• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Muzeum Quidditcha
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
07-06-2025, 14:56

Muzeum Quidditcha
Muzeum Quidditcha mieści się w smukłym, secesyjnym budynku i jest widoczne wyłącznie dla czarodziejów. Jego wysokie okna i zdobne detale z brązu przyciągają wzrok przechodniów. Wnętrze zachowuje klasyczny charakter — w przestronnych salach znajdują się gabloty z oryginalnymi miotłami, oprawionymi w ramy plakatami meczów oraz ręcznie pisanymi kronikami drużyn. Jedna z ekspozycji prezentuje stroje graczy z różnych epok, a drewniana makieta boiska ukazuje rozwój taktyki gry. W powietrzu unosi się zapach starego pergaminu i politurowanego drewna. Miejsce przyciąga czarodziejów spragnionych historii, legend i ducha prawdziwego Quidditcha.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
05-01-2026, 13:12
7 marca

Finansowanie instytucji kultury z publicznych środków uważam - prawdopodobnie jak większość trzeźwo myślących obywateli - za kompletne marnotrawstwo zasobów. Więcej, ten sposób państwo śmieje się w twarz  robotnikom, którzy zasuwają jak mróweczki na swoją kolonię i królową matkę. Mają jeden dzień wolnego w tygodniu, niedzielę i proste, że skoro mogą się wyspać do woli, wziąć gorący prysznic, usiąść do stołu z rodziną (a potem zabrać się za drobne naprawy, dać dzieciom po wychowawczym klapsie, odpalić grilla i zażądać od żony spełnienia małżeńskiego obowiązku), to nie zerwą się na łeb na szyję, żeby pałętać się po muzeach i udawać, że obcowanie wśród kilkunastowiecznych obrazów stymuluje ich inteligencję.
Ponadto w weekendy bilety są droższe ze względu na gęstość obłożenia; a rząd dalej śmie coś pieprzyć o dostępności, inkluzywności i równych szansach. O kant dupy rozbić te obiecanki-cacanki, jak dobrze że mnie nie obowiązuje sztywny grafik pracownika na etacie. Jeśli nie mam ochoty, to nie muszę wychodzić z domu przez tydzień, mogę snuć się między kanapą a lodówką, grać w kapsle, oglądać telewizję i bezczelnie pytać Sandy, co na obiad, gdy już wróci ze swojej szychty. Na pewno dla takich jak ja ustalono darmowy dzień na odwiedzanie muzeów, który akurat w tym wypada w środę, kiedy to akurat spotykam się z duetem Flip i Flap (żaden z nich nie jest gruby) na co kwartalne raportowanie, planowanie strategii i omówienie rozliczeń. To moja kolej na wybór miejsca, a że po pierwsze, nie zamierzam być banalny, po drugie natycha mnie na miły gest w kierunku jednego z drogich kolegów, a po trzecie - do galerii można ot tak sobie po prostu wejść - tak zwany jackpot, strzał w dziesiątkę, uderzenie w złoty gong w sprytnym urządzonku, które mierzy siłę mięśni tudzież kopnięcia na obwoźnych dożynkach.
– To co, Ambrose, oprowadzisz nas? – pytam, kiedy już zostawiliśmy w szatni okrycia wierzchnie, a elegancko ubrana dziewczyna w fryzurze typu bob, poinstruowała nas o kierunku zwiedzania. Dziś wszyscy jesteśmy w cywilu, chłopcy schowali swoje odznaki, no przecież nie pokazałbym się z psami na mieście inaczej niż na smyczy. W obecnej konfiguracji ja siedzę u nich w kieszeni, a oni siedzą u mnie, brakuje tu big bossa, który pociąga za sznurki. Gdyby Sandy była troszeczkę mądrzejsza to jej przypadłaby rola sterowania naszym układem zza kulis, ale wylosowała jej się przewaga urody nad gęstością pofałdowania mózgu. Nie, żebym narzekał, nigdy w życiu.
– Powinniście kiedyś obejrzeć mecz footballu, mówię wam. Tam przynajmniej zasady mają sens – wymądrzam się, kompletnie bez szacunku opierając się o gablotę z jakąś przedpotopową miotłą, która według plakietki należała do obrońcy Tajfunów z Tutshill. – A tak w ogóle, to muszę wam przyznać, chłopaki, że przymierzam się do małego remontu. Moja suszy mi głowę i chyba nie mam innego wyjścia, jak wymienić meble – mówię językami, mówię kodem, ale Titus i Rosie mają głowy na karku. Złamią szyfr, tak jak Harold Finch z Armat Chudley złamał sobie nos na tej właśnie gałęzi brzozy - jeśli oczywiście wierzyć w opis pompatycznie opisujący wypadek pechowego gracza. Za szkłem: wielki konar. I to ma być interesujące? Zaraz wyjdę i pójdę oglądać jak rośnie trawa.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
05-01-2026, 21:25
Ostatni raz był tutaj z dziećmi, gdy były małe. Były też zupełnie niezainteresowane tematem, a Allie ciągle ich popędzała i przysiągł sobie, że następnym razem zabierze tutaj dzieci (albo chociaż syna) sam, ale jakoś nie było następnego razu. A teraz już za późno, dzieci były w takim samym wieku jak on, gdy dorobił się dzieci—czyli były dorosłe i nie miał żadnej sprawczości. Może miałby większą, gdyby ich matka nie wylądowała w więzieniu, jakoś to je rozstroiło. Cholerna Allie.
Większą regularnością niż w wychowaniu potomstwa wykazywał się oczywiście w pracy. Doceniał też partnerów w interesach, którzy ją podzielali i kwartalne spotkania z Danielem bardzo mu odpowiadały (możliwe, że samemu na nie nalegał).
- O, wybrał muzeum Quidditcha. - skwitował do Titusa gdy dowiedzieli się o miejscu spotkania. Przyjaciel (i tylko on, bo Ambrose powiedział to z pokerową miną; zresztą powiedział to tylko do niego) mógł wychwycić w tym stwierdzeniu cień zadowolenia, choć Day nie podejrzewał, że Dodge celowo wykazał się miłym gestem w jego stronę. Albo cwanym gestem, wśród tylu eksponatów Ambrose mógł się łatwo rozproszyć, a dziś akurat zamierzał być bardzo skupiony—ale o tym Daniel (jeszcze) wiedzieć nie mógł.
Obrzucił dziewczynę w szatni bardzo nieufnym spojrzeniem, bo nie wyglądała na odpowiednio dorosłą (co to w ogóle za fryzura? W kwestii krótkich włosów u kobiet—oraz w wielu kwestiach w ogóle—podzielał zdanie swojej mamy) by rozumieć jak obchodzić się z czarnym trenczem. Gdyby mógł ubrać mundur, nie musiałby ściągać okrycia wierzchniego i nie miałby takich problemów; na co narzekał Titusowi przy każdej podobnej okazji.
