• Witaj nieznajomy! Logowanie Rejestracja
    Zaloguj się
    Login:
    Hasło:
    Nie pamiętam hasła
     
    × Obserwowane
    • Brak :(
    Avatar użytkownika

Serpens > Wielka Brytania > Anglia > Inne miejsca > Scarborough (orkshire)
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#1
Mistrz Gry
Konta Specjalne
Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.
Wiek
999
Zawód
Mistrz Gry
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
mugol
Sakiewka
Stan cywilny
bezdenna
wdowiec
Uroki
Czarna Magia
OPCM
Transmutacja
Magia Lecznicza
Eliksiry
Siła
Wyt.
Szybkość
Brak karty postaci
11-07-2025, 00:01

Scarborough (Yorkshire)
Miasto malowniczo rozpostarte jest nad Morzem Północnym, otoczone wzgórzami, gdzie z jednej strony królują ruiny średniowiecznego zamku, a z drugiej ciągną się dwie zatoki: spokojna North Bay i tętniąca życiem South Bay. Historia i codzienność przenikają się tu niemalże idealnie: brukowane uliczki, rybackie chaty i kamienice pamiętające minione wieki stoją tuż obok sklepów z pamiątkami i restauracjami. W porcie kołyszą się kutry, mewy krzyczą nad dachami, a na nabrzeżu można usiąść z porcją gorącej ryby z frytkami, patrząc na spokojne fale i czerwone dachy wznoszące się po zboczu. Wesołe miasteczko rozbłyskuje wieczorem kolorowymi światłami. Wystarczy kilka minut spaceru, by odnaleźć ciszę wzdłuż klifów z widokiem na bezkresne morze. Nad ranem mgła spływa po dachach, a gdy słońce wyjrzy zza wzgórz, wszystko rozświetla się ciepłym, bursztynowym blaskiem.
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Odpowiedz
Odpowiedz
Odpowiedz
#2
Henry Teyssier
Zwolennicy Dumbledore’a
there's no man as terrified as the man who stands to lose you
Wiek
22
Zawód
auror, poczatkujący klątwołamacz
Genetyka
Czystość krwi
czarodziej
czysta
Sakiewka
Stan cywilny
stabilna
kawaler
Uroki
Czarna Magia
16
0
OPCM
Transmutacja
19
0
Magia Lecznicza
Eliksiry
0
0
Siła
Wyt.
Szybkość
10
13
10
Brak karty postaci
3 godzin(y) temu
22 kwietnia 1962 roku

