• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Londyn > Wschodni Londyn > Stara hala celna w Wapping
Strony (2): 1 2 Dalej
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
09-07-2025, 21:37

Stara hala celna w Wapping
Tuż przy szerokim zakolu Tamizy, w przemysłowym Wapping, stoi stara hala celna; monumentalna, z czerwonej cegły, pokryta nieubłaganymi śladami czasu. Dawniej przyjmowano w niej towary z najdalszych zakątków świata: ekskluzywne materiały, tytoń, przyprawy i eksportowaną żywność. Dziś jest to głucha i pusta przestrzeń z zaryglowanymi, żelaznymi drzwiami. Wnętrze hali wciąż pachnie solą, zastałym kurzem i stęchlizną. Przechadzając się między kolumnami, można natknąć się na znaki pisane kredą: miary, zapiski, litery w innych alfabetach.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
18-01-2026, 16:16

No safe harbor for us
7 kwietnia 1962

Powroty bywały trudne; przepełnione tysiącem wspomnień kierowały umysł na tory najmniej przyjemne, te co w swej pamięci odcisnęły piętno: bólu, rozczarowania, goryczy na duszy człowieka udręczonego frasunkami życia. Dryfując poza ramionami władczej rodziny w swym osobliwym odosobnieniu, by nie powiedzieć izolacji od Angielskiej ziemi, trwał latami z nieznacznymi przecinkami na linii czasu, tak jakby nie odczuwał pragnienia powrotu do domu, jakby to, co go tu czekało nie zapowiadało żadnej rewelacji, poza utartymi schematami, których nie sposób zapomnieć. Wolał nieraz gnieździć się z dala od Walijskiej ziemi, by apodyktyczny charakter ojca nie wpływał na decyzję syna. Uciekał, ale wracał, nawet jeżeli rodzinny dom wiązał się ze słodkim czasem dzieciństwa i mroczniejszymi latami dorosłości, jakby cienie historii kryjące się fundamentach starej rezydencji, dosięgały każdego z ich rodziny niezależnie od wartości drzemiących w duszy.
Ta stęchlizna rodowego nazwiska i moc posłuszeństwa, wobec tegoż pozostawało wyłączną i jedyną niechęcią do częstszych odwiedzin ojczyzny. Bo o ile pamięć przeszłości trwała zamknięta w szkatule emocji pochowanych wraz z tą, która skradła myśli, uczucia, a wreszcie serce w chłodnych objęciach ziemi — tak nauczył się żyć; egzystować na nowo. Doświadczony lekcją okrutną, zahartowany w swym cierpieniu, trwał na drodze życia, wciąż pomimo upadków Bo musiał adaptować się i spróbować otworzyć nie tylko umysł, ale i serce na nowe. Jego historia wciąż trwała, pomimo oddechu kostuchy czającej się zawsze, gdzieś w pobliżu. Świadom ryzyka, jakie podejmował wchodząc w podziemia i pukając w żelazne wrota kurhanów z czasów minionych. Wiedział, że życie, choć chwilami okrutnie uderzało; wybijając resztki nadziei, łamiąc kręgosłup marzeń i dusząc w zarodku cieplejsze uczucia – wciąż pozostawało, czymś więcej niż tylko darem wykalkulowanej obecności. Pragnął doświadczać i zgłębiać, przeżywać kolejne historie, a być może zapisać się trwale w księgach wykładanych na prestiżowej alma mater.
Dziś spoglądając z dystansem lat uśmiecha się wymownie, szczerze, by nie powiedzieć, że z uczuciem. Ale nie żyje przeszłością, a chłonie teraźniejszość, nawet tą szarą, smutną, przygnębiającą w Londyńskiej ramie dymu i smrodu. Miasto tak wspaniale na fundamentach historii spoczywa, nawet jeśli dotknięte ogniem wojny, tak rozpościera swe macki rozwoju i prze nieprzerwanie, ku kolejnym dekadom rozkwitu. Czuje się tu dobrze, może nostalgia i sentyment mieszają mu w głowie, a wrażenia z podróży wciąż żywe nie pozwalają odetchnąć, tak odczuwa coś na kształt ugaszonej tęsknoty. Jakby cieszył się z powrotu, dyktowanego lakonicznym listem ojca i wytycznymi, które dostał. Nie zamierzał, jednak w pełni wykonywać tych poleceń wyznaczony kurs życia wiódł go przed siebie wprost do starego magazynu – miejsca umówionego w listach, potwierdzonego. Robiąc to, od tak wielu lat, niemal zawsze, gdy wracał i z trudnym do określenia uśmiechem witał Angielską ziemię, był nad wyraz ostrożny przy każdym kroku, który mógłby go zdradzić. Świadom dla kogo i z czyjego polecenia pracował, a może wyłącznie spełniał obowiązek wobec ojczyzny? Uśmiechał się w duchu za każdym razem, gdy to roztrząsał… Podróżnik, historyk, poszukiwacz sekretów sprzed wieków, bywalec na salonach w egzotycznych i bliższych świata stronach. Osoba zorientowana w grze pozorów, choć nigdy w tę zabawę wszak nie uwikłana, jeno jako obserwator z boku doglądał rzeczy, czynów, procesów, jakie owocowały nie rzadko pierwszymi stronami gazet, a czasem ginęły w tajnych raportach – przemilczane. Nigdy nie dociekał głębi słów wypisywanych w listach; jeno zwięźle, na temat i rzeczowo przedstawiał sprawy, których był świadkiem.
Dym papierosa ulatywał na wietrze; ubrany na wzór angielskich dżentelmenów w szarość garnituru niepozbawioną, jednak odstępstw od ram elegancji, bo pozostawione w swobodnym otwarciu guziki nie spinały bieli koszuli pod szyją, a tam skryty drzemał naszyjnik, będącą pamiątką z zimnej Norwegii, tak nie tylko to budowało całokształt jego osoby z pozoru tak wpasowanej w tłum jemu podobnych. Wciąż jednak zbyt dzikiej, by trwać w konwenansach i wesoło plotkować o małostkowych ploteczkach. Drzemało w nim, coś innego, co sprawiało, że wyróżniał się, niczym wilk pośród myśliwskich ogarów.
Pokonywał pustą przestrzeń starej hali. Jego kroki odbijały się echem, a w ruchach emanowała pewność siebie i surowość, lecz bez nadmiernej ostrości, tak jakby nawet zwykłe palenie papierosa sprawiało mu w tej chwili przyjemność, z jakiej potrafił czerpać satysfakcję. Skrył się w zacienieniu w miejscu, skąd miał wgląd na wchodzących do środka. I jednie czerwone oczko papierosa mrugało w półcieniu zalotnie.