- Mamy na to czas? - upewnił się gdy Dodge poprosił o oprowadzenie, ale właściwie to nie czekał odpowiedź tylko ruszył w stronę kierunku zwiedzania (nie zwiedzałby nigdy muzeum nie po kolei). - W pierwszych salach zobaczymy początki gry, jeszcze sprzed wynalezienia złotego znicza. Najciekawsze eksponaty znajdują się w części dwudziestowiecznej, nie jestem fanem starych rozwiązań, ale to dopiero za kilka sal... - zaczął, a wprawniejszy obserwator mógłby nawet dostrzec w kącikach jego ust cień uśmiechu. Który szybko zniknął, bo albo rozmawiali o Quidditchu albo o footballu, nie dało się rozmawiać o tym na raz. Westchnął i w imię dobrych interesów przerwał opowieść o dziejach Quidditcha w średniowieczu. - Nazwa tego sportu nie ma sensu ani polotu. - mruknął, ale nie krytykował dalej mugolskiego świata, bo dzięki znajomości z Titusem nigdy się w takich krytykach nie rozpędził. - Jakie są tam zasady i co nie ma sensu w zasadach Quidditcha? - drążył, gotów udowodnić Dodge'owi, że wszystko ma sens. Zerknął na Titusa, szukając w jego oczach albo wsparcia albo potwierdzenia, że Daniel żartuje i że znowu nie wyczuł jego żartu.
- To był najlepszy obrońca tamtej dekady. - wtrącił, niespokojnie patrząc jak Dodge opiera się o gablotę. - Tu nie wolno dotykać gablot. - wyrwało mu się. Tylko tego brakowało, żeby zostali przyłapani przez obsługę muzeum w trakcie planowania większych nielegalnych interesów. Wpadanie za takie pierdoły jak przestrzeganie regulaminu byłoby głupotą—a z doświadczenia Ambrose ludzie (na przykład jego teść) wpadali w kłopoty właśnie przez pierdoły.
Poza tym, po prostu rozpraszało go gdy Dodge opierał się o te gabloty.
Powstrzymał się od opowieści o Haroldzie Finch (swoją drogą, imienniku Harolda Day—ojca, ale od paru lat Ambrose był o nim w stanie myśleć tylko pełym imieniem i nazwiskiem) i zmrużył lekko oczy, gdy Daniel przeszedł do sedna. Chyba. Dodge znowu mieszał w szyfrach i choć Day wiedział mniej więcej, co miał na myśli, to nie podobało mu się to mniej.
- Niedługo ten remont? - rzucił, usiłując wyczuć nowy rytm. - Konkretna data pozwoli pomocnikom zarezerwować sobie... czas. - w jego ustach brzmiało to jakoś bardziej formalnie. Westchnął. Może lepiej najpierw załatwić to, z czym samemu tu dzisiaj przyszedł; to pozwoli mu się lepiej skupić. - Moje meble - cholerny szyfr, chciał zrobić to inaczej - straciły nieco na wartości po rozwodzie. Obawiam się, że bez... szczęścia w finansach nie stać mnie na nowe. - zaczął i najpierw zerknął na Titusa, upewnić się, że targuje się o wyższy zysk poprawnie (niestety, nie wtajemniczył Titusa w ten plan z wyprzedzniem, uznając, że to logiczne, że Harrison domyśli się, że obydwoje potrzebują teraz pieniędzy), a potem spojrzał z naciskiem na Daniela aby wywrzeć odpowiednie wrażenie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
06-01-2026, 18:05
W przeciwieństwie do zawodowego partnera – ignorował modną w latach dwudziestych fryzurę damską i poniekąd ignorował muzeum które w przeciwieństwie do blondyna – odwiedził w życiu więcej niż raz, notorycznie zapominając o treści ekspozycji, które drugi zapamiętał z wielką fascynacją i dokładnością.
Byli tu po cywilnemu, a widząc Day’a w tym wydaniu, czuł na karku oddech nadchodzącego malkontenctwa. Przewidywał, że za… Trzynaście minut usłyszy pełen narzekania komentarz na temat dziwnego samopoczucia. Za czternaście minut dołoży do tego pełen pewności komentarz – złe samopoczucie powiąże z brakiem munduru. Za dwadzieścia minut Tite dowie się, że przyjaciel – całe szczęście – wziął ze sobą odznakę. Po spotkaniu Day ucieszy się zaś, że może już wrócić do domu i jutro ubrać się normalnie.
Tak, to nie pierwszy raz. I tak, to i tak dobry czas, uwarunkowany rozproszeniem wynikającym z obecności w otoczeniu tych wszystkich zabójczo interesujących eksponatów. No i z obecności Danny’ego. Harrison musiał przyznać, że ten drobny przedsiębiorca z pewnością umiał skupić na sobie uwagę rozmówcy. W snach zawsze widział go jako burego, grubego kocura – zupełne przeciwieństwo barwnej, smukłej postaci. Uosabiające Dodge’a zwierzę miało złote zęby, złamany ogon i kilka wyliniałych placków na brzuchu i plecach – łasiło się jednak do nóg, a pogłaskane – gryzło dłoń aż do krwi.
Titus nie lubił ściskać mu dłoni, zawsze przypominając sobie wtedy nieprzyjemne wizje senne (w świecie pod powiekami Daniel ma puszysty pyszczek rasowego dachowca). Robił to jednak nawet pomimo awersji, i tak chętniej niż niechętny do jakiegokolwiek dotyku Ambrose Day.
– A spieszy ci się gdzieś? Masz wolne – mówi do partnera prowokująco, kiedy ten wyraża wątpliwości. Jeżeli którykolwiek z nich zapominał o końcu służby – z pewnością nie był to Harrison; usta nawet nie drgnęły – a mogły – na krótka instrukcję dotyczącą zakazu dotykania gablot. W kwestii footballu musiał dodać jednak swoje trzy grosze. Szczególnie, że Ambrose wydawał się świdrować go spojrzeniem w znajomym poszukiwaniu aprobaty. Harrison nerwowo poprawił włosy. – Rosie, jak inaczej nazwałbyś kopanie piłki stopą, jeżeli nie football? – rzuca mu wędkę. – Myślę, że dwa mecze i zrozumiałbyś większość zasad. A potem co tydzień tłumaczył żonie czym jest spalony – mówi z nieziemską powagą. Tak, wie, że Ambrose nie ma już żony. I że pewnie chciałby wiedzieć czym jest ten cały spalony. Nie, nie dosłownie spalony.
Ale niech nad edukacją Day’a głowi się już Danny. W końcu tak zawzięcie twierdził, że to zasady Quidditcha nie miały sensu.
Remont stanie się jednak kwestią do wspólnego główkowania. Wlepiając spojrzenie w chorągiew Srok z Montrose, wsłuchuje się w rozmowę dwójki mężczyzn. Ambrose nie był mistrzem gry cieni i człowiekiem zbudowanym z metafor. Wiedzieli to chyba wszyscy troje.
