• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Centralny Londyn > Fleet Street
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
08-06-2025, 15:12

Fleet Street
Fleet Street tętni życiem o każdej porze dnia. To słynna ulica londyńska, wciąż kojarzona z dziennikarstwem, choć jej złote czasy powoli przemijają. Kamienice o ceglanej elewacji, fasady przyozdobione szyldami gazet, redakcji i drukarni tworzą niepowtarzalny klimat. Z okien budynków słychać czasami stukot maszyn do pisania, a zapach świeżo wydrukowanego papieru miesza się z aromatem kawy z pobliskich kawiarenek.
Na chodnikach krzątają się reporterzy z notatnikami, urzędnicy i młodzi praktykanci w garniturach z wąskimi krawatami. Co jakiś czas przejeżdża czerwony autobus, a uliczne budki telefoniczne niezmiennie cieszą się popularnością. Atmosfera jest pełna energii, plotek i politycznych dyskusji.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Augustus Rookwood
Śmierciożercy
paint me as a villain
Wiek
32
Zawód
właściciel pubu, przestępca, oszust
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
5
16
OPCM
Transmutacja
7
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
21-11-2025, 16:32
29,04.1962

Dni, gdy Wielka Brytania pogrążała się w zimowych ciemnościach odeszły w niepamięć, a życie rozkwitało na nowo. Słońce rozpieszczało Londyńczyków już od wczesnego świtu, zachęcając do spacerów w ciągu słonecznego, ciepłego dnia, który przynosił pierwsze zwiastuny zbliżającego się lata. Nikogo nie dziwił więc widok mężczyzny na drewnianej ławce przy maleńkim skwerku z nieruchomą, bo niezaczarowaną fontanną, ani to, że nie ruszał się z miejsca przez dłuższy czas. Wystawiał twarz do słońca, rozkoszując się ciepłem na skórze, mrużył przy tym oczy, niby to przypadkiem, a w rzeczywistości robił to po to, aby odpocząć od widoku obrzydliwych mugoli. Fleet Street była ich pełna. Ich oraz tych dziwnych maszyn na kółkach, które jeździły po ulicach, wprawiając Rookwooda w głębokie poirytowanie okropnymi, pierdzącymi hałasami. Najchętniej wyciągnąłby różdżkę i rzucił kilka zaklęć w najbardziej parszywe gęby, aby pokazać im gdzie ich miejsce, lecz trzymał nerwy na wodzy. Musiał, spętany Kodeksem Tajności, nie uśmiechał mu się pobyt w Tower.
Nie chciał tu być, lecz mężczyzna, o którym pisał mu młody Karkaroff go to tego zmusił. Znajdująca się w pobliżu skwerku czerwona budka telefoniczna tylko dla mugoli była wyłączona z użytku. Każdy niemagiczny, który chciał do niej wejść, by zadzwonić - przypominał sobie o czymś bardzo ważnym po drugiej stronie ulicy. Służyła jako wejście i wyjście z Ministerstwa Magii. I według wszystkich posiadanych przez niego i Igora informacji - tego właśnie używał czarodziej, któremu zamierzali przyjrzeć się bliżej.
Cierpliwie więc znosił wątpliwie przyjemne towarzystwo mugoli, choć niektórzy zerkali na niego krzywo, jakby zdziwieni jego ubiorem; odziany w proste, ciemne spodnie i podobną koszulę, z narzuconą nań kurtką ze smoczej skóry nie wyróżniał się awangardą tak bardzo, jakby mógł. Całe szczęście, że zainteresowani byli głownie sobą. Jedynie jakieś dzieciaki, które najwyraźniej nie miały nic lepszego do roboty niż włóczenie się po ulicach, zauważyły, że czytał dziwną gazetę. Postaci na fotografiach w niej się poruszały, lecz gdy zagrzmiał nieprzyjemnie, natychmiast zwiały nie chcąc mu wchodzić w drogę.
Nieopodal budki pojawił się wcześniej, niż umówiona czwarta po południu, nie chcąc dopuścić do tego, aby wcześniejsze wyjście podejrzanego zniszczyło mu plany.
- No wreszcie - burknął, dziwnie beznamiętnie, gdy znikąd pojawił się obok Igor; nie mógł teleportować się na samej ulicy pełnej mugoli, nie słyszał trzasku teleportacji. - Jeszcze nie wyszedł z pracy. Pewnie mają jej teraz sporo, aby przepchnąć swoje promugolskie pomysły - stwierdził cicho Rookwood. Wstał z ławki na chwilę, aby uścisnąć młodzieńcowi dłoń, po czym zajął swoje wcześniejsze miejsce i na nowo rozłożył gazetę. Od czasu do czasu zerkał w kierunku budki telefonicznej. W jego oczach nie było właściwej mu wesołości, ust nie wyginał zadziorny uśmiech. Wydawał się dziwnie poirytowany, choć irytacja ta nie miała najmniejszego związku z osobą Karkaroffa. - Udało ci się dowiedzieć czegoś więcej? Masz z nim sam do czynienia? - spytał, choć jego spojrzenie wciąż skupiało się na kolumnie sportowej w Proroku Codziennym. Gazety rozpisywały się o ostatniej porażce Jastrzębii z Falmouth z wiedźmami w spodniach.