— Spóźniłaś się. — Bezbarwny głos przecina ciszę; wybrzmiewa sucho w półmroku, pozostając wyłącznie echem, bez autora, który wciąż pozwalał, aby cienie go otaczały.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#3
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
18-01-2026, 18:21
Niegdysiejsze zgłoski smagały język dwuznaczności niczym chłodny bicz pamięci, powracające smętnie mary: winnaś, powinnaś, oddana ― gwarant rodzinnej powinności, depozyt złożony w rękach ojca niczym akt notarialny duszy. Brzmiały jak echo dawno wypowiedzianych wyroków, od których nie było apelacji, a jednak z czasem nauczyła się traktować je jak tło, jak szum starej tapiserii wiszącej w reprezentacyjnej sali ― obecnej, lecz niezdolnej już ranić. Wszakże zdawać się mogło obrazoburczą fałdą oszpecenia najdroższej tkaniny, gdy niezbyt prawo, niemal prowokacyjnie, ponad ojcowskim wzrokiem kłębiła swe igraszki; gdy pozowała po swojemu, z wyrafinowaną nonszalancją, elokwentnie zdobywając w oczach męskiego towarzystwa ministerialnego siebie jako kobietę piękną, siebie jako kobietę inteligentną, a zarazem niezbyt na pierwszy rzut oka sprytną ― bo spryt należało dozować jak truciznę, w kroplach.
Otóż prostactwo męskiej jaźni wolało nakreślać wybroczynami kobiety jako łatwe, kobiety jako potulne albo dzikie jedynie i wyniosłe w łóżku, sprowadzane do funkcji ornamentu wśród znudzonej enklawy powtarzalnego schematu rozmów, toastów i łóżkowych pląsów, o których mówiono półgłosem, lecz myślano bez wstydu. Wiedziała o tym aż nazbyt dobrze, dlatego tak skrupulatnie budowała własną fasadę ― miękką, uśmiechniętą, pozornie nieszkodliwą. Cóż bowiem czynić, by zasmakować życia, nie dając się pożreć jego mechanizmom? Pełzać mądrze, jak nauczyły ją starsze kobiety, by knowania i utarczki nie wyszły na światło dzienne, by nie zostać nazwaną zbyt szybko i zbyt jednoznacznie. W tej grze była dobra. Potrafiła słuchać z uwagą, zadawać pytania, które schlebiały próżności, a jednocześnie nie odsłaniały jej własnych kart. Wielbiła robić coś dobrego dla ludzi potrzebujących słodkiej nicości informacji ― podawać ją w estetycznym opakowaniu, z wdziękiem i miękkością głosu, który nie zdradzał ostrych krawędzi myśli. Była jak jedwabna wstęga oplatająca stalowy rdzeń: pozornie uległa, w istocie nie do złamania. I może właśnie w tym tkwiła jej największa herezja wobec świata, który tak bardzo pragnął ją posiadać, a nigdy do końca zrozumieć.
Obcasy bucików z wolna wybijały głuchy, niemal ceremonialny akompaniament pewnych kroków kobiecego usposobienia, które nauczyło się istnieć pomiędzy cieniem a światłem. Raz skrywało się przy mroku porzuconych skrzyń, pachnących wilgocią i starym drewnem, raz drugi wtapiało się w pęknięcia starej fasady doków, gdzie cegła kruszyła się pod dotykiem czasu, a metalowe okucia rdzewiały w milczeniu. Powietrze śmierdziało solą, rybim tłuszczem i zapomnieniem, a gdzieś w oddali, jakby na przekór teraźniejszości, wygrywały się echa dawnych szant ― przyśpiewek marynarzy, gardłowych, rubasznych, śpiewanych niegdyś w gwarze pracy i zmęczenia. Teraz brzmiały jak widma, rozszarpujące ciszę.
Sól leciutko imała się noska, gryząc subtelnie ego i wywołując niechciane poczucie brudu, obskurności miejsca, w którym kobiece ciało nie powinno było przebywać zbyt długo. Nie należała do tej przestrzeni, a jednak umiała się w niej poruszać ― zwinna, skupiona, obca. Szybciutko i szybciej; załatwić sprawę zasłyszaną półgłosem w bezpiecznym wnętrzu salonu, zdobyć upragnione informacyjki, te drobne okruchy prawdy warte więcej niż złoto, i zniknąć, rozpłynąć się w bezpiecznej przystani własnego lokum, zanim noc zdecyduje się upomnieć o swoje. Myślała już o dniu kolejnym ― o zapłacie, o satysfakcji z przydatności, o cichym triumfie kobiety, która potrafiła być tam, gdzie inni bali się postawić stopę. Różdżka była na wyciągnięcie ręki, ukryta w fałdzie płaszcza, gotowa w razie konieczności; chłodna, znajoma, uspokajająca jak obietnica kontroli. Błękit tęczówki snuł się mimowolnie po fasadach, po ciemnych otworach okien, po zardzewiałych dźwigach, gdy minęła pierwsze niebezpieczeństwo i wtargnęła w objęcia portowej hali, porzuconej dawno przed laty.
Wewnątrz panował chłód i pustka, ciężka jak oddech uwięziony w płucach.
― Ty, Panie przybywasz zwyczajowo za szybko ― Gdzieś znikąd, jakby wyrwana z samego eteru, wybrzmiała fraza męskiego jestestwa ― chłodna, pewna siebie, gnuśna w toni. Ciało napięło się natychmiast, instynktownie, niczym zwierz gotowy do uskoku; mięśnie zebrały się w skupieniu, a oddech spłycił. Kciuk, wierny jak odruch nabyty latami czujności, mimowolnie przetarł gładką powierzchnię imperialnego topazu utkwionego w złocie ― chłodny kamień odpowiedział znajomym dreszczem. Obronisz mnie? Prezent bliski sercu. Prezent nieodgadniony. Dar od osoby jeszcze bardziej tajemniczej, pozostawionej w pośpiechu jednej chwili i jednej decyzji, która do dziś drgała pod skórą jak niedomknięta rana. ― Zawsze skryci w cieniu... ―  Spojrzenie przemknęło po wnętrzu hali, szybkie i wyostrzone; płaszcz leciutko załopotał przy gwałtowniejszym ruchu, gdy odwróciła się na pięcie. Czerń sukienki opięła ciało w napięciu niemal bolesnym, jakby materiał sam wyczuwał zagrożenie i kurczył się razem z nią. Serce uderzyło mocniej. Dojrzała go, gdzieś tam w pełni swej siły. Zjawa?! Tak... Niemożliwe, wszakże nigdy nie wracał! Biada jej marnej duszy; coś zabolało, serce uderzyło elegię do nieposłuszeństwa i odwrotu. A weń oczy spoglądały w chłodny brąz surowości; niegdyś patrzącej z uwielbieniem, troską i oddaniem. On... ― Niemożliwe.
Wróciłeś...
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#4
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
18-01-2026, 21:08
Emocje powoli wzrastają; lotem miarowym nad wyraz wyrachowanym, tak jakby odcinał serce od rozumu murem lodowym – nieprzebytym, aby tylko nie pokazać blizny na sercu po słabości do oczu, jak zwierciadła norweskich jezior; krystalicznie błękitnych, lecz jednocześnie zimnych.
Czuje jak złoty naszyjnik ciąży na szyi, jak zaciska się wokół niej, a sierp księżyca krąży wokół łani wpisanej w jego ramy. Odcina się od tych myśli; od tego, dlaczego pomimo miesięcy milczenia wciąż nosi dekorację podarowaną mu niegdyś przez byłą kochankę. Czy wartość sentymentalna zakotwiczyła się w jego piersi, wręcz wrastając weń? A wszelka próba porzucenia świecidełka, gdzieś w kąt wiązała się jednocześnie z wyrywaniem jakiejś jego cząstki i porzuceniem tego, co ich łączyło na śmietnisku wspomnień, do jakich się nigdy już nie wraca?
