• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Rozgrywka > Mgły czasu > Izba Pamięci > Myślodsiewnia > 02.01.1959 | No two nights are alike
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
10-01-2026, 00:51

No two nights are alike
    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
10-01-2026, 00:57
Czyż zgrzeszyła owego pamiętnego wieczoru — niedawnego, wczorajszego — utkanym z rozterki, marzenia i narastającego zniecierpliwienia? Myśli wracały tam jak ptaki do miejsca, gdzie raz znalazły ciepło. Do rozmów prowadzonych pełnym tchem, jednej i drugiej, splatających się gdzieś pomiędzy pomrukiem zadowolenia z zasłyszanej historii a ugaszonym pragnieniem jednym, powściągliwym łykiem szampana, potem wina, które rozwiązywało język, lecz nie zdradzało wszystkiego. Pamiętała leciwe namaszczenie krystalicznie czystej krawędzi kieliszka — palce sunące po szkle z nabożną ostrożnością — i ślad karmazynu pomady, zdegradowany do znaku obecności, do pieczęci chwili. Pamiętała uśmiech, który winszował mu wspaniałomyślność i zdrowie, jakby zgłoski były zaklęciem, nie tostem. Mu? Kimże właściwie był… Och, chyba nadal był — w zawieszeniu między wspomnieniem a teraźniejszością, której nie chciała nazwać.
Wróciło do niej tchnienie sylwety: rozleniwione ciało, miękkość satyny i futra, ciepło pościeli, które nie obiecywało niczego poza spokojem, a jednak znaczyło więcej. Jakby noc szeptała jej do ucha, by nie rozliczać się z win, które nie miały świadków. Jakby grzech był tylko innym imieniem dla pragnienia, które nie zdążyło się spełnić ani całkiem wygasnąć.
Ugh — zatrzymała się nagle w tej spirali obrazów.
Gdzież była?
Wróciła do siebie jednym, ostrym oddechem, wiedząc, że pamięć potrafi być bardziej natarczywa niż rzeczywistość — i równie niebezpieczna.
Nic już nie powróci — powtarzała sobie z uporem godnym modlitwy, jakby to jedno zdanie miało moc zamknięcia przeszłości w skrzyni bez klucza. Ot, czas już zapomniany, złożony do archiwum chwil, które nie powinny mieć prawa się odzywać. A jednak w lustrach wciąż zasiadała ciemność, osiadała ciężko na taflach szkła i ciemiężyła prawdę o niej samej. Prawdę niechętną, nieprzystającą do wyuczonej elegancji. Biada patetyzmowi tej chwili nostalgii — myślała — biada tej mrocznej twórczości własnego bytu, która każe rozdrapywać rany tylko po to, by upewnić się, że wciąż bolą. Mruknęła cichutko, niemal niedosłyszalnie, wspierając się łokciem w miękkości materaca. Uniosła się na swym miejscu, z wolna, jakby ciało należało do kogoś innego. I wtedy przyszło pytanie — ciche, zdradliwe: czuła… właściwie co?
Nic.
Potworne nic, rozlane w niej jak zimna woda.
Zastygła nagle. Czuła obecność. Lakoniczną, ledwie uchwytną, jak oddech wstrzymany tuż przed snem. Kogo? Czego? Nie potrafiła określić, a jednak było to nad wyraz przyjemne do podziwiania. Tuż obok niej. A może za nią. W półmroku, pośrodku sennego usposobienia i spokoju, który nie pytał o winy ani żale.
Nie odwróciła się. Nie uciekła.
Pozwoliła tej obecności trwać — jakby była częścią nocy, jakby należała do niej od zawsze.
Och. Jej słodki grzech.
Męskie ciało nie przejmowało się niczym — zastygłe w półśnie, ciężkie od spokojnego oddechu, jakby świat mógł się rozsypać, a on i tak pozostałby w tej samej pozycji. A jednak był tuż obok. Zbyt blisko, by udawać obojętność. Skóra dotykała skóry, targniona i rozgrzana, niosąc na sobie wspominki zapalczywej nocy utęsknienia, zapisane nie w słowach, lecz w cieple i pulsie. Minęło wiele czasu, znów zbyt wiele, odkąd widzieli się ostatnim razem — i może właśnie dlatego teraźniejszość smakowała tak intensywnie.
Ach, Lorcan Lestrange.
Jej najsłodszy sekret. Lakoniczne brzmienie uzależnienia, które nie potrzebowało deklaracji ani obietnic. Wystarczała sama obecność, ciężar ramienia, rytm oddechu, cisza między nimi, w której mieściło się więcej niż w niejednej rozmowie. Palce, jeszcze ospałe, przerzuciły długie włosy na ramię, gestem czułym i bezmyślnym zarazem. Wargi, wyzbyte karminu, raz i drugi zamajaczyły na skórze silnego ramienia — nieśpiesznie, jak powitanie poranka i jego samego. Był w tym geście spokój, niemal domowość, jakby noc nie była odstępstwem od reguły, lecz jej naturalnym przedłużeniem. Leżała tak chwilę dłużej, wsłuchana w ciszę przerywaną jedynie równym oddechem. I chyba nie chciało się opuszczać łóżka zbyt szybko. Bo w tej jednej, zawieszonej chwili świat nie domagał się decyzji, przyszłość nie stukała do drzwi, a grzech — jeśli nim był — wydawał się łagodny, niemal usprawiedliwiony.
    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
10-01-2026, 15:18
Niespokojny sen, jak mara nawiedza umysł zsyłając nachalnie; sceny, pozy, akty – tak śmiałe w swym wybrzmieniu, odważne, a przede wszystkim namacalne, że odróżnić ciężko majak senny od jawy. Brnie w tym zagrzebany po uszy, jakby na zatracenie własnej świadomości, bo uczucia tak śmiałe napełniają pustą przestrzeń klatki żeber – wypełniając ją ciepłem które, nawet jeśli fałszywe i chwilowe podyktowane urokiem chwili, a także alkoholem, są jednak na ten czas wszystkim tym, czego pragnął.
