• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Szkocja > Hogsmeade i okolice > Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie > Skrzydło szpitalne
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
15-10-2025, 23:34

Skrzydło szpitalne
Skrzydło szpitalne w Hogwarcie to jasne, przestronne pomieszczenie o wysokich oknach, przez które wpada miękkie, rozproszone światło. Rzędy czystych, białych łóżek stoją równiutko po obu stronach sali, każde przykryte śnieżnobiałą pościelą, otoczone zapachem eliksirów oraz ziół leczniczych. W powietrzu unosi się delikatna woń lawendy i mikstur uzdrawiających, a ciszę przerywa jedynie cichy szmer kroków lub brzęk fiolki na metalowej tacy. Na końcu sali znajduje się biurko pielęgniarki, czuwającej z surową troską nad swoimi poszkodowanymi pacjentami. Mimo sterylnego porządku i wymaganej ciszy, pomieszczenie to zdaje się tętnić życiem, swym własnym rytmem niesionym przez mnogie szeregi gości i zmartwionych odwiedzających.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Willow Weasley
Zwolennicy Dumbledore’a
Nothing you can take from me was ever worth keeping.
Wiek
25
Zawód
Służba w Policji Magicznej
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
22
0
OPCM
Transmutacja
21
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
13-01-2026, 22:21
30 kwietnia 1962
Medycy rzucili parę zaklęć, podali jej eliksir, ale ramię bolało nadal, chyba rozwodnili czymś mieszaninę, żeby nie wpychać tyle na raz w zawodników. Ostatecznie kazali jej siedzieć w skrzydle szpitalnym i w sumie nie miała nic przeciwko temu, dostała wygodną kozetkę, miękką poduszkę oraz trochę prywatności, bo teraz trwał finał pojedynku, więc kogo miałoby tu przywiać? Żadnej powsinogi się nie spodziewała, więc zdjęła trzewiki i oparła nogi o metalową ramę łóżka, zakładając lewą na prawą stopę. Wlepiła oczy w sufit, aż naszły ją wspomnienia ze szkolnych lat, gdy faktycznie spędzała tu czas po meczu, gdy oberwała tłuczkiem lub niezbyt przyjemnym zderzeniu z zaklęciami podczas klubu pojedynków. Teraz była bardziej poobijana, w końcu po przeciwnej stronie areny stała aurorka, walcząca na co dzień z czarnoksiężnikami, więc czego się Willow mogła spodziewać? Ego gdzieś szczypało, a różdżka dalej grzała w kaburze, trochę zirytowana potokiem spraw, a trochę też zmęczona tym całym pojedynkowaniem. Potrzebowała więcej trenować, tylko właściwie kiedy? Z drugiej strony jej kaliber przeciwników w codzienności był zupełnie inny – chociaż na wspomnienie sunącej w jej kierunku Cybil Burke o wzroście wysokiego drzewa i pięści, jaka zdzieliła ostatecznie rudowłosą czarownicę, poczuła dziwny dreszcz niepokoju. Zdecydowanie powinna więcej trenować i może nawet trochę przypakować, pozbawiona różdżki mogła polegać na swoich unikach, bo siłę miała nikłą. Walka na pięści z braćmi zawsze polegała na tym unikaniu, ale najlepszą obroną był czasem atak. Tę zasadę zresztą odnalazła w samej magii, biorąc pod uwagę sromotne porażki podczas wielokrotnych prób obrony, które ostatecznie skazały ją na porażkę.
Leżąc tak wsunęła prawą rękę pod głowę, bo lewej – zranionej – nie chciała nadwyrężać, przymknęła na chwilę oczy i wsłuchiwała się w odległe dźwięki dochodzące z różnych części zamku. Cisza, spokój, żadnego zaklęcia lecącego w jej kierunku, żadnego przymusu do obrony. Oczywiście nie żałowała udziału w pojedynku, wiele jej pokazał o słabościach, ale po prostu zmęczenie zrobiło swoje.
– Farley, słychać cię, nie jesteś kotem – żeby tylko Willow wiedziała w jak wielkim błędzie była, bo w istocie miała do czynienia z kimś wyjątkowo… kocim. Wymawiając te słowa otworzyła jedno oko i zerknęła w korytarz, dostrzegając tam dobrze znaną jej sylwetkę. Po czym go poznała? Ten charakterystyczny chód, którego się nasłuchała przez ostatni miesiąc; strzelające o siebie guziki płaszcza i skrzypiące buty, które czarodziej powinien zapastować. Chyba miała jeszcze jakąś pastę w mieszkaniu, najwyżej sama mu je zapastuje, jak nie będzie patrzył, bo ile to rzucić parę zaklęć i szczotka sama będzie sunąć po skórze, rozprowadzając emulsję z wosku. – Przyszedłeś kopać leżącego? Mam już dość na dziś Drętwoty – zażartowała, pijąc do swojej przeciwniczki, która zasypywała ją gradem udanych i mniej udanych powtarzalnych zaklęć. – Jak już to mnie przemień w kaczkę – dodała, przenosząc rękę spod poduszki na czoło w dość dramatycznym geście, właściwie całkiem przygotowana na to, że zaraz obrośnie pierzem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Fintan Farley
Czarodzieje
do you have enough love in your heart to go and get your hands dirty?
Wiek
25
Zawód
przedsiębiorca (diler i złodziej)
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
żebracza
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
8
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
15
Brak karty postaci
18-01-2026, 21:08
Prześlizgiwanie się przez hogwarckie korytarze dostarczało tego przyjemnego echa dreszczyku emocji, który towarzyszłym mu lata temu. Wtedy, tak jak i teraz, jego celem było skrzydło szpitalne, ale w zupełnie innych okolicznościach. Po pierwsze, był środek dnia, a nie te ciche godziny zaraz po ciszy nocnej. No i teraz nie musiał się ukrywać i wzdrygać na każdy odgłos: wtedy to mógł być ktoś z kadry nauczycielskiej, kto niewątpliwie wlepiłby mu kolejny szlaban, a teraz? Po prostu odbijające się od kamiennych murów zamków rozliczne głosy dorosłych, którzy tak jak i on zapewne oddawali się w objęcia nostalgii.
Bynajmniej nie zmierzał tam dla siebie — nie, on był już dobrze połatany po pojedynku z Philippą. Tak się złożyło, na pewno zupełnym przypadkiem, akurat oglądał z widowni jak taka jedna Weasley walczyła później z Moss, a następnie z — jak głosiła trybunowa plotka — jakąś aurorką. I choć na początku Farley nawet był zainteresowany oglądaniem finału, tak teraz wynik starcia w ogóle go nie interesował.