Oddychał spokojnie, biała bibuła papierosa zawirowała fantazyjnie w powietrzu, a mężczyzna w końcu zdecydował się na wyjście z cienia. Porzucając kurtynę odgadnionej anonimowości, choć wyczuwał, że teraz, gdy go dojrzy w pełni świadoma osoby, tym mocniej poczuje napływ emocji. Wstyd, a może skrępowanie? Złapana w sidła trafiła przed osąd człowieka, któremu się wymknęła podczas snu, gdy ośmielił się słowem dobitniejszym nakreślić relację ich łączącą.
Uciekła jak tchórz.
A ranek przyniósł falę emocji, co zakotłowała jego światem – mocno, brutalnie i dosadnie uświadamiając o głupocie, którą pokazał. Tym zaślepieniu, wobec płci pięknej, byciu arogantem, wobec technik manipulacji, bo w swej pysze zakładał, iż przewidzi każdy ruch, że nie straszne mu te manewry… bo wreszcie zaufał komuś na tyle, by móc się otworzyć i został skarcony za tę naiwność.
Odetchnął, pokonując ostatnie metry, jakie miały na celu zbliżenie się na wyciągnięcie ręki do Rookwood. W surowości brunatnego spojrzenia kryła się opinia, dość czytelna o ludziach jej pokroju. Niema i zaklęta w ciszy, ale tak namacalnie dobitna, że wystarczająca.
Sól, wilgoć, kurz – tworzyły feerię zapachową, co osiadała niespiesznie, acz trwale na wrażliwych skrzydełkach nosa łączyły się jednocześnie z innymi zapachami – jego perfumy ciężko osiadające przywodziły na myśl sosnowy las z nutą czegoś ostrego, nieodgadnionego, ale przyjemnie przyciągającego. Wpisane w to wszystko, niejako górujące, bo intensywne w swej toksycznej otoczce – papierosy, budowały uderzenie zapachowe, które nie było jej nowe, bo wszak w ministerstwie; na bankietach, czy w innych miłych jej próżnej duszy miejscach, mogła nasycić się w pełni tymi aromatami, tak w pustej – milczącej hali, w jakiej echa przeszłości wyśpiewują w momentach najgłębszej ciszy cichą melodię morskich przyśpiewek w rytmie zorganizowanej pracy. Kontrastował obraz, ten okrutnie dając pole możliwości dla zjawy, lecz Lestrange bynajmniej nie był koszmarem – gorzej, był namacalny.
Nie obawiał się jej – w dziwnym przeświadczeniu wiedział, że nie zrobi mu krzywdy. Dostrzegał w jej ruchach zwątpienie; oczy zdradzały tak wiele, bezradna i zagoniona w pułapkę; łania ścigana przez złego wilka. Czyżby to strach czaił się w błękicie spojrzenia? A może mylił tę reakcję z czymś innym; czymś bardziej jej gorzkim, wstrętnym – wstydem? Zmrużył oczy; przenikając ją na wskroś pod maską powagi, jednak zapytał:
— Śledził cię ktoś? — wiedział, jaką dostanie odpowiedź, zbyt dobrze czuł gorycz porzucenia, aby nie domyślić się, że miała w tym niejaką wprawę, więc jeśli znikać potrafiła bez echa, tak też wyczulona musiała być również na tropienie jej śladów. Była zbyt ostrożna z natury, aby jawnie ryzykować. Czytał to jako dobrą monetę w przetargu o prawdę, do jakiej pragnął dojść – prawdy o ich romansie.
— Od jak dawna to robisz? — słowa pozbawione emocji przecinały ciszę między nimi. Nie dawał jej tej chorej satysfakcji z widoku jego upadku, tego do czego go doprowadziła. Nawet jeśli do temperamentu Wezuwiusza mu już niewiele brakowało, tak trzymał wściekłość na smyczy.
Mimowolnie sięgnął do wewnętrznej kieszeni ruchem zbyt gwałtownym, aby mógł przejść bez echa. Dłoń zaciśnięta na kopercie wychyliła się za poły marynarki wolniej, ostrożniej, jakby badał reakcje. A w jego brązowych oczach coś pęka i wypływa na światło dzienne najczystsza kpina podsycona uśmiechem, który tak dobrze znała.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#5
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
19-01-2026, 09:16
Niepewność pochwyciła kobiece jestestwo nagle i bez ostrzeżenia, jakby czyjaś dłoń zacisnęła się na gardle, odbierając tchnienie życiodajnego tlenu i pozostawiając jedynie posmak chłodu pod językiem. W piersi coś drgnęło, szarpnęło się boleśnie; ryt wyimaginowanych pazurów zdawał się znaczyć skórę od środka, trwoniąc resztki pewności w brutalnym szkalowaniu bojaźni. Wilk stąpał w jej kierunku ― nie musiała go widzieć, by wiedzieć. Czuła go. Wibrację powietrza, napięcie, które nie miało nic wspólnego z czystą przemocą. Zabije, rozszarpie ― ta myśl przemknęła krótko, jak błysk stali. Nie. Tacy jak on nie zabijali wprost. Oni dewastowali spojrzeniem. Wzrok karygodnie odkształcał oddech, rozsadzał jaźń, wdzierał się pod skórę z nieprzyzwoitą pewnością, że ma do tego prawo. Tam, w jej wnętrzu, pałętały się rozterki nieobyczajne, przetrawione przez miesiące ciszy ― ciszy, którą mu zgotowała, ośmieszając go i siebie jednocześnie. Ciszy, w której zasiewała udręczenie, być może nawet zdradę, choć nigdy nie nazwała jej wprost. Bo być może faktycznie się otworzył. Bo być może nie wnosił kłamstw w ich dysputy, a jedynie układał je w porządku, który miał sens: możliwość, rozwój, wspólne wody szersze niż to, co znała.
Na te wody nie była gotowa. Serce panny Rookwood było odmętem zagadkowym nawet dla niej samej ― bezkresnym, kapryśnym, łamiącym prawa moralności z dziecięcą bezczelnością. Nie rozumiało emocji w zdrowym znaczeniu, nie potrafiło ich nosić jak ludzie noszą cnoty; raczej rwało je, przeżuwało i wypluwało w chwilach najmniej stosownych. Ambicja mieszała się z lękiem, pożądanie z potrzebą kontroli, a czułość z instynktem ucieczki. Stała więc teraz napięta, z sercem bijącym zbyt głośno, pozwalając, by strach i pamięć splatały się w jedno. Bo wilk, który nadchodził, znał ją lepiej, niż chciała przyznać. Mimo całej swojej ostrożności, mimo wyuczonej chłodnej kalkulacji ― wysnuła, że najniebezpieczniejsze nie będzie to, co on jej zrobi. Lecz to, co mogłaby mu pozwolić zrobić, jeśli tylko zbliży się wystarczająco.