– Twoja wie już co jej się podoba? Liczyłeś już ile kosztują te jej małe zachcianki? – dopytuje, wtórując Rosie’mu – tak bezpośrednio zmierzającego do tematu terminu. Sam zadałby jego pytania nieco inaczej, ale nigdy nie zadrwi z przyjaciela w takich warunkach. Muszą być partnerami i trzymać wspólny front – w innym wypadku już dawno wypadliby z obiegu. Myśli, że nakieruje wypowiedź na odpowiednie, jaśniejsze tory. – Nawet gdybyś chciał je teraz sprzedać, pośrednicy biorą dla siebie nieco zbyt wysoki procent – kręci głową. Biedni funkcjonariusze, trafia do nich tak mało... - Mówią, że to nie jest dobry czas na sprzedaż antyków, mówią, że podejmują zbyt wysokie ryzyko, ale moim zdaniem dobry zabytek nigdy nie traci na wartości - wzdycha. - Skoro przetewały te wszystkie wieki, muszą być niezawodne.
Przecież nie współpracują od wczoraj.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
07-01-2026, 09:57
Byłem tu i tam, kręciłem się trochę po świecie, zjeździłem kraj na oko większy od całej Europy, a kiedy w końcu osiadam w jednym miejscu, jestem już innym człowiekiem. Wciąż podpalam się równie prosto jak szmata nasączona benzyną, lecz przynajmniej w główce przeskakuje przełącznik (jakby ktoś wstawił mi tam złotą blaszkę, wszynającą alarm), że zimny prysznic dobrze robi, mroźne powietrze jest świetne dla zdrowia, a cierpliwość faktycznie popłaca. Można po swojemu i po głupiemu, ale można też równoważyć teorię i praktykę z identyczną gracją jak ośmioletnia córa arystokratycznego rodu przemyka po oheblowanej belce. Szkoda, że nikt nie zaklaszcze mi na koniec: najlepsze na co mogę liczyć to gwizdy uznania mundurowych nad robotą taką, że mucha nie siada. Z bólem i skręcającą niechęcią przyznaję, że ojcem swojego sukcesu nie jestem sam: oto dwóch współautorów, dopisanych drobnym drukiem pod moim nazwiskiem, ignorując kolejność alfabetyczną - tu Ambrose powinien być pierwszy. Ha! Identyczna kolejka, gdybyśmy szli równo ze wzrostem, lecz i tu - ćśśśś, Titus bardzo, baaardzo nie lubi, gdy żarty skręcają w kierunku stóp, centymetrów, cali i łokci. A skoro ja nie mam absolutnie żadnego interesu, by karzełka podkurwiać, gryzę się w język. Za każdym razem, gdy go widzę. Albo prawie. Czasami naprawdę trudno sobie pomóc.
– No właśnie, Titus, mamy czas, prawda? – o tym właśnie marzę, żeby w wolny dzień wyprowadzać pieski na spacer. Kategorycznie odmawiam Sandy wprowadzenia do domu pchlarza - mam namiastkę opieki nad takimi w liczbie dwóch. Ci przynajmniej nauczeni są paru komend i że nie wolno szczać w domu. Ze szczeniakiem gwarancji nie dostanę. – Za czym wtedy gonił szukający? Sędzia rzucał orzechami? – kpię-lub-pytam-zupełnie-na-serio. Z ukosa rzucam szybkie spojrzenie na Harrisona, czy przypadkiem nie stanie w obronie swojego partnera, czy może raczej zachowa kamienną twarz, walcząc z drgającą wargą. W międzyczasie wzdycham jeszcze na znaki z zakazem palenia, panoszą się wszędzie, wielkie, czerwone z przekreślonym czarnym piktogramem papierosa. Jeden pet a nawet i pięćdziesiąt nie podpaliłoby przecież tej budy, choć to faktycznie największy skład drewna, jaki widziałem. Nawet na ścianach mają tu boazerię.
– No na przykład to, że wynik meczu zależy od jednego gracza – zaplatam ramiona na piersi, łypiąc na Ambrose’a, gotowy wyłożyć mu cały absurd narodowego sportu – Musisz mieć przewagę 16 goli, żeby wygrać bez złapania znicza. A tylko złapanie znicza kończy grę, więc w takiej sytuacji szukający przeciwnej drużyny nigdy go nie złapie, chyba że jest totalnym ciołkiem – no co, mówię prawdę. – No i to, że pałkarze mogą atakować graczy, którzy nie są przy piłce… Bez sensu – o tym, że faulowanie jest właściwie całkiem opłacalne już nie dodaję, bo to jedyna interesująca rzecz, która dzieje się na boisku. Osiłki celowo wpadają na innych osiłków, gruchoczą sobie nawzajem czaski, spadają z dużych wysokości, no mamy widowisko i o liczbę rozbitych głów faktycznie zdarzyło mi się nawet zakładać, chociaż chyba nie w sezonie pana Daya. – Nie będę ci przecież tłumaczyć na sucho, Rosie – czy to dziewczęce zdrobnienie, miękkie i pachnące, przeznaczone jest wyłącznie dla drugiego muszkietera? – Pod koniec kwietnia jest ostatni mecz pierwszej ligi, może chcesz zobaczyć, z czym to się je? A na stadionach sprzedają takie dobre kiełbaski, palce lizać – dodaję – Titus, ty oczywiście idziesz z nami – może to niezobowiązujące zaproszenie, a może nie. Może tak dobija się targu na głośnym stadionie wśród mugoli, którzy nie wiedzą, co jest pięć, a kiedy ich drużyna strzela gola, zdzierają koszulki i pokazują owłosione brzuchy.
–Achhh – wyrywa mi się z ust. Poważnie? – Co ze mną zrobią, Rosie?? Wezwą policję? – kpię sobie w najlepsze ze stróża prawa, który gdyby wiedział, o co chodzi z sygnalizacją świetlną, wlepiałby mandaty za przechodzenie na czerwonym. Najgorszy sort. – Na szczęście policja to wy – uśmiecham się szeroko, zrelaksowany, złoty ząb świeci, ale dla poprawy komfortu Daya prostuję się i odsuwam od szkła. Lepiej?
– Tylko bez takich – celuję palcem obleczonym w pierścienie w Harrisona. Nadepnął na odcisk, ale skąd miał wiedzieć? Remontu żadnego oczywiście nie ma i nie będzie, natomiast nasze wspólne oszczędności - moje - pojawiają się i znikają, bo i tu działam w systemie pożyczkowym na zero procent. Nie zawsze się spłacam, ale co poradzić, kiedy Sandy wyciska ze swoich oczu łezki jak perełki? – Druga połowa kwietnia, chłopaki. Przyda mi się pomocna dłoń przy sprzątaniu. Będzie pewnie sporo syfu. Ktoś to musi doprowadzić do porządku, zanim zbiorą się inni, żeby się temu przyjrzeć – do brzegu tak? – Odpalę wam dziesięć procent – decyduję, a z kieszeni wyjmuję papierosy, pieprzyć te zakazy. – Przykro mi z powodu rozwodu – dodaję, prawie ze współczuciem – baby, co?