Wygramy, a jak nie, to przynajmniej rozwalimy kilka łbów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Igor Karkaroff
Śmierciożercy
his eyes are like angels
but his heart is cold
Wiek
24
Zawód
przedsiębiorca, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
14
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
15
4
Brak karty postaci
03-12-2025, 17:11
Spod zmęczonych powiek wyglądał dziwaczny entuzjazm, nawet jeśli dzisiejszej nocy właściwie nie zaznał snu; ręce niecierpliwie obracały dogasającego papierosa, oczy badawczo śledziły leniwie poruszające się wskazówki zegara, jakby niemo oczekiwały godziny końca.
Bo to był jego ostatni dzień w murach pogrzebowego zakładu, bo ledwie o świcie w urokliwym towarzystwie wspinał się na szczyt majestatycznego Yr Wyddfa; bo wczorajszym wieczorem oglądał znajome, choć nieco już zapomniane, twarze najbliższej rodziny, bo duchem oczekiwał już nawet pompatycznego wydarzenia Zjazdu Absolwentów, o którym tak szumnie opowiadano wzdłuż ministerialnych korytarzy. Naiwna historyjka o pragnieniu budowania wspólnoty w czarodziejskich społecznościach wydawała mu się wyjątkowo pretensjonalnym powodem do wydawania publicznych pieniędzy ― zwłaszcza w zetknięciu z sylwetką nowego ministra, śmiało postulującego równość i zniesienie klasizmu, socjaldemokrację i zrównoważone zarządzanie. Z jakiegoś jednak powodu ściągano ich wszystkich ― szarych, żądnych darmowego alkoholu i obiadu, obywateli klasy robotniczej, a zarazem światowej klasy dygnitarzy z kraju oraz zagranicy ― do przestronnych murów wielkiej szkoły, mamiąc beztroską infantylnych zabaw i nieszczerych rozmówek o szwarcu, mydle i powidle; czymże bowiem innym, jeśli nie krzywym spojrzeniem i przebłyskiem niewybrednej plotki, mieliby dzielić się dyplomanci trzech różnych instytucji, z trudem odnajdujący pewnie pobrzmiewające dla każdego znajomością głoski? Interesujące jego oraz innych popleczników Czarnego Pana wielkie, polityczne przedsięwzięcia i tak miały zdarzyć się nie tam, nie w Hogwarcie; Dumbledore kierował swoim posłusznym pionkiem wszędzie, lecz nie przy skrzacim winie, nie przy szkolnej ławie. Obydwaj wierzyli, że nie warto nadstawiać tam uszu, że nie warto ujawniać się właśnie tam ze swoją brzydką wścibskością, więc za wartościowszy dla ich sprawy cel obrali inną ofiarę.
Zamkniętego w sobie faceta po pięćdziesiątce, od niespełna dwóch miesięcy zatrudnionego na stanowisku Starszego Podsekretarza; enigmatycznego, choć ewidentnie ambitnego pracoholika o zasobnym uposażeniu brudnych tajemnic Nobby'ego Leacha.
W to przynajmniej chcieli wierzyć, pojawiając się tutaj, w obliczu pozornie przypadkowego piątku i pozornie niewiele znaczącej czwartej popołudniu; w to przynajmniej chcieli wierzyć, poświęcając swój wolny czas na podążanie dynamicznym krokiem za nieznajomą sylwetką, która już wkrótce wyłonić się miała w odmętach ruchliwej Fleet Street.
― Aż tak się za mną stęskniłeś? ― stwierdził półżartem na to burkliwie powitanie, wyciągając rękę w stronę czekającego już Augustusa; drugą dłonią poprawił plączący się krawat, zaraz sięgał po byle fajkę, na końcu ― przysiadał na parkowej ławce, wsłuchując się w słowa towarzysza. ― Wątpię, tacy jak oni po prostu lubią pierdzieć w stołek i udawać, że pracują ― rzucił niby od niechcenia, szarym wzrokiem śledząc czasami to czerwoną budkę telefoniczną, to stateczny beton brudnego chodnika. ― Nic nie wiem. Poza tym, że to pracownik ministra i zarazem jego bliski kumpel. Ponoć zdarza im się wspólnie sączyć absynt ― dopowiedział krótko, by zaraz porzucić ten temat na rzecz innego ― nie tyle chyba z ciekawości, co uprzejmości. ― Coś się stało? Masz kaca czy wstałeś lewą nogą? ― podpytał cicho, nie chcąc wyjść na nachalnego; oczekując tamtego mogli jednak wymienić przecież kilka prostych słów ― bo i nawet lubił z Rookwoodem rozmawiać.