― Bywam ciszej, niż łania szukająca drapieżnika między drzewami... ― Topaz utkwiony w splocie wytwornego złota zdawał się po raz pierwszy milczeć, zamiast chronić ― odpowiedział na odzew pierwotnego właściciela, który podarował go jej niegdyś na wieczną pamięć, jako symbol zaufania niemal świętego. Kamień był chłodny, obcy, jakby odwrócił się od niej w tej właśnie chwili, gdy najbardziej potrzebowała potwierdzenia, że coś jeszcze pozostaje niezmienne. A przecież przed miesiącami mogła odejść bez oglądania się za siebie; zostawić go z listem, z paroma zdaniami godności i ciszy, odciąć się na zawsze, nie będąc mu nic winna. Tak sobie wówczas wmawiała. ― Monsieur Lestrange, więc taki jesteś? ― Naprawdę? Westchnęła głęboko, stabilizując ciężar ciała na obcasach, dumnie unosząc głowę ku górze, jakby niewidzialną dłonią pochwyciła niematerialną koronę dumy, ratując się przed upadkiem na brudnym betonie portowej hali. Nie pozwoli sobie na chwiejność ― nie teraz. Spojrzenie miała chłodne, skupione, choć wewnątrz wszystko drżało w niepokojącym dysonansie. Był surowy i piękny w swej złożoności; w tym, jak potrafił jednocześnie milczeć i ranić, jak jego obecność rozciągała się w przestrzeni niczym ostrze. ― Nie Twój interes, drogi panie...
Obserwowała go uważnie, gdy z niej drwił, gdy bawił się półuśmiechem i niedopowiedzianą ironią, snując swoje prostackie awersje, zbyt celne, by były przypadkowe. Każde słowo było testem, każda pauza ― prowokacją. Czy właśnie zostali wrogami? Myśl ta zakłuła boleśnie, bo zrodziła się zbyt naturalnie. A jeśli tak ― na czyją korzyść działał? Skoro windował informacjami dokładnie tak, jak ona, skoro poruszał się po tym samym grząskim gruncie półprawd i przemilczeń? Zacisnęła palce na pierścieniu, czując jak topaz wreszcie nagrzewa się od jej skóry, jakby próbował sobie przypomnieć dawną obietnicę.
― Czyś... mój wróg? ― Drgnęła na najmniejszy ruch jego dłoni; kpiący uśmieszek, który rozkwitł na tej aż nazbyt znanej, pięknej twarzy, zabolał dotkliwiej niż torturujące zaklęcie sączące się powoli w trzewia. Był jak policzek wymierzony pamięci, jak bluźnierstwo wobec tego, co kiedyś ― choćby przez chwilę ― wydawało się prawdziwe. Błagam, nie patrz tak… Serce łkało w niemym spazmie, a umysł przywoływał do gotowości chłodne procedury: ucieczkę, obronę, cokolwiek bardziej godnego niż to nagie cierpienie rozciągnięte między spojrzeniami. ― Stój!
Wnet żerdź różdżki odnalazła się w jej dłoni, znajoma i pewna, jakby od zawsze czekała na ten moment. Stała się przedłużeniem niemych zgłosek, które cisnęły się na usta, lecz nie chciały paść. Nie podchodź. Bo nie chcę Twej krzywdy. Jakże okrutna była ta sprzeczność ― gotowość do obrony spleciona z resztką czułości, której nie zdołała w sobie do końca zabić. Postawa wyprostowała się sama, duma naparła na kręgosłup, unosząc ją ponad drżenie kolan. Spojrzenie stwardniało, choć w głębi tęczówek wciąż czaił się cień dawnego zaufania, teraz zraniony i niebezpieczny.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#6
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
19-01-2026, 17:27
Wściekłość pulsowała podskórnie; wybijając tępy rytm serca spragnionego zemsty; okrutnego rewanżu za paletę emocji, które wówczas w nim wzbudziła, jedną decyzją pociągając za sobą lawinę konsekwencji, nieprzespanych nocy, analiz ciągnących się tygodniami. Czy było to wszystko warte czasu i zachodu, który poświęcił wygasłej relacji, gdzie podziała się brawura, arogancja, bycie ponad tym wszystkim? Ta pewność siebie kształtowana latami podyktowana stylem życia, jaki obrał, a może… stracił pazur, charakter i moc sprawczą? Odsłonił serce na cios zadany niepewną, bo roztrzęsioną dłonią, ale jednak – zabójczy. Kreślone słowa w liście wybrzmiewały smętnym tchórzostwem pozbawionym iskry, jaką w niej spłodził; litery dalekie od idealnych kształtów wyjętych z iście perfekcyjnych stron dawnych listów, były w pożegnaniu spisane – dłonią słabą, przez postać w pozorach jeno silną, lecz pod warstwą tą skrywającą cierpienie.
Żal wobec jej osoby sprawiał, iż bywały dni po rozstaniu, w których jej szczerze współczuł. Zawsze jednak po tych naiwnych odruchach przychodziła fala nieokreślonej złości, co rozmywała wcześniejsze szczątki wątpliwości. Irytacja ta była, o tyle dobijająca w swej prostocie, że poważnie myślał o jej osobie. Stawiając ją na podium priorytetów swego życia; jednocześnie odkrywając, że trwanie u jej boku, nawet tak momentami ulotne i szybkie, było tym, czego poszukiwał i za czym tęsknił w pozostałe miesiące. Nauczyli się siebie wzajem na każdej możliwej płaszczyźnie, poza jak widać zaufaniem…
I to go w tym wszystkim bolało najbardziej, bo gotów był dla niej na znacznie więcej, niż podejrzewał, a ona czmychnęła, jak złodziej po udanej nocy; pozostawiając po sobie ślad żałości.
Smutek złączony w nierozerwalnym węźle tęsknoty mógł ranić znacznie dobitniej niż słowa pospiesznie spisane na pogiętej kartce białego pergaminu. Przekonał się o tym dobitnie, czując ciężar blizny pod sercem.
Melancholia targnęła wspomnieniami jak kapryśny wiatr na morzu żaglami. Wzrok ponownie odżył – zelektryzowany; głosem byłej kochanki. Sunął po linii twarzy, przez żuchwę, aż po szyję. Wymownie i świadomy tego, że to poczuje na sobie. Brązowe tęczówki spłynęły w dół po kobiecym szczupłym ciele, doszukując się poszlak, które zgodne byłby jego analizie.
— A jednak to łania wpadła w sidła drapieżnika — westchnął, wcale nie kryjąc rozbawienia ordynarnie zarysowanego brutalnością w zimnych, bo pozbawionych blasku ciepła tęczówkach.
Informacje dochodziły do umysłu z lekka ospale, bo szukał usprawiedliwienia dla wszystkiego tego, czemu była winna. Relacja kreślona przypadkiem mogła okazać się czymś więcej, czymś, co budziło wyłącznie obrzydzenie, wobec jej osoby; bo już nie żal, zrozumienie, czy złość wynikającą ze zranionej dumy. Gdyby potwierdziły się jego podejrzenia, gdyby od samego początku postrzegała go przez pryzmat narzędzia…
Zagryzł zęby, tak jakby nie zamierzał nawet w myślach kończyć tego wątku.
Bezczelna.
Wymalowana ta cecha na jej obliczu prosiła się o wiele z tego, co sam jej obiecywał w najgorszych scenariuszach. Bo wizja ponownego spotkania miała być pełna wzgardy i zobojętnienia, a mimo tego wszystkiego, co wzajemnie sobą prezentowali; ona wciąż pozostawał nieugięta, a nadto wszystko kapryśna.
