• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Walia > Domostwa > Cardiff, Gladstone Street 26/4 > Nędzny salonik
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
06-10-2025, 20:39

Nędzny salonik
Był to salon dość duży, ale niezbyt zachęcający. Stare tapety dawno utraciły swój kolor, a gdzieniegdzie odklejały się samoistnie pod ciężarem długiej historii. Wewnątrz znajdowała się rzeźbiona sofa z podrapaną tapicerką, przykryta różową płachtą. Obok niej stała lampa - lekko przekrzywiona, przystrojona kremowym abażurem z brązowymi frędzlami. Dziury i plamy na ścianach przykrywały rozmaite fotografie oraz malunki. Na suficie widniał ślad po lampie, ale dawno jej tam nie było. Podłoga skrzypiała przy cięższym kroku, a słońce chętnie wdzierało się do środka. Może dlatego wielkie okna przykrywały grube, wypłowiałe kotary. Na stoliku stał kubek z niedopitą czarną herbatą, a obok niego leżał jakiś stary numer "Czarownicy". Pachniało tanimi damskimi perfumami i starym drewnem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Philippa Moss
Akolici
Musimy mieć wytrwałość i ponad wszystko wiarę w siebie. Musimy być pewne, że mamy do czegoś talent.
Wiek
25
Zawód
barmanka, matka niuchaczy
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
25
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
11
Brak karty postaci
27-02-2026, 20:13
1 maja 1962 r.
druga w nocy


– No jasna cholera! – Okrzyk frustracji poniósł się echem po zapyziałej klatce schodowej kamienicy przy Gladstone Street 26. Philippa wciskała czubek pantofla na kawałki wysłużonego drewna, schodek po schodku, jednocześnie szamocząc się z nie wiadomo z czym – czy to z warstwami wyszarpanej na specjalną okazję sukienki, czy to z tymi rwącymi się coraz bardziej pończochami. Ostatnie piętro u większości sąsiadów powodowało co najmniej głęboką zadyszkę, ale wyrabiana w tawernianej rutynie kondycja zapewniała jej w tym względzie większy spokój. Nawet nie myślała o nieskończonym morzu pięter, wciąż koncentrując się na uwierających, rozlewających się w palcach tkaninach. – Dobrze, że chociaż wytrzymały imprezę – mruknęła z przekąsem i w duchu obiecała sobie, że to ostatni raz, gdy cokolwiek kupuje u tego cwanego babsztyla. Nęcił ją ten mały sklepik za rogiem, stara czarownica prowadziła biznes w zaułku, ukryty za magiczną barierą lokal kusił towarami z różnych zakątków świata, bo pani Pickett miała dobre układy z marynarzami i zawsze potrafiła zgarnąć dla siebie kilka zacnych towarów. Tyle że Philippa również miała dobre układy z marynarzami – czasami nawet więcej niż dobre – a mimo to rzadko wpadały jej takie fanty. Gdy jednak wreszcie wdrapali się na ostatnie piętro, pozwoliła pelerynie opaść spektakularnie na zapiaszczoną posadzkę, jeszcze zanim wyciągnęła z torebki właściwy kluczyk. Towarzyszyła jej przez chwilę nieodparta potrzeba zrzucenia z siebie tej kiecki i tych dziurawych, swędzących już rajtuzów. Potem najchętniej zatopiłaby się w wannie i zapomniała o całym świecie. Ale nie była sama.
Obróciła się z nieco ciekawskim okiem i odszukała wspinającego się tuż za nią jegomościa. Tej nocy ponad nimi mieniły się fantastyczne gwiazdy, malując ten dobry widok wiosennego nieba, wystarczyło tylko pociągnąć za wajchę i rozwinąć drabinkę prowadzącą na dach. Było też coś jeszcze. Tuż nad głowami unosiły się leniwie nieco błogie, przyjemnie zmęczone myśli, bo przeżyta niedawno przygoda wstrząsnęła nudnawą szopką uszykowaną wyłącznie dla spełnionych i szczęśliwych absolwentów. Nie dla nich. Scaletta przylazł tu za nią, bo go zaprosiła wiedziona jakąś nieodpartą potrzebą soczystego celebrowania pewnego złodziejskiego sukcesu. Westchnęła głośno, raz jeszcze wkradając się do słodkich snów obojętnego sąsiedztwa, bo głos fantastycznie niósł się po całym pionie. Nigdy jej nie obchodziło to, co wpadało do ucha tutejszych lokatorów - a ci zapewne niejednokrotnie z wdzięcznością wysłuchiwali jej osobistych melodii. Z Michaelem u jej boku prędzej jednak groził im głęboki sen. Pochyliła się leniwie do wyrzuconego kawałka okrycia i podniosła go, naprawdę powoli dobijając do drzwi i przekręcając wkrótce później wysłużony zamek. Nagą łydkę zdobiła rozdarta w nylonie smuga. Obcas zadzwonił rytmicznie po posadzkach w korytarzu marnego mieszkania na poddaszu. W progach przywitało ich nawoływanie dwóch niuchaczy. Drobne pazurki postukiwały we fragmenty metalowej klatki, domagając się błyszczących fantów od swojej pani.