A już na pewno słuchać tego, co miał do powiedzenia.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Augustus Rookwood
Śmierciożercy
paint me as a villain
Wiek
32
Zawód
właściciel pubu, przestępca, oszust
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
5
16
OPCM
Transmutacja
7
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
14-12-2025, 23:16
- A wyglądam ci na ciepłego? - odparował bez chwili zastanowienia, choć pytanie Igora było najpewniej retoryczne, czuł silną potrzebę podkreślenia, że nie ma nic wspólnego z tymi wybrykami natury, którzy postępowali wbrew normom społecznym. On czuł się normalny, interesowały go wyłącznie kobiety, a za kumplami po prostu się nie tęskni. Koniec i kropka. Może innego dnia potraktowałby to właściwie, tak jak należało zinterpretować słowa Igora, jako żart, jako ironię, lecz - wyjątkowo - Rookwood nie miał nastroju na żarty. Samo spojrzenie sugerowało, by Karkaroff lepiej nie odpowiadał, - Taa... - przytaknął, a nawet jeśli Igor uczynił to nieświadomie, to przekierował falę irytacji Augustusa tam, gdzie należało - ku urzędnikowi mugolskiego pochodzenia, na którego czekali. Wzrok mężczyzny podążył za spojrzeniem Igora w tym samym kierunku, ku budce, gdzie spodziewali się go wreszcie ujrzeć. - Nic nie robią, biorą za to pieniądze, niemałe pieniądze. Gdy tylko dorwą się do koryta, to uczynią wszystko, byleby przy nim zostać - burczał cicho, mrużąc przy tym gniewnie oczy; w głębi ducha wiedział, że sam uczyniłby dokładnie to samo. Nie miał skrupułów, aby okradać uczciwych, zwykłych ludzi, by wykręcać najgorsze oszustwa tym mniej uczciwym przedsiębiorcom, więc nie miałby najmniejszych oporów przed tym, żeby okradać i państwo. I to legalnie? Brzmiało doskonale. Augustus był jednak hipokrytą, więc uważał, że co wolno jemu, to niekoniecznie innym. Na pewno nie tym, którzy się z nim nie zgadzali. A już w szczególności tym, których uważał za niegodnych posiadania różdżki. Wciąż nie doszedł do porządku dziennego ze świadomością kto pierdział w stołek Ministra Magii. Za każdym razem, gdy słyszał lub widział napisane nazwisko Nobby Leach czuł, że coś przewraca mu się w żołądku, że zaczyna mu być niedobrze ze złości, jakby podsunięto mu pod nos cuchnący szlam. Niezwykłe jak silną nienawiść potrafił żywić do człowieka, który nawet nie wiedział o jego istnieniu. - A żeby się nim, do stu galopujących hipogryfów, udławili. Tym absyntem. Razem ze szlamem, który pragną nam wciskać siła - stwierdził z goryczą Augustus. Polityka była niezwykle niewdzięcznym tematem. Budzącym skrajne emocje, prowokującym najbardziej żarliwe kłótnie i awantury, potrafiącym podzielić nie tylko przyjaciół, ale i rodziny. Władza i pieniądze odbierały rozum. Było jednak w życiu Rookwooda coś jeszcze, co wzbudzało weń tak silne uczucia - i wcale nie były to kobiety.
Tylko sport.
- Nie, dlaczego? - odpowiedział dość niechętnie, odrywając wzrok od budki i zawieszając go na twarzy Karkaroffa; na chwilę wrócił do udawania, że czyta Proroka, lecz kolumnę sportową zdążył przeczytać już kilkukrotnie. Znał niemal na pamięć wyniki ostatnich rozgrywek. Ponownie zapytany. - A daj spokój, człowieku... - westchnął ciężko. Tak ciężko, jakby dźwigał na swoich barkach ciężar ocalenia świata przed demoniczną szlamą Nobbym Leachem i jego bandą szlamolubów. - No szkoda słów. Jest piękna fizycznie, naprawdę, ale chora psychicznie. Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo - wyrzucił z siebie nagle, uchylając rąbka tajemnicy przed Igorem, który nie zamierzał odpuścić i ciągnął go za język - aż Augustus pękł, nie potrafiąc dłużej tłumić swojej złości, a skoro młody tak bardzo chciał wiedzieć co go dręczy, to miał nadzieję usłyszeć kilka słów wsparcia. Może i podzielić gniew. - Nie ma w sobie nic więcej. W łóżku to prawdziwa artystka, ale poza?! - wybuchł Rookwood. Pierwszych kilka słów wypowiedział podniesionym tonem, lecz zaraz przypomniał sobie gdzie jest. Pochylił się więc ku Igorowi i ciszej kontynuował tyradę pod adresem kobiety, o której istnieniu Karkaroff nawet dotąd miał pojęcia. - Siano w głowie. Tyle powiem. Gumochłon ma większe pojęcie o świecie! - stwierdził z goryczą, a pytany dalej, wyjawił Igorowi genezę tych przykrych opinii. - KURWA, człowieku! - zawołał rozgniewany, uderzając pięścią o ławkę; wyglądał na szczerze przejętego całą sytuacja, okrutnie oburzonego. - Wyobraź sobie tę sytuację. Jest rano. Sowa przynosi Proroka Codziennego, a ona robi śniadanie, wiadomo. Jest miło, w nocy było miło, nie powiem, że nie. Tak jak mówiłem - zna się na robótkach ręcznych i nie tylko. Otwieram gazetę. - Prorok w jego rękach nagle okazał się zwinięty w rulon i uderzył nim w ławkę. - Czytam najnowsze wiadomości. Dochodzę do kolumny sportowej. Mówię jej, że Jastrzębie przegrały z wiedźmami w spodniach, co jest oczywistą ustawką polityczną, bo to jest nie-mo-żli-we, aby Jastrzębie przegrały z wiedźmami w spodniach. A wiesz co ona na to?! A ONA MNIE PYTA, CZY CHODZI O JASTRZĘBIE Z CHUDLEY. WYOBRAŻASZ TO SOBIE?! - zagrzmiał Augustus.
