnego ideału ― przepadną wreszcie w odmętach neutralnych, brzydkich i smutnych, odcieni czerni oraz bieli, z przewagą tego pierwszego.
Jemu, przynajmniej, tak się zdawało, gdy bezradnie szukał w głowie uzasadnienia, dlaczego wolne, sobotnie południe, poświęcał właśnie jej; jemu, przynajmniej, tak się zdawało, gdy łapał się na tym, że poważnie traktować jej nigdy nie miał, choćby taką właśnie potrzebę manifestowała mu głośno ona sama. Z jakiegoś dziwnego powodu najsampierw doglądał w niej świadectw wolności ― powiewu czegoś świeżego, objawu czegoś mu raczej nieznajomego. Potem, w naturalnej już dla siebie manierze, sprowadzał ją bodaj do listy prozaicznych cech, jakby spędzenie z nią kilku godzin ułożyło mu w głowie całą jej, bardziej przecież skomplikowaną, definicję; i tak zauważał jej beztroską młodzieńczość, odwagę, doraźną naiwność, w końcu ― samouwielbienie i chęć dominacji.
Zauważał, nazywał, kolekcjonował, a pod te uwagi kształtował brzmienie swojego ja, z cichą nadzieją czy wiarą w to, że ono właśnie okaże się dla niej najbardziej obiecujące. I w tym też konkretnym przypadku ― poniekąd niezasługującym na trudy, których zażyczył sobie się podejmować ― wyjątkowo się pomylił; w tym też konkretnym przypadku to ona, nie on, stanowiła wyrocznię, sędzię, mocodawcę, na co zgoda przychodziła mu z trudnością. Wyrażać miał ją jeszcze przez chwilę, badawczo przyglądając się temu, ile to ona mogłaby dla niego poświęcić; wyrażać miał ją jeszcze przez chwilę, więc napisał tamten list, prowokując spotkanie, więc przysłał kwiaty wtedy i przyniósł je dzisiaj, kłaniając się uprzejmie na powitanie i w równie uprzejmym dystansie usadawiając na miękkości koca. A przy tym wydawał się całkiem bezpłciowy ― zachowawczy, lakoniczny, zgoła zamyślony albo zmęczony, nie sposób powiedzieć; a przy tym nie ośmieliłby się dać jej nawet błahego pretekstu do obrazy, trzymając konwenanse przy samej skórze, osobiście nie wydając się przy tym w żadnym stopniu ukłutym czy nadąsanym.
I może była to kolejna forma manipulacji, może zaś czysty objaw niezadowolenia faktem, że tym razem zwyczajowo nie triumfował; przegrywać nie potrafił, a ją ― z jakiegoś popieprzonego, najpewniej naprawdę trywialnego, powodu ― postanowił dalej próbować zwodzić, jakby chciał tylko przekonać się, czy był do tego w ogóle zdolny.
― Romeo był po prostu tchórzem ― zawyrokował wreszcie, łagodnym gestem odmawiając zaproponowanego przez nią poczęstunku; od cukru i słońca szybko to stawał się senny, a odczytywany na głos dramat wymagał ponadprzeciętnego skupienia. Zagmatwana historyjka o mezaliansie nie przejmowała go wielce, ale krwawe starcie mężczyzn na powrót wyostrzyło zmysły; w głównym bohaterze zaś, co zauważał niemo ze wstydem i niechęcią, doglądał podobieństw do samego siebie ― tego niezmienionego przez żadne maski, tego nieuwikłanego w żadne patetyczne układy Igora. Jego jeszcze nie poznała i szczerze powątpiewał, by obdarowała sympatią. ― Odpowiedzialność pojedynku zrzucił na przyjaciela. Pomścił go, bo też się czegoś obawiał; najpewniej społecznego ostracyzmu... I losu, który bierność w tamtej chwili na pewno by mu wypominał ― dumał, dalej to memłając kawałek trawy między palcami, dalej to bezwiednie patrząc się na niską jeszcze trawę, szumiącą za jej plecami od wiatru. ― Nie wiem, czy zrobił to z miłości do Julii... ― Czy może ze strachu o samego siebie, mógłby dodać, ale tego oszczędził na rzecz sięgnięcia po wino; uzupełnił pierwszą dawką dwa czyste kieliszki ― i po jeden sięgnął zaraz sam, z zadowoleniem przyjmując cierpkość na języku. ― Nie nudzisz, przeciwnie. Błyskotliwie punktujesz to, na co sam pewnie nie zwróciłbym uwagi ― przyznał cicho, wyciągając dłoń naprzód; i wydawać by się mogło, że zamierzał sięgnąć ręką jej palców, jej twarzy, jej kolana albo materiału spódnicy ― ale zamiast tego poprawił podwinięty róg koca. ― I co było potem?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Loretta Krueger
Czarodzieje
I am mine before I am ever anyone else's.
Wiek
20
Zawód
alchemiczka, pracuje w aptece ojca
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
5
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
20
Siła
Wyt.
Szybkość
7
11
13
Brak karty postaci
02-04-2026, 11:05
W ludzkiej naturze leżała potrzeba oceniania. Komentowania. Czasem wynikająca z czegoś głębszego, bo to właśnie dzięki niej z łatwością wyrabiało się własne postrzeganie świata - pogląd na rzeczy ważne i na rzeczy błahe. W ocenie kryła się też potrzeba mówienia. Porównywania się. Nadawania znaczenia ludziom, światu i finalnie samemu sobie. Z czystego egoizmu - by być jakimś. Może lepszym od innych, w tym niepisanym, cichym starciu. A może gorszym, gdy czyjaś codzienność zbyt wyraźnie przypominała o marzeniach, których samemu nie miało się odwagi spełnić.