— Powiesz, wszystko powiesz, dobrze o tym wiesz, że wyszepczesz mi tę tajemnicę — błysk zrozumienia w oczach; przebiegłość podyktowana mocną, w jakiej tliło się widmo obietnicy. Samorealizacja, która była na wyciągnięcie ręki, mógł to z niej wydobyć, lecz uwłaczające to było, nawet w tej chwili, by sięgać po coś tak prostego. — Dlatego zapytam raz jeszcze; od jak dawna? A ty przemyśl odpowiedź — ton głosu pozostawał niezmienny, chociaż wewnętrznie kipiał złością, tak powstrzymywał się ze wszystkich sił, by utrzymać fasadę powagi.
Zabolały go jej słowa – pytanie zawisło w ciszy, której nie przerywał. Jego kroki minimalne, ot ledwie zauważalne przybliżały go do niej, a wszak już byli śmiertelnie blisko siebie. Koperta – informacje w niej; mierzyły się ze strachem odmalowanym na klasycznie pięknym licu. Gdy powietrze przeciął świst różdżki, który zarejestrował z obojętnością, tym samym pokonując ostatnią barierę i górując nad drobnym ciałem w przewadze całej ich historii.
— Śmiało — szepcze zmienionym tonem jakby wyczekującym, by przerwała ten ciąg boleści targających raną zabliźnioną. W swej dumnej postawie kobiecego ciała – wyprężona, niczym marmurowa figura patrzyła na niego tymi swoimi oczami, co zdradzały mu tak wiele, lecz on oczekiwał słów.
Koperta z informacjami dotyka wolnej dłoni czarodziejki wędrując między nimi – wymiana dokonana. A jednak niczego to nie zmieniało, bo wciąż zawieszeni w impasie; mierzyli się spojrzeniami.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#7
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
19-01-2026, 20:41
Sztywna rama kobiecego ciała drgała, jakby każdy mięsień zapamiętał osobno i wspólnie jednocześnie wszystkie chwile, w których należało uciekać, a mimo to się stało. Niewielkie ciało zdradzało ją bezlitośnie: kręgosłup poddawał się drobnym, niekontrolowanym impulsom, jakby przesyłał sygnały alarmowe do miejsc dawno uznanych za martwe. Wmawiała sobie, z uporczywością godną desperata, że się wyleczyła. Że jego imię przestało rezonować w klatce piersiowej, że barwa głosu nie potrafi już rozcinać jej na pół jednym dźwiękiem. A jednak wystarczyła chwila ― jedno brzmienie, jeden tembr ― by rozwarły się głębokie rany, skrzętnie topione miesiącami w niejednej lampce wina, w niejednym papierosie spalonym zbyt szybko, zbyt łapczywie, jakby dym mógł zagłuszyć pamięć. Jedna łza, wtenczas zgubiona na policzku, gdy uciekała z Paryża, ciągnęła się za nią jak ślad krwi, niewidoczny dla świata, a jednak wciąż żywy.
Myślała, że się wyleczyła ― jakże próżna była to iluzja. Zdewastował ją całą, nie dotykiem nawet, lecz samą obecnością, faktem istnienia. Obiecała niegdyś, że go nie zostawi; zostawiła. Obiecała trwać, a trzy słowa, wypowiedziane we śnie, nieostrożnie i miękko, sprawiły, że rozpadła się na obce sobie fragmenty, nie wiedząc już, kim jest, a kim jedynie udaje być. Dziś była… okropieństwem tego świata, pokracznym indywiduum utkanym z ambicji, winy i zbyt ostrego pragnienia niezależności. Potworem we własnym mniemaniu, kobietą, która wybrała siebie kosztem wszystkiego, co kiedyś nazywała miłością uwagą.
― Możesz być kimkolwiek zechcesz, ja i tak nigdy nie zdradzę tajemnicy ― Przepraszam, że mnie spotkałeś ― myśl ta pulsowała jak cichy krzyk, choć nigdy nie zamierzała pozwolić, by opuściła usta. Nie teraz, gdy natarczywie pożerał ją wzrokiem, gdy jego spojrzenie rozbierało ją z resztek pewności, mataczyło granice, które tak pieczołowicie budowała. Stała więc nieruchomo, z dumą podszytą strachem, pozwalając, by ciało drżało, ale nie łamało się do końca. Kobiecość w tej chwili była nie miękkością, lecz aktem oporu ― trwaniem mimo wszystkiego, co chciało ją na nowo uczynić cudzym wspomnieniem, cudzą winą, cudzym żalem. ― Nic nie zdobędziesz, Monsieur Lestrange... Choćbym ostatni dech miała puścić na tutejszym syfie ziemi ― Nie potrafiła wypowiedzieć jego imienia, choć niegdyś szeptała je tak często, że stało się dla niej drugim oddechem. Teraz zalegało w gardle jak obce ciało, twarde, grożące zadławieniem przy najmniejszej próbie artykulacji. Atakował ją spojrzeniem ― nie gwałtownie, nie nachalnie, lecz z tą szczególną bezwzględnością, jaką posiadają jedynie ci, którzy znają mapę cudzego wnętrza lepiej niż własną. Pożerał ją wzrokiem, a ona czuła, jak warstwy jej opanowania odpadają jedna po drugiej, jakby nigdy nie były jej naprawdę przypisane. Niegdyś był jej księżycem, punktem odniesienia na nocnym niebie chaosu; ona zaś jego łanią o pięknych oczach, ufnej i czujnej zarazem. A jednak to jego brąz ― ciężki, głęboki, niepodległy ― potrafił rządzić nią zuchwale, gdy tkwiła w jego objęciach siły sprawczej, oddając się nie tyle jemu, co iluzji bezpieczeństwa, którą wówczas uosabiał. ― Wszakże... potraficie to uczynić.
Przełknęła ślinę z żałością, odruchowo, jakby ciało chciało nadrobić za nią decyzje, których rozum nie potrafił już podjąć. Pragnęła cofnąć się, czym dalej od niego, wycofać się w przestrzeń, gdzie jego wpływ nie sięgałby już nerwów i wspomnień. Skracał dystans z wolna, niemal ceremonialnie, świadomy każdego jej mikroruchu, każdego napięcia w barkach, każdej zdradliwej reakcji źrenic. Nienawidziła takich sytuacji, bo obnażały jej pierwotną prawdę: bała się. Nie jego przemocy ― tej nigdy nie było ― lecz jego wiedzy. Wiedział o niej zbyt wiele: każdy szczegół, każdą bliznę na ciele i te, których nie widać było gołym okiem; każdy schemat bojaźni, każdy lęk o to, kim faktycznie będzie kiedyś, a kim nie zdąży się stać.