Świat tańczył wśród płatków śniegu ospale sunących ku ziemi, co kołderką puchową okrywają świat dzikiej północy. W blasku ognia profil jej twarzy skrywającej piękno oblicza budził uśpione wątpliwości, ten śmiały wzrok, co spoczywał na nim, ilekroć pokonywał kolejne zasieki – dryfował po jego bliznach, jakby badała w myślach genezę ich powstania. Czuł pragnienie drzemiące w słowach płynących jak rzeka. Cierpliwie czekał i łapał w pułapkę półsłówek, gdy błyskotliwość ciętej odpowiedzi, jak lodowy bicz strzelała z jej ust. Śmiało sprostał wyzwaniu, które mu rzucała; ze wzrokiem wabiącym znad kieliszka szampana – chłonął ją, tę chwilę gry, igraszki, co pozwalała na chwilę zapomnienia i ucieczkę od świata.
W amoku pragnienia drzemiącego na serca dnie; w przypływie sprawczej pewności siebie, kieruje tor dalszych wydarzeń na zamknięte obszary prywatnego pokoju, gdzie przytulny komfort łączy się z atmosferą zimowego zapomnienia – snu o miłych przeżyciach.
Pozwala sobie na zdjęcie tej maski obojętności, do jakiej tak przywykł w dniu codziennym emanując emocjami, którymi dyryguje ona; tak śmiało i pewnie, jakby czyniła to nie pierwszy raz, a jednak tak było. Chemia łącząca dwie zbłąkane dusze w tym lodowym zakątku świata sprawiała, że chcieli się więcej; wygłodniali czułości, której życie poskąpiło im tam, skąd pochodzili.
Taniec ciał, wśród cieni malowanych w dogasającym żarze sączącym się bursztynową poświatą węgli. Figury i pozy utkane z chwili wykalkulowanej przez mężczyznę przyjemności; niosąc ją na barkach doświadczenia, a także naturalnej potrzeby satysfakcji; dawał jej wszystko, czego mogła pragnąć, a nawet więcej. Bo nie znał granic w tym obłaskawianiu. Bo tego chciał, aby w momentach szczególnych, gdy patrzyła na niego oczami spod wachlarzy czarnych, gęstych rzęs, mógł dostrzec przebłyski prawdy, którą skrywała podskórnie i w tych wyjątkowych chwilach ukazywała dzieląc się, tą intymnością i czarem wspomnień – zapisując się w pamięci na dłużej, niż samotnie tańczący płatek śniegu w grudniowe popołudnie.
Uśmiechał się za każdym razem, gdy szeptała jego imię w sposób charakterystyczny, nieco prowokujący, a zarazem przyjazny. Wilcza ta natura szła w parze z odruchami, mogącymi zaskoczyć, lecz ona zdawała się grać na podobnych strunach. Szarpiąc momentami, niektóre z nich i oczekując reakcji.
Przebłyski jawy w śnie przerywanym były jak momenty, których z początku nie potrafił odróżnić. Sklejone w jeden ciąg wydarzeń wspomnienia tworzyły nieprzerywalny splot i jedynie, gdy faktycznie uciekał od pułapki senności, odnajdywał się w labiryncie prawdy.
Wciąż trwając w niezmienionej pozycji z zamkniętymi powiekami, lecz świadomy ruchu zareagował łagodnie, bo wiedział, że gdyby chciała, potrafiłaby zniknąć, bez śladu pozostawiając go wyłącznie ze wspomnieniami.
Dłoń sunie pod warstwą puchowej pościeli i pewnie obejmuje kobiecą talię. A w półmroku, jaki oddziela ich twarze, dostrzegalny jest rozleniwiony, uśmiech. Dopiero kiedy czuje pod opuszkami palców ciepło jej ciała, otwiera oczy nawiązując kontakt wzrokowy.
— Niech ten sen jeszcze trwa — szepcze w imię cichego pragnienia, co na serca dnie zalega. Pozwala jej decydować o wszystkim, bo sam zadeklarował się w sposób oczywisty i nie chciał od niej uciekać. A poczucie zrozumienia, jakie złapali upewniało go przynajmniej w jakimś stopniu, że i ona podzielała tę opinię, lecz teraz, gdy ranek nadchodził, a umysł trzeźwiejący po upojnej nocy odnajdywał zatraconą równowagę odpowiedź, mogłaby być zupełnie inna, niż ta, jakiej oczekiwał.
    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
10-01-2026, 17:56
Blisko i jeszcze bliżej ― jakby przestrzeń między nimi była tylko złudzeniem, cienką membraną, którą łatwo rozerwać w nieobyczajnej słabości jednego ku drugiemu; a może tylko jego ku niej. Łaknęli się na nowo, niespokojnie, z tym nieprzyjemnym drżeniem, które rodzi się tam, gdzie pragnienie styka się z wstydem. Afirmując doń bolesne skurcze i liche zmęczenie po nocy zbyt krótkiej, zbyt płytkiej, próbowała dojść do konspektu własnego upadku ― jak do mapy, która i tak prowadziła w przepaść. Wszakże kochać nie potrafiła; to kłamstwo jawiło się boleścią na drgającym koniuszku języka, gdy zwilżyła dolną wargę, jakby chciała zetrzeć z niej ciężar niewypowiedzianych słów. Udręczenie ― inne określenia były zbyt łagodne. Sama nie wiedziała, co myśleć o tym wszystkim, bo myśli rozpadały się pod naporem ciała, wspomnienia i obecności. Bolało, przyznawała w ciszy, gdy mieszał jej w licu samym pojawieniem się, tak niespodziewanym po kolejnych miesiącach, pośród skandynawskiej bryzy i chłodu, który winien był hartować, a tylko obnażał.
― Mam być tylko nocną marą? ― Sponiewierani wzrokiem, spragnieni wspólnego przeżycia i rozmów wszelakich, trwali w tej zawiesinie półgestów i półsłów. Lubiła chłostę jego zachrypniętego głosu o poranku, lubiła dyrektywy, które brzmiały jak kusząca alegoria, nie jak rozkaz. Niebezpieczne, że to znowu pęta, słyszała w sobie echo jednej, natrętnej prośby ― nie zostawiaj mnie ― wypowiadanej nie ustami, lecz całym, zdradliwie wiernym ciałem. ― Może pragnęłam, by wczorajsze obietnice nie były tylko obłudą dla papierowych chwil… ― Mruknęła, słodko dywagując o sprawach ważnych i małostkowych, między jednym westchnieniem a drugim można było bezkarnie rozstrzygać losy świata. Igrała z nim i z władzą kontrolną, którą rościły sobie męskie dłonie zakleszczone na sylwecie jej kobiecego usposobienia ― pewne, ciepłe, zbyt świadome własnej siły. Na to słodkie dzień dobry upodobania pozwoliła sobie na leniwe zawłaszczenie przestrzeni: wygodnie wsparła ciało o męski tors, nogę przesuwając przez biodro w geście naturalnym, niemal niewinnym, jakby należało jej się to od zawsze. ― Więc będziesz jedynie marzeniem na kolejne miesiące, które serce tęsknotą będzie nawiedzać?