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
09-01-2026, 23:04
Najwyraźniej zarówno Titus, jak i Daniel uznali, że faktycznie mają czas—co Ambrose'a nieco zdziwiło, ale nie będzie z tym przecież dyskutować. Zwłaszcza, że powątpiewałby gdyby przytaknął temu sam Daniel, ale osądowi Titusa ufał absolutnie. Można zresztą spędzić czas gorzej niż w Muzeum Quidditcha, choć gdyby byli sami to odpowiedziałby Titusowi, że właściwie przyjemniej byłoby iść do kina. Ale skoro już Dodge ich tu wziął, licząc na oprowadzanie, to nie będzie z tym przecież dyskutował... byłoby to nieuprzejme. Może poświęcony mu czas zaowocuje lepszym procentem z utargu?
W kwestii uprzejmości Ambrose też się trochę gubił, ale w tej kwestii polegał na swoim partnerze. Dodge był w jego życiu dziwną znajomością, ponieważ Ambrose'owi jakoś nie wychodziły wieloletnie znajomości z mężczyznami. Czasami zastanawiał się, czy Daniel rozmawia z nimi tak serdecznie, bo ich lubi, czy po prostu ich potrzebuje (jak dla niego, mogliby po prostu przejść do sedna, ale może to jakiś savoire-vivre i szyfr przestępczego półświetka). Czasami zastanawiał się też nad tym, dlaczego czasami znośniej spędza mu się czas z przestępcą niż z kolegami z policji; ale może lepiej się nad tym nie zastanawiać. Oni nigdy nie zabrali go do Muzeum Quidditcha, natomiast zapraszali Titusa na piwo (bez niego). Notorycznie (prawdopodobnie nawet dwa razy Ambrose uznałby o dwa razy za często).
- Nie wiesz? - zwrócił się do Dodge'a i oczy aż mu rozbłysły, bo większość fanów sportu kojarzyła historię sprzed wynalezienia znicza... jeśli nie za sprawą sportu, to za sprawą obowiązkowych wykładów na ONMS w Hogwarcie. Ambrose nie lubił ONMS, ale to zapamiętał. Może Daniel nie lubił ONMS jeszcze bardziej? - Orzechy spadłyby na ziemię za szybko. - no przecież. - Znicz jest oparty na swoim poprzedniku, złotym i szybkim... wtedy używano tresowanych znikaczy! Ale wykorzystywanie ptaków niosło za sobą komplikacje... moralne, więc o tym opowie lepiej Titus. - odstąpił partnerowi pałeczkę, bo Titus lepiej znał się na magicznych stworzeniach i podchodził do nich z większą wrażliwością i opowiadał o nich z większą pasją, a Ambrose lubił patrzeć na twarz Titusa gdy ten mówił o czymś z pasją.
Choć dziś mógł patrzeć również na historyczne modele mioteł, więc trudno powiedzieć, gdzie zbłądzi jego wzrok.
Potem Daniel... wpędził się w kozi róg i niestety opowieść o znikaczach będzie musiała poczekać.
- O nie, nie, nie od jednego. To amatorski pogląd i kiepska strategia, jeśli opiera się ją na szukającym albo wierzy, że samodzielnie może zmienić wynik meczu. - zaprotestował od razu. - W dobrze poprowadzonej drużynie wszyscy powinni wiedzieć, jak go powstrzymać. Na przykład, podstawowy błąd to atakowanie szukającego tłuczkami zbyt wcześnie gdy zmierza po znicza. Należy to dostrzec i uderzyć w niego w dokładnie odpowiednim momencie, gdy jest tuż przy celu, to potrafi zepsuć jego morale na cały mecz. Zrobiłem tak kilka razy, ale najlepiej wyszło mi to jeszcze w Hogwarcie, Titus był świadkiem, dokładnie pod kątem trzydzieści pięć stopni... - rozmarzył się trochę. - Przecież atakowanie innych graczy powinno być strategiczne, a nie tylko gdy są przy piłce, to jakieś zupełnie bez sensu. Lepiej wyeliminować ich wcześniej. - zmarszczył brwi, Dodge krytykował to, co samemu w Quidditchu kochał. - No i uderzanie innych jest ekscytujące i wygląda świetnie. - dodał z błyskiem w oku. Lubił myśleć, że właśnie to wyglądało w jego grze świetnie, a nie on. Niestety kiedyś wygrał ranking najlepszych fryzur graczy Quidditcha poprowadzony przez Czarownicę i zepsuło mu to humor na cały sezon.
Może gdyby wyglądał trochę gorzej, grałby dalej. Ale stracił do tego serce i wolał chyba oceniać, jak źle grają inni. Oraz spełniać się w magipolicji!
- Ambrose.  -skrzyżował ramiona i upomniał Daniela trochę chłodniej, bo w usłyszeniu zdrobnienia z ust kogoś innego niż Titus było coś bardzo... niewłaściwego. Nie potrafił ująć co, ale nie i już. - Chcę! Bo ta mugolska gra jest zupełnie bez sensu, co z przyjemnością ocenię. - zawyrokował, zaproszenie od razu poprawiło mu humor. - A czy są tam talerze i sztućce? - zaintrygował się, w przeciwnym wypadku odpuści tą kiełbaskę.
- Jest mnóstwo innych sensowniejszych nazw. Kicker, kickball, legplay i... - i wymyśliłby mnóstwo równie kreatywnych rozwiązań, ale Titus zaczął mówić coś o spalonych kotletach i o... Allie? Wzdrygnął się, a potem się skrzywił, a potem zabił go wzrokiem. - Tite, nie mam już żony. - jak można o tym zapomnieć? Wiedział, że jego rozwód był dla Harrisona zaskoczeniem, ale żeby aż tak? Spytałby, o co chodzi z tym całym spalonym, ale zezłościł się. Ile można człowiekowi wypominać siedemnaście lat małżeństwa?
- Ambrose. - powtórzył drugi raz, bo Daniel tak podekscytował się tym meczem, że chyba nie zrozumiał za pierwszym razem. - I nie możemy tutaj być jawnie polic... zresztą, pewnie wezwaliby ochronę. - ale Dodge odsunął się, a Day odetchnął. Odetchnął też, gdy Titus przejął negocjowanie stawki. Kiwnął głową w kwestii drugiej połowy kwietnia—nie, żeby mieli coś lepszego do roboty. Już miał odnieść się do stawki, gdy Dodge złożył mu kondolencje, obydwoje uwzięli się dziś na te małżeństwa.
- Mnie nie. - odciął się, żeby zamknąć sprawę raz, a dobrze. Czuł, że potrzebuje dobitnego i dobrego argumentu aby udowodnić, że rozwód był konieczny; ale przecież nie powie Dodge'owi, że doniósł wyższym szychom w magipolicji na oszustwa finansowe Allie. To... nie brzmiałoby dobrze w kontekście ich własnych interesów. - Zdradzała mnie z metamorfomagiem. - wypalił zatem, co również było prawdą i co również było oburzające. Nie był pewien, czy Titus zna ten detal; powiedział mu tylko, że gość wyglądał jak on (co Harrison miał wziąć dosłownie, ale Ambrose zapomniał mu przypomnieć, że dosłownie. Titus w ogóle był bardzo frustrujący jeśli chodziło o rozumienie tego, co Ambrose mówi mu o Allie—Day miał wrażenie, że po siedemnastu latach małżeństwa przyjaciel do dziś nie wierzy, że nic dla niego nie znaczyła). - Ale przykro mi z powodu tego, jak to skomplikowało moje finanse i przyszłość dzieci, więc co do stawki to... - zerknął na Titusa, wymownie.