Krok za krokiem, myśląc że jest niezwykle cichy i nikt go nie przyuważył, chciał wślizgnąć się niepostrzeżenie do szpitalnego skrzydła. Zamarł jednak w pół kroku słysząc jakże znajomy głos. Spiął się na krótką chwilę, w myślach gorączkowo przeczesując wspomnienia z ostatniego miesiąca. Nie, chyba go nie przyuważyła...? Nie mogła. Jakby wiedziała to obwieściłaby mu to w zdecydowanie mniej zawoalowany sposób, a bardziej z impetem dwurożca wchodzącego do sklepu z porcelaną. Zaśmiał się więc cicho i pokręcił głową, wchodząc dość pewnie do pomieszczenia.
— Masz mnie. Chyba wychodzę z wprawy — odparł, opadając na skraj łóżka gdzieś przy jej nogach. Obrzucił Willow czujnym spojrzeniem, na dłużej zatrzymując się na jej lewej ręce. Chciał się odezwać, ale ubiegła go: zamknął więc usta, z początku chcąc być oburzonym: czy naprawdę by go o to posądzała? Z drugiej strony, dawniej tak przecież bywało, że w takich sytuacjach przychodził trochę się nad nią popastwić — ostatecznie kończyło się to tym, że z jego kiepskich żartów śmiała się do rozpuku, kiedy on musiał nurkować pod łóżko i udawać przed szkolną pielęgniarką, że wcale go nie ma po ciszy nocnej w skrzydle szpitalnym. Czy naprawdę był w tym tak dobry, czy pielęgniarka udawała, że go nie widzi? Po dziś dzień pozostawało to tajemnicą, której chyba nigdy już nie rozwikła. I może tak było lepiej, bo przecież nie wszystko musiał w życiu wiedzieć.
— Jaaa? Nigdy! Twoje oskarżenia mnie ranią — przyłożył dłoń do piersi w udawanym oburzeniu, którego efekt psuł uśmiech cisnący mu się na usta. — To ja przychodzę ci pogratulować i podziękować, że pomściłaś mnie w pojedynku z Moss, a ty mi tak odpłacasz? — ciągnął farsę dalej, sięgając za pazuchę. — Chyba aż będę musiał sam zjeść oba te imbirowe ciasteczka — westchnął, z ukosa obserwując Willow, a papierowa torebka zaszeleściła w jego dłoni.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Willow Weasley
Zwolennicy Dumbledore’a
Nothing you can take from me was ever worth keeping.
Wiek
25
Zawód
Służba w Policji Magicznej
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
22
0
OPCM
Transmutacja
21
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
25-01-2026, 20:54
Czuła jakiś rodzaj triumfu, chociaż nie było to coś w rodzaju wygranego pojedynku, a raczej pewności, że nie wyszła z wprawy rozpoznawania tych kroków. Chociaż, czy było się czym aż tak szczycić, skoro tak często ostatnio ze sobą przebywali?
– Tak, ty! – zawtórowała i zaśmiała się, ściągając rękę z czoła i kończąc ten dramatyczny akt posądzenia o najgorsze przewiny. Początkowo słysząc o gratulacjach, chciała pokręcić głową, machnąć ręką i zacząć w najlepsze narzekać o całej serii niefortunnych zdarzeń, która miała miejsce w jej pojedynkach. Poczynając od pierwszego, aż do ostatniego i nie chciała oczywiście przepuścić historii o tryskającym klozecie, który ujawnił się po wielkiej Bombardzie od Cybil Burke. Bombardzie, jaka wysadziła nie tylko arenę, ale samą Willow w taki sposób, że nadal trochę czuła to uderzenie o ścianę w żebrach. Jednak cała chęć na to prysnęła, gdy pojawiło się na ustach Fintana dobrze już znane policjantce nazwisko.
– Pojedynkowałeś się z Annie? – uniosła brew w lekkim szoku, nie tylko, że oboje mieli starcie z dawną znajomą, ale też dlatego, że w ogóle Fintan brał udział w turnieju. Nie chodził przecież na klub pojedynków, a jak już to chyba preferował rozwiązania, które nie zakładały wykorzystania różdżki? Ze szkolnych bójek pamiętała bandażowanie jego knykci i marudzenie, że jako prefekt nie może tolerować takich zachowań. – W którym momencie odpadłeś? – dopytała. – Niezbyt miałam czas patrzeć na inne areny i jakoś przegapiłam twój udział – przyznała, lekko podnosząc się na łokciach i mimowolnie sprawdzający, jak mocno poturbowany był Gryfon. Zaraz jednak jej uwagę przykuł papierowy woreczek i łakomstwo dnia dzisiejszego wzięło górę. Podniosła się do pozycji siedzącej i skrzyżowała nogi, robiąc tym samym więcej miejsca czarodziejowi.
Obróciła imbirowe ciasteczko w dłoniach kilka razy, zastanawiając, od której części zacząć – mogła to być kokardka lub guziczki, odgryzanie takich wystających elementów zawsze wydawało się kuszące. Łatwo się odczepiały i chyba nawet smakowały słodziej. Chociaż równie intrygująca była wizja dekapitacji, kończąc z tymi pustymi oczodołami wyciśniętymi w cieście. Uśmiechające się wypieki potrafiły wprawiać w dyskomfort – trochę głupio było je tak niszczyć. Ostatecznie więc zdecydowała się na odklejenie palcami guziczków i ich konsumpcję, potem przełamanie ciastka na pół i pogryzienie górnej części, zostając z czymś w rodzaju dziwnego v w rękach.
– Myślałam, że tylko na święta je wypiekają – zauważyła, pijąc do Hogwarckich skrzatów odpowiadających za te ciasteczka. Pewnie okazja zjazdu wywołała pojawienie się tych smakołyków – nie można było narzekać. – To opowiadaj, z kim udało ci się skrzyżować różdżki? – Była szczerze zaintrygowana, chciała poznać tę stronę Farleya i dowiedzieć, jak się sprawdzał w zaklęciach bojowych, bo chyba nie opierał się jedynie na transmutacji, prawda? Z drugiej strony w pracy widziała już takie zastosowania transmutacji, że nie zdziwiłaby się szczerze, gdyby Fintan właśnie nią torował sobie drogę przez cały turniej – o ile wciąż był w tej sztuce tak biegły, jak za czasów szkolnych.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Fintan Farley
Czarodzieje
do you have enough love in your heart to go and get your hands dirty?