Nie dało się wyłączyć myślenia. Całkowicie odgrodzić się od tego cichego głosu, który nakazywał uważność. Nie dało się też powstrzymać potrzeby ubierania ludzi w konkretne cechy, w oczekiwania, które pojawiały się z każdą kolejną rzeczą dopełniającą obraz tej jednej osoby. Zwykle było to zresztą proste. Ktoś był miły, gdy uśmiechem i pomocą zaszczycił drugiego człowieka. Ktoś inny - złośliwy albo nadęty, gdy grymas nie schodził z jego twarzy, a odburknięcie nakazywało mieć się na baczności. Ktoś, kto w spontaniczności godził się na wszystko, widząc w tym zapowiedź kolejnej przygody, wydawał się lekki jak piórko. Inny - martwiący się o wszystko - stawał się w oczach świata zbyt sztywny, zbyt ciężki, zbyt nudny. A przecież za tym wszystkim stała historia. Często zawiła, często skomplikowana - taka, która potrafiła nadać tej pierwszej, pochopnej ocenie zupełnie inną twarz.
Mogła uchodzić za płytką. Za samolubną. Za zakochaną w samej sobie. I było w tym więcej prawdy, niż chciałaby przyznać. Bo nikogo i niczego nie darzyła takim ciepłem, jakim darzyła samą siebie. Niejednokrotnie z trudem przychodziło jej spoglądanie na innych z tym samym rodzajem współczucia czy zrozumienia, które wobec siebie przychodziło jej tak naturalnie. A jednak - choć nie wierzyła w los - zakładała, że ci, którzy pomimo tej pierwszej oceny wciąż pozostawali w jej świecie, musieli dostrzegać coś więcej. Coś więcej niż piękną twarz. Więcej niż samouwielbienie. Więcej niż niezależność ubraną w wielkie słowa.
Może właśnie dlatego ludzie czytali książki. Oceniali historie. Może było im za mało. Może wiecznie pozostawali głodni.
- I doprowadził do tego sam - zaczęła, jakby nagle stała się znawczynią ludzkich umysłów, ludzkich błędów. Jakby nigdy sama takich nie popełniała. - Nie dlatego, że wybrał Julię, ale dlatego, że w swojej naiwności wierzył, że to cokolwiek zmieni. - dodała, zatrzymując na nim spojrzenie na ułamek sekundy dłużej. Bo choć rozmawiali o życiu i wyborach całkowicie nierealnych osób, postaci powstałych z wyobraźni autora, sami w równym stopniu karmili się tą samą naiwnością.
Gdy jego sowa przyniosła list do jej apteki, gdy zobaczyła skreślone z lekkością słowa, poczuła, że nie ma potrzeby, by to wszystko tak po prostu przekreślać. Że wciąż mogą ze sobą rozmawiać. Patrzeć na siebie miło. Może nawet w myślach zatrzymać się na górach i wyrzucić z pamięci moment, który tak wyraźnie pokazał, jak bardzo ich wzajemne oczekiwania się rozmijały.
I wciąż nie rozumiała, dlaczego właściwie tego chce. Dlaczego tak przyjemne było czekanie na ten dzień - na wiklinowy koszyk wypełniony drobiazgami, na koc rozłożony na miękkiej trawie, na słońce, które otuli ich swoim ciepłem. Nie rozumiała też, dlaczego teraz - pomimo ciężaru tej wiedzy - było jej jakoś lekko. Inaczej, ale wciąż lekko. Choć zapewne z lęku nie nazwałaby tego ulgą.
- Może masz rację, może był tchórzem - skinęła głową - W Złotym Dzbanie nie mieliście z Fredem takich dylematów - dodała. Choć jej własne zachowanie w tamtej chwili wcale nie napawało jej dumą.
Kącik jej ust uniósł się w uśmiechu, gdy w jego słowach odnalazła pochwałę. Nim jednak zdążyła odpowiedzieć, uniósł dłoń w jej kierunku. I może to właśnie rozczarowanie przemknęło przez jej twarz, gdy zamiast dotknąć jej policzka, zamiast odgarnąć włosy z jej twarzy, jedynie zgrabnym, niemal obojętnym ruchem poprawił zawinięty róg koca. To rozczarowanie było tym bardziej gorzkie, że zdążyła już poznać, jaką przyjemność potrafił jej sprawić – dotykiem i pocałunkiem. Że nie musieli już dłużej pozostawać w tej zachowawczości. A jednak to właśnie ona wyznaczała teraz ramy ich własnych zachowań. Bo ani ona, ani on już właściwie nie wiedzieli czego od siebie wzajemne oczekują, czego potrzebują i czemu wracają.
Przegoniła tę myśl szybko, niemal odruchowo. Sięgnęła po wypełniony przez niego kieliszek i upiła łyk szkarłatnego trunku. - Co potem? - mruknęła, na nowo otwierając książkę. - O pęknij, serce! pęknij w tym przeskoku, z bogactw do nędzy! Do więzienia, wzroku! Już ty nie zaznasz swobody uroku. Jak nas na ziemi złączył Jeden ślub, tak niech nas w ziemi złączy Jeden grób.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 13:46 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.