Jak bardzo satysfakcjonuje nas procent od Daniela w porównaniu do innych zleceń? Zdarzenie losowe, bo i wynagrodzenie jest losowe:
1, 3, 5: retoryka nie odnosi skutku i jest dokładnie taki sam jak przy ostatnim zleceniu
2: ostatnio dostaliśmy dwanaście procent, o czym Daniel mógł zapomnieć albo teraz naprawdę będzie prościej...
4, 6: dostaliśmy więcej niż ostatnio, co Ambrose interpretuje jako sukces oratorski, ale Titus może się zastanawiać... gdzie jest haczyk?

wypadlo JEDEN
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
11-01-2026, 23:48
Nie wchodzi w paradę tłumaczącemu zasady partnerowi. Sam Harrison zna je pewnie i tak zbyt dobrze jak na “standardowego” fana sportu, skutecznie musztrowany przez lata, uczony na błędach, które Day korygował bezpośrednio, szybko i odpowiednio ostrym tonem. Titus znał swoje miejsce. Gdy chodziło o zasady ukochanej gry partnera – miejsce te znajdowało się gdzieś za jego plecami.
Śledzi wymianę zdań, uprzejmości i nieuprzejmości pomiędzy dwójką wyższych mężczyzn z ułańską cierpliwością. Nawet gdyby wyciszył ich głosy – co właśnie nieopetrznie robi - mógłby w miarę skutecznie przypuścić (słynne ostatnie słowa) co właściwie sobie przekazują. Danny mówił zawsze coś prowokująco-bezczelnego, używa kwiecistego słownictwa i slangu przestępczego, który bardziej pasował mugolom, niż czarodziejom z krwi i kości. Rosie był chłodny, miał fatalne poczucie humoru i szybko zbijał każdy żart, którego z jakichś powodów nie zrozumiał. Titus utknął na chwilę we własnej głowie, rozważając tematy w których Daniel i Ambrose mogli się nie zgadzać – wyobrażał sobie jeżącego się burego kocura i pochylonego ku niemu jednorożca, nerwowo zamiatającego ogonem. Gdy został wezwany do tablicy, niemal nie wiedział o czym powinien wspomnieć.
– Naprawdę jesteśmy tutaj po to żeby rozmawiać o moralności? – zbija temat, nieświadomy, że odebrał partnerowi perwersyjną przyjemność obserwacji własnej twarzy. Zdobywa się na wyjątkowo nieprzyjemny jak na siebie ton, złością przysłaniając własny wstyd i zakłopotanie. Nie uważał, nie słuchał – gdyby słuchał, faktycznie chętnie dokończyłby opowieść Day’a i faktycznie – zrobiłby to z należytym namaszczeniem. Kwestia gatunku ptaków stosowanych Historycznie w rozgrywkach Quidditcha oburzyła go swego czasu do nieprzyzwoitego stopnia – co Ambrose mógł pamiętać, jeszcze z nastoletniości.
Pamiętał też z pewnością złość w głosie Titusa za każdym razem, gdy tylko coś nie wyszło po jego myśli.
Poza tym – Ambrose znowu rozplątał język, dyskutując z przestępcą o dziedzinie swojego życia. Tym razem Harrison nie popełnił jednak tego samego błędu – słuchał obojga z dużo większym oddaniem. Pamiętał kąt trzydziestu pięciu stopni, pamiętał liczenie sekund… Pamiętał, że Ambrose był wybitny w tym co robił.
Pamiętał też jego wypadek. Magipolicja też nie była bezpieczna, ale upadek z kilkudziesięciu metrów…
– Oczywiście, że idę z wami, muszę przynieść koledze talerz i sztućce – zgadza się nader posłusznie, uniżenie wręcz, a potem patrzy w kierunku partnera, przerzucając oczami. – I oczywiście, że nie masz już żony, Ambrose. Żartuję tylko, Merlinie, ale masz dziś humorek – może nie miał już żony, miał za to policyjnego partnera uzależniającego swój nastrój od faz księżyca, ilości snu czy typu doświadczonego snu. Kolegę, który rozpędzał się od zera do setki w kilka sekund – naciśnięty w odpowiedni – lub właśnie nieodpowiedni – sposób. Nie mówiącego co właściwie gryzło go i oczekującego domyślenia się od najmniej domyślnej osoby w towarzystwie. Byłby doskonałą żoną. Wtenczas.
Szkoda, że był prawie czterdziestoletnim facetem.
I to nie Ambrose miał dziś humorek. Był taki jak zawsze.
– Schowaj te pety, Danny – leci na fali, widząc, jak Dodge wyjmuje z kieszeni paczkę. Chyba mści się za te całe wskazywanie paluchem (niepoważny to powód), a może po prostu jest dziś nie w sosie… Albo może to tak durny sposób na sprowadzenie na siebie uwagi ochrony, że Harrisonowi aż zachciało się zapalić. Paradoks wkurza go jeszcze bardziej. – Druga połowa kwietnia brzmi dobrze – mówi za ich obojga. Próbuje nie dać po sobie poznać, że nie wie nic o metamorfomagu – i że pozostaje jakkolwiek zaskoczony nowiną sprzed roku. Czy naprawdę… Tak rzadko rozmawiają szczerze? – Jaka to okolica? Jeśli Nokturn, wchodzimy w to, ale ekipa remontowa w innej okolicy ceni się lepiej, szczególnie, kiedy do władzy dochodzi nowy brygadzista – próbuje na chłodno przyznać, że nie ma zielonego pojęcia jakimi zasadami kierować się będzie nowy Minister Magii. I jak bardzo będzie patrzył na ręce służbom porządkowym.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Daniel Dodge
Czarodzieje
I'm asking you to come there and make me look good. Alright?
Wiek
44
Zawód
Inwestor, Złodziej, Diler, Szmugler
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
półkrwi
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
11
5
Brak karty postaci
12-01-2026, 12:50
Oczami wykonuję pełen obrót, calusieńkie 360 stopni, gdy Ambrose otwiera usta i mieli nimi, mieli i mieli. Ktoś powinien kazać mu się utkać - jak na to, ile gada, to podejrzane, że wciąż ma w gębie zęby sztuk trzydzieści dwa i cały nos. Dwukrotne złamanie, skrzywienie przegrody, to cud, że uchował się jeszcze przed nauczką - a może lekcja, że milczenie jest złotem, wciąż jest przed nim? Może to mi przyjdzie poprowadzić ten wykład? Uśmiecham się ukradkiem do swoich własnych myśli, które biegną swobodnie od orzechów, ich twardych skorupek i pomarszczonych wnętrzności do palców Sandy bezpośrednio po kąpieli, gdy już wymoczy się w gorącej wodzie z dodatkiem soli, a potem do różnicy między solą morską a himalajską. Tę drugą czasami kupujemy w eko-sklepie, delikatesach z produktami ekskluzywnymi i na naszą kieszeń wyłącznie wtedy, gdy udajemy dziedziców firmy z przetworami spożywczymi, skąd pochodzi słynny na cały świat sos Worcestershire. Niuni podoba się, taka różowa i kryształowa, ładnie wygląda przesypana do cukiernicy - no niech jej będzie.
