Deszcz zacina wściekle, bębni w blaszane daszki i roztrzaskuje się na nierównym bruku. Co jakiś czas spod obluzowanych kamieni strzelają fale błotnistej mazi. Ta chętnie przywiera do spodni, mniej więcej do wysokości kolan.
Mury fabryczne o tej porze połyskują wilgocią nocy. Londyn jest senny, spowity mgłą, ociąga się nim faktycznie rozbudzi do życia. Ulice widzą ludzi dnia wczorajszego przemieszanych z prędkimi miłośnikami obowiązków zawodowych.
Londyn pachnie trudną do zniesienia mieszanką spalin, wilgoci oraz wyziewów z kominów domowych i fabrycznych; powietrze przesycone zapachami zdaje się być ociężałe i zmęczone.
Kiedyś jego wędrówka zwykle kończyła się na piętrze drugim. Doskonale zna tamte rejony, jeszcze niezupełnie wyparł z pamięci dni pracy w Biurze Aurorów, dlatego zawsze, ilekroć stawia się w Ministerstwie, nogi niemal same niosą go wydeptaną ścieżką.
Mógłby rzec, że maj pachnie mu zmianami, lecz oprócz pęczniejącego od wilgoci powietrza obecnie niewiele więcej do niego dociera. Czuje w kościach nieprzyjemnie narastające napięcie, które przypomina tylko o nieuniknionym — wszystko inne może ulec chwilowej poprawie jednak ta jedna, najbardziej paląca go kwestia jest zacementowana.