Opuszkiem palca rytowała zawijasy własnej drogi przez mostek ku męskiej żuchwie, myśląc niebezpiecznie wolno. Taki ładny i taki… właściwie kogo mógł być? Odpowiedź niosła ciężar potężnego nazwiska, wieńczącego jego pochodzenie, błękitnej krwi wielkiej Anglii, dziedzictwa, które nigdy nie było tylko dźwiękiem. Ichniejsze nazwiska miały w sobie przekleństwo ― mąciły w głowie, nie obiecywały stabilność i jawiły zgubę.
Czuła to aż nazbyt wyraźnie, gdy uśmiech wymykał się spod kontroli, a myśli stawały się zdradliwe. Okrutnicy ― pomyślała z cichą ironią, wiedząc, że nie mówi tylko o rodach i genealogiach, o nich wszystkich, o mężczyznach utkanych z historii, którzy wchodzili w jej życie, zostawiając po sobie ślady trudne do wymazania. Boleść serca wybiórczo, bo zakazany romans miał nie znaleźć zwieńczenia nigdzie. Jakże to było bezpieczne i soczyście pociągające.
― Gdzie znowu się ukryjesz, hm? ― Zabierzesz mnie? Rozbój wewnętrznego rozbicia rozkwitał w niej jak chorobliwie piękny kwiat, trwoniąc przez zadrę ciemiężny płomień, który zbyt długo był tłumiony rozsądkiem. Ciało walczyło o jego szczególne względy z uporem niemal niegodnym jej dumy; a chociaż nielitościwie mięśnie spinały się raz po raz, rzucając animozje cichego protestu, wargi ― pogardliwie miękkie ― sunęły po rozgrzanej skórze, jakby znały ją od zawsze. Znały i kusiły, ileż razy? Chyba trzeci i możliwie ostatni, nie dając powodu do przyzwyczajenia. ― Elsklingen min, gdzie?
Okraszała ją najwyższą czułością i zadziorną aprobatą, balansując na granicy gry i wyznania. Raz, kąśliwie i z rozmysłem, uraczyła go spiekotą niewinnej plamki jaśniejącej fioletem u podstawy szyi ― pieczęcią chwili, znakiem nieposłuszeństwa wobec jutra. Oj, byłże jej na kolejne dni nim znak zniknie i ona wróci do rzeczywistości; do porządków, które nie znoszą takich śladów, i do ról, w których nie wypada nosić dowodów słabości. A jednak pozwoliła sobie na tę krótką anarchię, na szept skóry i oddechu, na pamięć, która zostaje dłużej niż barwa na ciele. W tym jednym geście zawarła obietnicę i winę, smak triumfu i koszt, który przyjdzie zapłacić później ― gdy już znów będzie musiała być gorszą wersją siebie.
    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
11-01-2026, 13:59
Poczucie zatracenia w przyjemności, tak dobitnie obezwładniającej terroryzuje myśli człowieka, który wiekiem i postawą winien być uodporniony na podobne temu zakusy, a jednak próba odcięcia się skutkowała bezowocną porażką, jakiej nie potrafił zrozumieć, bo przecież to, co połączyło ich ciała w szaleńczym tańcu zatracenia, miało pozostać wyłącznie jednorazowym wspomnieniem, którego echo dźwięczne toczyłoby się przez kolejne tygodnie, aż wreszcie ucichłoby w nieprzeniknionej ciszy zapomnienia na dnie serca.
Oddychał lekko, czując rytmiczne uderzenia serca. Świat wokół nich tonął w półmroku poranka – czuł podświadomie potrzebę zerwania się z łóżka i powrotu do codziennej rutyny. Ale za nic nie potrafił przemóc tego poczucia obezwładniającej satysfakcji z leżenia u jej boku, jakby była jego kotwicą ciągnącą go w dół, ku krainie puchowego szczęścia.
Jego dłoń oparła się mocniej, bo stabilniej na jej talii, a wzrok przybrał na ostrości, gdy słowa z ust kochanki przecięły ciszę, jaka zapadła między nimi. Patrzył na nią śledząc każdą minimalistyczna zmarszczkę, każdy okruch niepewności wymalowany na obliczu klasycznie pięknym, acz pozostawiającym obserwatora z jakimś dziwnym przeświadczeniem pustki i tragedii zapisanym w obrazie tej czarownicy. Nie potrafił zdiagnozować problemu, a też nie silił się na to zbyt mocno pochłonięty słodyczą chwili, jej ciepłem i przyciągającą miękkością.
Kąciki ust drgają w niemej zapowiedzi uśmiechu, lecz ten wyraz pozostaje wykalkulowany, jakby w ostatniej chwili złapał wodze kontroli i zapanował nad mimiką twarzy. Potrafiła celnie trafiać w punkty przekonał się, o tym dobrze podczas ich rozmowy w Sylwestrową noc. Dawno tak dobrze się nie bawił… to była konkluzja, jaka sprawiła, że mimowolnie poczuł ukucie żalu i ulgę. Jakby wyrzut sumienia uderzył z uśpioną mocą, jednocześnie uświadamiając, że wciąż potrafi odczuwać coś tak złożonego i nie zamknął się na uczucia serwowane na srebrnej tacy kobiecej finezji.
W czekoladowych oczach zapłonął ogień – pragnienia, ale i satysfakcji, gdy jej słowa płynęły w akompaniamencie szumu wiatru za oknami drewnianego pensjonatu. Kiedy jej dłoń rysowała na szerokiej piersi znaki runiczne, bawiąc się w dolinach pomiędzy mięśniami, a krążąc wokół blizn, których kolekcję niemałą posiadał rozsianą po całym ciele. Wynikiem nierozważnych podejść i penetracji – miejsc z dawna zapomnianych, a pilnie strzeżonych przez magię i inne istoty, których wspomnienie mimowolnie staje przed oczami zaledwie na kilka sekund, bo gdy tylko głos Melusine zamiera w ciszy przecinanej odgłosami zawiei, podrywa się zwinnie z pozycji półleżącej i sięga oblicza pięknego przyciągając ją, ku sobie dłonią taktycznie ulokowaną na szerokości talii. Kradnie pocałunek; jeden, a później drugi – zachłanny, spragniony, nienasycony. Pozostaje w głębokim uznaniu dla jej kobiecości – myśli i słów; jednocześnie pragnie zgłębić jej osobę – poznając ją znacznie lepiej, niż początkowo zakładał. Niesiony impulsem nie przerywa czułości i przeciąga ją do pozycji leżącej, dominując nad nią.