– Masz jakieś skarby, Scaletta? Prócz tej... księgi? Moi mali chłopcy nie pogardzą żadnym podarkiem, wiesz? – podpytała, uważnie sobie go lustrując i naprawdę ostatkiem sił powstrzymując się przed zanurkowaniem w jego kieszeniach. Bez przesady, Moss. Odgarnęła włosy do tyłu, uprzednio usuwając wsuwki i burząc nieco wymyślne, balowe upięcie, a później – już boso, choć wciąż w podartych pończochach –podążyła w stronę kuchni. – Napijesz się czegoś? Mam czarną herbatę, wódkę, wodę z kranu i całkiem sporo rumu – oznajmiła donośnie, już myszkując po szafkach w poszukiwaniu czegoś. – A może jesteś głodny? – Choć po wyżerce na tym wypasionym zjeździe nikt chyba nie powinien myśleć o strawie. Ruch ten wydawał się nadzwyczaj lotny, kilka zdobnych obrotów, kilka niepotrzebnych wariacji bioder i swoisty taneczny spektakl dla czyichś oczu. Michael miał rację. Wcale się nie natańczyła, wcale się nie nasyciła, choć akcja między zakurzonymi regałami wyjątkowo ją podkręciła. Potrzebowała jednak więcej, potrzebowała zabawy, ponownego wymknięcia się z kontroli i przyziemności, jeszcze tych kilku tańców i kilku drinków. Wcale nie planowała kończyć już tej nocy. Machnęła różdżką, by zmrozić wodę, a później wsypała kostki do szklaneczek, jakby już doskonale wiedziała, czego mógł potrzebować. – Tylko zdejmij ten krawacik! – zawołała, uśmiechając się nieco frywolnie ponad blatem.
Czuj się jak u siebie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Michael Scaletta
Czarodzieje
wolność — kocham i rozumiem
wolności oddać nie umiem
Wiek
26
Zawód
kradnie, co popadnie
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
7
15
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
7
10
Brak karty postaci
27-02-2026, 22:09
Zelówki zniszczonych butów odklejały się od podeszwy, a tanie perfumy już dawno wywietrzały; cała reszta sprawiała jednak wymowne wrażenie dystyngowania, począwszy od eleganckich spodni w kant po białą koszulę, której kołnierzyk obwiązany pozostawał ciasno krawatem. Gdyby nie wiosenne błoto i wieczorna plejada kałuż, gdyby nie smród portowych zaułków, ich obydwoje można by prawie że uznać za niefortunnie zagubionych; bo i jej pantofle stukały elegancją, bo i jej misterna fryzura oraz falująca ponad brudnym brukiem kreacja zdawały się jakąś pomyłką, jakby niechlubnie wepchnięto ich w jakiś podły, senny miraż ― doraźne świadectwo innego życia, nieco innej rzeczywistości.
Ta prawdziwa niezmiennie jednak o sobie przypominała, skrzypiąc niemrawo schodkiem pod naciskiem żwawo podążających na górę stóp, jęcząc przeraźliwie uchylającymi się drzwiami wejściowymi, klnąc nieładnie wulgarną kurwą ulepioną z miałkiej zadyszki.
Ta prawdziwa zwykle spędzała sen z powiek, napawając trwogą, złością, zrezygnowaniem; dziś natomiast to ona ― ta prawdziwa, iście parszywa rzeczywistość ― spała smacznie, zakopana głęboko pod euforią drobnej, udanej kradzieży, tamtego leniwego tańca, wreszcie ― samej to myśli, że cała ta szkolna farsa nie zakończyła się wcale nieprzyjemnością. Wspomnienia sprzed lat nie nawiedzały go dramatem, a zamiast nich zrobiono chyba miejsce na te nowe; te wiążące go na stronicach dziennika właśnie z Philippą, te zaznaczające w końcu wyraźniej jej nieprzeciętną obecność. Był jej świadom od zawsze, czuł ją przy swoim ciele i umyśle od zawsze, a przy tym pozostawał tak fatalnie tym niewzruszony, tak rozczarowująco od niej oddalony; zupełnie jakby bał się przywiązania, zupełnie jakby obawiał się, że któregoś dnia zapłacze za tym kobiecym cieniem, w definiującym ich istnienia, wielkim domu z betonu, nie zastając już śladów jej obecności.
Ale ona ― minut ledwie kilkadziesiąt temu ― głośno nazywała to błędem; ona, kąsając bezpośredniością, przyznawała, że jej ja było dlań niejednoznacznością zasługującą na jakieś rozstrzygnięcie, na jakieś ostateczne zdefiniowanie.