Wiek
25
Zawód
przedsiębiorca (diler i złodziej)
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
żebracza
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
8
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
15
Brak karty postaci
31-01-2026, 21:53
W ogóle nie miał Willow za złe tego, że była zdziwiona jego uczestnictwem w turnieju. W końcu znała go od tej strony, która wolała pojedynkować się na pięści, ewentualnie słowa. Sam przecież był zdziwiony tym, że zgłosił się dziś do uczestnictwa, ale w tej chwili miał wrażenie, że było warto.
Oj, jakże niebezpieczna była ta gra, w którą grał z samym sobą.
— Tak. W sensie, z Philippą — potwierdził. — Wyeliminowała mnie w drugiej rundzie. Przyznaję, byłem zaskoczony, że dotarłem aż tak daleko — dodał z nieśmiałym uśmiechem, spuszczając głowę i drapiąc się po karku. — Transmutacją wiele nie byłem w stanie tam zwojować, za dużo zasad i wykluczeń — wzruszył ramionami, podsuwając Willow torebkę ze słodkościami, których woń otulała ich niczym wspomnienie miękkiego, świątecznego swetra.
— Przyznaję, też się ich tu nie spodziewałem, ale bardzo się z nich cieszę — stwierdził, czując, jak nostalgia atakuje go ze wzmożoną siłą. No i to, jak Willow zaciekawił jego udział w turnieju. Jak go cieszyło to, że nie przysparza jej samych zmartwień... i że jeszcze potrafi ją chyba czymś pozytywnie zaskoczyć.
— Wygrałem w pierwszej z... Lizzy Evans, tak, na sam koniec podpatrzyłem od niej zaklęcie, które dało mi aż piętnaście punktów. Nawet nie miałem pojęcia co to właściwie było, ale zdecydowanie miałem w tamtej chwili o wiele więcej szczęścia niż umiejętności — odpowiedział jej zgodnie z prawdą, a przynajmniej z prawdą, w którą wierzył. — A ty? Sądząc po ilości podekscytowanych rozmów na korytarzach musiałaś mieć bardzo widowiskowe starcia. Dobrze słyszałem, że się z kimś pobiłaś? Tak na pięści? — zaraz odbił piłeczkę, obracając w palcach swoje imbirowe ciasteczko. — Nie posądzałbym cię o to, pani "jako prefektka nie mogę tego tolerować, Fintan" — przedrzeźnił ją, nawiązując do rozmowy, którą nie raz i nie dwa odbyli w czasie ich nauki w Hogwarcie, gdy Willow piastowała niezwykle odpowiedzialną rolę uczniowskiej strażniczki porządku. Jak na załączonym obrazku było widać, tak jej się to musiało wtedy spodobać, że postanowiła kontynuować tę ścieżkę kariery w dorosłym życiu. Jednak to, że Willy posunęła się do rozwiązania siłowego było dla niego co najmniej zaskakujące, żeby nie powiedzieć, że w ogóle się tego po niej nie spodziewał. Nic więc dziwnego, że zżerała go z tego powodu ciekawość.
Farley nie rozczulał się nad ciastkiem. Owszem, obrócił je w dłoniach i obejrzał, bo było coś kojącego w tym, że choć zmieniało się wszystko, tutaj niektóre rzeczy dalej były takie, jak dawniej: nawet jeżeli były to tylko świąteczne wypieki zamkowych skrzatów. Stanowiło to jakiś punkt zaczepienia, kotwicę, która sprawiała, że posiadał punkt odniesienia.
Bezceremonialnie odgryzł głowę ciastka, przymykając oczy i delektując się smakiem korzennych przypraw i miodu w idealnie przyrządzonym cieście. Mruknął zadowolony, spoglądając na Willow z szerokim uśmiechem na ustach.
— Dokładnie takie, jak pamiętam — powiedział, po czym zjadł drugą połowę ciasteczka. Nie wiedział co to dokładnie było, ale cała ta nostalgia musiała wprawić go w wyjątkowy nastrój, bo nagle ogarnęło go jakieś dziwnie lekkie, energiczne uczucie.
Ciekawe.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Willow Weasley
Zwolennicy Dumbledore’a
Nothing you can take from me was ever worth keeping.
Wiek
25
Zawód
Służba w Policji Magicznej
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
22
0
OPCM
Transmutacja
21
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
31-01-2026, 23:10
Philippą – czyli znał już jej nowe oblicze, personę, imię. Pokiwała głową powoli, wsłuchując się w jego relację z pojedynku. Krótką, bo nie wchodzącą w szczegóły, ale dającą obraz tego, jaki był przebieg starcia z Moss. Tylko, dlaczego pod rudą czupryną gromadziło się więcej pytań odnośnie znajomości z Puchonką, niżeli w kwestii samego turnieju? Dziwne uczucie przetoczyło się po skórze, nieprzyjemne i trącające napięte struny czegoś, co nie miał dotychczas swojego miana. Chyba tylko zapach ciastek uspokajał to, co zdążyło się wzburzyć nieoczekiwanie w czarownicy. Nie musiała stawiać go pod gradem pytań, jeszcze nie, to byłoby w ogóle nie na miejscu, a właściwie dlaczego miałoby ją to interesować? Fintan mógł się przyjaźnić z kimkolwiek, spotykać z kim chciał, oni tylko się kolegowali, a ona mu jedynie pomagała stanąć w życiu na nogi. Nic więcej.
– Tak, niestety, turnieje pojedynków stawiają na piedestale uroki – skomentowała, całkowicie skupiając spojrzenie na ciastku i udając, że nie wzruszyło jej nic mocniej, niż powinno. Dopiero dalsze relacje z turnieju, sprawiły, że wróciła na niego wzrokiem, obserwując dokładnie, niemal analitycznie. Czuła też ciepło rozlewające się od imbirowego ciasteczka, które nie przynosiło ukojenia, a raczej dodawało werwy.