Brzmiało to mniej więcej tak jakby wspomniana przez niego kobieta popełniła występek gorszy aniżeli rzucenie zaklęcia niewybaczalnego w plecy jego matki na jego oczach. Co prawda w tym konkretnym przypadku uznałby to nawet za zabawne, bo Sigrun Rookwood starłaby ją później z powierzchni ziemi, ale pomyłkę Anastasiyi odbierał jako rażący błąd.
- Zrozumiałbym, gdyby nie wiedziała czym jest zwód Wrońskiego albo transylwanka, nawet pieprzony spalony! Ale pomylić Jastrzębie z Falmouth i wymyślać Jastrzębie z Chudley?! I ona będzie pierdolić kocopoły o tym, że mnie kocha?! Jak można nie mieć tak podstawowej wiedzy o świecie?! O kraju, w którym planuje przyszłość?! - pytał retorycznie, a jego oczy błyszczały ze złości. Wymachiwał chwilę gazetą w powietrzu, nie potrafiąc znaleźć słów, aby ująć w nie własne oburzenie. - Najpopularniejsza gra na świecie. Najlepsza drużyna pod słońcem. A ona myli ich z tymi frajerami z Chudley?!
Zawiesił spojrzenie na twarzy Igora, wyraźnie oczekując, że podzieli to oburzenie - i przytaknie mu, że czarownica ta przekroczyła pewną granicę i ośmieszyła się niewyobrażalnie.
Wygramy, a jak nie, to przynajmniej rozwalimy kilka łbów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Igor Karkaroff
Śmierciożercy
his eyes are like angels
but his heart is cold
Wiek
24
Zawód
przedsiębiorca, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
14
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
15
4
Brak karty postaci
27-01-2026, 20:27
Sylwetka Rookwooda odwiecznie majaczyła echem niespodzianki ― bo każdy jego ruch naznaczony miał być impulsem, bo każde jego zdanie padało z ust bez większego namysłu, bo w każdej okoliczności reagował najczystszą formą szczerości. Szczerości, jakże niekiedy naiwnej, urokliwej i zwyczajnie ludzkiej; jakże niekiedy problematycznej, trudnej i zwyczajnie zagmatwanej. Miała różne odcienie, czasami pysznie sycąc ego, czasami zaś druzgocąc je doszczętnie; i choć nie poznał dotąd najpewniej wszystkich jej kolorów, Augustusa znając zaledwie powierzchownie, niezmiennie doglądał w niej śladów niejednolitej ambiwalencji. Bywała jak starość ― niechciana i oszpecająca, by innym razem zaświadczać o uzyskanej przez lata szlachetności; on sam bardziej obawiał się jej, niźli potrafił ujarzmić, on sam więcej miał zatem w sobie z natrętnej i kontrolowanej maniery, niźli potencjalnie niewygodnej prawdomówności.
Więc na przekór swojej zwyczajowej elegancji w tym towarzystwie pozwalał sobie niekiedy na prostotę i prymitywność słowa, jakby w cichej wierze, że to właśnie one zaskarbią mu jego sympatię; więc na przekór własnym preferencjom gotów był wykupić piekielnie drogi bilet w niezłej loży na byle mecz quiddticha, choć nigdy nie pasjonował go ten sport ani jego zagwozdki, znowuż to w cichej wierze, że to właśnie mierny kawałek pergaminu kupi mu ichniejszą akceptację.
I wszystko to czynił już właściwie naturalnie, choć niezmiennie zdawałoby się, że wciąż czuje się nieco inny, jak ten niepasujący kawałek materiału w pstrokatym kolażu; i wszystko to przychodziło mu już nawet bez większych wahań, choć bezustannie odnosił wrażenie, że jego rola nie jest wystarczająco przekonująca, że nadal jest w niej za dużo spięcia, za mało swobody, zbyt wiele nieproszonej łagodności.