I to chyba głupio odurzyło ten jego zakuty łeb jakąś niewinną ciekawością; i to chyba, na ten doraźny moment, sprawiło, że w postawie swoistego wyzwolenia pozwalał sobie wreszcie snuć pod jej adresem nieco konkretniejszą konstatację.
Choćby i taką, że dziś wyglądała naprawdę ładnie; choćby i taką, że skoro w otoczeniu tych wszystkich mężczyzn z elit wciąż wybierała jego, wciąż zapraszała do siebie właśnie jego, niezmiennie łączyć ich musiała chyba jakaś wzajemna lojalność ― bo w kaprysy i sygnały od losu nie zwykł wierzyć.
― Nie wyrzucaj ich jeszcze, wypolerujesz sobie nimi swoje błyskotki ― doradził pragmatycznie, choć w głębi ducha nie chciało mu się wierzyć, by w swojej kolekcji skrywała złotą lub srebrną biżuterię; w duchu nowości ― akceptującej iluzję, że którekolwiek z nich było na takie wymysły realnie stać ― takich faktów wolał tu na głos obrazoburczo nie przedstawiać, nawet jeśli w jego szufladzie spoczywał najpewniej oryginalny naszyjnik z niemałym kamieniem szlachetnym. Kradziony, rzecz jasna, ale to obecny właściciel miał aktualnie, w tej dygresji, jedyne znaczenie. ― Kumplom po fachu nie poskąpię ― rzucił półżartem, półserio, podrzucając zaplutego knuta gdzieś w pobliżu łasych krecików; sam to chyba dziwił się sobie na poczynioną tu szczerość, ale oszukiwanie się, że nie wiedziała kim jest i jakie skrywa w swoim skomplikowanym wnętrzu grzechy, byłoby już naiwne. Tę maskę więc, bodaj na moment, wygodnie porzucił; a w dosłownej formie ściągnął ledwie buty i marynarkę, porzuciwszy je w którymś z zakurzonych kątów wąskiego przedpokoju. ― Wódeczki nie odmówię ― rzucił cicho i zarazem nadto lekko, prawie jakby nie pijał jej niemalże codziennie, prawie jakby rozmawiali jednak o zajeżdżającej żelazem wodzie z kranu. Nie tracili czasu, ona zniknęła w ciasnej kuchni, on zaś odważnie rozgościł się w saloniku; nie zdążyła pewnie nawet wyciągnąć porządnie kieliszków, a on zagrzmiał:
― No, no, skąd masz takie wypasione lustro? ― Sprytny wzrok przewertował wysokie, choć wąskie zwierciadło, oparte grzecznie o mury dziennego pokoju; zgodnie z jej sugestią poluzował w końcu ten krawat, zgodnie z instynktem zamajaczył zaraz obok niej, atakując kolejnym pytaniem: ― I czemu jeszcze niepowieszone? Zajmę się tym, co? ― zaproponował, częstując się pierwszą, dopiero co polaną, kolejką ciepłej wciąż gorzały. Lód nie zdążył jeszcze oddać jej swojego zimna.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Philippa Moss
Akolici
Musimy mieć wytrwałość i ponad wszystko wiarę w siebie. Musimy być pewne, że mamy do czegoś talent.
Wiek
25
Zawód
barmanka, matka niuchaczy
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
25
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
11
Brak karty postaci
28-02-2026, 13:14
Zareagowała nieprzesadnym prychnięciem, niosło to także jawny ślad rozbawienia, wraz z poderwanym z czoła nieokrzesanym pasmem włosów – wymownym świadkiem kończącej się imprezy. Bowiem szkatuła z jej osobistymi ozdobami to kupa tanich podróbek z portowego targowiska, bez żadnej wartości. Była dziewczyną, która nijakim skarbom lubiła dopisywać większą wartość, która z prostoty tworzyła zacne historyjki, ostatecznie zacierając gdzieś granicę między prawdą a fikcją. Bo choć jej szyję zdobił udawany wisior o mdłym blasku, wciąż dumnie wyciągała swe ciało ku słońcu, łowiąc podziw obcych oczu. Wtedy bury świat choć przez chwilę nabierał jakiegoś wyrazistego koloru i on czuła, że otaczają ją bardziej ekskluzywne możliwości. Oczywiście wszystko to było marną wydmuszką, ale dzięki temu nabierała mocy, by iść dalej – bez opuszczania głowy, bez kapitulacji wobec niesprawiedliwości losu.