— Chcę byś, została ze mną na dłużej, chcę cię poznać i… nie chcę, by ten sen skończył się wyłącznie na wspomnieniu, co za kilka tygodni przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie — odchyla się na przedramionach, budując przestrzeń między ich twarzami. — Nie zwykłem używać wielkich słów, zwłaszcza że w tych okolicznościach byłyby one tandetnym wyrazem bez pokrycia — uśmiechnął się smutno, acz prawdziwie szczerze: — to czysty egoizm z mojej strony, ale jeżeli byś tylko zechciała to… — przygryzł wargę w zamyśle, jakby ważył słowa.
Nie wypowiedział jednak tego, co tliło się w duszy – świadom jak głupie to było, jak dziecinnie bezmyślnie. Obawiał się niezrozumienia, czy nawet zwykłego i prostego znudzenia – nie oferował, niczego poza swoim towarzystwem.
Dlatego pocałował ją raz jeszcze, tym razem jednak w czoło – lekko z namaszczeniem i czułością.
Czy rozwiewał jej pytania?
Czy w sposób wyraźny dawał znak, że chce więcej?
Każdy sen zbyt długo śniony przeradza się w końcu w koszmar. Dlatego pragnął wyjść z tego błędnego koła i przetrzeć szlak tej historii na nowo odkrywając coś więcej niż cielesność.
    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
11-01-2026, 19:04
Mam rzekomo trochę wdzięku ― zaintonowała w głowie słowa matki z ironią, niemal pobłażliwie, gdy uniosła ku niemu spojrzenie. Oczy, ciemniejące ostrością jak brunatne szkło zanurzone w cieniu, zdawały się nosić w sobie powód wystarczający, by się zatrzymać. By choć na chwilę zawiesić oddech. By dać się zauroczyć ― raz, naiwnie na jedną noc; z uważnością, jaką obdarza się rzeczy kruche, a jednocześnie niebezpieczne. Figlarna dyspensa, ukojna zgoda na penetrowanie dalej mapy blizn, które znaczyły tors niczym historia zapisana ostrzem. Każda linia była milczeniem, każda nierówność pytaniem, którego nie wypadało zadawać wprost. A jednak ciekawość ― zdradliwa, kobieca, cicha ― wiła się pod skórą. Cóż biedak musiał przejść? Jakie noce, jakie ręce, jakie wybory zostawiły ślad tak trwały, że ciało wciąż je pamiętało? Chciała ująć to w trzech słowach. Zwięźle. Bezpiecznie. Pozachwycać się, nie obiecując niczego. Rozkoszować się samą możliwością ― nim. Przecież nie planowała tej sylwestrowej nocy, wczorajszego spiekotu pożegnania kolejnego roku, sprzeniewierzyć na nowe znajomości. Miało być inaczej: znane twarze, przewidywalne toasty, cisza po północy. Lecz los nie słuchał planów; los wystawił jej na próbę konglomerat piękna i dzikości, zamknięty w brązowej okowie tęczówek.
Była jeszcze blizna na policzku ― znacząca, bezczelnie widoczna. Dotknęła jej po raz pierwszy na balkonie, pośród celebracji północy, gdy miasto huczało, a kalendarz bezceremonialnie zmieniał kartę. Opuszek palca musnął skórę niemal z nabożnością, a pytanie wymknęło się szeptem, zanim zdążyła je zatrzymać: któż skrzywdził?
Nie odpowiedź ją interesowała najbardziej, lecz fakt, że pozwolił jej zapytać.
Rozsierdzała go od nowa ― z rozmysłem, kobiecą cierpliwością, która potrafi być bardziej bezlitosna niż gwałtowność. Poranek miał w sobie jeszcze senność nocy, a  drażniła tę miękkość, muskając ciepłą szyję tu i ówdzie, znacząc ją nie tyle śladem, co intencją. Jakby chciała powiedzieć: jesteś mój ― choćby na jeden raz, choćby na więcej, choćby tylko w tej chwili, zawieszonej między wczoraj a jutrem. Iskra, ledwie tląca się w męskiej jaźni, roznieciła się szybko, karmiona jej obecnością. Zanim zdążył ułożyć myśl, porwała go w dewiację słodkiej władzy, w ten rodzaj nierządu, który nie potrzebuje widowni ani rozgrzeszenia. Czerń paznokci, nakreślona jak znak ostrzegawczy, wczepiła się w półdziko rozmierzwione włosy ― jeszcze niespokojne po nocy, jeszcze pamiętające jej oddech. Ciało samo znalazło drogę, jakby znało ją od zawsze. Wpasowało się w krzywizny jego siły bez wahania, bez wstydu, mknąc ku niemu złaknione, dzikie, prowokujące. Nie było w tym pośpiechu; raczej rytm ― kojący, powtarzalny, taki, który uspokaja chaos myśli. Chciała zamilknąć, schronić się na dłużej w jaźni pocałunku, gdzie słowa nie mają wstępu, a sens rodzi się z bliskości.
Przez chwilę bycia sobą.
Kobieca, świadoma, niepokorna ― pozwalająca sobie na tę jedną chwilę, w której świat zwężał się do niego.
Po części, zniszczona.