– No pięknie – kwituję opowiastkę Ambrose’a, którą można by odrobinkę podkolorować i służyłaby znakomicie jako historia na dobranoc dla niegrzecznych dzieci. Odechciałoby im się sadzać tyłki na miotłach.  – Obrońcy praw zwierząt pewnie chcieli głów graczy na palach. To jest powszechna wiedza? Nie wstydzisz się tego? – dalej ciągnę go za język. Pada na mnie, czyli gościa, który nie mógłby mieć bardziej gdzieś losu znikaczy. Może, gdybyśmy rozmawiali o wycinaniu plantacji tytoniu pod boiska, wystąpiłbym przeciwko opresji systemu i establishmencie finansjery. Może, ale nawet to nie jest gwarantowane.
– Sam mówiłeś, że mamy czas, Titus. Quidditch to ważna sprawa. Najwyraźniej – kącik ust drga mi nieznacznie, bo ani jeden, ani drugi nie prowokuje wystarczająco, bym pienił się jako naczelny fan piłki kopanej, domorosły ekspert i wybitny komentator. Liczyłem na wykład i wykład dostałem. A oprócz tego coś ekstra: studium relacji męsko-męskich. Cie-kaw-we.
– Rosie – przerywam Ambrose’owi z ciężkim sercem, bo mężczyzyna dobiegający czterdziestki wygląda nagle, jakby dojrzewanie dojechało go z drugiej strony. Jedyny taki egzemplarz, który z wiekiem młodnieje, jeszcze trochę a zacznie nosić smoczek i domagać się zmiany pieluchy. Domyślam się, że to będzie należeć do obowiązków Titusa. Podobno są współlokatorami. Hmmm. – Cały czas mówisz o szukającym i o tym, że trzeba go powstrzymać – zauważam. – I co, jak taki dostanie tłuczkiem? Ścigający nabijają gole, jeśli druga drużyna nie jest całkowicie do bani, to różnica będzie wynosić, no, maksymalnie ze sto punktów. Gracie dopóki drugi szukający nie dostanie w czambo albo nie złapie znicza, czyli nie doprowadzi do wygranej. A jak jest ciamajdą, taki mecz może trwać nawet tydzień – upieram się przy swoim. Niechęci do wysokości - nie wykryto, tylko twarde fakty, naukowe dowody, które powinni opublikować jak najszybciej w jakimś sportowym magazynie i wywołać krajowe zamieszki. Gorszego narodowego sportu wybrać sobie nie mogli. Dużo lepsze byłyby wyścigi hipokampusów.
– Daj spokój, Rosie – droczę się z dryblasem, wystawiając za granicę po kolei każdy z palców od stóp. Na razie zaczynam od dużego. – Obawiam się, że niestety nie. Ale zawsze możesz przynieść własne. Niektórzy tak robią – kłamię w żywe oczy, patrząc przy tym porozumiewawczo na Titusa. Ile we mnie drwiny, a ile dobrych intencji i troski o wysoki komfort niedostosowanego do społecznych sytuacji Ambrożego? – O właśnie – podchwytuję, niezwykle zadowolony. – Gdzieście się znaleźli, co? Taka przyjaźń to rzadkość – to komplement dla Daya i nadzwyczaj śliski komentarz dla Titusa, który kuma nieco więcej od wyrośniętego pięknisia. Nie można mieć wszystkiego, nie?
– A co tak właściwie nie odpowiada ci w footballu? Bo trochę nie rozumiem – proszę, proszę, zaraz przejdziemy do etymologii, słowotwórstwa, językoznawstwa i tak dalej. Ja, dumnie władający jedynie angielskim - miałem niepowtarzalną okazję, by nauczyć się co najmniej kilku innych: hiszpańskiego, francuskiego, włoskiego, a nawet chińskiego i japońskiego - bo za moich czasach w USA było pełno Japońców, chyba rząd chciał im jakoś wynagrodzić spuszczenie na nich atomówki, więc rozdawał wizy na prawo i lewo - nie będę mieć okazji, żeby się powymądrzać.
– Oddychaj Rosie, wdech-wydech. Już. Zadowolony? – podjudzam go tylko tyle, ile to konieczne dla utrzymania mojego dobrego humoru. To tak jakby pompować gniewem i frustracją przebity balonik: z jednej strony się napełnia, a z drugiej ucieka i w efekcie wychodzimy na czyste zero. Tylko ja jestem troszkę poszkodowany, bo postawa wyprostowana jak struna, by przy Dayu nie sprawiać wrażenia karła (dobrze, że buja się z Titusem), do najwygodniejszych nie należy. Tak serio, to pożądliwie przyglądam się drewnianym krzesłom ustawionym przy drzwiach, na których zwykle spoczywają muzealni strażnicy. Teraz gdzieś ich wcięło.
– Daj spokój, nikogo tu nie ma. Przecież nie spalę tej budy – wzruszam ramionami, w knajpach można palić, gdzie istnieje ryzyko nakopcenia popiołem do żarcia - więc niby czemu nie można tu? Szczękam srebrną zapalarą i już ze szlugiem między zębami, częstuję praworządnych kolegów. Speniają czy nie?
–Pizda – wyrokuję krótko, klepiąc Ambrose’a po ramieniu. – No bo niby czego ci brakuje? Powiedz, Titus – istnieje tylko jedna słuszna strona, a ja jestem największym orędownikiem zasady bros before hoes. Po tym, jak potraktowało mnie życie i kobiety, mogę je kochać, mogą być moją słabością, ale zdaję sobie sprawę, że są jak drzewołazy malarskie, piękne i kurewsko toksyczne. Paranoicznie czekam na cios w plecy od Sandy, to dlatego wciąż żyjemy na kocią łapę, w tej jednej, jedynej konfiguracji złoto to kajdanki.
– No i w końcu przechodzimy do rzeczy, panowie – zacieram ręce i swobodnie wyciągam nogi za Ambrose’em, prosto do kolejnej sali z eksponatami, które nie przypominają już średniowiecznych reliktów. Ręką, w której trzymam peta, macham na prawo i lewo.  – Nokturn – potwierdzam. – Znacie mnie, nie będzie rozpierdolu. Dopilnujcie tylko, żeby papiery później nie rzucały się w oczy. Zróbcie z nich samolociki czy tam napalcie nimi w kominku. Po jakim czasie to się przedawnia? – rzucam w eter, całkiem nonszalancko, ale przy tym ciszej niż spieramy się o złotego znicza. Powinienem już to wiedzieć, prawda? Ale chyba lepiej późno niż wcale.