Więc, Michaelu: – Żebym jeszcze takie miała – skomentowała prędzej pod nosem, niż dla ciągnięcia dość niewygodnej prawdy. On najpewniej w swoich rękach grzał już tysiąc błyszczących bransolet czy pierścieni, by później zdecydowanie bez sentymentów spieniężyć je i oddać jakiemuś szczęśliwemu bogaczowi. Znał dotyk i ciężar tych błyskotek przecież o wiele lepiej od niej. Sama pewnie nie odróżniłaby szafiru od szmaragdu, nie odróżniłaby podróbki od fałszywki. Jego oczy widziały, jej mogły tylko karmić się bezwstydnymi wyobrażeniami, ale wciąż bez większych nadziei. – Ależ hojny z ciebie kieszonkowiec, dla mnie też coś masz? – podpytała z kuchennych zakamarków, raczej żartobliwie, bez potrzeby namolnego wydłubywania z jego tajemnic korzyści dla swojego istnienia. Zawtórował temu późniejszy śmiech i kręcąca się w niedowierzaniu głowa. Przecież ona też bywała… kumpelą po fachu, choć nie z czystej potrzeby zarobku, prędzej w głodzie informacji czy istnej ciekawości, wobec której czasami nie dało się utrzymać dłoni w spokoju, niewinnie, blisko barmańskiego fartuszka. Czy wiedział?
Herbatę też zrobiła, przy pomocy różdżki zagnieżdżając zbudzony nagle płomień pod wysłużonym, skrzypiąco kołyszącym się na haku czajniczkiem. Krzątała się między półeczkami, by wydobyć cokolwiek, co zajęłoby miejsce na starym stole i usatysfakcjonowałoby jej gościnną naturę. Miała kilka małych, jeszcze zjadliwych słodkich bułeczek, które podkradła bodajże przedwczoraj staremu piekarzowi, miała także ze dwie garści orzechów – wcale ich nie lubiła, dlatego gnieździły się w szafce, zawsze czekając na jakąś lepszą okazję. Znalazła ze trzy podłużne wafle w czekoladzie i resztkę syropu malinowego, idealnego do tej herbaty. Choć żadne z nich nie miało specjalnych wymagań wobec dalszej części wieczoru, Philippa po prostu chciała, by dobrze się tu czuł. A głos, który nieco stłumiony dotarł wreszcie do kuchni, zdawał się podpowiadać, że właśnie tak było. Najpierw się więc uśmiechnęła ponad dzbankiem wypełniającym się parującą wodą. Obróciła się, kiedy stanął w progach kuchni, kontynuując swój zaskakujący wywiad i już wyciągając łapy po kieliszeczek.
– To lustro… wzięłam ze śmietnika, strasznie podobała mi się ta rama, naprawiłam stłuczenia i, wiesz, stoi sobie tak kilka miesięcy. Przygląda mi się, jak przymierzam sukienki – jak robię dobrą minę do złej gry. – Chcesz to teraz robić? Michael…. – przeciągnęła błagalnie sylaby niespecjalnie zachwycona jego intencją. – nie zaprosiłam cię po to, by zagonić do roboty, wiesz? – zamruczała, zbliżając się, otulając miękkim spojrzeniem, zupełnie jakby to miało w czymkolwiek pomóc, zniechęcić go do podobnych sprawunków. Nie chciała, by wypełniał tę chwilę robotą. Po drodze zdążyła jeszcze opróżnić pierwszą porcję wódeczki. Obejmowała go przez chwilę nieco sugestywnym spojrzeniem, by wreszcie przestać i przenieść to wszystko do saloniku. Po drewnianych podłogach zwinnie przemknęła, a materiał sukienki zawiał w gwałtowności tego pochodu. Rozłożyła przekąski na stoliku, mocno postawiła butelkę wódki, by ostatecznie oprzeć się o ramię głębokiej sofy. Skierowała oko wprost na to nieszczęsne zwierciadło. Za każdym razem widywała w nim to samo oblicze. – Zasłania wgniecenie w ścianie, kiedyś poniosło mnie z zaklęciami – przyznała nagle, zastanawiając się cicho, czy po jego stronie nie widniał żaden cień tamtej frustracji. – Lubię je – dopełniła, jednocześnie podciągając niespiesznie materiał spódnicy w górę uda, by niedługo pozbyć się tych nieszczęsnych pończoch. Odpięła dwa paski i wcisnęła palec pod prześwitujący, czarny materiał, powoli zmusiła go do zsunięcia się. Tak po prostu, bo przy nim czuła się się zupełnie swobodnie. Nie od dziś.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Michael Scaletta
Czarodzieje
wolność — kocham i rozumiem
wolności oddać nie umiem
Wiek
26
Zawód
kradnie, co popadnie
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
7
15
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
7
10
Brak karty postaci
04-03-2026, 21:01
Z zewnątrz płynęła nawet to spójna, melodyjna muzyczka, prawie jakby Cardiff celebrowało właśnie jakieś wyjątkowe święto; oni sami ubrani byli też w wykwintność, jakże odrębną od mętnych twarzy, jakże niepasującą do niezadbanych paznokci i porowatych cer. Na stole prędko zamajaczyła też wódka ― prędki omam majestatycznego namaszczenia; ale co, tak właściwie, było jego przedmiotem? Mógłby szukać odpowiedzi w chłodnym powietrzu, mógłby podumać nad tym osobiście, albo i nawet w jej nienachalnym towarzystwie, ale nie było tu dzisiaj na to miejsca; już jutro, przy okazji spisywania skromnej relacji z dziennika, w tonie myśliciela-eseisty miał do tego jednak wrócić, szukając jakiegoś głębszego sensu w tym, jak zjazd przebiegł, jak go skwitowano, wreszcie ― którą to wersją Michaela zawładnęła chciwa myśl o kontynuacji.