– Electrorbis! – rzuciła energicznie, kiwając głową, że wie, o którym zaklęciu mówił Farley. – Wyszło ci, bo po prostu… ją naśladowałeś? – uniosła brwi szczerze zdziwiona. – To… łał. Brawo, trzeba naprawdę wprawy, żeby rzucić to zaklęcie – skomentowała, nie mogąc zmyć szoku z twarzy. Nawet trochę było jej ciężko uwierzyć, że komuś mogło wyjść to zaklęcie poprzez „podpatrzenie”. Miała już kazać mu, żeby wyczarował znów elektryczną kulę i pokazał swoje talenty, ale zadał jej pytanie i narastająca werwa znalazła ujście w tej odpowiedzi. – JA?! – w sumie to się oburzyła. – To ta wiedźma Burke zaczęła do mnie iść z łapami! – zsunęła się zwinnie z łóżka, nawet nie założyła butów. – BO JAKO PREFEKTKA NIE MOGĘ TEGO TOLEROWAĆ, FINTAN – pomachał mu palcem przed nosem rozbawiona, a potem przemaszerowała kawałek. – To była moja druga runda i sytuacja wyglądała następująco – zaczęła, najwyraźniej w tym całym przypływie śmiałości, poza opowieścią, stwierdziła, że zademonstruje całe przedstawienie teatralne. – Dostałam najpierw Drętwotą od tej wiedźmy, a potem wyobraź sobie, że rzuciła w moim kierunku… BOMBARDA MAXIMA i Depulso – żywo gestykulowała, najpierw udając Cybil rzucającą zaklęcie, a potem zmieniając stronę i cofając się od odrzutu zaklęcia w tył, aż trafiła biodrami na ramę łóżka pod drugiej stronie sali. – Jak WYBUCHŁO to rozwaliło arenę. Kto rzuca takie zaklęcie na turnieju? – zapytała retorycznie. – Uszkodziło kopułę, ścianę, w którą potem ja przywaliłam plecami. Gruz zaczął lecieć, uderzył w kobietę z dzieckiem na trybunach – czarownica załamała ręce, szukając gdzieś przez chwilę słów w suficie i odbiła się od metalowej ramy łóżka, wędrując ponownie do tego, na którym przed chwilą leżała. Jednak nie usiadła, wciąż przedstawiała sytuację. – Sędzia przerwał pojedynek, jakimś cudem wyzbierałam się spod tej ściany, ale myślałam, że mi żebro przebiło płuco. Oczywiście byłam zbyt dumna, żeby się poddać lub mówić, że należy Burke zdyskwalifikować – gadała jak najęta, a dopiero po wypowiedzeniu tych słów, zdała sobie sprawę, że tak… po prostu, bez ogródek przyznała się do tego. Na chwilę zbiło ją to z tropu, skąd w niej ta cała śmiałość? – Jeszcze jakby tego było mało, to ta ściana prowadziła do toalet, więc jeden z sedesów zaszczycił nas swoim błyskiem i zapachem – skrzywiła się nieco. – Ostatecznie pozwolili nam rozegrać pojedynek od początku na innej arenie i wtedy też zmienił się sędzia – przewróciła oczami. – Na takiego z Durmstrangu… i tu jesteśmy w punkcie historii, o której mówisz – przedstawiła, siadając wreszcie znowu na łóżku. – Wymieniłyśmy parę zaklęć, a ona zaczęła iść w moim kierunku, próbowałam przykleić jej buty do areny, ale uniknęła zaklęcia. A potem… potem cóż, mówiąc, że się „potknęła” – tu znacząco Willow gestykulowała cudzysłów. – Dostałam od niej w brzuch i myślałam, że puszczę pawia, ale na szczęście obyło się bez tego. Dalej już wróciłyśmy do atakowania się zaklęciami, ale brak reakcji sędziego na to… Ech, gdyby ta wiedźma chciała mnie tam wytargać bez zaklęć, to nie wiem, jakie miałabym szanse – rozejrzała się po pustym skrzydle szpitalnym i przyszło jej do głowy, to co wtedy pomyślała na arenie, a że w tej chwili najwyraźniej nic nie krępowało jej języka, to rzuciła czymś, czego ostatecznie mogła później żałować. – Powinnam się zapisać do ciebie na korepetycje z unikania łupnia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Fintan Farley
Czarodzieje
do you have enough love in your heart to go and get your hands dirty?
Wiek
25
Zawód
przedsiębiorca (diler i złodziej)
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
żebracza
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
8
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
15
Brak karty postaci
01-02-2026, 22:09
Prawie by tego nie zauważył, ale Willow chyba na moment odpłynęła myślami w jakieś zupełnie inne, odległe miejsce, bo niby oglądała ciasteczko, a tak naprawdę jej wzrok zdawał się nie do końca je widzieć. Ciekawe.
— Nom. Mówię, całkowicie nie spodziewałem się w ogóle wyjść z pierwszej rundy. Nie przykładałem się w szkole do uroków i teraz zbieram żniwo swoich kiepskich decyzji — wzruszył ramionami, bez ogródek przyznając się do własnych niedociągnięć. Prawda sama spłynęła z jego języka, natarta nieco imbirowym posmakiem ciastka.
Aż sam był zaskoczony, i to nie mniej niż Willow, która z zaskakującą werwą rzuciła nazwą zaklęcia.
— Dokładnie to! — pstryknął palcami, uśmiechając się szeroko. — Chyba? Nie wiem. Ale jak mówię, szczęście początkującego — potwierdził wersję wydarzeń przedstawioną przez Willow. — Chyba po prostu chciałem się dobrze bawić i spróbować czegoś, czego normalnie nie robię. Wiesz, zero presji, zero oczekiwań, popłynąłem z nurtem i się udało. Nie wiem co sobie wtedy myślałem, pewnie niewiele, więc nie zdążyłem tego przemyśleć zbyt głęboko, by się wycofać nim zrozumiałem, jak mało realny jest to plan. No ale wyszło — zaśmiał się, mówiąc zaskakująco wiele jak na siebie. A przynajmniej jak na siebie, którego znała większość ludzi.
Ale Willow nie była większością.
Jej nagłe oburzenie wzięło go z zaskoczenia, aż na usta zaczął mu się cisnąć rozbawiony uśmiech, z którym bardzo dzielnie walczył: nie mógł się zaśmiać, nie mógł, bo inaczej rozpęta się w tym skrzydle szpitalnym totalny i całkowity chaos. Dlatego oparł się łokciem o wystającą u stóp łóżka ramę i dosłownie zakrywał zdradzieckie usta dłonią, z zafascynowaniem obserwując rozgrywający się przed nim spektakl. Wręcz nie wierzył własnym oczom. To było najwięcej swobody i luzu, na które Willow pozwoliła sobie w jego obecności podczas ostatnich dwóch miesięcy.
— Jak ona śmiała! — wykrzyknął z przejęciem, uczestnicząc w farsie, choć faktycznie trochę go zmartwiło. — Ale że Bombardę? — dopytał z niedowierzaniem, całkowicie wciągnięty w relację z pojedynku, którą tworzyła przed nim rudowłosa czarownica. Otworzył szeroko oczy, gdy doszła do momentu, w którym wspomniała o matce z dzieckiem na trybunach. — Nic im się nie stało? — zapytał faktycznie poruszony, a wesołość na chwilę go opuściła. Jakby dostał tę Burke w swoje ręce to jakoś przypadkiem przypomniałby sobie wszystkie najmniej przyjemne zaklęcia transmutacyjne, które można było rzucić na istotę ludzką.
Zacmokał na wspomnienie o dumie, odnotowując to dokładnie w pamięci.