Ale to były chyba wyłącznie jego spostrzeżenia, te ciche głosy odzywające się wewnątrz, lakonicznie wymagające odeń więcej, bardziej, lepiej; wyłącznie jego animozje, bo proste pytanie przyniosło obszerną ― i nawet to szczegółową ― odpowiedź, której nie spodziewał się usłyszeć.
― Nie sposób im się dziwić ― skwitował tylko lapidarnie, opuściwszy milczeniem retoryczne pytanie o preferencje seksualne; kącik ust drgnął mu tylko nieznacznie, powstrzymany od razu zdroworozsądkowym instynktem, który nakazywał nie drążyć tego tematu ani nawet przesadnie z niego żartować. ― Gdy moi przodkowie kilkadziesiąt lat temu odkryli żyłę złota na pobliskich swojemu domostwu ziemiach, zwykli powtarzać, że zasoby nie lubią czekać. Trzeba wydrążyć je do cna, najszybciej jak się da, bo jeśli nie ty, to inni zrobią to za ciebie ― dopowiedział lekko, bez głębszego zastanawiania się nad tym, czy ta refleksja powinna się tutaj pojawić; Karkaroffowie bynajmniej się jednak w tej sprawie nie mylili ― po rządach nierozsądnych, darzących ich głębokim zaufaniem, carów, nad dorzeczem Tundży i Dunaju wyrośli w końcu radzieccy komuniści. Ci drudzy znacznie gorliwiej pilnowali swoich interesów, nie pozwalając już na bezwstydne czerpanie z dorodnego koryta. Ci, którzy zostali w Bułgarii, na pewno wyraźnie odczuli ich obecność na własnej skórze; przez nich też pewnie Yavor mianował się dzisiaj innym imieniem, twarz ukrywając pod burzą włosów w kolorze blond, nie ciemnego brązu. ― Nie? Na pewno nie? ― zdążył zanegować nienachalnie, spojrzeniem snując jednak wymowną dla rozmówcy, niemą wypowiedź; ledwie po raz ostatni posmakował dymu z papierosa, kiepa niechlujnie pozbywając się gdzieś w pobliskiej rabacie kwiatów, by w końcu usłyszeć rozległą wiązankę o tej, która rzekomo stanowiła powód jego gorszego samopoczucia.
I najpierw jedynie kaszlnął ostentacyjnie, tłumiąc jakże dlań nienaturalny śmiech, cisnący się mimowolnie na usta; potem dłonią maskował tylko rozedrgane od ― przedstawionego w kategorii dramatycznej sensacji ― dowcipu wargi, oblicze celowo obracając teraz w stronę ulicy, nim ta nie nabrała znowu cienia oczekiwanej powagi.
― To rzeczywiście... bolesny brak elementarnej wiedzy ― zaczął cicho, oparłszy się wygodniej o drewno tutejszej ławki; przemawiał tak, jakby sam o lataniu na miotle miał wiedzieć więcej, niźli to, którą stroną w istocie należało ją trzymać. ― Ale Augustusie, spójrz na to chłodno... Nie wiem, jakie masz plany względem niej, a zakładam, że poważne, skoro na najważniejszym zna się bez zarzutów ― kontynuował w tonie pragmatycznej dedukcji, z wolna dywagując o sprawie tak, jak Rookwood prawdopodobnie życzyłby sobie słuchać. ― No a skoro poważne, to dostrzeż w tym błogosławieństwo losu. Pomyśl no tylko ― kobieta błyskotliwa analizuje, wyciąga wnioski, a co najgorsze ― zadaje dużo pytań. Takiej nic nie umknie: ani to, że wydałeś oszczędności na obstawienie meczu, ani to, że zbyt szeroko uśmiechasz się do sąsiadki. Takiej, którą opisałeś, nie przyjdzie nawet do głowy, by cię o to podejrzewać ― poprawił marynarkę, rozglądając się po ulicy za sylwetką oczekiwanego mężczyzny; ta nie pojawiła się na horyzoncie aż do chwili, gdy nie wypowiedział ostatnich wyrazów swoich bladych mądrości. ― Ładne i mądre nie zdarzają się zresztą wcale tak często... To, że Drew trafiła się Lucinda jak ślepej kurze ziarno, jest wyjątkiem, więc lepiej ciesz się z tego, że niebrzydki tyłek grzeje ci łóżko, a rano jeszcze biega przy twoim śniadaniu. ― Nagle to powstał z siedzenia, rzucając temu drugiemu porozumiewawcze spojrzenie i nieprzesadnie rozwleczony komentarz:
― To on, chodźmy.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Augustus Rookwood
Śmierciożercy
paint me as a villain
Wiek
32
Zawód
właściciel pubu, przestępca, oszust
Genetyka
Czystość krwi
metamorfomag
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
zaręczony
Uroki
Czarna Magia
5
16
OPCM
Transmutacja
7
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
15
15
10
Brak karty postaci
16-03-2026, 14:59
- Twoi przodkowie mieli czystą krew - burknął w odpowiedzi Rookwood.