Bo czymże, tak właściwie, wyznaczało się pretekst do wzniosłego nagrodzenia codzienności? Czymże zasłużyć należało, by spicie kropel rumu z wewnętrza kieliszka nie było kojarzone z lękliwą ucieczką do innej rzeczywistości, lecz nawet z czymś to ambitniejszym, z czymś nazywanym przez ludzkość rytualnym obrzędem? Co takiego powodowało od wieków, że to zdegradowane społeczeństwo ― zarówno smutki, jak i radości ― kwitowało leniwym wychyleniem czegoś mocniejszego? Czy tymże właśnie miało być człowieczeństwo ― objawem słabości, banalności, w końcu i popędu?
Te ostatnie mogły teraz krążyć w zwykle beznamiętnej krwi, te ostatnie mogły odzywać się głośnym echem nienormalnego chciejstwa, jakby próbował tym samym wystawiać na próbę i ją, i samego siebie; i nie miał w zasadzie żadnego, skonkretyzowanego pojęcia o tym, jak należałoby je nazwać ― przynajmniej teraz, gdy milcząco pożerał wzrokiem kanty jej twarzy, a ustami smakował pierwszej dawki poczciwej żytniej ― i przy tym być może wyzwolić, ale trwogę przed nieznanym stłumić miała niezwyczajna niedbałość.
Niedbałość o teraz, niedbałość o jutro i niedbałość o wczoraj; melancholia ustąpiła miejsca chwilowemu entuzjazmowi, ten zaś zrobił miejsce dla niewinnych rozważań, nie pierwszy i nie ostatni raz przemykających po jego zdystansowanej skórze. Wiele już razy sugestie spływały spomiędzy jej powiek, warg, a nawet i koniuszków palców; wiele już razy sugestie przecinały ciała na wskroś, mącąc dziwacznym wrażeniem niedosytu, z którym, po prawdzie, lubił pozostawiać ją za plecami.
Dzisiaj jednak dopadły wyraźnie i jego, dzisiaj trafiły do mózgu i trzewi prędzej od ciepłej połówki litra, więc zdziwienie wymieszało się z figlarnością; dzisiaj jednak krążyły wyraźnie także i pod jego czupryną, niesione prostą to nawet konstatacją, że dobrze wyglądała w tej sukience, że ładnie upięła włosy i jeszcze ładniej spoglądała nań spod wachlarza rzęs, że słodko pachniały jej perfumy.
Może powrót do zamku obudził w nim jakieś pokrzepiające wspomnienia, może zaś widmo pozostawionych dawno temu za plecami murów ― w charakterze rozgoryczenia i frustracji ― obnażyło nawet ciche pragnienia ducha, które zwykle gasił już machinalnie.
I w tym jednym momencie wyłaniał się zeń ten parszywy egoista, pragnący jej na chwilę, ale odrzucający już zaraz, bo to wszystko wyzbyte było sensu; i w tym jednym momencie bynajmniej nie był lepszym od skurwysynów, z którymi to zwykła chodzić na przelotne randki. Ale tego nie mogła w nim zobaczyć, tego nie mogła realnie dotknąć, choćby nie spuszczała wcale wzroku z błyszczących, tym razem inaczej, brązowych tęczówek, okalających rozszerzone źrenice.
― Wiem ― odparł tylko zdawkowo, wcześniej odpowiadając na jej pytania wyłącznie wymownym spojrzeniem. Bo kiedy gdybała o błyskotkach, wyobrażał sobie, że byle podrzędny rysownik dla sztuki chętnie rozebrałby ją ze wszystkiego, na szyi pozostawiając ledwie sznur z pereł; spotykała się kiedykolwiek z takim? Bo kiedy dopytywała, czy jako hojny kieszonkowiec miał coś jeszcze dla niej, wewnętrznie rugał się już za tamtą, rzuconą bez zastanowienia, uwagę; dobrze się czuła, nazywając go taką bezpośredniością? ― Contusio. Zaraz wracam ― krótkim ruchem różdżki zabezpieczył zwierciadło przed stłuczeniem; i choć dałoby się pewnie zamontować je z użyciem zaklęć, w kilka minut to samo osiągnie bardziej z nim współpracującym młotkiem oraz parą rozporowych kołków. Te miał u siebie w szufladzie komódki, po te przemknął więc w pół minuty, przechodząc nierozsądnie z balkonu na balkon; a razem z nimi przyniósł to jeszcze zapas fajek i drugie pół litra ― jakby jedno miało nie wystarczyć. ― Pilnuj no tylko, żeby było równo ― dopowiedział krótko, kucnąwszy przed lustrem, a już zaraz w jego tafli doglądając scenki zza pleców obarczonych bielą koszuli. Jedna pończocha już skapitulowała ― ta porwana. ― Pamiętasz, co mi wcześniej obiecałaś? ― zaczął zaraz, w dłoniach ściskając młotek i gwóźdź; stuknęło raz, drugi, trzeci ― a pomiędzy tym ostrość znów zawitała w gardle, a on precyzował swoje ostatnie pytanie: ― Miałaś mi powiedzieć, na co masz ochotę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Philippa Moss
Akolici
Musimy mieć wytrwałość i ponad wszystko wiarę w siebie. Musimy być pewne, że mamy do czegoś talent.