— Ty to powiedziałaś, nie ja, ja tylko dopilnuję, żeby ci o tym w odpowiednich momentach przypomnieć — rzucił, uśmiechając się przebiegle. Ale się wkopała. Przecież on jej tego nie odpuści. — Ale nie przeszkadzaj sobie, kontynuuj — wykonał zachęcający ruch dłonią, choć Willow była tak nakręcona, że chyba nie potrzebowała dalszej zachęty. Odgrywała wszystkie role, i w każdej była dla niego doskonała. Mógłby tak patrzeć na nią i słuchać jej głosu godzinami, tutaj, na tym średnio wygodnym łóżku w skrzydle szpitalnym ich dawnej szkoły, w której mieli tyle wspólnych wspomnień: i tych dobrych, i tych złych. A w tej chwili tworzyli kolejne.
Nie wytrzymał i zaśmiał się na klozetowy incydent, hamując się jednak na tyle prędko by nie zaburzyć przyjaciółce dalszego biegu narracji. — Oooo, podoba mi się ten pomysł z przyklejeniem butów do areny — wtrącił z uznaniem, bo naprawdę był to świetny pomysł. Już zbierał się, żeby zacząć klaskać na koniec tej opowieści, ale wtedy Willow kompletnie go zaskoczyła. Ponownie.
Zamyślił się na moment, faktycznie rozważając jej sugestię. Normalnie by się nie zgodził, ale...
— W sumie to niezły pomysł — przytaknął, ku swojemu zaskoczeniu. Ale tak właściwie, jak się nad tym pochylić to było w tym sporo sensu. — W pracy pewnie znajdujesz się w nieciekawych sytuacjach, a patrząc po tych mundurowych, których miałem okazję poznać do tej pory, to bez różdżki zostajesz całkiem sama — stwierdził, palcem wskazującym stukając się w czubek nosa, aż nagle przestał, jakby podjął jakąś decyzję. — Nie mówię, że nie umiesz sobie poradzić, bo jesteś najbardziej niesamowitą i silną osobą jaką znam, ale przezorny zawsze ubezpieczony — stwierdził.
Dopiero po paru sekundach dotarło do niego, że powiedział swoje przemyślenia o Willow na głos.
Zaśmiał się więc nieco nerwowo i podniósł z łóżka, przeczesując palcami włosy. Musiał szybko powiedzieć cos jeszcze, to może rozejdzie się to po kościach, oboje udadzą, że nigdy tego nie słyszeli i wszystko będzie w jak najlepszym porządku.
— Okej, pouczę cię jak się bić na pięści, jeżeli ty pomożesz mi z biciem się na różdżki — zaproponował, podchodząc bliżej i wyciągając w jej stronę rękę.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Willow Weasley
Zwolennicy Dumbledore’a
Nothing you can take from me was ever worth keeping.
Wiek
25
Zawód
Służba w Policji Magicznej
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
22
0
OPCM
Transmutacja
21
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
02-02-2026, 00:17
– Jak na kogoś, kto nie przykładał się do uroków, to masz całkiem sporo uroku – palnęła bez zastanowienia na głos, po czym zaśmiała się trzymając myśli o przewspaniałym i trafionym żarcie. Bynajmniej myśląc o drugim znaczeniu tego zdania zdradzającym coś, do czego sama przed sobą się nie przyznawała. Chyba nawet to chowała, wsadzając do najmniejszej drewnianej skrzynki z przemożnie ogromną kłódką, i to nie na kluczyk, ale na kod, jaki rozsiała w przeróżnych wspomnieniach dotyczących Fintana. Cztery cyfry, a każda umiejscowiona w taki sposób, że zaledwie stanięcie w odpowiednim miejscu, pośród ułudy wspominków lat minionych zdradzało sekret. I na co to wszystko? Na co, cała ta garda, gdy jedno, małe imbirowe ciastko zrobiło z nią co chciało? Chociaż pewnie nie tylko ono wpływało na ten stan, pewnie też i zmęczenie oraz dotychczasowa wlana ilość eliksirów, którymi leczyli ich między rundami pojedynków. Najpewniej też, żaden inny pojedynkujący nie oberwał pod nogi Bombardą Maximą, która rozwaliła arenę, ścianę i kibel. Wciąż całkowicie, nie biorąc pod uwagę drugiego dna własnych słów, przeszła do dalszej rozmowy, jak gdyby nigdy nic. – Szczęście początkującego? – zmrużyła podejrzliwie oczy. – Szczęście początkującego, że akurat jedyne zaklęcie w turnieju, które dawało, aż piętnaście punktów ci wyszło? Niech ci będzie… – skomentowała, właściwie bardziej udając tę podejrzliwość, niż faktycznie, osądzając Farley’a o jakieś oszustwa na arenie. – Wiesz, poniekąd o to w tym chodziło, tak sądzę. Dobra zabawa i próbowanie czegoś, czego normalnie się nie robi, cała idea Turnieju. Myślę, że gdyby chodziło o faktyczne sprawdzenie bojowych umiejętności to Dumbledore nie zorganizowałby tego w szkole podczas takiej uroczystości – machnęła lekko ręką, jakby była całkowicie pewna zamiarów dyrektora placówki. Ale jakim cudem mogła być pewna? Nie mogła, jedynie zakładała, że jej własne domysły pokrywały się z rzeczywistym faktem. Czy gdyby warunki turnieju były inne, to zmieniłoby, to bardzo wynik? Cóż, była to znacznie większa filozofia, choć koniec końców na czele i tak najpewniej stanęliby aurorzy. Bo kto inny? Na czarną magię raczej nikt by nie pozwolił. Chociaż? Aż poczuła dreszcz niepokoju na myśl o absolwentach Durmstrangu, którzy na pewno w swoim arsenale zaklęć posiadali te nad wyraz bolesne i krzywdzące. Jednak przejście w ten cały teatralny spektakl na kamiennych płytach skrzydła szpitalnego, prędko rozmyło wszelkie nieprzyjemne myśli.
– Nie Bombardę. BOMBARDĘ, CHOLIBKA, MAXIMĘ! – wzniosła ręce do góry, starając się zobrazować wielkość wybuchu, chociaż ten przekraczał jej sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu. A może jej wyobraźnia zdążyła już zamalować wspomnienie na jeszcze bogatsze, niż w rzeczywistości było? – Medycy im prędko pomogli z tego, co zdążyłam zauważyć – powiedziała spokojnie, starając się nieco uspokoić ewidentnie poruszonego Fintana. KTO BY NIE BYŁ PORUSZONY W TAKIEJ SYTUACJI? Pewnie ta wiedźma, Cybil Burke, skoro wolała obwiniać arenę, niż przejąć się losem kogoś, kogo mogła uszkodzić z publiczności.