― Odejdź... ― z goryczą odparła, zadzierając głowę ku niemu. Dłoń na oślep ujęła udrękę wiadomości skrytej w kopercie; zaraz jednakże koniec różdżki niemalże dźgał męski tors. Słodkie reducto chciało mu przyłożyć, odepchnąć, a kobiece chciało czmychnąć, bo w tym była najlepsza. Uciekaniu. I kim była dziś? Pytanie uderzyło w nią z całą brutalnością nagiego faktu. Kłamcą ― bo uciekła, nie tłumacząc się do końca. Zdrajcą ― bo złamała obietnice, które składała nie tylko jemu, lecz samej sobie. Istotą rozdwojoną pomiędzy instynkt przetrwania a potrzebę bycia widzianą do samego dna. ― La vache! Odsuń się!
Dobij mnie ―  gorączkowy impuls, nie jako realne pragnienie śmierci, lecz jako błaganie o koniec tej ekspozycji, tego rozbierania z iluzji, z narracji, z dumy. Stała więc nieruchomo, kobieco spięta w akcie obrony, pozwalając, by strach istniał, ale nie decydował. Bo nawet jeśli była kłamcą i zdrajcą, była nimi na własnych warunkach ― i to miało być jej ostatnie, kruche zwycięstwo.
Nim łza boleści przecięła niedolę jasnego policzka.
Biada jej...
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#8
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
20-01-2026, 21:16
Okrutna boleść rozrywa serca tkanki na atomy, mierząc się z echem przeszłości, które nawiedziło po miesiącach nieobecności. Poczucie pustki, niezrozumienia, braku akceptacji, dla tego wszystkiego, co ich łączyło przez lata całe w kalejdoskopie zmiennych, niczym ulotne pory roku, trwali nieprzerwanie.
Złość tętni w żyłach, kruszy z wolna maskę obojętności, tę zrodzoną na salonach i pubach podczas karcianych rozgrywek. Irytacja zatruwa umysł, a jednocześnie trwa w konflikcie z poczuciem niezrozumienia i brakiem akceptacji dla tego wszystkiego, co miało właśnie miejsce w opuszczonej hali celnej, cuchnącej wilgocią i solą. Pragnął zapanować ze wszystkich sił nad sobą, by złapać cień swobodnej myśli, aby oprzeć logikę postępowania na swobodniej. Ta analiza bieżąca trwała w zadziwiającym uporze z tym, co targało męską piersią. W kontrze stawała z tym raczkującym rozsądkiem.
Władza, informacje, ten kto je posiadał był na szczycie, miał możliwie najlepszą pozycję, a za nią postępującą bezwzględną siłę. Wiedzieli o tym doskonale, dlatego tak długo trwali w zamknięciu niedomówień w tym szoku, co zawisł nad nimi jak ostrze gilotyny. Wspomnienia uderzały z mocą to prawda, ale obowiązek, ambicja i podszepty z cienia wiodły w inne miejsca. Testując dwójkę kochanków na tym niepewnym polu, bo jedna decyzja mogła zaważyć o wszystkim, jeden ruch przekreślał wszystko to, co o sobie wiedzieli i razem w nocnych ekstazach i marzeniach zbudowali.
Z samego początku dostrzegał, więcej niż powinien, teraz gdy był tak blisko niej, pozwalał sobie na więcej, niż powinien, wbrew własnej woli, bo wyczuwając namacalny ślad kobiecych perfum, mimowolnie łaknął coraz chciwiej. Każdy jej ruch – ten nerwowy, ale i spokojny – pełen wyważonej świadomości o swojej sile, był obserwowany przez mężczyznę. Czytał z niej, ale nie zagłębiając się bezwstydnie w gąszcz myśli i wspomnień. Tak, jakby szacunek wobec niej nie pozwalał mu zniżyć się do tego rozwiązania. Znacznie bardziej wolał otwartą wymianę – dialog, który wprawdzie przerywany, uparty i ciężki z wolna rozwiewał mgły niewiedzy, acz było tego wciąż mało, za mało, aby mógł cokolwiek określić.
Drażniąca myśl odbiła się na jego profilu, kształtując zmarszczkę zmęczenia na skroni.
— Melusine… — wypowiada z niemal niezauważalnym zwątpieniem jej imię. Pierwszy raz na Angielskiej ziemi; czuł dziwną pustkę zarazem, gdy uświadamiał sobie o tym, jakby sam przed sobą nie chciał uwierzyć, że tak faktycznie było, ale jednak nigdy nie mieli tej przyjemności do teraz, a gdy stali naprzeciw siebie trudno orzec, czy bliżej im do wrogów, czy do kochanków, którymi byli niegdyś.
Głęboki wydech wymyka się zauważalnie z ust mężczyzny, ten w swej postawie przestaje być, tak polodowcowy i obojętny, a staje się niemal na powrót tym; kim go zapamiętała z Bergen, z tak wielu miejsc na mapie Europy…
— Gdy zapytam dlaczego, ty stwierdzisz, że przecież znam odpowiedź...— muska szeptem, niemalże czułym tych strun, które znał wszak na pamięć. Wiedział jaka bywała; tak uparta, ambitna, momentami obsesyjna, lecz to przecież nie wszystko; znał ją głębiej, niż za maską wykalkulowanej ostrożności przykładanej, zawsze podczas bywania na salonach, czy ministerstwa ścianach. Potrafiła kryć się i zwodzić męskie serca pełne pychy – przywykła do tego. A jednak trafił się ktoś, kto również ją odkrył – przeszył na wskroś do samego sedna kobiecej natury, jaka w niej drzemała.
Był w końcu poszukiwaczem, co prawda zaginionych artefaktów, ale jej serce, ta wrażliwość skryta na jego dnie, była niejako takowym. Pielęgnował i dbał oń, dokładając wszelkich starań, by uśmiech czułości wypływał na jej lico śmielej, niż tylko w tych nielicznych momentach zapisanych na kalkach wspomnień.
Nie potrafił oprzeć się temu, co obserwował; brązowe oczy tak wytrwale dzielące skórę na łani przez cały ten czas, nagle złagodniały. Strach, zwątpienie, wstyd toczyły ją, niczym choroba, obłąkana w gorączce może liczyła, iż to spotkanie to wyłącznie zły sen. A z dawna zakopane wyrzuty sumienia przecież nie mogły nagle ożyć i stanąć przed nią jak żywe?
— Melusine... — drugi raz wypowiada to imię; delektując się jego wybrzmieniem w akustycznej przestrzeni porzuconej hali. Jego wzrok koncentruje się na szyi, na obojczyku, by wnet powrócić do oczu, w jakich to dostrzega tak wiele emocji.
Pochłonięty wspomnieniem tęsknoty staje przed obliczem kobiety rozbitym, jak tafla zwierciadła, a w każdym z odłamków inna jej cząstka na niego spogląda. Czuje dreszcz na karku, ten spływa w dół kręgosłupa – wzdryga się, gdy przegania go, ale on już nie słucha, kiedy ponawia – dostrzega w jej oczach najczystszy obraz lęku, czegoś tak pierwotnego, naturalnego, jakby na powrót stała się łanią umykającą przed paszczą drapieżnego wilka.
— Melusine, twe imię; tajemnica, urok i wdzięk… i mam twą słodką tajemnicę na własne przekleństwo, ech… — uśmiecha się do niej, tak jak to potrafił robić, gdy rankami przedłużającymi się w godziny południowe gnieździli się w sypialni ścianach i czynili wszystko poza ucieczką z ram tych ciepłych, jakby trwając we własnej bańce, pragnęli zapisać wspomnienia na wieczność. Uśmiechał się tak również w chwilach zrodzonych z przypadku, gdy brała go podstępem, zaskakując słowem trafnym lub czynem.