Powiedział to takim tonem, jakby status krwi rodziny Karkaroff usprawiedliwiał chęć wzbogacenia się nawet i nieuczciwym sposobem. Gdyby tylko Igor opowiedział mu o machlojkach, nagięciach prawa (lub jego obejściu) i innych oszustwach, których mogliby się dopuścić (albo i nie, może byli uczciwi...), zapewne pochwaliłby ich spryt i talent do biznesu. Życie to dżungla, powtarzał niekiedy. Wygrywają najsilniejsi, mawiała jego matka. Jednak w przypadku mugolaków i zdrajców krwi, wszystkich, którzy go popierali i współpracowali z obecnym Ministerstwem z własnej, nieprzymuszonej woli, a nie konieczności, sprawa miała się zupełnie inaczej... Ich byłby skłonny ukamieniować i pierwszy wyszedłby na ulice, gdyby tylko wyszły na jaw ich oszustwa, jeśli pojawiłyby się dowody na to, że nieuczciwie wykorzystują publiczne pieniądze. Co wolno czarodziejom, to nie szlamom. Igorowi z pewnością nie musiał tego tłumaczyć, dlatego jedynie prychnięciem, które dopełniało aury niezadowolenia jaką dziś emanował, zamknęło temat polityków przy korycie.
Pierwotnie zamierzał zachować powód dla siebie, nie był skłonny do zwierzeń, nie zwykł też użalać się nad sobą i obarczać innych swoimi zmartwieniami (nie z troski o ich komfort psychiczny, a swój własny - nie lubił myśli, że inni mogliby poznać jego słabości), lecz w powodzie jego parszywego nastroju nie tkwiła ani odrobina jego własnej winy. Jedynie niewiedza Nastyi, którą ujawnił w emocjonalnym monologu, gdy wreszcie dał upust irytacji graniczącej ze złością.
- Otóż to, otóż to, bracie - pokiwał gorliwie głową, przytakując Igorowi. Nieznajomość angielskich drużyn quidditcha rzeczywiście można nazwać brakiem elementarnej wiedzy. Karkaroff swoją własną maskował tak dobrze, że Rookwood jak dotąd nie zdążył się zorientować, że młodszy o niemal dekadę kuzyn Drew nie ma zbyt wielkiego pojęcia o jednym z najważniejszych elementów czarodziejskiego świata - quidditchu. Słuchał argumentów Igora z naburmuszoną miną, gdy ten zaczął mu przybliżać zalety kobiecej nie wiedzy. - To fakt, kobieta ma być ładna, a nie mądra - westchnął cicho, na chwilę tylko przenosząc spojrzenie na młodego zaklinacza. - Może i mam wobec niej.... powiedzmy poważniejsze plany - niespodziewanie uchylił przed towarzyszem rąbka tajemnicy. Dotychczas zarzekał się, że stan wolny jest mu miły i w najbliższej przyszłości nie zamierza tego zmieniać. Przynajmniej dopóki ojciec nie zaciągnie go do ślubnego kobierca siłą, ale... zaszły pewne okoliczności. - Lucinda jest ładna i mądra, ale... za dużo czasami myśli. Jeśli wiesz o czym mówię - powiedział ostrożnie. Nie był na tyle głupi, aby podzielić się z Igorem prawdziwą opinią o tym małżeństwie, bo choć darzył panią Macnair sympatią i szacunkiem, uważał ją za wyjątkową kobietę i czarownicę, o tyle sam nie wyobrażał sobie podobnej niewiasty w roli własnej żony. Może Drew lubił, gdy kobieta chciała mieć własne zdanie i coś do powiedzenia w domu - Augustus Rookwood nie zamierzał sobie na to pozwolić. Anastasiya przy odpowiednim prowadzeniu rokowała na żonę posłuszną, choć na pewno nie cichą. Przy cichej jednak mógłby się zanudzić. Wszystkie te myśli zachowywał jednak dla siebie. Nie spodziewał się, aby Igor dochował tajemnicy. Z pewnością pozostawał lojalniejszy względem rodziny, aniżeli kumpla - co było poniekąd zaletą.
- Najwyższa pora. Ile jeszcze będzie doił kawy za publiczne pieniądze - prychnął, kiedy dostrzegli podejrzanego na horyzoncie.
Oczywiście, gdyby ów urzędnik wyszedł z Ministerstwa zbyt wcześnie, Augustus żachnąłby się zirytowany co on sobie wyobraża i za co pobiera pensję, jeśli nie za pracę?; cokolwiek ten zdrajca krwi nie uczynił, zrobiłby po prostu źle.