Zbicie z tropu, które dokonało się na wspomnienie dumy Weasley pogłębiło się, gdy Farley postanowił dodatkowo wykorzystać sytuację. Zmrużyła oczy i rozejrzała się za tym, co miała pod ręką, a było tego niewiele. Złapała małą poduszkę z łóżka, które było obok i cisnęła nią wprost w Gryfona, celując w głowę. – Jaki z ciebie czasem jest parszywy gumochłon! – dodała obelgę ze śmiechem na ustach, niemal, jakby na chwilę znów miała czternaście lat, a on wspominał, że pod ten tłuczek na meczu ze Ślizgonami to wepchała się z dumy. Rozbawiona kontynuowała relację z pojedynku, wciąż gestykulując żywo, mając determinację wypisaną twarzy bardziej, niż na samym turnieju. Uśmiech tańczył w zależności od relacji, którą zdawała, jednak błyszczał bardziej, gdy przyjaciel pochwalał jej pomysły. To oznaczało, że nie były tak koszmarne, jak jej się wydawało, gdy wpadała na nie podczas tych paru sekund między jednym atakiem a drugim.
Spodziewała się początkowo odmowy, zwątpienia i niepewności, że nie, że śmak i siak, to nie pasuje, nie wolno, a on to w ogóle nie jest najlepszym nauczycielem. Zamiast tego przemawiała do niej wizja z przeszłości, ten zabawny Gryfon, który nie bał się wyzwań i wskakiwania na głęboką wodę. Bo co może się stać? Druzgotki z jeziora zostawią co najwyżej parę siniaków od przyssawek, które szybko zasmaruje się maścią. Oczy błysnęły jej, jak dwa świeże galeony, które ze skarbca wyciągnął gobliński bankier. Serce zabiło szybciej na myśl, że całe jej ciemne scenariusze z areny, będą mogły znaleźć rozwiązanie w postaci Fintana, a nie kogoś z komisariatu, kto akurat się napatoczy i będzie miał o tym tyle pojęcia co Willow o hodowli magicznych ropuch. Jednak uśmiech nieco jej spełzł, gdy Gryfon sam wspomniał o policjantach będących w niezbyt szczytowej formie.
– Nie! Oni… Na pewno nie zostawiliby mnie samej. Na pewno nie – wierzyła w nich, szczególnie po ostatniej kwietniowej akcji, gdy widziała Titusa w szczytowej formie i Ambrose’a Day’a który wykazał się śmiałym podejściem do sytuacji. – Część z nich na pewno nie – dodała, uściślając bardziej fakty, tak aby miały, chociaż szansę spotkać się z wyobrażeniami. Spuściła wzrok zmieszana, czując, że może niepotrzebnie się wzburzyła. Skąd do cholery w niej tyle parcia na odzywanie się? Zadawała sobie sama to pytanie i najpewniej na odpowiedź wpadnie za parę dni, gdy połączy fakt imbirowego ciasteczka z jego typowym działaniem, które w szkole nie było, aż tak widoczne. Tylko w szkole była bardziej śmiała, a przynajmniej tak podpowiadały wspomnienia.
Zaraz, jednak Fintan znów odezwał się, a do oczu wróciły te bliki świetlne, które gdyby nie barwa oczu, to może podkusiłyby jakiegoś niuchacza do kradzieży. Usta utknęły gdzieś między uśmiechem a drżeniem, bo dawno nikt nie powiedział w jej kierunku takich słów. Nikt nie nazwał jej w ten sposób, nie chwalił, nie sprawiał, że mogłaby w to uwierzyć. Bo czy wierzyła? Ani trochę. Słowa rodziny, choć były ważne, to były słowami, które się po prostu bliskim w rodzinie mówiło nieważne co.
– Dzięki – i uciekła znów na bok spojrzeniem, nie bardzo znajdując coś więcej, co mogłoby być sensowną odpowiedzią. Od dłuższej chwili majstrowała też coś jednym paznokciem w drugim, tym z prawej ręki, skubiąc mały zadzior, który zrobił się pewnie podczas pojedynku. Typowo i nerwowo. Wróciła na Fintana ponownie spojrzeniem, gdy ten wstał i przeczesał włosy w ten śmieszny sposób, w który robią to faceci. Zaśmiała się pod nosem, lekko przewracając oczami, a zaraz potem usłyszała propozycję, która nieco ją zaskoczyła. – Haha, nooo… nie wiem, czy nadaję się na nauczycielkę – stwierdziła, dość niezgrabnie wstając z łóżka. – Ale mogę spróbować – podała mu rękę i potrząsnęła uściskiem, tym samym, pieczętując tę jakże ważną umowę, którą być może kiedyś wyegzekwują, a być może nie. Trzymała jego rękę, coraz wolniej i wolniej potrząsając, aż wreszcie przestając. Ciepła dłoń, choć szorstka, ale pewna, dająca oparcie obietnicy – dająca po prostu oparcie. Ale czy było to odpowiednie oparcie dla niej?
Zabrała szybko dłoń i przysiadła na krańcu łóżka, uznając, że nastał czas na założenie butów. Chyba wystarczająco długo spędziła czas na odpoczynku, a i finał turnieju – sądząc po krzykach publiki – zbliżał się do końca.
– Byłeś już przy posągu jednookiej wiedźmy? – zagaiła, chcąc przerwać tę dziwną ciszę, jaka przez chwilę wypełniła skrzydło. – Próbowałam tam zajrzeć przed turniejem, ale ciągle coś ktoś ode mnie chciał – skrzywiła się teatralnie udając, jakie to straszne, że ktoś chciał jej towarzystwa, a przecież NA PEWNO nie przyjechała się tu socjalizować i spotykać ze znajomymi z dawnych lat. Prawda była taka, że na samym początku zjazdu to znacznie częściej ona skakała od jednej znajomej twarzy do drugiej.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Fintan Farley
Czarodzieje
do you have enough love in your heart to go and get your hands dirty?
Wiek
25
Zawód
przedsiębiorca (diler i złodziej)
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
żebracza
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
0
OPCM
Transmutacja
8
20
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
8
10
15
Brak karty postaci
02-02-2026, 23:17
Jego wzrok prędko odnalazł Willow, przypatrując jej się intensywnie i próbując zrozumieć to, co właśnie usłyszał. Czy ona go właśnie skomplementowała? Wróć. Czy ona właśnie skomplementowała jego urok osobisty?