― Dłużej? ― Cmoknęła cichutko na zwieńczeniu westchnienia, łapiąc obyczajny haust chłodnego powietrza, jakby chciała nim ugasić rozżarzenie skóry. Na próżno ― ciało wciąż przyjemnie grzało się od bliskości drugiego, wciągnięte w szranki tej osobliwej mowy dotyku, gdzie każde muśnięcie było zdaniem, a pauza między nimi znaczeniem. Plecy z ulgą przyjęły karb miękkości pościeli, zapadając się w nią jak w obietnicę spoczynku, lecz dłonie nie potrafiły zastygnąć w bezruchu; łaknęły męskiego ciała, jego ciepła, tej namacalnej obecności, która jeszcze nie zdążyła stać się wspomnieniem. ― Poznać mnie? Wszakże poczyniłeś kwerendę poznawczą wczoraj, wybiórczą... małostkową ― Spoglądała na niego z uważnym zainteresowaniem, studiując rysy twarzy, napięcia i rozluźnienia, które zdradzały więcej niż słowa. Chciał, by została dłużej ― czuła to w sposobie, w jaki na nią patrzył, w drobnym zawieszeniu głosu. Chciał poznać. Chciał… po co właściwie?  Wszakże czarujące znajomości splendoru jednej nocy i jednego poranka kończyły tysiące podobnie rozpoczętych opowiastek, później przywoływanych z uśmiechem przy kieliszku wina, odartym już z ciężaru znaczeń. ― Samotność Cię rujnuje? Miewasz jakby... smutek w wejrzeniu, mój miły.
Śledziła jego mimikę, cedziła słowa jedno po drugim, pozwalając im osiadać w sobie, gdy gibka noga, niemal bezwiednie, spętała jego biodro w ścieg własnej krnąbrności. Nie uciekniesz ―  bardziej impuls niż plan. Może zostanę? ― zawahała się w duchu, czując, jak poranek potrafi być okrutny w swoich wyborach, gdy noc jeszcze nie puściła do końca. I drugi raz, z tą samą słodyczą i niepokojem, dotknęła blizny zdobiącej jego policzek. ― Jeśli się nie znudzisz, zostanę ― uśmiechnęła się ukojnie, przymykając wejrzenie nieznacznie, gdy czoło uraczył ciepłem pocałunku. Opuszek palca zatrzymał się na bliźnie, na ułamek sekundy dłużej, jakby chciał zapamiętać jej kształt. Zamartwiała się po cichu, a jednocześnie wierzyła ― naiwnie lub odważnie ― że prowodyr tej rany dawno już padł martwy.
    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
13-01-2026, 14:59
Nowy rok, niczym nowe rozdanie na szachownicy wydarzeń skłania do refleksji; do wyciągnięcia lekcji z porażek minionych miesięcy. W słowach oklepany, pustych wybrzmiewają nuty znane, to toast szczęścia i pomyślności, był tak słodko-gorzki, że kąciki jego ust wykrzywił grymas uśmiechu, jakby niekoniecznie widział w nadchodzącym roku cokolwiek, co mogłoby go jakkolwiek obejść – znudzony, obojętny, pogrążony w ciszy emocjonalnego zapomnienia. Przetrwał tygodnie cierpienia na swą modłę zatraciwszy się w pracy, badaniach, wiekowych zwojach – tak głęboko jak się tylko dało zagrzebał, jednocześnie myśli pod czupryną brunatnych włosów wirowały jak szalone, targane wiatrem emocji, z których gniew brał nad wszystkimi innymi przewagę; zwyciężając. Niesiony na skrzydłach smutku odwiedzał speluny, podrzędne puby i miejsca powszechnie zakazane, gdzie dobry dżentelmen nie zwykł chodzić. Potrzebował pokuty – zapomnienia. A bójki tak pierwotnie pospolite, tak absurdalnie nielogiczne, tak… żałosne w jego przypadku, były tym, czego potrzebował, co go napędzało. Nie. Nie pozwalał sobie na chłostę i biczowanie; bezradne spoglądanie na ruchy przeciwnika, bez ingerencji. Wprost przeciwnie, to w nim drzemała ta agresja, którą pragnął wyładować na innych; łamiąc szczęki, nosy, ręce i żebra. Emocja pierwotna, naturalna, a kipiała jak wrzątek przeciągnięty na ogniu. W każdym miejscu, gdzie zaprowadziła go praca, przez ostatnie miesiące odnajdywał te miejsca, gdzie metaliczny dźwięk zduszony przez sakiewkę wybrzmiewał w ogólnym gwarze głosów przyjmujących zakłady; gdzie areny czasem wyglądały jak dziura w ziemi otoczona drewnianą palisadą, a zapachy przywodziły na myśl rzeźnię. Nie dbał o warunki, nie dbał o przeciwnika, bo liczyła się słodycz adrenaliny, gdy pierwsze ciosy spadały na rywala.
Wracał niechętnie z otchłani wspomnień; wprost w jej ramiona, by utonąć pod ciepłą pierzyną, otulony zapachem jej ciała. To działo się jak sen jaki zloty, tak prędko i nieprzewidywalnie. Pozwolił się zatracić w serwowanej przyjemności, jakby nie liczył konsekwencji serca. Lecz nie dziwił się sobie zanadto – akceptował wady, a ona, nawet jeśli pod najgorszą krzywizną krytyki spojrzeć – nią nie była. Raczej ratunkiem od degeneracji tego, co tam w piersi się tliło. Zapachu kobiety spragniony; tej czułości i drapieżności.
W niej to odnalazł – wszystko, a nawet więcej.
Była jego.
Ta myśl uderzała i stawała się mantrą powtarzaną w chwilach, kiedy ciało kochanki wyginało się i drgało w ekstazie przyjemności.
— Nie drocz się ze mną. Mówię absolutnie poważnie — słowa wtórują znudzonemu westchnięciu, które wydobywa się spomiędzy lekko rozchylonych warg. Jego oczy prześwietlają ją na wskroś, jakby bada posunięcia, kalkuluje ryzyko strat. Jednocześnie wykorzystuje pozycję wcześniej wywalczoną do znaczenia dominacji współgrającej z ruchami nienachalnymi, ale znaczącymi bioder. Jego mina, a nawet wzrok pozostawały niewzruszone pod naporem kolejnych słów wydobywających się spomiędzy karminowych ust.
— Samotność? A ty? Miewasz momenty samotności? Zapewne tak, jak każdy… nie, nie wiem — kontakt wzrokowy pozostaje jak zastygła więź między nimi. Nawet kącikiem ust nie zdradza, jak wewnętrznie czuje się dobrze, gdy obejmuje go nogą. Zaduma trwa nieprzerwanie, a uśmiech nawet nie wypływa na spokojne wody pozostaje w porcie oczekując przypływu, co przyniesie dawkę informacji, bo karmiony nimi umysł potrzebował ich, niczym pojazd mechaniczny paliwa. — Prześladuje mnie pustka, która podąża za mną, gdziekolwiek zawędruje, niezależnie od bodźców, którymi częstuje mnie nowa kraina. A przy tobie jakby lżej? — Wypowiada słowa wieńczące niepokój na duszy, bezbłędnie sunąc czubkiem nosa wzdłuż ostrego profilu twarzy kochanki, bawiąc się pieszczotą, jaką jej zadawał, bo grając jednocześnie na tylu frontach, odnajdywał zaskakujący balans.