Wiek
25
Zawód
barmanka, matka niuchaczy
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
panna
Uroki
Czarna Magia
25
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
11
11
Brak karty postaci
08-03-2026, 19:16
On zawsze wszystko wiedział. Wiedział na moment przed jej głośną i nierzadką przecież wykładnią myśli, które w tym towarzystwie nazbyt często czuły się jakieś niepewne. A może lekceważone? A może pozornie dobitnie niezrozumiałe? Żadnym wymysłem przecież w przypadku jej postaci nie było bezpośrednie prawienie o tych czy owych bolączkach, ale przy nim nazbyt często mierzyła się z całą lawiną jakichś mylnych znaków, ryzyka jakiegoś błędnego interpretowania. Ostatecznie nawet okazywało się, że to nie on tkwił w pułapce złych wniosków, lecz znów ona. Koło toczyło się po jej stronie. I chociaż niezmiennie trwała zafrapowana dziwnymi zderzeniami dziejącymi się podczas ich wspólnych chwil, za plecami narastał jakiś niepokój. Paskudztwo, które lubiło raz na jakiś czas poturbować jej marmurowy wręcz entuzjazm. Zawziętość miewała granice, a Philippa nie od dziś malowała rzeczywistość barwą znacznie intensywniejszą, niż było to konieczne. Zupełnie jakby sama siebie potrzebowała w czymś utwierdzić, zupełnie jakby na wszelki wypadek trzeba było być bardziej, głębiej, totalnie. Ale w tym przypadku – bo przecież nie znali się od wczoraj – na nic wachlarz starych sztuczek. To też zagnieździło się w jej świadomości już ładny kawał czasu temu. I to też dzień za dniem potrafiła perfekcyjnie ignorować. Lecz nie o tym chciała teraz myśleć. Michael wiedział, a mimo to gotów był bezinteresownie połatać dziury jej małego gniazda. Wkurzał ją tymi swoimi skąpymi słówkami. On wiedział, a ona trwała tylko mocniej w tej sytuacji skonsternowana, próbując się doszukać wreszcie jakiegoś konkretu. Jakieś jego myśli. Ale wszystkie je trzymał mocno przy sobie, dzieląc się z zauważalną rzadkością. Może wolał, by żadnej z nich nie poznała.
– Dopiero przyszedłeś – zauważyła, próbując nieco podejrzliwym gestem frunącej do czoła brwi podkreślić zdziwienie. Chwilę ledwo majstrował przy tym nieszczęsnym zwierciadle, a później już mknął gdzieś po balkonach, prowokując u niej ciężkie westchnienie. Tym samym tkwiła tak, gapiąc się całkiem bez myśli w ten zdobiony przekąskami kawałek drewnianego stołu. Ale wkrótce później już z powrotem gramolił się gdzieś po balustradach zaopatrzony w narzędzia. Stuknęło, kiedy postawił flaszkę na stole, a kilka wafli zadrżało w porcelanowej miseczce. Wypuściła z rąk porwaną pończochę, powracając do niego myślami dopiero, gdy wywołał ją niespodziewanym poleceniem. – Stąd kiepsko widzę – stwierdziła, wstając tak w tej jednej odzianej nodze i wędrując do centralnego punktu saloniku, aby złapać dostatecznie przyzwoitą perspektywę. Zmrużyła oczy, kiedy Scaletta ważył w dłoniach nieszczęsne lustro. – Hm, lewo trochę w górę – oceniła, mimowolnie też przyglądając się własnemu odbiciu. Wiele godzin wczorajszych wojaży zaczynało się odbijać na jej wizerunku. Już nie wyglądała tak dobrze. Poprowadziła dłonie do włosów, wyłapując obecność jeszcze jednej nieszczęsnej spinki. Ta splątana w lokach wcale nie chciała się tak łatwo wykręcić. Młotek zastukał, zupełnie jakby wbijał do głowy powagę jakiejś przypudrowanej już niepamięcią obietnicy. Te kilka godzin zdawało się być bowiem niezmiernie odległe. Jak daleki szkocki zamek i garść pozostawionej tam frustracji. Dobrze więc, że zechciał raz jeszcze przywołać jakieś przyrzeczenia. Przecież mogłaby rzucić luźno gadkę o niepamięci albo odbić cała sprawę i zażyczyć sobie, by to on tym razem zrobił coś, co