k1 - WŁĄCZA SIĘ ALARM I SPRYSKIWACZE
k2 - włączają się spryskiwacze
k3 -k5 - nic się nie dzieje, chillera & utopia
k6 - do sali wchodzi wycieczka z przedszkola. Sześciolatek w wielkich okularach zwraca uwagę Danielowi, że tu nie można palić i grozi, że naskarży wychowawczyni
1x k6 (zdarzenie losowe):
2
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Ambrose Day
Czarodzieje
It's strange what desire will make foolish people do
Wiek
37
Zawód
magipolicjant, dawna gwiazda Quidditcha
Genetyka
Czystość krwi
potomek wili
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
żonaty
Uroki
Czarna Magia
15
0
OPCM
Transmutacja
16
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
12
10
Brak karty postaci
15-01-2026, 23:09
- Ja? - upewnił się, czy ma osobiście wstydzić się za los znikaczy. Nie spodziewał się, że Dodge jest tak przejęty losem ptaków... którego doświadczały... przed wiekami, ale może po prostu nie znał go od tej strony? No i Daniel z jakiegoś powodu ich lubił albo starał się być sympatyczny, a ich oznaczało pewnie Titusa, bo Ambrose'a nie lubił prawie nikt, więc... może połączyło ich pasjonowanie się losem zwierząt? Ambrose zerknął pytająco na Titusa, ale Titus nie odwzajemnił spojrzenia, zostawiając go całkiem samego z pytaniem dlaczego Dodge'owi leży tak na sercu los tych ptaków i dylematem, czy powinien czuć się winny albo chociaż udawać. - To było kilka wieków temu. - zmrużył lekko oczy. - Ale pewnie chcieliby głów szukających, a ja byłem pałkarzem. - co prawda, kiedyś walnął tłuczkiem w znicza (z ogromną dumą!), ale nie walnąłby chyba w znikacza... prawda? Zamyślił się. Pewnie by walnął, a Titus by nie walnął i z tego powodu nigdy nie byliby razem w drużynie. Dobrze, że urodzili się w dwudziestym wieku. - To tak, jakby powiedzieć, że mugolskie gry są złe, bo mugole palili nas na stosach. - zripostował i był z tej riposty bardzo dumny. Rzadko odnosił się do mugoli w towarzystwie Titusa (czyli w ogóle, bo większość czasu przebywał w pracy czyli w towarzystwie Titusa), ale partner zostawił go samego na placu boju, a te znikacze to jakaś poważna sprawa. - Jeju, Tite, musimy rozmawiać o moralności, skoro to powiązane z Quidditchem. - westchnął, nie rozumiejąc dlaczego Tite odezwał się akurat teraz i dlaczego tak. Na szczęście, Quidditch ogółem był sprawą ważniejszą od moralności i od znikaczy, które były jedynie jego częściami składowymi.
- Ważna. - przytaknął, nie czując ironii. Byli w końcu w Muzeum Quidditcha, które w szeregu eksponatów i towarzyszących im tekstów pokazywało jak ważna to gra i zaprowadził ich tutaj właśnie Daniel. - Ambrose. - poprawił machinalnie, skupiony jednak na bezpodstawnych zarzutach Daniela wobec gry. - W takim scenariuszu pałkarze są do dupy. Zbijają najlepszych ścigających i wtedy ich drużyna wygrywa i nie trwa to tydzień. - zbił argument, z grzeczności powstrzymując się od przewrócenia oczami. - Ja bym tak zrobił. - mruknąl, nie precyzując czy jako pałkarz czy jako trener. Do tego drugiego miałby nawet smykałkę, gdyby nie powierzono mu drużyny dziecięcej.
- Am - już miał poprawić Daniela po raz drugi, gdy Titus zwrócił się do niego niewłaściwie. Zmarszczył brwi i rzucił mu spojrzenie spod byka, uwzięli się czy zmówili? - Tylko ty nazywasz mnie pseudonimem ze szkoły, powiedz mu - zażądał od Harrisona, który złośliwie mu Ambrose-ował. Wszystko było nie tak. - W Hogwarcie, gdzie indziej? - burknął do Daniela, nie dostrzegając w jego pytaniu żadnego drugiego ani trzeciego dnia. Gdyby miał lepszy humor, dodałby, że dzielili tam dormitorium i łóżko, ale na szczęście dla reputacji (Titusa, swoją Day już zepsuł—albo może naprawił?—gdzieś pomiędzy całowaniem fanek na okładach Czarownicy a hucznym rozwodem), zamieszanie ze zdrobnieniami mu go popsuło. I Allie, cholerna Allie. Jaki jest sens się rozwodzić, jeśli potem człowiek traci mieszkanie i ciągle wypomina mu się, że miał żonę? Może matka miała rację, że lepiej być wdowcem, ale nie chciał przyznawać jej racji.
- Jak można nazwać tak grę? Jak myślę o sporcie to nie chcę myśleć o cudzych stopach. - skrzywił się, tak jakby jego zastrzeżenia odnośnie footballu były całkowicie oczywiste.
Potem zaperzył się trochę i skwitował milczeniem słowa obydwojga o swoim humorze, ale Titus postanowił zrehabilitować się wytykaniem Danielowi zasad (Ambrose skinął głową, choć spoglądał na paczkę papierosów nieco pożądliwie, tocząc ze sobą konflikt moralny: właściwie na wspomnienie Allie chętnie by zapalił) i negocjowaniem warunków umowy. Przez chwilę słuchał jednym uchem, bo dostrzegł, że w opisie jednego z eksponatów—fladze Goblinów z Grodziska—zrobiono literówkę w nazwie miejscowości. Co za tuman pomylił Grodzisk z Grodiszkiem? Może to nie było angielskie słowo, ale Quidditchowi należy się szacunek...
...cofnął się o krok, gdy Daniel poklepał go po ramieniu, ale skinął sztywno głową i zmusił kąciki ust do sztucznego uśmiechu w odpowiedzi na ten gest męskiej solidarności.
- Och, wolała gdy rozdawałem autografy zamiast wlepiać mandaty. - wzruszył lekko ramionami. - Między innymi wybrałem ją karierę, zabawnie było ją wkurwiać. - podzielił się bez skrępowania z Dodge'm, nieświadom, że ich definicja wkurwiania kobiet mogła być całkowicie inna. I że w jednej z tych definicji takie zagrywki kończyły się klepnięciem w tyłek i zabawami w sypialni, a w drugiej definicji... nie.
W kwestii ustaleń raz jeszcze zerknął na Tite'a, ale kiwnął lekko głową do partnera. Nokturn może być, choć stawka mogłaby być lepsza.
- Co konkretnie? Powołujesz się na trzy różne przepisy. - wytknął Danielowi, ale nie zdążył dokończyć, bo w oczy trysnęła mu woda. O ułamek sekundy wcześniej niż reszcie, bo był wyższy. Skrzywił się.