Odczekał chwilę, nim podniósł tyłek z twardej ławki, złożywszy wcześniej gazetę i włożywszy do kieszeni płaszcza. Ruszyli za nim, utrzymując właściwy dystans, nie wiedząc właściwie gdzie się kierują. Mijani mugole budzili w nim głęboką odrazę, tak jak i ten niemagiczny płaszcz, który musiał wciągnąć na grzbiet, aby ukryć czarodziejską szatę. Te wielkie, metalowe pudła mijały ich z dziwnym warkotem raz za razem, charcząc i krztusząc się, a za nimi w powietrzu unosiły się ciemne smugi - i Rookwood mruknął pod nosem, że zatruwają im powietrze nie tylko własną obecnością, ale i swoimi dziwnymi wymysłami. Drażniło go, że urzędnik nie podążał w żadnym znanym mu kierunku; miał cichą nadzieję, że skręci w stronę przejścia do jednej z magicznych ulic Londynu, lecz on uparcie trzymał się jego niemagicznej części. Podążali za nim z Karkaroffem mniej więcej pół godziny, a krajobraz z miejskiego zmienił się na cichszy i bardziej kameralny; pojawiło się więcej zieleni i z oddali zaczęli słyszeć dziecięce wrzaski - i to one stawały się coraz bliższe i głośniejsze. Aż wreszcie zagadka wędrówki urzędnika się wyjaśniła - dotarł on bowiem do bramy, która oddzielała mały park z placem zabaw oraz dwupiętrowym budynkiem o kilku skrzydłach od ulicy. Za metalowym płotem bawiły się dzieci, wszystkie ubrane tak samo; wyglądało to jak szkolne mundurki. Mężczyzna, którego śledzili chwilę czekał przy bramie, aż wreszcie jakaś mugolka (chociaż urodziwa, to oczywiście obrzydliwa jak powiedział Igorowi cicho) przyprowadziła dziewczynkę w takim samym mundurku i z teczką pod pachą. Miała na oko jedenaście lub dwanaście lat. Urzędnik kucnął i rozłożył ręce, a ona rzuciła mu się na szyję.
- Myślisz, że to jego córka? O tej porze nie powinna być w Hogwarcie? - wypalił zdziwiony, bez większego zastanowienia, gdy zatrzymali się nieopodal, obserwując uroczą scenkę z właściwego dystansu. Miał ochotę klasnąć w dłonie, ale opanował się w porę i jedynie pomachał dziwnie pięścią w powietrzu. - Musi być CHARŁACZKĄ - stwierdził z satysfakcją.
Ogromny wstyd.
Wygramy, a jak nie, to przynajmniej rozwalimy kilka łbów
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Igor Karkaroff
Śmierciożercy
his eyes are like angels
but his heart is cold
Wiek
24
Zawód
przedsiębiorca, zaklinacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
0
25
OPCM
Transmutacja
14
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
14
15
4
Brak karty postaci
30-03-2026, 16:10
Ciekawie funkcjonował świat w oczach Augustusa ― wszystko wydawało się w nim bowiem do bólu czarno-białe, do reszty zero-jedynkowe, nieznoszące szarości ani ustępstw; i choć z perspektywy wielu mogło to pobrzmiewać świadectwem swoistej trywialności, być jakimś bliżej nienazwanym dowodem na jego duchową i intelektualną prymitywność, Karkaroff nie potrafiłby się z tym zgodzić.
Bo przewidzieć, co Rookwood zrobi, pomyśli, postanowi, podobne było rozwikłaniu zagadki, której nie przypisano odgórnie żadnego rozwiązania; tak jakby w istocie nie kierował nim żaden schemat, żadna powtarzalność, żadna rutyna.
A ułożyć pomyślny scenariusz swojej własnej gry pod audytorium, którego profilu bliżej poznać się nie dało, nosiło w sobie objawy pewnego szaleństwa; badał więc granice tej widowni, badał emocje i odczucia, z uwagą oddając się obserwacjom ― ale nigdy w charakterze przesady, nigdy za bardzo, jakby kontrowersyjne obnażenie się z tym mogło wywołać u niego oklaski, zarazem też powszechne niezadowolenie.
Pewne utarte znamienności starał się zatem jedynie porządkować, na siłę próbując wepchnąć go niekiedy w sztywne ramy jakichś możliwości, w sztywne zasady własnych wyobrażeń. Pamiętał więc doskonale, że życiem kolegi rządziło kilka pasji, z quidditchem, kobietami, przemocą i polityką na czele; niedługo później orientował się jednak, że i w tych prostych zależnościach znaleźć się dało jakieś odstępstwa, jakieś nieoczywistości ― choćby i wówczas, gdy do wspominanej kolekcji zainteresowań niespodziewanie dołączyły któregoś razu krzyżówki.