zechciał ten jeden raz jej obiecać. Wpatrywała się zamyślona w białe plecy zajętego pracą gościa, zbierając w myśli do kupy te sto pragnień, o których mogłaby mu opowiedzieć. – Tylko nie zrób sobie krzywdy – odezwała się nagle, podchodząc o dwa kroki bliżej. Nieufnie przyjrzała się tym boleśnie wyglądającym narzędziom. – Jak tak stuka, to wydaje się być jeszcze bardziej ostre… - stwierdziła, pochylając się lekko z tyłu, ponad jego kucającą sylwetką. Na co masz ochotę. – Robię to, na co mam ochotę – rozpoczęła wreszcie, pozwalając własnym palcom za plecami Scaletty zakraść się do pasków blokujących drugą pończochę. Dziwnie było tkwić tylko w jednej, musiała czym prędzej zrobić z tym porządek. I to nic, że on patrzył. Może właśnie dlatego wzięła się za to właśnie teraz, dość subtelnie, dość czule własną dłonią gładząc odsłoniętą po podciągnięciu spódnicy skórę na udzie. – Mówiłam ci przecież. Żadnych wielkich panów, żadnych błąkających się namolnych głąbów. Wybrałam twoje towarzystwo i na nie mam ochotę. Masz jakieś wątpliwości? – wyrzuciła, ciągnąc mocniej za pasek, który nagle przyblokował się i wcale nie chciał się po dobroci odczepić. Ale Michael pytał przecież o coś więcej, niż to o czym wiedział. – A ta cała akcja w bibliotece. Wiesz, na to też mogłabym mieć ochotę częściej. Podobało mi się to, nawet jeśli ten pieprzony woźny chciał tknąć to, co do niego nie należało. – Zaczep ustąpił, a więc mogła zsunąć materiał z nogi i pozbyć się wreszcie łaskoczącego materiału. To wszystko wyglądało dość prozaicznie, o wiele bardziej niż planowana przez złośliwość wadliwego wiązania, ale nie przejmowała się tym. Znów patrzyła w oczy mężczyzny, który patrzył w interesującą toń lustra. Prawie jakby ją dotykał. Głęboki dreszcz przepłynął prędko przez całe ciało, rozbijając się gdzieś na stopach. Lekko zacisnęła palce, zapraszając jednocześnie uśmiech na własne usta. Skubnęła palcem zakręconą końcówkę włosów. – Przez cały czas mam ochotę… poznawać cię, spędzać z tobą czas, robić te wszystkie dziwne rzeczy, których nigdy nie robiłam albo takie zupełnie nudne. Ty o tym wiesz – stwierdziła, znów mówiąc coś wprost. Nie powstrzymała się przed tym, nie uciekała jak spłoszona przez drapieżnika łania. Dawno temu przecież przestała taka być. Miała brać to, czego pragnęła, to, na co miała ochotę. Ostrożnie zdjęła z jedno ramiączko sukienki, później zaś drugie, ale materiał na klatce piersiowej wciąż mocno się trzymał, dobitnie przypasowany, za mocno nawet ściskający piersi. Obróciła lekko głowę w bok, wodząc okiem za odsłoniętym ramieniem. – Coś jeszcze majstrowałeś przy tym lustrze? Wyglądam zbyt dobrze, nawet w tej wysłużonej ramie – przyznała zadowolona, gładząc niespiesznie chłodnawą skórę na ręce. Dawno już nie czuła się tak obnażona jak teraz. Wiem, że nie, ale powiedz mi, że taka po prostu jestem, że taka ci się podobam. Że coś czujesz.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Michael Scaletta
Czarodzieje
wolność — kocham i rozumiem
wolności oddać nie umiem
Wiek
26
Zawód
kradnie, co popadnie
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
zakurzona
kawaler
Uroki
Czarna Magia
5
0
OPCM
Transmutacja
7
15
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
7
10
Brak karty postaci
28-03-2026, 00:50
Gdyby tylko wymamrotała to z irytacją na głos ― że wiedział, wszystko tak obrzydliwie, zawczasu, wiedział ― zaśmiałby się pewnie krótko, w łagodnym geście głaszcząc ją po miękkich włosach; i byłoby w tym półuśmiechu coś żałośnie gorzkiego, a zarazem coś głośno manifestującego naiwność ― bo tak po prawdzie, gówno w tym parszywym życiu wiedział.