- No i widzisz, Titus miał rację. Lepiej schowaj dowód zbrodni, trzeba w to wrobić kogoś innego. - warknął do Dodge'a i rozejrzał się, usiłując znaleźć rozwiązanie tego łamania zasad.

Patrzę na...
k1: roślinę doniczkową
k2: plecaki wycieczki z Hogwartu, poukładane w kącie
k3: wycieczkę z Hogwartu, te ich szaty mają tak pokaźne kieszenie, że ktoś o zwinnych dłoniach mógłby wrzucić tam peta...
k4: okno
k5-6: nic, bo nie bezcześciłbym eksponatów muzealnych... (ale zdecydowanie by się dało)
1x k6 (zdarzenie losowe):
1
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Titus Harrison
Czarodzieje
Życie wewnętrzne miało barwy tyle co witraż
Tyle było emocji, a żadna przykra
Wiek
37
Zawód
Magipolicjant
Genetyka
Czystość krwi
jasnowidz
mugolak
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
11
0
OPCM
Transmutacja
20
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
10
Brak karty postaci
16-01-2026, 22:41
Wciąż nie rozumiał co pozostawało moralnie związane z Quidditchem i o czym dokładnie opowiadał Ambrose, a z czego nabijał się Daniel. Popędzany do mówienia zarówno przez jednego, jak i drugiego (swoją drogą – marszczy nos na kilka sekund, kiedy Danny wypomina mu jego własne słowa, ale nie odnosi się do nich inaczej, ewidentnie uznając własną porażkę), kręci tylko głową na boki niechętny do mówienia. Na szczęście nie jest do tego nie zmuszany – Day w końcu pełnił dziś funkcję katarynki, nakręcającej się pod wpływem każdego hasła-klucza. Quidditch, tłuczek, szukający, pałkarz, ścigający… Można byłoby wymieniać, a w miejscu tym pewnie i zmusić do zużycia całej gamy słów przeznaczonej na rok 1962. Do czasu. Jeszcze cztery minuty, a prawdopodobnie zacznie narzekać na brak munduru, jeszcze tylko chwila, a przepowiednia dopełni się i doda interakcji pomiędzy ich trójką specyficznego sznytu. Jeszcze więcej powszechnej irytacji.
Prawda…?
A może stanie się to wcześniej?
Danny ponabijał się z ich niezwykłego rodzaju przyjaźni, co pewnie nie powinno nikogo dziwić. Harrison obrzuca go spojrzeniem pełnym zmęczonej irytacji. Ile razy to słyszał? Od najmłodszych lat w szkole, aż do powrotu Day’a na londyński komisariat po “zsyłce” do Cardiff, we miarę równych odstępach czasowych.
– Tak, tacy jesteśmy wyjątkowi, jeden na milion, błyszczący diament – reaguje szczerą wdzięcznością, na jego szczere uznanie – tak szczere, że aż szczęka mu skrzypi. Sam nie wspomniałby nawet o Hogwarcie – ale Rosie odpowiada na proste pytanie, prostymi słowami. Przez chwilę trawił komunikat wysłany mu przez Ambrose’a. Zamrugał nawet dwa razy, chowając dłonie do kieszeni poprzecieranych jeansów. Naprawdę go o to prosił? Zmarszczył brwi, mlasnął ustami, a potem dodał – na fali drobnych zaczepek i przekomarzanek, nieco urażony, ale przecież wciąż posłusznie oddany ich wyjątkowej przyjaźni: – Mój przyjaciel jest drażliwy na punkcie tego zdrobnienia. Tylko ja mogę mu tak mówić, sorry, Danny. Może jeszcze sobie zapracujesz – mówi, a kiedy to robi, trąca łokciem bok ciała Day’a, byle ten nie dyskutował z przyjętą narracją, w której przedstawił ich dwójkę w nieco szemrany sposób. Ale może właśnie tym byli – nieśmiesznym żartem.
– A myślisz o cudzych stopach kiedy myślisz o footballu? – pyta, bo stwierdzenie te wydaje się… Co to właściwie miało być? Kolejnym nieśmiesznym żartem?
Nieśmiesznym żartem są też rzucające się w oczy napisy na ścianach. Przekreślony palacz, przekreślony papieros, czerwony napis “zakaz palenia” przetłumaczony na cztery różne języki. Harrison odmawia peta, tak jak odmawia sobie komentarza, kiedy temat Allie nabiera rumieńców.
Tak, była pizdą, krową, durną laską i obiektem zazdrości, ale wcale nie chce wspominać o tym bojąc się, że przez jego słowa przemówi zbyt wiele niepotrzebnych emocji, których wystrzegał się od lat tak bardzo, jak tylko potrafił. Wywołany do tablicy kiwa jedynie głową.
– Niczego – potwierdza krótko, nie wchodząc w szczegóły. I dobrze, bo gdy tylko to robi, Day stwierdza, że objawi światu prawdę o swoim łagodnym, bezkonfliktowym usposobieniu. Harrisonowi drży brew – zapanowałby nad tym, gdyby nie tak felernie nieprzyjemny dzień i niemal nieprzespana noc.
Tak, niczego mu nie brakowało.
– Nieznajomość prawa szkodzi – wzdycha, przyrzekając sobie w myślach, że powiedzieć mógłby to również i jego partner. – Zasadniczo dość długo – dopowiada partnerowi, domyślając się chyba o co chodzić mogło Danielowi. Mimo wszystko przyszyli tu w interesach i po to by załatwić je w miarę szybko – nawet jeżeli mieli czas. – Przez co najmniej kilka lat, ale najbardziej uważać należy przez pierwszy kwartał – mówi w wielkim skrócie. Przez trzy miesiące mogą upewniać się, że sprawa dążyć będzie do słusznego zawieszenia – jak każde tego typu śledztwo, do którego – raz na jakiś czas – zdarzało im się trafiać. Najważniejszym było po prostu zatroszczyć się, by sprawa trafiła do nich, o ile trafi do policji ogółem – o czym mówić nie chce – bo skoro wszystko dziać się miało na Nokturnie… Niektórzy tamtejsi przedsiębiorcy lubili załatwiać sprawy po swojemu.
Może i by o tym powiedział, nawet jeżeli Danny powinien wiedzieć o tym sam.
Gdyby nie sikająca na nich fontanna wody.
Zaskoczenie odbija się na twarzy Harrisona, którego mina momentalnie tężeje.
Ambrose wskazuje na jego rację, a fakt ten tylko go podbudowuje. Odpędza sprzed oczu mokre, złośliwe sprężyny i spojrzeniem namierza zawieszoną w koszu ściennym, nędzną paprotkę.
– Tam – mówi szybko. Ale zresztą – chyba wszyscy zauważyli już tę szansę… – Zgłoszę obsłudze, że ich zabezpieczenia chyba potrzebują serwisu, bo aktywują się bez powodu… – proponuje, by zniknąć - kierując się ku szatni i zostawiając dwójkę mężczyzn na krótką pastwę losu i ich samych.

k100 - kłamczuszek ze mnie, odniosę się do wyniku w kolejnym poście
1x k100 (Kłamstwo):
77
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 18:28 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.