Głowa Fintana wzięła się za to jedno wypowiedziane przez Willow zdanie na pełnych obrotach, rozkładając je na części pierwsze, analizując, doszukując się, starając się zrozumieć. No bo jak pojąć ten komplement? W jaki sposób, jeżeli nie spodziewał się usłyszeć czegoś takiego, a na pewno nie od niej. Jakby powiedział to ktokolwiek inny to założyłby, że jest to niedyskretna próba podrywu, na którą pewnie dość ochoczo by odpowiedział. Ale to była Willy i było przecież całkowicie niemożliwym, by właśnie to było jej intencją. Co to, to nie, nie ma opcji i nie miał co sobie robić...
Nieważne.
To musiał być żart, który rzuciła w tym całym swoim rozentuzjazmowaniu i przejęciu wszystkim, co się wydarzyło. Tak, totalnie, to był żart i na pewno żaden powód do tego, by na jego policzkach pojawił się zdradziecki, delikatny rumieniec.
— I kto to mówi, jakby to był konkurs na urok osobisty to zostawiłabyś wszystkich daleko w tyle — nie pozostał jej dłużny, ale chyba nie wyszło mu to tak dobrze jak by tego chciał. Cholera. To też brzmiało jak podryw. I... chyba faktycznie miał na myśli to, co powiedział. Tylko dlaczego nagle znalazł w sobie dość odwagi by wypowiedzieć to na głos? Nie no, to na pewno chodziło o to, że to były żarty i nie mógł pozwolić sobie na bycie gorszym w tej materii od Weasley. Przecież nie powiedziałby jej nigdy czegoś takiego, bo takich myśli nie miewał a na pewno nie na głos. Nie, nie i już. Po prostu wyznaczyła im pewien bardzo niski poziom humoru i tego się trzymał: jak za dawnych, dobrych lat.
I to nic, że patrzyła się później na niego podejrzliwie, bo to też musiał być kolejny etap ich czerstwego żartowania z siebie. Tak, dziwny zbieg okoliczności, ale tak właśnie było, więc z niewinnym uśmiechem wzruszył ramionami. Przynajmniej zgadzali się co do tego, jaki był cel tego turnieju. Spróbować, zobaczyć jak to jest, przekonać się na własnej skórze. Czasem warto było odrobinę zaryzykować, bo nagroda potrafiła przewyższać wyobrażenia i przyjemnie zaskakiwać.
A Fintan zdecydowanie potrzebował tego, by trochę częściej życie zaskakiwało go w pozytywny sposób.
Dlatego jak raz nie był malkontentem, a po prostu pozwolił sobie na radość i taplanie się w tej chwili niczym w wannie napełnionej ciepłą, czystą wodą. Zachichotał, dosłownie zachichotał, gdy Willow próbowała gestykulować szerzej, niż pozwalały jej na to wzrost i rozciapierzone kończyny.
— Tak, no przecież, MAXIMĘ, wybacz bo jestem ignorantem — kajał się, jednak humor nadal nie opuszczał jego głosu. Było to tak, jakby ktoś nagle napisał go pogrubioną czcionką, czy pewniej pociągnął pędzlem malując jego obraz. Był bardziej tu i teraz, choć paradoksalnie lżejszy: trochę jakby przestał go powstrzymywać jakiś nienazwany ciężar, który zwykle trzymał go zbyt blisko ziemi.
Spoważniał tylko na moment gdy rozmawiali o osobach poszkodowanych na publice i gdy w głowie składał wiązanki na Cybil Burke — może dlatego, że zaraz została podjęta na niego oburzająca próba ataku poduszką.
— Ej! — zawołał, łapiąc pocisk w locie i momentalnie odrzucając go w stronę rudowłosej czarownicy. Nie zastanawiał się nawet za bardzo nad tym, czy dosięgnie celu czy też nie. — Dla ciebie to nawet najparszywszy — zaśmiał się.
Ale prawdą było to, że nawet jako jej najparszywszy gumochłon, który potrafił zniknąć na kilka lat, wciąż chciał ją chronić, wciąż nie ufał w jej sprawie innym, wciąż chciał jej pokazać, że może być lepszy. Dla niej. Dla siebie. Dla innych. Miał dług wobec społeczeństwa, a zwłaszcza wobec niej, więc może pomagając jej być bezpieczną tak naprawdę pomoże jej pomagać innym.
Całkiem podobała mu się ta myśl. Nie podobały mu się za to myśli Willow na jej własny temat.
— Nie umniejszaj sobie. Masz ze mną większe szanse na powodzenie niż praktycznie wszyscy nauczyciele, którzy nas uczyli — stwierdził, znów zgodnie z tym co myślał. Bo czemu miałaby tego nie usłyszeć, skoro miał dość odwagi, by to powiedzieć?
Owszem, mogło to być bardzo zgubne podejście, ale chwilowo Fintan nie czuł lęku przed głośnym wyrażaniem swoich myśli.
Chwyciła jego dłoń i potrząsnęła nią jeden, dwa, pięć, dziesięć razy... coraz wolniej i wolniej, aż w końcu po prostu stali tak, trzymając się za ręce i patrząc na siebie. Chyba właśnie coś odkrył, ale nie był pewien co. Wiedział, że to było dobre. I że chciałby ją tak trzymać, nawet jakby ich dłonie miały się spocić i zrobić śliskie, ale jego to w ogóle by nie obchodziło, bo po prostu było to miłe.
— Okej, to umowa — powiedział, kiedy w końcu się odsunęła i czar prysł. Odchrząknął zaraz i wbił dłonie w kieszenie, bujając się lekko na piętach, ale nim zdążył wymyślić jakąś zmianę tematu, rudowłosa przyszła z odsieczą.
— Nie! Nie byłem i totalnie powinniśmy tam pójść. Dawaj, ruchy, zakładaj te buty — rzucił, samemu łapiąc się za zbieranie pozostałych rzeczy Willow. Narzucił jej na plecy marynarkę, która do tej pory wisiała na krześle, po czym w ręce wcisnął jej różdżkę.
— No chodź! —niezwykle uradowany złapał ją za łokieć i pociągnął za sobą w głąb zamkowych korytarzy, w kierunku posągu jednookiej wiedźmy.
I dopiero w połowie drogi zorientował się, że jakimś magicznym sposobem jego dłoń powędrowała niżej, zaciskając się na tej nieco mniejszej i bardziej piegowatej.
Cóż... tak było przecież wygodniej, nie? Zwłaszcza, że miał dłuższe nogi i musiał dostosowywać tempo do niej. Tak, miało to całkowity sens i było najbardziej praktyczną opcją przemieszczania się po zamku. I był to na pewno jedyny powód dlaczego to zrobił. W ogóle, zupełnie nie kierowało nim nic innego.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Willow Weasley
Zwolennicy Dumbledore’a
Nothing you can take from me was ever worth keeping.