O niej, o sobie, o świecie i innych ludziach; o dzisiaj, o wczoraj i o jutrze ― wszakże one wszystkie były tylko jakąś leciwą projekcją jego nastroju, jego ochoty lub braku, jego potrzeb, ambicji i spopielonych dawno marzeń. Jedni uznaliby, że niefortunnie wstawał co dzień rano lewą nogą, narażając się na niepowodzenie; jemu samemu zaś tak prozaicznie zdawało się, że losem człowieka ― a jego już w szczególności ― odwiecznie już rządził nielitościwy błąd. Jedni dzielnie stawiali im czoła, gotowi naprawiać poczynione przezeń spustoszenie; inni natomiast ― i on również ― z mniejszym zaangażowaniem szukali koniecznych dla tego narzędzi, a jeszcze mniej chętnie sięgali po to, by ich w końcu użyć. O tym, o tym właśnie, wiedział doskonale, oglądając własne, poszarzałe i naznaczone nieszczęściem oblicze, w lusterku ciasnej łazienki.
Ale może ona wiedziała co innego i bynajmniej się w tym nie myliła; może ona, spoglądając nań przez kolorowy pryzmat, wtłaczała do jego istnienia ostatnie, zachowane na później, iskry czegoś ładniejszego, słusznie doglądając w nim objawów tego, co z pozoru ― jak zdawało się jemu samemu ― zniknęło z ram męskiego ciała już dawno temu.
I może to samo czyniła też względem siebie, w znoju codzienności niezmiennie odnajdując jakąś nienazwaną siłę, którą on mimowolnie zdawał się z niej wysysać; bo wszędzie tam, gdzie zdążyła zagnieździć się jej pewność siebie, jej świadomość własnego ja, tej ułożonej z precyzyjnych imaginacji Philippy Moss, on machinalnie je jej odbierał. Podobno wiedział ― więcej od niej, więcej niżby chciała ― ale w okolicznościach takich jak ta, w chwilach podobnych tej, gdy umysł beztrosko tańczył w rytm leciwej melodyjki z radyjka i wypitej bez wahania wódki, pojmował, jak bardzo się dotąd mylił.
Jak bardzo nie miał pojęcia, co będzie, co mogłoby być, co tak naprawdę jest ― jej sednem, jego sednem, ich wspólnym sednem; a każde zwątpienie napędzało od razu chęć jego rozwiania ― i po tym pierdolonym zjeździe tak nagle zamknięte dotąd szeroko oczy otwierały się nagle i spragnione były odpowiedzi. A pytania bynajmniej nie ograniczały się tym razem do tego, kim w istocie byli; nagle to zaczęły dotykać też świadectw, kim wkrótce będą ― tak w ogóle, ale i dla siebie, wzajemnie.
― Sąsiedzi się wkurzą. Że hałasuję o pierwszej w nocy ― zauważył cicho, ale to nie powstrzymało młotka przed kolejnym, wykalkulowanym ruchem; te miał zasadniczo dość dobrze opanowane ― a trzeźwość towarzyszyła mu rzadziej od tego drugiego stanu, więc nie było szansy na pomyłkę. ― Ale jebać ich, stara Joan ostatnio jęczała tak głośno, że pewnie słyszał ją nawet drugi koniec ulicy ― skwitował, kąciki ust drgnęły, a brązowe oczy znalazły ją w odbiciu zwierciadła; i tam też zatrzymały się na dłużej, już po dyspozycji, by przesunął konstrukcję na lewo, dokładnie w chwili, gdy opowiadała wreszcie o swojej ochocie, a on trochę na ślepo montował ostatnie kołki w ścianie. Ten obszerny monolog wystarczył jednak, by znowuż poczęstował się czystą, wreszcie przymocowując lustro na miejscu; ten obszerny monolog wystarczył, by w międzyczasie ― w manierze jakiegoś ondulowanego, ociekającego erotyką wampa ― zrzuciła drugą pończochę, gdzieś pomiędzy ― jeszcze ramiączko sukienki.
A on usiadł przed tym lustrem, teraz trochę brudnym od jego odcisków palców, teraz trochę obrazoburczo odbijającym te ich wszystkie ― nowe, stare, doraźne i wieczne ― chciejstwa dusz; dłonią zagarnął więc w końcu pozostawioną za plecami rajstopę, ją też zaczął niepewnie przewijać między palcami, aż w końcu odezwał się, unosząc wzrok z powrotem do jej podobizny:
― Poznawać mnie, spędzać czas, robić dziwne rzeczy... Zapomniałaś tylko o pieprzeniu się ― sprowokował, odrzucając materiał na bok i wyciągając nogi w poszukiwaniu wygody, jakby ustanowił sobie dziś za cel wycisnąć z niej wszelkie objawione prawdy, jakby nakazywał jej teraz nonszalancko spowiadać się z myśli, które kłębiły się w niej od dawna. O nich nie wiedział przecież nic, nawet jeśli sądziła inaczej. ― Ale nie winię cię, zawsze za dużo gadałem ― uznał zaraz, półżartem, półserio, wciąż gapiąc się w taflę, jakby tak rozmawiało się im prościej.
Bo przecież nie robił tego, by podziwiać własną robociznę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 13:36 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.