Westchnięcie, gdy jego głowa swobodnie opada ja jej rozgrzane czoło, gdy dłoń nagle chwyta w czułym geście przedramię, a wolna ręka otula kobietę w talii.
— Jestem wściekły na ciebie — odpowiada cichym głosem, w jakim wybrzmiewa smutek.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#9
Melusine Rookwood
Czarodzieje
żeby był, żeby chciał być, żeby nie zniknął
Wiek
26
Zawód
urzędniczka, asystentka, pośredniczka
Genetyka
Czystość krwi
czarownica
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
panna
Uroki
Czarna Magia
10
0
OPCM
Transmutacja
15
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
7
0
Siła
Wyt.
Szybkość
4
14
11
Brak karty postaci
21-01-2026, 12:23
Uderzy ją? Nie ― ta myśl była zbyt prosta, zbyt ordynarna, by pasowała do jego rodzaju okrucieństwa. Prędzej zadźgałby ją piękniej, subtelniej; rozebrałby ją z warstw sensu, rozprawił się z jej jaźnią jak z misterną konstrukcją, którą znał od środka, a potem pozostawił ― bezsilną, odartą, wlepioną w brud i wilgoć tego miejsca, jak dowód własnej sprawczości. Tak, właśnie tak działali oni. Smakowali władzę nie w krwi, lecz w uległości; nie w ciosie, lecz w drżeniu, które wyprzedzało cios. Lestrange potrafił to czynić ― pięknie i wyuzdanie, z precyzją kata i artysty zarazem, prowadząc cudze emocje ku upadkowi bez potrzeby dotyku.
Drżała, choć zaklęcie ― ciężkie od naleciałości wyuczonej pewności ― mogło przeciąć powietrze w jednej chwili, ostro i skutecznie. Wiedziała, że potrafi sprawić ból w obronie; że potrafi posłać kogoś na ziemię, wytrącić z równowagi, wyrwać sobie drogę ucieczki. Ta świadomość była w niej jak stalowy pręt wzdłuż kręgosłupa, cienki, lecz niezłomny. A jednak… czy potrafiłaby skrzywdzić kogoś, kto był jej bliski? Kogoś, kto znał jej słabości nie z opowieści, lecz z dotyku i ciszy między słowami? Myśl ta rozrywała ją od środka, wywołując paniczny szum, w którym gubiła samą siebie.
Cholera. Pomocy.
― Panie Lestrange, proszę... ― Jej jaźń zaczęła się rozszczepiać, odpływać gdzieś na ubocze, jakby obserwowała własne ciało z zewnątrz ― obce, napięte, gotowe do reakcji, której nie potrafiła jeszcze nazwać. Nie wiedziała już, kim jest w tej chwili: wojowniczką czy uciekinierką, ofiarą czy współwinną tego spotkania. A on patrzył ― zatwardziale, bez pośpiechu, z tym chłodnym skupieniem, które obiecywało, że mógłby ją sponiewierać w jednej jedynej chwili, nie ruszając nawet dłoni. Wystarczyłby mu wzrok, pamięć i czas. ― Nie pytaj; nigdy na szkodę Twej osoby i rodziny nie czyniłam złości i knowań ― Prosiła ― nadzwyczaj ulegle, aż sama się tej uległości przestraszyła. Gdyby istniała inna rzeczywistość, równoległa i łaskawsza, pewnie uniosłaby głos jak dawniej, psiocząc z przekąsem i ogniem w spojrzeniu; tak jak wtedy, gdy wpakował ją w zaspę śnieżną, śmiejąc się bez wstydu z jej oburzenia, albo gdy nie chciał wypuścić jej z łóżka aż do niemal popołudniowych godzin, ignorując jej potrzebę ruchu, świata, powietrza. Tamta ona była głośna, ostra, pewna swej przestrzeni. Ta dzisiejsza stała cicho, jakby każdy dźwięk mógł ją zdradzić. ― Nie krzywdź mnie...
Paznokieć boleśnie rył strukturę własnej dłoni, zbyt mocno, zbyt głęboko; skóra ustąpiła w końcu, pozwalając cienkiej strużce krwi spłynąć w zagięcie, ciepłej i realnej, jakby miała ją zakotwiczyć w teraźniejszości. Ten drobny ból był potrzebny, niemal kojący ― dowód, że wciąż ma ciało, że wciąż może coś poczuć na własnych zasadach. Drgnęła jednak, gdy jego głos się zmienił; nie był już twardy ani drwiący, lecz przytłumiony, niższy, jakby obciążony wspomnieniem. Instynkt kazał jej się cofnąć, zrobić krok w tył, gdy zbliżył się i wypowiedział jej imię.
Jej imię ― tak cicho, tak niemal czule, że serce na moment zapomniało, jak się bije. Pierwszy raz tutaj użył jej personaliów, a brzmiało to jak dotyk bez dłoni, jak obietnica spokoju, który nie miał prawa istnieć. W tej jednej zgłosce było coś, co koiło i niszczyło jednocześnie; jakby na ułamek sekundy zapomniał o tym, co mu odebrała, co zniszczyła swoją decyzją i odejściem. Stała, rozdarta między pragnieniem cofnięcia czasu a koniecznością trwania, pozwalając, by to jedno wypowiedziane imię osiadło w niej ciężko ― jak ślad, którego nie da się już zetrzeć.
― Lorcan... ― Szepnęła jakby bała się spłoszyć sam fakt jego obecności. Był blisko; zbyt blisko jak na rozsądek, a jednak dokładnie tam, gdzie serce od dawna domagało się go umiejscowić. Zapach męskich perfum, przytłumiony tytoniem i czymś ostrym, niemal żywicznym, przemykał pod świadomością; igliwie zamajaczyło w strukturze jego marynarki, gdy znalazł się tuż obok, jak wspomnienie lasu utkane w tkaninie świata. To była woń bezpieczeństwa i zagrożenia jednocześnie ― znajoma do bólu. Gdy ujął ją w ramiona, zdominował ją wzrostem i ciężarem ciała, nie brutalnie, lecz nieodwołalnie, jak fakt istnienia. Jej krucha powłoka, delikatna i zmęczona, napięła się odruchowo; każdy mięsień pamiętał zbyt wiele. A jednak dłoń dzierżąca różdżkę spłynęła wzdłuż ciała, powoli, świadomie ― dla jego bezpieczeństwa, nie własnego. Ten gest był cichym wyznaniem, zdradą instynktu obrony, którą pielęgnowała miesiącami. ― Mścić się na mnie możesz... ― Wtuliła policzek w jego pierś, silną i ciepłą, skrytą pod wyjściowym ubraniem; serce biło tam miarowo, nieporuszone jej chaosem. W tym jednym punkcie świata znalazła ukojenie ― kruche, niepewne, ale prawdziwe. Na moment przestała liczyć oddechy, przestała analizować przyszłość i konsekwencje. Było tylko to przyciągnięcie, to ciche zawieszenie między tym, co było, a tym, co nie powinno się wydarzyć ponownie. ― Mówiłam, że godna Ciebie nie byłam.
