Uciekał, rozpoznała to bez trudu. Tyle razy widziała, jak podkulał pod siebie ogon i zwiewał przed nią jak przed toksyczną jaszczurką, gotową napluć na niego ogniem; było tak jeszcze zanim wszystko szlag trafił. No i dobrze, niech sobie idzie. Zapalona w niechęci, mocno zacisnęła ręce skrzyżowane na piersi, ale kiedy próbował ją minąć, coś w niej skapitulowało.
Obserwowała pojedynki na Turnieju, wzięła udział w Olimpiadzie (bez szału, ktoś musiał to ustawić), dużo czasu spędziła też w Skrzydle Szpitalnym (dla własnej przyjemności), gdzie przed oczyma mignęła jej bardzo... interesująca scena. Scena ściśle powiązana z płomienną burzą włosów, konstelacją piegów oraz gryfońską odwagą pokazaną podczas pojedynków o tytuł mistrza.
Dlatego kiedy zobaczyła czarownicę na progu Ropuszego Triumwiratu, na moment poczuła ukłucie wstydu. Ubrana w ogrodniczki na flanelowej koszuli, z włosami splątanymi w niski kok i doglądająca hodowli, nie była już tamtą błyskotliwą uczennicą, marzącą o dostaniu się w szereg uzdrowicieli pod wodzą swojej idolki. Ale czy naprawdę miała się czego wstydzić?