— Zostań, a poznasz mnie, takiego, jakim jestem naprawdę, bez fałszu i teatralnych masek. Bez ciężaru nazwiska, które w granicach domu dźwigam. Świadomego przeszłości i niespokojnego o przyszłość, jeśli jakakolwiek mnie czeka — ruch ust zastyga, a błysk w czekoladowych oczach ostrzega, przed tym, co miało dopiero nadejść.
Ruch ciała – powolny i miarkowany zanosi mężczyznę na zakryte wcześniej regiony, tak w swym wdzięku kuszące, że aż nie sposób powstrzymać pragnienia, by ich nie dotknąć, więc dotyka: ustami, językiem, zębami – lekko z wypracowana pewnością, umiejętnie.
    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
13-01-2026, 17:22
Tak po części chyba, najzwyczajniej w świecie, wielbiła z wolna zatruwać swój umysł i krwiobieg ― wyzbytą siłą gwałtowności, a metodyczny. Zatruwać żyły spiekotą nieodzownego spętania na jedną noc, na jedno tchnienie, ujmując w tym dziwacznym procederze ukojenie, którego nie umiała odnaleźć w żadnej innej formie. Było w tym coś z dobrowolnego upadku, z miękkiego zanurzenia się w coś, co paliło, lecz jednocześnie koiło, jak gorąca kąpiel po dniu pełnym lodowatych spojrzeń. Tęsknota ― ach, ona była tu kluczem ― za czymś, co nie istniało albo jeszcze nie zdążyło nakreślić swego konturu w młodym życiu po dorosłości. Istniały za to tylko błahe plany i zadania: praca, handel, noty, aneksy do umów zagranicznych, cyfry i nazwiska zapisane suchym atramentem na pergaminach pozbawionych zapachu. Ambicja była wyzwalająca, to prawda, lecz za nią czaił się powiew nudy ― tej najgorszej, bo ubranej w sukces. Uśmiechem witała tego polityka, tamtego dyplomatę; tu podtrzymywała rozmowy z wyniosłymi kobietami, których słowa brzmiały jak starannie wyuczone frazesy, tam czuła na sobie spojrzenia zjadające jej ciało kawałek po kawałku, jakby było walutą wymienną.
Obrzydlistwa i karykatury świata pętały młodą duszę zewsząd, gdzie tylko postawiła krok. Każdy salon miał swoje cienie, każda uprzejmość niosła w sobie rachunek do zapłacenia. A jednak ― czy była głupia? Nie. Raczej świadomie małostkowa w tym jednym aspekcie, brnąca w świat zepsuty bez liku, chwytająca go garściami, tak jak uczyły ją inne kobiety, ciotki, matrony o oczach wypalonych doświadczeniem.
Brać, zanim zabiorą.
Czuć, zanim stwardnieje się na kamień.
Może właśnie dlatego pozwalała sobie na te noce ― krótkie, intensywne, pozornie nic nieznaczące ― by przypomnieć sobie, że krew wciąż krąży, że ciało reaguje, że dusza jeszcze nie została całkiem sprzedana w pakiecie z ambicją. Bo choć świat był plugawy, a ona poruszała się w nim z coraz większą wprawą, wciąż istniała ta cicha, kobieca potrzeba, by choć raz nie być strategiem, negocjatorką, córką rodu ― lecz istotą czującą, nawet jeśli miało to smakować jak trucizna.
― Miewam wszystko, chociaż czasem nie miewam nic. Mam rodzinę, ambicje, pracę, o którą walczyłam z zaciśniętymi zębami. Wszystko jest na swoim miejscu ― Nazwisko Lestrange niosło ze sobą ciężar i aurę. Siłę i moc na arenie nie tylko brytyjskiej, lecz i europejskiej; władzę podszytą mądrością, bezstronność zdobywców i finezję francuskiej krwi przodków, drzemiącą gdzieś pod skórą, w gestach, w sposobie mówienia. Tacy mężczyźni zwykle byli już dawno wypaleni ― przesyceni oportunizmem, buńczuczni w swej pewności, obojętni na detale. Lecz brązowe tęczówki, które teraz na nią spoglądały, były inne. Czystsze. Nienaruszone tym rodzajem zmęczenia, które czyni z ludzi pomniki samych siebie. ― Wracam wieczorem do ciszy, która zna mnie lepiej niż oni. Do łóżka, które nie pyta, czego potrzebuję.
Zdawał się prawdziwy, niemal boleśnie prawdziwy, gdy mówił o podróżach ― nie jak o trofeach, lecz jak o ucieczkach. Gdy z zaciekawieniem, nie mając nic do kreślenia pod dłonią, pozwolił palcom odnaleźć kobiecą smukłość i na niej właśnie nakreślił najprostsze runy ― nie roszczeniowo, lecz jakby odruchowo, jakby szukał punktu zaczepienia w czymś żywym.
Taki inny. I taki… samotny. Rozpoznaje się bezbłędnie ― jak zapach deszczu w powietrzu, zanim jeszcze spadnie. Czyżby dzielili wspólny ból? Nie ten sam, lecz podobny w kształcie: cichy, noszony godnie, skryty pod warstwami obowiązków i nazwisk. I może właśnie dlatego pragnął poznać ― nie ją samą, lecz to odbicie siebie, które na moment zobaczył w jej spojrzeniu.