Tylko chwilę ― pomyślała, a może wyszeptała w myślach. Zostań. Nie jako obietnica, nie jako prośba o powrót do dawnych ról, lecz jako zawieszenie broni. Jako zgoda na ten jeden oddech, w którym mogła być po prostu kobietą opartą o mężczyznę, bez winy, bez planu ucieczki, bez potrzeby tłumaczenia światu, dlaczego serce znów bije w tym samym, zgubnym rytmie.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#10
Lorcan Lestrange
Akolici
Głupiec z sercem i bez rozumu jest równie nieszczęśliwy, jak głupiec z rozumem i bez serca.
Wiek
36
Zawód
Historyk; poszukiwacz artefaktów
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
błękitna
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
14
8
OPCM
Transmutacja
10
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
10
9
Brak karty postaci
22-01-2026, 16:43
Kruszeje jak tafla lodu pod naporem – pęka w posadach, a ta fasada, za jaką kryje emocje ulega, był człowiekiem silnym, a jednak podatnym na złamania i pęknięcia; rysy co głębokimi bruzdami przecinały wrażliwe serce, w jakim to niegdyś szczyptę empatii zaszczepiła rodzicielka. Burza szalejąca w piersi przygasa, lecz bynajmniej nie kończy swego żywota, trwa dalej w oddali przesłaniając horyzont wydarzeń nie uderza weń pośrednio – czujność łamie się w posadach, tak zwykle miewał przy niej. Kobiecie, która była mu bliższa, niż sam pragnął to przed sobą przyznać. Dlatego tak rozpamiętywał rozstanie, to błędne koło analizy i doszukiwania się winy.
Westchnął głęboko; ciepłem otulając skórę jej szyi.
Usta, tak miękkie, a z nich płyną słowa przytulne, tak skomponowane, by wprost idealnie pasowały do jej roli w teatrzyku zdarzeń, jakaś jego cząstka, ta zapewne pozostająca w głębokiej rezerwie wątpiła w szczerość intencji, a jednak spragnione serce – słuchało, tym samym ściągając z mężczyzny całun gniewu, jednocześnie odkrywając nowe oblicze, to wykute w trosce, emocjonalnym uniesieniu. Jakie znała dobrze, nawet jeżeli tak nieznacznie różniące się od poprzedniego. Wszak potrafiła go czytać jak mało kto na tym świecie. Spędzając ze sobą nie tylko długie noce, ale i dnie podczas rozmów i wspólnego milczenia, potrafili odgadywać swe emocje, a czasem nawet myśli bez poszukiwania alternatywnych ścieżek. Lubił to robić – obserwować ją, w tak naturalnym środowisku, gdy czuła się bezpieczna, bo zapory, którymi zwykle odgradzała się od świata zewnętrznego i jego zagrożeń, wówczas w znacznej większości, pozostawały uchylone. I mógł dostrzec prawdę; o niej i o sobie samym.
Łapał się na tym, że jej wierzył; choćby okrzyknięto go głupcem, tak czuł – patrząc wnikliwie w jej błękitne oczy, które w półmroku ciemniały znacząco przywodząc na myśl głębię oceanu, lecz nie dostrzegał tam na dnie skazy, ni rysy zdradliwej. Było to absurdalne, niezrozumiałe, ale łudził się, że tak właśnie było, bo nie chciał jej szkody… Pragnął czegoś innego, tej wiary w słowa, które mu szeptała ściśnięta obejmą strachu.
Oddychał spokojnie, miarowo, tak jakby kalkulował.
Wiara kochance, czy chłodny pragmatyzm? Przeklinał sam siebie w duchu, bo nawet nie potrafiłby stanąć po tej drugiej stronie, nawet, teraz gdy zraniony odnajdywał jej wzrok po miesiącach milczenia. W tym zawilgoconym, ponurym i opustoszałym miejscu skazanym na zapomnienie. Jakby ścieżki, którymi kroczyli nie mogły skrzyżować się w innych, więcej przyjaznych okolicznościach.
— Nigdy, mon chéri. — Była jego; przypisana przez dzieło przypadku i śmiałość charakterów – obiecana w słowach, między miłosnymi uniesieniami; bo pamiętał, te składane pod chwilą obezwładniającej rozsądek przyjemności, lecz w istocie, to świadectwa, czegoś większego; czegoś, co przez lata ich łączyło i przyciągało wzajem, tak orbitując, między sobą odkrywali wiele krain, acz nigdy Anglii. Uśmiechnął się tajemniczo z lekka sobie znanego powodu, jednocześnie przymykając na moment oczy, by zaciągnąć się zapachem kobiecych perfum, tej bliskości, jaką sam narzucił.
— Cichutko… nie skrzywdzę cię; ni słowem, ni myślą… po prostu — przełknął z trudem ślinę, bo czuł, że szczerość rozsadza go od środka. Był na to zbyt… dumny? By przyznać się do słabości? Męskie ego, ta władczość, sprawczość i dominacja, przeklęte niech to będzie, bo on najzwyczajniej w świecie… no właśnie, co?
— Tęskniłem. — artykułuje z wyraźnym trudem, tak jakby wypluwał to słowo z głębi, bo samo z siebie ciężkie do wypowiedzenia stawiało go w pozycji przegranej, prawda? Dlaczego tak myślał? Mimowolnie zaciskał usta, trwając w uścisku, który dużo więcej mówił niż ich słowa, a jednocześnie uzupełniał je w swej prostej, lecz wymownej formie.
— Przestań, proszę… — odnajduje jej spojrzenie, subtelnie odchylając się, by móc spojrzeć na jej oblicze. Dłonie pewnie podtrzymują, a może wyłącznie obejmują ciało kobiety. Nieporadność pierwszego dotyku, gdy ich nosy złączyły się, lekko przetarła szlak, bo w kolejce przyszły usta, te zagościły na swym miejscu znacznie dłużej. Nieśmiało ożywiając uczucie, które w piersi męskiej wciąż grało, lecz pozostawało wyciszone. Po pierwszym przyszedł jednak kolejny pocałunek, ten zaś nosił w sobie znacznie więcej dzikości, którą z tęsknotą można było zrównać, bo zachłanny w swej próżnej postawie podniósł z ziemi kochankę w objęciach pewnych i stanowczych, tak obejmując jej, kruchą sylwetkę pozwolił, by przemknęli w mrok, ku drewnianej skrzyni.
Dopiero teraz oderwał się od niej, a w jego oczach płonął żar namiętności. Ogień nieugaszonego pragnienia i coś jeszcze; coś, co w momencie, gdy ponownie się nachylił, nabrało słyszalnego znaczenia. — Już nigdy nie uciekaj — twardo zaakcentowane słowa przecięły ciszę między ich ciałami, było to wyraźne ostrzeżenie, ostatnia szansa, przed wykreśleniem. W ferworze czynów umknął jego uwadze subtelny trzask rozdzierający materiał czarnej sukienki, tak jakby ten utonął niebycie. Patrzył wciąż w jej oczy pewnie, wręcz przenikliwie ze świadomością, że mogli znów tę grę toczyć, tym razem jednak na rodzinnej ziemi.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek
Strony (2): 1 2 Dalej


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 21:59 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.