Dotarli na miejsce w chwili, gdy na niebie wciąż majaczył mglisty zarys osobliwego znaku — z pewnością pozostawionego tam nie bez powodu. Powoli rozpływał się w powietrzu, niknąc tak samo nieuchronnie jak dobry humor Henry’ego, który jeszcze niedawno przecież mu dopisywał. Okolica sprawiała wrażenie uśpionej — noc była łagodna, niemal czysta, jakby świat wstrzymał oddech w nabożnym skupieniu. W powietrzu nie drgał żaden powiew wiatru, nie zaszeleścił liść, nie zaszczekał pies. Cisza zdawała się czymś naturalnym, zwyczajnym.
Miasto, malowniczo rozpostarte nad Morzem Północnym i wtulone w ramiona wzgórz, tej nocy wydawało się niemal baśniowe. Nad dachami unosiła się cienka mgła, zsuwając się leniwie ku brukowanym uliczkom, jakby chciała ukryć to, czego świadkiem stało się jedno z domostw. Z jednej strony, wysoko nad portem, majaczyły ruiny starego zamku — ciemne, poszarpane kontury na tle nieba. Z drugiej zatoki spały w ciszy: spokojna tafla North Bay i odległe, przygaszone światła South Bay, gdzie jeszcze kilka godzin wcześniej tętniło życie.
W porcie kołysały się kutry, uderzając o nabrzeże jednostajnym, głuchym rytmem. Mewy ucichły. Wesołe miasteczko, które wieczorami rozbłyskiwało feerią barw, teraz stało nieruchome i puste, jak scenografia po zakończonym spektaklu. Wszystko zdawało się oddychać spokojem.
Jednak dom, do którego dotarli oddychał śmiercią.
Drzwi ustąpiły z cichym jękiem. W środku panował chłód cięższy niż nocne powietrze. Zapach — metaliczny, duszny — przylgnął do gardła. Ciała mugoli leżały w bezładzie, jak porzucone kukły, zastygłe w niedokończonych gestach. Na podłodze, przy przewróconym krześle. W progu kuchni. Na schodach prowadzących na piętro.
Młody auror zatrzymał się tuż za wejściem. Poczuł, że rzeczywistość rozwarstwia się przed nim na dwie sprzeczne prawdy. Jedna należała do miasta — spokojnego, pachnącego solą i mokrym kamieniem. Druga — do tego domu, w którym śmierć przyszła bez zapowiedzi.
Przez krótką chwilę miał wrażenie, że pomylił adres, że to jakaś groteskowa pomyłka. Tyle ciał — zbyt wiele jak na jedno zgłoszenie, zbyt wiele jak na jedno ludzkie serce, które próbowało to objąć. Czuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła, jak myśli rwą się i plączą. Był szkolony, przygotowany na najgorsze, a jednak nic w salach treningowych nie przypominało tej ciszy przerywanej tylko skrzypieniem własnych butów.
— To… — urwał, nie potrafiąc dokończyć zdania.
Starszy auror stał już w salonie, z twarzą wypraną z emocji, jakby od dawna nauczył się je odkładać na później.
— Masakra — powiedział sucho. — Celowa. Bez śladów włamania. Sprawdź piętro.
Henry skinął głową, choć miał wrażenie, że porusza się nie on, a ktoś inny w jego ciele. Serce waliło mu w piersi tak głośno, że niemal zagłuszało szum morza za oknem. Ilość ciał była przytłaczająca. Każde kolejne odkrycie odbierało mu oddech, jakby schodził coraz głębiej pod wodę. Szkolenie uczyło go chłodu, dystansu, procedur. Nie uczyło, jak patrzeć na małą dłoń zwisającą bezwładnie z kanapy ani na przewrócony kubek z herbatą, która wsiąkła w dywan jak rozlany cień.
Na komodzie dostrzegł przewróconą ramkę ze zdjęciem. Rodzina uśmiechała się do obiektywu: matka, ojciec i trójka dzieci. Najmłodsze siedziało na rękach kobiety, starsze obejmowały się nawzajem z dziecięcą swobodą.
Podniósł fotografię drżącymi palcami i odruchowo przeniósł wzrok na ciała w pokoju.
Jedno.
Drugie.
Trzecie.
Zabrakło mu oddechu.
— Panie Harper... — Głos zadrżał, nim zdołał go opanować. — Na zdjęciu są troje dzieci.
Mężczyzna podszedł bliżej. Jego spojrzenie było chłodne, rzeczowe.
— Widzisz tu troje?
Pokręcił głową. W salonie leżała tylko dwójka.
Między ciszą domu a spokojem nocy rozciągnęła się nagle przepaść. Gdzieś tam, poza światłem ich różdżek, zapewne kuląc się ze strachu znajdowało się zagubione dziecka. A wraz z tą świadomością młody auror poczuł, że coś w nim pęka — nie tylko wstrząs związany z widokiem śmierci, lecz ciężar odpowiedzialności, który nagle stał się nieznośnie realny.
Na moment nawet jego zwierzchnik— człowiek o twarzy nieprzeniknionej, twardej jak nadbrzeżne skały — zastygł w bezruchu. Za oknem rozległ się nagły krzyk mewy, przeciągły i ostry.
— Sprawdźcie każdy pokój. Strych, piwnicę, ogród. I wezwij wsparcie, niech przeszukują pobliże klifów — rozkazał niskim, opanowanym tonem. — Jeśli to dziecko żyje, nie możemy pozwolić, by noc połknęła je tak samo jak resztę.
Młody auror skinął głową, ale tym razem nie był już zagubiony. W jego oczach, obok szoku, zapaliło się coś ostrzejszego — lęk spleciony z determinacją. Noc mogła wydawać się spokojna. Lecz on wiedział już, że to tylko złudzenie.
Wyszedł przed dom, by zaczerpnąć powietrza, lecz nawet ono wydawało się cięższe niż zwykle. Mgła gęstniała nad brukowaną uliczką, spływając ku portowi i wspinając się po zboczu ku ruinom zamku, jakby chciała objąć całe miasto w mlecznym uścisku milczenia. W oddali majaczyła linia klifów, a morze oddychało powoli, obojętne.
Gdzieś tam było zaginione dziecko.
Henry zamknął na moment oczy. Widział twarze ze zdjęcia — rozświetlone słońcem, nieświadome przyszłości. Czuł wstrząs, który wciąż sprawił, że wciąż drżały mu dłonie, i ciężar odpowiedzialności, który osiadł na barkach jak wilgoć znad zatoki. Już nie był tylko świadkiem. Stał się kimś, kto musi odnaleźć odpowiedź.
Drzwi domu skrzypnęły za jego plecami. Wyższy mężczyzna kierujący akcją stanął obok, spoglądając w kierunku ciemnego ogrodu.
— Przy klifach nic ma po nim śladu — powiedział cicho.
Teyssier uniósł wzrok ku nabrzeżu, gdzie kutry kołysały się niespokojniej, jakby wyczuwały zmianę przypływu.
— Więc nie uciekł w noc — odparł, czując, jak strach ustępuje miejsca determinacji. — Ktoś go zabrał.
Harper skinął głową.
— W takim razie ta noc jeszcze się nie skończyła.
Na wschodzie niebo zaczynało jaśnieć. Pierwsza smuga bursztynowego światła przebiła się przez mgłę, muskając dachy i kamienne ściany domów. Miasto powoli budziło się do życia, nieświadome tragedii, która rozegrała się w jednym z jego domostw.
Henry raz jeszcze spojrzał na dom, w którym cisza dudniła echem śmierci, a potem ruszył w stronę portu. Wiedział, że kiedy słońce wzejdzie nad Morzem Północnym, nic nie będzie już takie jak dawniej — ani dla tego miasta, ani dla niego.
Bo tej nocy stracił złudzenie, że zło zawsze krzyczy. Czasem przychodzi cicho, w miejscu, gdzie wszystko wydaje się najspokojniejsze.

/ zt
    Odpowiedz
  • Odpowiedz na posta
Starszy wątek | Nowszy wątek


Skocz do:

Aktualny czas: 14-02-2026, 21:59 Polskie tłumaczenie © 2007-2026 Polski Support MyBB MyBB, © 2002-2026 MyBB Group.