Wiek
25
Zawód
Służba w Policji Magicznej
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
22
0
OPCM
Transmutacja
21
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
5
10
10
Brak karty postaci
03-02-2026, 23:52
Obie źrenice na dźwięk słów wypowiedzianych przez czarodzieja wydawały się jeszcze większe niż dotychczas. Zresztą, całe oczy były wielkie, a wypisany w nich najpierw szok można było czytać jak z otwartej książki. Zaraz na policzki wdrapał się mały rumieniec i czarownica wybuchła szczerym śmiechem. Bo Fintan żartował, prawda? Na pewno to były tylko żarty, nie mówiłby tego na poważnie, sama przecież to zaczęła. Och, Merlinie… to ona, to zaczęła. Róż wykwitł jeszcze nieco silniej na twarzy, a Willow po prostu schowała usta za dłońmi, śmiejąc się – ewidentnie wciąż z żartu, ale może też odrobinę wstydliwie?
– JA?! – wydusiła z siebie wreszcie i wykonała kolejną salwę zduszonego śmiechu, zaraz przecierając powiekę mokrą od jednej zabłąkanej łzy rozbawienia. – Co najwyżej zostawiłabym trolla – parsknęła jeszcze, kręcąc głową w próbach uspokojenia tej głupawki.
To na pewno nie było na poważnie w żadnym wypadku.
A jeśli było?
Całe szczęście przyszła zmiana tematu, inne kwestie pojedynkowe, a więc to dziwne… coś o uroku mogło zostać puszczone w niepamięć. Właśnie tak, przecież tylko niewinnie żartowali i żadne z nich nie mówiło na poważnie.
Naprawdę na chwilę wydawało jej się, że są młodsi, lżejsi, mniej skrępowani obowiązkami, zupełnie jak za czasów Hogwartu. Tak wiele mówiło się o dojrzałości i dorosłości, o tym, że trzeba przestać być dzieckiem. Czy to była odpowiednia droga? Można właśnie nie powinno, ba! Nie wolno było zabijać w sobie tego dzieciątka – radości, humoru i szczęścia. Co z tego było? Wydumana mina, jakiś szacunek, który mógł podważyć, ktokolwiek, wytykając zmyśloną plotkę? Czemu obwarowywać się takim wysokim murem? Te chwile uświadomiły jej coś, a raczej zasiały ziarno, które powoli będzie kiełkować przez kolejne miesiące. Tak na przekór wszystkiemu i wszystkim – być weselszą.
Złapała odrzuconą poduszkę w locie, wychylając się lekko po nią i przerzuciła na miejsce, w którym była poprzednio. Trochę krzywo leżała, chyba też do góry nogami, ale z pewnością nie będzie to nikogo obchodziło, póki nie pojawi się tu potrzebujący pacjent.
– Najparszywszy gumochłon. Dumnie brzmi – stwierdziła, starając się utrzymać jako taką powagę w głosie, co niestety było doświadczeniem na granicy, bo zaraz znów musiała dusić śmiech pod nosem. W głowie miała już obraz tego, co wręczy Farley’owi w jego urodziny – odznakę z gumochłonem. Nie wiedziała jeszcze, komu to zleci, nawet nie wiedziała, co będzie za parę tygodni, ale przynajmniej miała już pomysł, jeśli wróciliby do wspólnego świętowania urodzin.
Temat nauczania nieco ostudził całą tę głupawkę, właściwie przywołał ich chyba mimowolnie do porządku tą całą procedurą zawierania umowy. Nawet jeśli nie związali jej żadną pieczęcią i była tylko słowem.
– Ale ten jeden, któremu się udało to trochę wysoka poprzeczka – zwróciła Fintanowi uwagę. Tak, pamiętała o transmutacji i pamiętała zajęcia z Dumbledorem. Nie miała szans dorastać takiemu czarodziejowi do pięt, jednak… mogła mieć ambicje, by zbliżyć się chociaż odrobinę. Ostatnio nie szło jej tak całkiem źle z zaklęć transmutacyjnych, więc kto wie? – Zaczniemy od rozwalania Bombardą cebuli – zmieniła trochę temat, chcąc odbić od jej osoby. – Tylko nie w mieszkaniu – mrugnęła znacząco do Farley’a. Właściwie mogli wziąć cały zestaw treningowy – cebule, bakłażany, marchewki, ziemniaki. Tylko nie buraki, buraki potrafiły zostawić takie plamy, że nawet magia skrzatów nie pomagała.
Nie spodziewała się takiego entuzjazmu po Fintanie, co ją dość miło zaskoczyło. Znów oczy błysnęły jej żywo i z całej ekscytacji, prawie pobiegła z rozwiązanym butem.
– Już, już! – odpowiedziała na popędzanie i szybko zacisnęła kokardkę, zaraz zerwała się z miejsca. Chciała wziąć resztę swoich szpargałów, jednak on już miał je w rękach, zarzucił jej na ramiona marynarkę i prędko wcisnęła w nią dłonie, zaraz potem łapiąc różdżkę. Mogła ją wsadzić w kaburę, ale zamiast tego zostawiła w ręce, gotowa jeśli zza rogu postanowi postraszyć ich Irytek. – IDĘ przecież! – dała się pociągnąć, śmiejąc pod nosem. Niosły ich nogi, jakby mechanicznie, jakby same pamiętały, który korytarz obrać, aby znaleźć drogę do posągu. Czuła momentami, że go spowalnia, bo nie była tak szybka, jednak jego dłoń wtedy zawędrowała z łokcia do ręki. Zacisnęła palce mocniej i przyspieszyła, aby wyprzedzić Fintana, nawet jeśli on celowo zwolnił. Przez chwilę to ona go ciągnęła do przodu, niemal, wpadając na jakąś parę absolwentów – chyba z Beauxbatons, bo zaczęli z oburzeniem mówić po Francusku jakieś słowa, których znaczenie było jej absolutnie obce.
– Ups! – wrzuciła tylko i wyminęła ich, starając powstrzymać śmiech. Zwolniła kroku, rozglądając się po ścianach, a jej dłoń wciąż zaciskała się na ręce przyjaciela. – Jakiś mniejszy ten Hogwart się wydaje – osądziła, nie czując oporów przed komentowaniem tego, jak rzeczywistość nie zgrywała się ze wspomnieniami. – Dałabym sobie rękę uciąć, że ten obraz był większy i zbroja się bardziej błyszczała – tu już trochę przyciszyła głos, żeby dumny rycerz na obrazie nie zaczął się pienić, jak ta dwójka Francuzów.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 22:06 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.