― By ktoś zauważył, że moje ciało też ma głos. Że samotność nie zawsze krzyczy ― czasem tylko dotyka od środka i przypomina, że wciąż czujemy ― My. Gdyż zdawał się tak podobny do odzwierciedlenia jej duszy. Irracjonalnie kuszący pomruk poruszył w niej strunę, o której istnieniu wolała zapominać, a jednak teraz pozwoliła, by zadowolenie rozjaśniło wargi cieniem uśmiechu. Czynił to bezwstydnie ― nie w geście gwałtu, lecz w naturalności pragnienia, które nie pytało o pozwolenie, bo ono już zostało udzielone ciekawością. Tą drobną, ledwie zauważalną zgodą, która rodzi się wcześniej niż myśl i szybciej niż rozsądek. Czuła, jak łaknienie wraca, niespieszne, lecz stanowcze, jak przypływ, który zna swoją godzinę. Patrzyła na piękno jego jestestwa z uwagą niemal nabożną, jakby chciała zapamiętać linie i cienie, zanim zostaną zakłócone ruchem. A potem on przerwał to spojrzenie ― nie brutalnie, lecz czułością, która naznaczała ciało figlami, kawałek po kawałku, w rytmie, który nie domagał się przyspieszenia. ― Brakuje Ci może kogoś, kto by trwał i rozumiał... Kogoś na stałe, niż uprzywilejowaną gościnność na tchnienie nocy ― Była w tym jakaś staroświecka hojność, gest ofiarowania uwagi bez pośpiechu i bez rachunku. Każdy moment zdawał się celowy, jakby chciał powiedzieć: jestem tu, widzę, pamiętam. Ach — pomyślała z cichym zdumieniem ― doprawdy wspaniałomyślny to był człowiek, skoro potrafił czynić bliskość sztuką, a nie tylko impulsem. ― Nazwiska nie liczą się tu, w naszym świecie na kilka dni... Mój drogi, udręczony podróżniku.
    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
14-01-2026, 17:02
Pragnął ją zatrzymać i na dnie serca skryć w szkatule złotej przetrzymywać, jakby w obawie, że zniknie jak duch czy mara senna. W domyśle miała przecież przetarty szlak, bo nie był jej pierwszym, ani tym bardziej ostatnim kochankiem; miłośnikiem, natchnieniem i narzędziem do rozładowania napięcia. Tak. Wiedział o tym, domyślał się tego, a jednak brnął z tą oczywistością przed siebie w głąb relacji, której sidła kryły się w głębokim puchu, tak wiedział, że tam były i zapewniał samego siebie, iż to nie on zostanie pochwycony, a cień ulotny.
Pragnął jej uczuciem dominującym – łamiącym wolę, trwał w tym zawieszeniu nad jej ciałem rozpalonym wsłuchany w melodię głosu kochanki wyławiając z niej skrawki, te interesujące, jakkolwiek wpływające na sytuację. Niby puzzle odnajdywał zaginione fragmenty, aby móc ułożyć z nich pełen obraz, wciąż tak wielu elementów mu brakowało, to było niepocieszające. Rujnowało jego gorączkę ciekawości, bo chciał; na już, na teraz… wszystko, a cierpliwość w tym akurat przypadku stanowiła jego słaby punkt. Tak być nie mogło, musiał przeciwdziałać i z kontrą stosownie wyjść, dlatego zaczął taniec z początku subtelny po jej ciele – ustami, których smak już poznała. Nie zatrzymywał się jednak w miejscu na dłużej, a kroczył pewnie starymi i nowymi ścieżkami, te zdążył poznać ofiarowały prostotę dotarcia do celu, lecz on nosił w sercu ciekawość i nawet w tym aspekcie postanawiał zagrać tę kartą. Absolutnie nic nie robiąc sobie z tego, że ona mówiła – odpowiadała na zadane pytania, kreśląc zawiłości swojego jestestwa, które zdążył wywnioskować podczas rozmów wcześniejszych, tak na dobrą sprawę nie chciał wiedzieć tego, co wiedzieć mógł każdy dokładniejszy obserwator ludzkich zachowań. On chciał sięgnąć głębi – charakteru; jej osoby. To, kim się stała, dlaczego akurat taka… Jednocześnie za tym wszystkim kroczyła wzajemność wyznań im ona bardziej, nagnie swe reguły dla niego, tym on śmielej się otworzy dla niej.
Niesiony siłą zwierzeń kreślił kolejne pocałunki na nagim ciele, wytyczając nowy nieprzetarty wcześniej szlak. Bywały momenty, gdy przystawał, a dłonie masowały wybrane fragmenty surowością szorstkiej dłoni odwykłej od luksusów i atłasów sięgały po ciało, tak delikatne, wrażliwe i jędrne, iż nachodziła obawa o konsekwencję tych wyrazów czułości pielęgnowanych przez noce i dnie. Poddawał się chwili, gdy ona zachęcała swoją reakcją, bo odczytując, te sygnały jako pozwolenie szedł dzielnie – niestrudzony dalej. Wiedząc, jaki był jego cel, tak jasny i klarowny; oczywisty wreszcie, że nawet nie musiała bawić się w zgadywanki.
— Jesteś moja — słowa wypowiedział, nachylając się, nad jej ciałem w głosie pobrzmiewała znajoma chrypa i coś jeszcze, coś, co sugerowało zamroczenie chwilą. Obezwładniające pragnienie, by nie wychodzić z bańki przyjemności i trwać tu ile tylko można – do bólu. Bo świat, ten surowy, zimny i wykalkulowany miał dla nich zupełnie inne plany. Chciał tego dla siebie; dla nich. Bo przez ostatnie sny byli jednością wymykającą się w jawę, aby tam osiągać szczyty rozkoszy.
Pocałunek – prosty, zwyczajny, lekko zabarwiony nutką czegoś śmielszego, ten podryw języka wychodzący przed linię i powoli sunący po najwrażliwszym z miejsc na mapie jej ciała. Podniecenie budowane chwilami wcześniejszych czułostek wreszcie osiągało celu, gdy chwile słodyczy zaczęły napływać falami. Zaangażowanie mężczyzny było wielkie i kroczyło w parze z umiejętnościami. Palcami sprawnymi, a jednocześnie silnymi pomagał strudzonym wargom i językowi nawykłemu do szermierki, tymczasem była ona innego stylu i mody, bardziej pierwotnej; podczas tej wymownej chwili nadając tempo rytmiczne – stabilne, ale z przebłyskami przyspieszenia, ta synchronizacja była perfekcyjnie wykalkulowana w odczytywanie sygnałów z góry, bo wystarczyło niewiele, aby zmieniał kolejność, by natężenie zmniejszyć lub mocniej zaakcentować chwilę, jakby kierowała nim za pomocą westchnięć i pociągnięć za włosy. To mu odpowiadało, bo mógł jej słuchać jednocześnie samemu, mogąc milczeć i dawać kochance przyjemność.
    Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
15-01-2026, 12:26
Być branką tego i tamtego ― z wyboru, nie z przymusu ― zawojować serce mężnego jestestwa gdzieś na obcości spotkania, a nie w sztywnych objęciach angielskiej modły i jej chłodnej etykiety. Zapaść w innym umyśle, w cudzej pamięci, jak drzazga światła, którą trudno usunąć; naprostować komuś dawno nadwyrężone podwaliny jednym spojrzeniem błękitnego okowu tęczówki. Mrugnąć czernią rzęs zalotnie, nie wstydząc się intencji, odsłonić ramy subtelnie wykrojonych obojczyków ― gestem tak prostym, a przecież obciążonym obietnicą. Być niczym Afrodyta, która nie prosi o uwagę, lecz ją zabiera. Mknąć dostojeństwem długiej nogi zwieńczonej czarną szpilką, przy rozcięciu sukni, gdzie materiał ustępuje miejsca skórze i ruchowi. Prymitywne ― mawiano ― bo mężczyźni byli pierwotni w instynktach; ale czyż ona sama nie była równie dzika w tej potrzebie bycia widzianą, zapamiętaną, wybraną choćby na jedną myśl, jedno westchnienie? Każdy był sobie dziwny, każdy nosił w sobie inną ranę i inne pragnienie, niekiedy potrafiła je wyczuć, jak ciepło pod powierzchnią chłodnej rozmowy.
Ten tutaj, jeszcze chwilę temu śpiąco w spoczynku za jej plecami, teraz w akcie dominacji kruszył ją w dłoniach i mknących wargach ― nie brutalnie,  z tą uważną siłą, która nie odbiera, a przejmuje. Niepokorna, a jednak miękka w tym poddaniu; słaba jedynie z pozoru, łatwa do zdobycia tylko dla tych, którzy nie rozumieli ceny bliskości. Piętno doświadczenia osiadało na nim wyraźnie, jak sól na skórze po długiej drodze: piętno mężczyzny, który najpewniej znał wiele ciał i wiele imion, skoro z dumą, niemal beztrosko, chełpił się świadomością swych podróży i odkryć. Zapewne smakował dzikości tańca arabskich panien pustyni, zapachów przypraw i piasku; zapewne dotykał półwilej urody francuskich kobiet utkanych w burlesce nocnego Paryża. Tacy miewali każdą i żadnej nie zatrzymywali ― manipulowali spojrzeniem, obietnicą, znikali bez echa. Ten nad nią wydawał się inny. Władczy, lecz słuchający. Prowadzący, lecz uważny na każdy jej oddech, na drobne napięcia ciała zdradzające więcej niż słowa.
― Twoja? ― Dawał przyjemność nie jak zdobywca. Cierpliwie rozpalał jestestwo zakamarów ciała; tutaj i tam. Najpierw ona — jej reakcje, jej ciche westchnienia, jej rytm ― dopiero potem on i jego nienasycone łaknienie, odkładane świadomie na koniec. Jakby zwieńczenie miało nadejść dopiero wtedy, gdy w powietrzu zawisną jednocześnie jego imię i jej szept, splecione w jedno, niczym krótka, cielesna modlitwa, po której na chwilę zapada cisza pełna znaczeń. ― Wszyscy tak mawiacie... ― Na nowo naznaczał swoją obecność w jej myślach i w samym tchnieniu powietrza wpadającego do płuc; odbierał trzeźwość sądów, zagłuszał stare boleści jak miękką dłonią przyłożoną do ust wspomnień. Nadpisywał siebie ponad innych ― nad imionami spamiętanymi i nad tymi, które w rozmowie poprzedniego wieczoru wypowiadała z lekceważeniem, uwłaczając im i jemu zarazem, jakby nie przeczuwając, że to właśnie jego dotknie najmocniej. Była w tym jakaś cicha zemsta losu: jakby mścił się teraz za to, że jego imienia nie przywołała od razu, że nie uczyniła go jedynym. ― Będziesz mój, hm?
A przywołała je potem wielokrotnie; w chwilach, gdy nękał jej zmysły i odbierał możność złożenia zdania w jedno, gdy słowa rozpadały się na półoddechy i bezgłośne westchnienia. Słodki uzurpator ― tak o nim pomyślała ― obecny i teraz, gmerający przy wrażliwościach kobiecego ciała z bezwstydną pewnością, mknący palcami po mapie jej reakcji, jakby znał je od dawna. Brzydko piętnował wizję jej animuszu władzy, podważając go dotykiem, który nie pytał o pozwolenie, a jedynie sprawdzał, gdzie kończy się opór, a zaczyna przyjemna zgoda. Właśnie była jego przewaga ― w umiejętności odbierania sterów bez walki, w czułej konsekwencji, która nie łamała, lecz zmuszała do ustąpienia. Czuła, jak jej własna siła, dotąd tak pieczołowicie pielęgnowana, mięknie i przechodzi w coś innego: w świadome oddanie chwili, w akceptację tego, że przez moment nie musi rządzić, nie musi pamiętać, nie musi niczego dowodzić.
Może rzeczywiście nęcąca była ta myśl ― zostać z nim kilka dni dłużej, zawiesić czas pomiędzy spotkaniami z dyktaturą ministerialnych gabinetów, a możliwością poznania go na zasadach niemal barterowej wymiany: ona dawała obecność, on odkrywał kolejne warstwy siebie, bez deklaracji i bez obietnic. Kusiło ją to zawieszenie, ten margines życia, w którym nie trzeba było być nikim określonym, a jedynie trwać w reakcji na drugiego człowieka. Podejrzenie sączyło się cicho, jak trucizna w winie. Może właśnie o to mu chodziło ― sponiewierać jej uporządkowaną strukturę, rozebrać ją z kontroli i zostawić, nim zdążyłaby nazwać cokolwiek po imieniu. Okrutnik. Ta myśl zabolała bardziej, niż chciała przyznać, więc zamilkła; jego imię zatrzymała na języku niczym zakazany owoc, którego jeszcze nie wolno było skosztować. Wymknęło się jedynie ciche westchnienie, zdradliwe i szczere.
Palce same wsunęły się w kosmyki brązowych włosów, gubiąc się w ich ciężarze i cieple, jakby szukały odpowiedzi tam, gdzie rozum dawno skapitulował. Nie było w tym gestu niewinności ― była prośba, należyta i świadoma, o więcej i bardziej; o dalsze przesunięcie granicy, o kolejne pęknięcie w murze, który tak pieczołowicie wznosiła przez lata.
    Odpowiedz
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 16:51 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.