Tu i teraz odbyło się to samo zdziwienie, tu i teraz doszło do kolejnej omyłki; bo jednym było wolno, innym ― z uwagi na pochodzenie ― już nie, bo jedni mogli kraść, oszukiwać i dowoli czerpać z koryta, a innych należało bezwzględnie za takie czyny karać. Rozumiał motywy tej logiki, choć pojęcie jej wybiórczości w całej swojej krasie przychodziło mu z trudem; dlatego też oszczędził komentarzy na ten temat jemu i sobie samemu, nie chcąc brnąć głębiej w dywagacje o tym, że jego przodkowie tak samo okradali skarb państwa bułgarskiego, jak ponoć czynili to ludzie nowego ministra w Wielkiej Brytanii. Cel był ten sam, środki i konsekwencje też; metryka czystości krwi była jednak ośrodkiem, którego nie sposób było dla niego pominąć. Skinienie głowy musiało w tej sprawie wystarczyć.
― No proszę, zamierzasz się żenić? Kim ona jest? ― ośmielił się jednak podpytać nienachalnie, bo i w tym względzie najwyraźniej doszło do kolejnej zmiany; tej nie spodziewał się zasłyszeć odeń prędko, więc do tamtego pytania dodał kolejne: ― Skąd w tobie ta potrzeba? Sądziłem, że niespieszno ci do zakładania rodziny ― zauważył tylko cicho, między palcami memłając teraz szpiczasty koniec własnego krawatu; wprawdzie wszyscy w ich niewielkim, hermetycznym gronie od dawna szeptali o mistycznym dziecku Augustusa z jakąś kobietą, za które odpowiedzialności wziąć bynajmniej nie chciał, ale plotki te nie przejmowały go wielce ― podobne historie tworzyły się same, zwłaszcza wokół sylwetek, którym najwygodniej było je przypisać. Rookwood był dziedzicem dobrego rodu, dawną gwiazdą sportu, majętnym przedsiębiorcą i wcale niebrzydkim mężczyzną; złapać takiego w sidła narzucanych społecznie oczekiwań było z pewnością warto ― i choć sam nie mógł wykazać z nim pełnej tożsamości w wymienionych tu aspektach, jemu ojcostwo również bezwstydnie przypisano. Ostatnio, w leciwej korespondencji od norweskiej wariatki, śmiało i odważnie twierdzącej, że biegający na tamtych ziemiach pięciolatek powstał z jego właśnie genów; w to, na podobieństwo towarzysza, wierzyć nie chciał ― ale szczęśliwiej od niego, problem ten nie uwierał go równie blisko. Jego samego od rzekomego syna dzieliły tysiące kilometrów; cicha intuicja targała jednak ciałem, ilekroć blade prawdopodobieństwo rozpatrywał w kategoriach brzydkiej prawdy ― na tyle możliwej, że posłuszna, puchata Sofia poniosłaby w końcu w odpowiedzi także i mieszek pełen pieniędzy. Chwilowa cisza nie nastręczała mu jednak podobnych pomysłów. ― Myśleć i może... Dziwne tylko, że Drew na wszystko pozwala ― skomentował z wymownym odchrząknięciem, bo i jego zaskakiwała postawa kuzyna; transformacji w uległego pantofla się po nim nie spodziewał, zwłaszcza że sam to związek rozpoczął oficjalnie poprzez swojej przyszłej małżonki zniewolenie, ale być może słabość do niej ― połączona z niemym wyrzutem sumienia albo przywiązaniem ― odebrała mu siłę decyzyjności. O samej Lucindzie myślał zaś nad wyraz ciepło, po części zgadzając się jednak ze swoim przedmówcą; niekiedy zbyt mocno manifestowała swoją indywidualność, niekiedy zbyt głośno oznajmiała wszystkim, kto w tej relacji tak naprawdę nosił spodnie.
Tematy te porzucić musieli jednak na rzecz statecznego spaceru, który dłużył się okropnie; po czasie dopadła go senność po nieprzespanej nocy, po czasie zastanawiał się nawet, czy dobrym pomysłem było śledzić tego podstarzałego dziadygę, aż wreszcie zawędrowali do samego sedna konkretu ― i z niego też zamierzali możliwie najwięcej czerpać.
― Trochę do niego podobna ― rzucił niezobowiązująco, zza pazuchy dyskretnie wyciągając różdżkę. ― Wejdę mu do głowy, odczytam jego myśli. A ty może spróbuj podsłuchać, o czym ze sobą rozmawiają ― dodawał, opierając się o płot; i tak z ust padło ciche Legilimens, a koniec różdżki kierował się w stronę mężczyzny ― a wówczas przed oczami zamajaczyły strzępki sugestywnych intencji oraz myśli.
Troska, miłość i radość; a zarazem też obawa, wstyd i niepewność. Bo dziewczynka była jego córką, a kobieta, jej matka ― mugolską, nieznającą ich świata, naiwną kochanką.

udany rzut
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 04-04-2026, 15:15 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.